Epos nasza

Cyprian Kamil Norwid (1821–1883)

Z którego dziejów czytać się uczyłem,Rycerzu, piosnkę zaśpiewam i tobie,Wysoki, włośnie obrócony tyłemDo słońca, które złoci się na żłobieI, po pancerzu przebiegłszy promieniem,Z osieroconem bawi się strzemieniem...

Liców twych — wyznam — opiewać nie mogę,Bowiem rozlałeś profil swój na wielu.Lecz serce? czuję — i podzielam trwogęO bohaterstwo... stary przyjacielu!Podzielam, mówię, gorącość i zapał,Których-em z dziejów twych usty nałapał.

Dziecina — pomnę — nad ciemnawą kartą(Bo nawet odcień pamiętam papieru)Schylony — z głową oburącz podpartą,O! ileż, ileż ciągnąłem eteruZ czytania, z księgi, z możności czytania!I jak smutnawo było mi dokoła,Kiedy już świeca gasła (rzecz tak tania!...),Albo, gdy z starszych kto nagle zawoła,Albo, gdy widzę już, że kilka tylkoArkuszy — tak, że końca dotkniesz śpilką!...

Czylim cię kochał i czy prawdę piszę,To wiedz ze wspomnień, które tu skreśliłem,Bom niepiśmienny ja i mało grzészęTwórczością; piszę, śpiewam tak, jak żyłem...

To tak!... Więc stajesz mi znów przed oczyma,Jak ongi, rdzawa osłonięty zbroja,I smutek budzisz, co się wężem zżyma,Bo i ja miałem Dulcyneę moją!

To tak!... A śmiechu niema w tem, oj, niema,Dla widzów chyba i dla czytelników,Lecz dla nas, mówię, dla nas, co obiemaRękami nikłych walczy ni rozbójników,Oswobodzając księżniczkę zaklętą, —Ból, spieka, gorycz i marsz drogą krętą.

A śmiech? To potem w dziejach — to potomniNiech się uśmieją, że my tacy mali,A oni szczęśni tacy, i ogromni,I czyści, i tak zewsząd okazali...

A oni — że tak zniskąd niezdradzaniPo paradyzie latają w promieniachZ Beatryksami swemi — rozkochani —W purpurze, w wieńcach i w drogich kamieniach,Co odśmiechują się niebieskim ciałomI oczom — i otwartym w strop aż nawskroś chwałom!

Szczęść-że im, Panie!...

...A my — kawalery błędne,Bez giermków, z wstęga nu piersi czerwoną,Przez mokre lasy, przez lasy żołędne,Ciągniemy przędzę, zdala zaczepionąU przekreślonych szyb żelazną kratą,U najeżonych bram wściekłą armatą...

Raz smoków stado, grzejące się cichoNa wygorzałej od jadu darninie,Drugi raz psotny gnom brzozową wiéchąOkoło nozdrza koniowi zawinie.A indziej panna z wieży wola chustką,A indziej szary wąż z żółtą wypustką...

Przez jakie ścieżek bo chadzałem krocieZ ogromną dzidą, co gałęzie kruszy,Ty jeden, wielki znasz to Don Kichocie,Jednego ciebie to wspomnienie wzruszy.Ho gawiedź śmiać się będzie wielolica,Niewarta ostróg z la Manczy szlachcica!

A Dulcynea moja — o przechrobryRycerzu — wiedz, że w swojej onaOsobie nigdy mi nieodsłoniona —Chyba, że wietrzyk jaki, wietrzyk dobryUchyli czasem kwefu i nad włosemRumianych grono gwiazd pokaże zdala,Albo rączkę tęczową z opala,Albo obuwia, co się bawi z wrzosemKwitnącym, rąbek mały, taki mały,Jak najdrobniejsza koncha perłowana...

To wszystko!... Ptaki często mi śpiewały,Że już zbudzona i odczarowanaPomiędzy smoki wychodzi z wieżyce.Że lampę trzyma w ręku, a potwory,Nie mogąc światła znieść, w ziemię się ryją,Skrzydłami w ciasne łopoczą piwnice.I klną, i gardła rozdzierają, wyją...

Ale cóż? Ptaki, co im się przywidzi,To wyśpiewują, przysiadłszy na tarczy,Albo na hełmie moim — a duch widzi,£e kłamią — prawda jedynie wystarczyNam, co za prawdą go nim, Don Kichotom,Przeciwko smokom, jadom, kulom, grotom!...1848.