Quidam — III

Cyprian Kamil Norwid (1821–1883)

III.

I szli. — Rok minął dni i godzin tokiem.Arthemidora ogród oświecony:Fastigium domu nad skrawym obłokiemCzerni się w trójkąt; niżej biust złocony,Z framugi ciężkie wychyliwszy czoło,Rzekłbyś iż chyłkiem pogląda w około.

Zofię z Knidos mędrzec miał u siebie. —Uczniowie w laurów ciennikach siedzieli,Czekając: gwiazdy aż błysną na niebie —Czekając: północ aż ich rozweseliTym ogniem, tylko północy właściwym,Ni to widzialnym, ni światłym, lecz żywym

Ogniem wewnętrznej gorączki i drganiaPowiek, gdy ciężeć poczną od czuwania.A słów mierzonym śpiewanych akcentem,Skoro się przytem wyrzuci niemałoI subtelności nie jednej zakrętemWstecznym, skoro się dobrze naszukało — —I człowiek, w całej myślenia machinie,Poczyna czuć się zostawionym sobie,Lubując giętkość jak skoczek na linie,Starego ojca niosący w osobie. —Tej to gorączki z nałogu czekano,A co raz nową rzecz dyskutowano.

Zofia z Knidos, pośród tej drużynyMądrej, podobną była do opalu,Co zda się mieścić wszystkie tęczy płyny —Lecz nie rozlewa ich z skąpstwa czy żalu?Żalu — bo opal z łzawym błyska mętem;Skąpstwa — bo blask swój wycedza ze wstrętem.Zrodzona w Knidos, w Rzymie wychowana,Gdyby to było nie za Adriana,Kiedy już Sybill błękitne jaskinieProroczych w sobie nie kryły trójnogów —Możeby głos jej był jako naczynieBrzmiące, dla ludzi śmiertelnych i bogów.Lecz inny wzywał smak, rządziło nie to:Była więc więcej od Sybill — kobietą!Była tem samem — bo czasów własnością,Natchnieniem smaków ich — z bezświadomością!

Pod temi laury, których liść szerokiLamp różnofarbnych złamały promienie,Szaty ją wiewne tulą jak obłokiI układają na ciche kamienie —Z rzeźbą ich łącząc tak żywą naturę,Jak rzeźba wpaja się w architekturę.

Zaiste, odłam to jakiejś świątyni,Gdzieś barbarzyńskim roztartej obuchem —Nikt zeń całości nowej nie uczyni,Ni ją zpokrewni z cudzoziemskim duchem:Zawsze to będzie pamiątka bez-łzawa,Czegoś, co nie ma istoty ni prawa.

Ty, coś ją widział, zakryj sobie oczy,I powiedz co z niej pamiętasz szczególnie?Nie gładkość czoła, ni wieniec warkoczy,Pamiętasz jakieś wzięcie się — ogólnie —I głos: ten słodkie miewać zwykł poczęcie,Potem się kroplił jako płyn — a potemJakobyś srebrnym wydzwaniał go młotem —Potem — i rylca było w nim zgrzytnięcie!Ruch też głosowi wtorował, a zawszePrędzej, w obejście przechodząc łaskawsze.

Taką to Panią mędrzec gościł w chwili,Kiedy przez salve mozajką wybite,Na progach sieni stopami zużyte,Męże dwaj cichym koturnem wchodzili.Starszy był w szarym płaszczu i tunice,A laskę przed się stawiał jako świecęProstą, o wiele dłuższą nad użytek.Każdy zwój płaszcza jego założony,Jak pargaminu pisanego zwitek,Łamał się ostro lub obsuwał w strony,W sposób, iż z tyłu widząc go o zmroku,Jak sprzęt nieżywy wydałby się oku —Sprzęt świeżo zdiętą szatą obrzucony.«Mistrzu Jazonie Magu! rzekł mu drugiCzy nie raczycie prosto do ogrodu?» —A w głosie jego było coś i sługi,I przyjaciela, i blizkiego z rodu. —Starzec krok zwrócił za odpowiedź całąI weszli oba, boczną furtką małą.

Weszli — ostatni goście spodziewani.Perystyl odtąd pustą już przestrzenią — —W alabastrowej lampa stojąc baniMdlała — kolumny blado się czerwieniąOd strony światła, ciemniejąc od drugiej —Czasem słów kilka posłyszysz za sienią,Czasem leniwy krok sennego sługi.Lampa przedzgonnym co tryśnie promieniem,To się mozajki na ziemi poruszą,To arabeski zatrzęsą sklepieniem;Jakby gmach ciałem: ona była duszą. —