Salem
Że już rachunek z swego zdawam słowa(A nie każdemu ta nadeszła doba),Czas jest, ażeby wstała pieśń orłowa...Świat niechaj zrobi z nią, co się podoba.
Ja wiem, że z pieśni mej odleci wiele,Że odleciało i codzień odlata,Ale wiem także, że nieprzyjacieleSami, i wsteczne siły tego świata,I ci, co na miast siadują popiele,I ci, co w wieczność swego wierzą rodu,Powtórzą pewny dźwięk mego rapsodu.
Są jedne słowa, co, jak liście, lecą,Są drugie słowa, co, jak gwiazdy, świecą;Te duch, a tamte czas nawiewa — lutniaStrunami pada, jak deszcz gwiazd, złotemiPomiędzy śmiercią, co żywot osmutnia,A nadżywotem z drugiej strony ziemi.
To też bolesne są śpiewaka drogiI prawie niema takiego w historji,Któremu światby złote wzuł ostrogi,Lamowy podał płaszcz jakiego Dorji,Choć każdy falę poszlubował zdradnąI rzucił pierścień młodości swej na dno.To wiem, i nie dziś mówię... — Mniejsza o to...
— A teraz przyszedł czas, bym śpiewał tobie,Ojcze — i arfę radbym stawił złotąNa onym wielkim, gdzie siadujesz, grobie —I radbym póty strun motał promieniem,
Ażby się tęcze na niebo wywiały,Ażby się echa podziemnem sklepieniemW chór niewidzialny zlały, zmartwychwstały!
Niejeden stroił tak i dośpiewywałI odepchnięty poszedł, gdzie miljony,A śmiech i rozum rytm jego rozrywał,I pruł, i na krzyż parł rozramieniony.
Niejeden płytkim sądem podejrzywał,Albo nie widział pieśni, już wcielonéj.Albo jej grubo klął... wszelako stawy,Które się w imię boże skościeliły,Przetrwały wrzawę sławy i niesławy,I są — i w muskuł i w drgające żyłyI w rękawicę skóry rosnąć muszą,Aż się to ramię kędyś spotka z duszą,Całożywotem rozśmieje człowieczem,Krzyżem podeprze i wymachnie mieczem!
Ta rzecz, to cięcie, czy to dobrodziejstwo,Z błogosławieniem zeźródlone twojem,Całego wieku łagodne pokojem,To będzie twoje, książę, kołodziejstwo...
Sieroty, ani, co ojcostwo, wiemy,Ani wysnować z siebie to możemy.By w rzeczywistość dziejów zrosnąć całą.Aerolitom podobni płomiennym,Na konstelację zarobkujem stałąPo jednem polu przyszłości — bezdenném.
Ile jest buntu co historji karta,Tyle chorągwi i pancerza tyle,Tyle Meduzy głowa rozpostartaNa piersiach — to też często żyjem chwilę!...
I chwilę — bez łzy po niej... Wszakże, ileJest co historji karta współuścisku,Tego nie znamy my, dzieci ucisku,Tego nie znamy my, mgły na mogile...
Błąd, duch czy mocarz, co narody gniecie,Gdyby opatrzył raz, ku czemu ma się,I że, gdy zdoła pokolenie trzecieOderwać z dziejów, rzucić o swym czasie,To ono całość przyjąć musi na się —Nie już współudział, nie współodradzanie,Lecz, jak węgielny kamień odrzucony,Nowego gmachu wręcz odbudowanieW kość nową, nowe wymiary i człony.
Tak człek, na wyspę pustą zaniesiony,Z dnia na dzień walcząc o zdobycze nowe,Ani spostrzega, jak zmienia osnowę,Obyczaj, myśli kierunek, wspomnienia...Na siłach własnych we wszystkiem oparty,Do węgielnego podobny kamienia,Dwie tylko dziejów z sobą nosi karty:Ramię — i niebios szerokie sklepienia!...
Wtedy powraca duch do swej krynicy,Do chrystowego w historji zwycięstwa —I wstają jacyś świeccy pustelnicy,Pojęcia nowe godności i męstwa —Czas taki, niby Janus jest dwulicy,Sam zdradzający siebie, czas agoniji,Któremu imion dwa na chrzcie ironjiNadano: przeszli i przyszli stoicy!
O, ileż wtedy miłości potrzeba,Żeby nie otruć się chlebem — dla chleba...
Ileż mądrości, by pokus uniknąć,I męstwa ile, by siebie odwyknąć...............
— Czas ten koniecznie jest antychrystowy,Bo przez konieczność czas powraca w ducha,Bezhistoryczny i w kolorach płowy,Bo nie dotyka, nie widzi, lecz słucha...Ze sztuk muzyka jedna kwitnąć może,Z literatury — nowiniarstwo dzienne,Z życia — zmiękczałość w udanej pokorze,Z myśli — widzenia myśli, lecz półsenne...
Czas ten jest onym, w którym zgotowanoUcztę i postów wyprawiono ranoDo najprzedniejszych w mieście potentatów.Wszakże jednemu z nich znać o tem dano,Gdy pielęgnował swoje okna kwiatów,Drugiemu, gdy się właśnie syn narodził,Trzeciemu — kiedy najemniki godził...Wraz one posły wyszli za opłotki
I na rozstajnych dróg poprzeczne szlakiI zaprosili pielgrzymie sierotki,Kaleki, dziady chrome, nieboraki...Ci więc łakomie jedzą w głodzie swoimI popijają, jak przystało to im.
To zaś dopóty trwa, aż powieść drugaNa końcu onej uczty nie zaświeci,Powieść, co uczy: że był pewny sługa,Któremu w zarząd pan zostawił dzieciI czeladź, w podróż sam jadąc daleką.I było dobrze w domu od dnia do dnia,Choć pan za siódmą gdzieś przestawał rzeką,Aż nieobecność ta błysła, jak zbrodnia.— I rzekł on sługa w duchu: «Pan nie wróci».I przestał na czas wydawać czeladzi,Ale wytoczył wszystko wino z kadziI pił, i czeladź bił. Tu, czas się króci...
Pan wraca — —
...Dziejów mądre są ekwacje;Na dnie ich leży Chrystusowe słowo,Na szczycie On sam z niewidzialną głową,Pośrodku czasów krążą konstelacjeI harmonjami swemi w epok kręgiNiby tańczące wiążą się potęgi...Co rzeczywistość, to świata skończenie,Co nieużycie, to puste zwątpienie,Co nadużycie, to niedokończenie...
— Dziś, teraz również koniec świata bliski.Nie on ostatni koniec wszechkonieczny,O którym żaden wyrosły z kołyski,I żaden anioł nie wie, i Syn wieczny,Jedno ogromny sam jeden Jehowa,Lecz ten, o którym jest osobna mowa,Że się z postaci czasów poznać daje,Jak deszcz i burzy woń, lub jasne maje...Bo świat już kończył się po wiele razy,Przemazywając skończone obrazyTej albo onej znów rzeczywistości,Co wciąż toż samo wyraża, wciąż prościej...
Któż ma to ciało, co przed lat dziesiątek?A przecież każdy wita go znajomyI mówi: «Tyś jest» — bo wieczny początekTrwa w nim, choć wcale zmienion gmach widomy.Taki to koniec świata w Europie,Zdawałoby się, że jest niedaleki;Każdy już naród stanął na okopie,I kruchem szczudłem podparł się kaleki,I patrzy sobie na żórawie loty,Nadziei cichej pełen i tęsknoty.
Synów ma wielu, wielu niewolnica.Ale i Sarze błysła obietnica —Izmael kona na puszczy z pragnienia.Alić Pan źródło daje mu chłodzące —Izaak miecz już czuje u ramienia,Alić hamuje Pan ostrze błyszczące...............
— Gdybym miał rylec ów Resurrecluris,Niedopełniony dokreśliłbym tu rys,Na tych tablicach waszych, w Kapitolu...Skreśliłbym, mówię, jeźdźca w czystem polu,Pochylonego z konia, w snopie blasku,Płaszcz mającego z purpury sydońskiejI konsularne na nogach zawiązki,I rzekłbym: «Owo droga do Damasku’»
Tak szlachcie całej, a z nią dziejom świata,Stało się właśnie teraz, pod te lata...Ciemność obiegła przywodźce pochodu.Apokalipskie spięły się rumaki,A od narodu lecą do naroduSpłoszone stadem legendy i znaki...
Wszakże ta ciemność właśnie i zmącenieTłem są, na którem palec ChrystusowyZ obłoku wstawa i kreśli widzenie.Rycerz raz jeszcze płaszcz oblecze nowy.Narodów wiele miłością obejmie,Przed tron bezwstydnie poniesie okowy,Bogu i ludziom zasłużon uprzejmie.Sieroty, ludzie służebne i wdowyUkocha, słowem mieczów złamie wieleMieczem z bestjami potka się w pustyni,I będą kochać go nieprzyjaciele,Ani powini kto — sam się powini!
Tak szlachty całej przyszłość jeszcze widzęZ rycerską Pawła postacią na czeleI wiem, że słów się moich nie powstydzę,Jakkolwiek dziwnie brzmią i lecą śmiele.
Mąż ów, co w samej sprawie chrystusowéjSzlachectwem rzymskiem raczył się zasłonić,Świat znając, ludzi i tron agrypowy.Pół bóstwa swego w Grecji umiał stronić,Mąż ów powiedzie legjon dziejów nowy...
— A tobie, panie, kreślę to widzenie,Jak mi je czasów zjawiska podały,Boć nec utroque Caesar — i cierpienieWieków — i orły, co się rozdzierałyNad modrzewiową zagrodą szlachcica,Czynią, że trud ci zorał kość i lica.
Nam — gdyby Pan Bóg dał twoje wytrwanie(O czem, zaprawdę, wątpię — i szeroko!),Możeby rychlej wstało to śpiewanie,Możebyś rychlej rozradował oko...
Są, którzy chodzą za tobą — są inni,Którzy nie chodzą, acz w twe każą imię —Są wreszcie, prościej zetchnione i gminniéj,Duchy, koniecznie ku tobie pielgrzymie...
Tych się, Adamie, pożal wprzód, niż innych,Tych, co oblicza twego nie zaznały;Najniewinniejsze są bowiem z niewinnych,A schną, choć wiele, wiele ukochały.
Z ogromnych lasów na słońce zachodu,Jak płowe ptaków stada, wyglądająI dostrajają cichy świegot głoduI ręki, ziarnem promiennej, szukają...
Rzuć jeszcze ponad południkiem globuPerłowych tęczę ziarn, o siewco jary,Bo wciąż są syny starego sposobu:Czas żniw i siejby, miłości i wiary!
Z cieniu, co pada w przysionek kościoła,Znany, kto jesteś, nie pytam się ciebie.Acz nieraz naród zawiśnięty woła:«Chcę wiedzieć, kędy niesiesz mię po niebie?!»
Ja wiem, że takie są potęgi stanu,Co, przechadzając się za kolumnadąGwarnego forum, usługują radąI schodzą, resztę zostawując Panu.
Ja wiem, że czasy są, w których milczenieNiezwykłej piętnem mocy; lecz wiem o tem,Że już przemilka jedno pokolenieW bezjawie, prute w pierś zamkniętym grzmotem.
Kto jest silniejszy ode mnie, niech zganiŻe rad z bezdennej wyzieram otchłaniI że cię rymy dotykam mojemi;Ale nie mogę poglądać na życieZ skrzydłami, w węzeł wgórze związanemi,I trza mi słońca złotego... obficie!
A to nie mówię jeden ja, maluczki,Lecz wielu z onych, na wędrówce różnéjOdprawujących tu i owdzie kuczki...A to nie mówię jeden ja, podróżny,Lecz wielu z onych, co w czasy wstępująI schną, a wołać nie śmią — albo czują,Ale nie widzą — albo się pasują
We śnie z cherubem wieku — albo sami,Pojedynkując, giną zwycięzcamiI upadają, jak ogromne cienieNa bezechowe narodu sumienie.
Dlaczego Sokrat nie uszedł z więzienia?My ujść winniśmy... Duch, krew, każe to nam.Tak wierzę. Jeślim krzyw, rozedrzej pieniaI orzecz słowo twe! Przekonaj, skonam!1852.