Człowiek (Norwid, 1934)

Cyprian Kamil Norwid (1821–1883)

Oto zrodzonyś, maleńka dziecino.I w dni niewiele taki jesteś luby,Skoro cię z długich osłonięć wywiną,Do wanny niosą lub na dywan gruby,Niby małego nad Nilem Mojżesza.Tylko, co ówdzie bolało, pociesza.Rodziców miłość, jak trzecia istota,Z dwóch serc ku niebu powstająca kwiatem,Coś niby gwiazda, niby lilja złotaNiby światłością, niby aromatemPowietrza próżnię napełnia dokoła,W kolebkę roniąc sakrament kościoła.Matki-dziewicy obraz patrzy na cięZe swoją ręką na niebieskiej szacie —Ten i ów dziadek z ram starych wyziera,Jak z okien domu, kędy gość się zbliża —Mamka za ciebie bierze znamię krzyża:Snowa się pasmo, które nie umiera.O mamko Polko, tyś istota święta,Którąbym równał córce Faraona,Przyciskającej sierotkę do łona,Tyle nie o swem dziecięciu pamiętaMatczyność twoja, bynajmniej wrodzona.Ty nieraz, gdy już roków wiele minie,A dziecie ssące mężem lub kobiétą:Zapamiętana w oddalonym mainie,Kłonisz się głową fartuchem okrytąDo nóg, co, stopki będąc maleńkiemi,Pytały ciebie, jak dotykać ziemi?Ty, skoro syn twój (nie twój), twoja córa(Nie twoja) blade z łoża niosą skronieKu krewnym swoim, patrzysz w twarz doktoraI w malowaną twarz w cierniów koronie —Współcierpiąc krzepisz, jak siła cudowna,A, współbolejąc, nic nie bierzesz sobie,Jako cherubin, bezinteresowna,Pastuszkom bliska przy Chrystusa żłobie.Więc oto, człowiek, takie jeszcze ziarno,Spotkał już miłość czystą i ofiarną,Która mu stopki dziecięce obmywa,Z weselem służy i o Bogu śpiéwa.Znać, że pan z panów, służbą uprzedzony,Skinieniem rządzi, świeci bez korony.Znać, że i kapłan, bo ileżto razyDomowe swary godzi bez obrazy!Znać, że i władca, bo zwierz mu domowyPod ciosy piąstki nachyla rad głowy,Pies, straszny innym, kły podawa białeJako zabawkę paluszkom różowym,Ruszenia kłamie senne i niedbałe,W powinnym hołdzie prawom nadzmysłowym.A dziecię-człowiek najmniej się nie dziwi,Jakby do domu pan wrócił z podróży,Uśmiechem samym darzy i szczęśliwi,Samem rumieńca pobladnięciem trwoży.I, jeśli nawet obejściem takowemZaciąga długi, to jako wielmożny,W potrzebach swoich słusznie nieostrożny,Ufny, że jednem nagrodzi je słowem.I jakże? — Taką widząc cię istotą,Będęż się ciebie zapytywał, dziecię,

Czy idziesz posiąść na tym starym świecieBoleść i nędzę, czy bisior i złoto?Czy idziesz wrzucić na ramiona młodeSokole skrzydła poezji wiosennejI hardo począć wielką życia odę,Przy grzmocie letnim, przy lirze promiennej?Czy gdzie z niekrewnych najbliższe ci łonoJaśminne pąki otrząśnie na ciebieI będziesz tobie współ niedoścignionąBliźnięcą gwiazdą na pogodnem niebie?Czy gdzie gościńce zawezwą cię mléczneNa bohaterów stepy historyczne,A sława, w zbrojnych zawierusze prawic,Poda ci szpadę z laurem, wśród błyskawic?! —— Czy będziesz jako mędrzec, wódz, generał,Bogacz, lub szczęsny patrycjusz umierał?———————————O nie, nie o te spytam cię literySłów, ciebie, ziarno chrześcijańskiej ery!Ani zapomnę, z dziewiętnastym wiekiem,Że jesteś w większem postawiony prawie,Że cię egipskie przyniosły żórawie.Że Boga jesteś sąsiadem — człowiekiem.

Więc bądź ty sobie dla tej wielkiej sprawy,W zastępy której wszedłeś na planetę,Choć po lewicy, a wszelako prawy —I szczęścia inne miej, chociażby nie te,Co tyle dają radości i sławy.I pogardź więcej, niż swem powodzeniem,Bo pogardź miłych ci o szczęściu marą,Przyjaciół twoich o celu marzeniemI oficjalną twej epoki wiarą!Wyżej, bo niżej, stanąwszy tej rzeszy,«Wśród nieprzyjaciół swych panuj wielmożnie»,Acz będzie chwila, że cię nie pocieszyNikt i nikt z tobą nie pocznie ostrożnie —I stu przyjaciół stanie przeciw tobie,Zmiennikiem zowiąc, iż są nieruchomi!Poczujesz swary pod nogami — w grobie —Usłyszysz, jak cię szarpią niewidomi,Śmiać się nauczysz, płakać będziesz lepiej,Ziemia-ć przemieni się, niebo przesklepi.

Świat, radujący się różą miesięcznąLub zamykanym co wieczór powojem,Dolę ci twoją obwoła niewdzięczną,Jałowym trudy twe obwoła znojem.Dziewice piękne i bardzo rzewliwe,Z których nie była żadna na Golgocie,Wymówki będą ci posyłać tkliwe,Kabalistyczne rzucać w twarz stokrocie.Nogi ci włosem obetrze — kto? — strumień?Kto ci obetrze pot z bladego czoła,Jeśli nie prawda, Weronika sumień,Stojąca z chustą swą w progach kościoła?Sakrament, poznasz, że jest jeden stały,I samą wzgardą pogardzisz na świecie,Piękny, jak świeżo narodzone dziecię,Ten sam, co dawniej, niby Mojżesz mały,Nilowej lilji trzymający kwiecie.

I to ja ciebie, zrodzonego k’temu,Mamże zawodną łudzić pomyślnością?Byś nieświadomość swą zwał cudzą złością,Targał się ówdzie, gdzie klaskać masz w dłonie,A gdzie masz piorun cisnąć, skłaniał skronie?———————————Nie! Ty bądź raczej niebardzo szczęśliwy!Pierwszym nie będziesz ni ostatnim, przetoBądź niezwodzonym — umarły, czy żywy?Cykutą karmion, czy miodem i mlekiem? —Bądź niemowlęciem, mężczyzną, kobietą —Ale przedwszystkiem bądź bożym człowiekiem.1857.