Pieśń XV
Traducido por Edward Porębowicz
Boska komedja — Czyściec
1 Ile to czasu w obrocie używaOd zaświtania po godziny trzecieSfera niebieska, jak dziecko ruchliwa,
4 Tyle dopełnić miało, ku swej mecieBiegnące słońce, ze swego obwodu:Tu wieczór, północ była zaś na świecie.
7 W sam środek twarzy blask nas raził z przodu,Bo całą górę obeszliśmy kołemI podążali prosto do zachodu,
10 Gdym nagle swojem jął miarkować czołem,ZeŻe mi coś na nie większe blaski roni,Więc nowej rzeczy dziwić się począłem
13 I ku szczytowi brwi uniosłem dłoni,Aby się oczom jak blaskochron kładła,Co od nadmiaru jaskrawości broni.
16 Jako od wody albo od zwierciadłaOdbita strzała jasnego promieniaW stronę przeciwną odpryska niż padła,
19 I — co z nauki albo z doświadczeniaWiemy — od pionu odchyla się tyle,Ile wynosił kąt jej uderzenia,
22 Tak wydawało mi się pod tę chwilę,Że skądś odbite światło we mnie runie:Więc twarzy przed tą jasnością uchylę.
25 »Ojcze mój«, pytam, »co jest w ognia łunie?Zasłona dłoni na nią nie poradzi,A oto, zda się, prosto ku nam sunie«...
28 »Nie dziw się« odparł, »że bożej czeladziWidok źrenice twe jeszcze kaleczy:To poseł, który w górę poprowadzi.
31 Rychło czas przyjdzie, kiedy ci tych rzeczyBlizkość nie będzie przykra, ale błoga,O ile zmysł jej podoła człowieczy«.
34 Gdyśmy podeszli, gdzie stał poseł Boga,Radośnie rzekł nam: »Wstępujcież w pokojuNa łagodniejszą stromość tego proga«.
37 Zaczem wstępujem po chwili postoju. —Błogosławieni miłosierni! słyszę;I znowu: Raduj się, zwycięzco w boju!
40 Gdy idziem w górę, wierni towarzysze,Zastanowiłem się i zadumałem,Jakiem pytaniem ważnem przerwać ciszę.
43 Więc obrócony do Wodza pytałem:»Jakie to zyski owy duch z Romanii,Wykluczającym nazywał podziałem?«
46 »Wie dziś, jak cierpią zawiścią skalani«,Wódz rzecze. »Nie dziw, byście śród żywotaWy mniej błądzili, on tu sam się gani.
49 Iż się chuć wasza ku tym rzeczom miota,Gdzie podział zmniejsza własne posiadanie,Zawiść westchnieniom wszerz otwiera wrota.
52 Gdyby wodziła wasze pożądanieMiłość jedyna ku najwyższej sferze,Tej-byście męki nie znali ziemianie.
55 Tu im spólników więcej, w większej mierzeMiłość powszechna każdemu się święciI większą każdy cząstkę dobra bierze.
58 «Oto»Oto pewności łaknę teraz więcej«,Rzekłem, »niżeli wprzódy, gdy milczałem,I duszę większa wątpliwość mi męci:
61 Jak to się bowiem dzieje, że podziałemWzbogacić można więcej posiadaczy,I ktoś jest cząstką bogatszy, niż całem?«
64 »Ponieważ«, odrzekł, »rozsądek twój baczyJedynie ziemskie dobra niestateczne,Śród prawdy światła jak we mgle majaczy.
67 Niewymówione owo Dobro wieczne,Które jest w górze, ku miłości leci,Jak w jasne ciało promienie słoneczne.
70 Ile zapału znajdzie, tyle nieci:Im większa z kogoś miłość się wydziela,Tem się w nim jaśniej wieczny skarb rozświeci.
73 Im większą duchów liczbę uwesela,Tem szersze w okół zakreśla granice:Tak źrzadło, jeden drugim ją odstrzela.
76 Łakniesz-li jeszcze, w rychle BeatryczeObaczysz, która więc nauką swojąTe, a z nią inne ukoi tęsknice.
79 O to dbaj jeno, niech jak z tamtą dwoją,Z resztą pięciorga twoich skaz się stanie:Skaz, mówię, które cierpieniem się goją«.
82 Gdym chciał rzec: »Jużem zaspokojon, Panie«,Wtórego-m kręgu przeszedł wał graniczny,Więc oniemiło mię oczekiwanie.
85 Naglem się poczuł w wizji ekstatycznej:Ramiona moje po powietrzu płyną,W świątyni staję pośród rzeszy licznej.
88 W progu niewiasta z czułością matczynąOdzywała się, zasmuciwszy lice:»Dlaczego to nam zrobiłaś dziecino?
91 Oto zalękli o ciebie rodziceSzukaliśmy cię...« tu mówić przestałaI obróciło się zjawisko w nice.
94 Po niej niewiasta mi się ukazałaZ rosą na twarzy wyciśniętą bólem,Kiedy od gniewu wielkiego zapała.
97 I rzekła: »Jeśliś tej stolicy królem,Co o jej imię spór wiedli bogowieI co nauki wszelkiej była ulem,
100 Niechaj zuchwalec odcierpi surowieCałus na czole złożony dziewiczem,O Pizystracie«. Więc w łagodnej mowie
103 Tak odrzekł pan ów ze słodkiem obliczem:»Za cóż się czyja nienawiść policzy,Jeśli kochanie za występek liczym?«
106 Potem ujrzałem pośród wściekłej dziczyMłodzieńca: motłoch głazami weń miotaI podszczuwając: »Zabij, zabij!« krzyczy.
109 A on z gasnącym oddechem żywota,Gdy go na ziemię zwalili morderce,Do niebios czynił z oczu swoich wrota,
112 Modląc się Bogu w tej wielkiej rozterce,By prześladowcom puścił dzieło krwawe,Z takim wyrazem, że chwytał za serce. —
115 Gdy dusza moja odzyskała jawę,Którą zgubiła, sama w się zebrana,Poznałem wszystkie czyny me nieprawe.
118 Przeto tam stałem w oczach mego Pana,Jak człowiek, co się ze snu powstać sili;Więc rzekł: »Co tobie, że ci drżą kolana?
121 Oto uszedłeś więcej niż pół miliZ wzrokiem zamglonym, w nóg nierównowadze,Jak człowiek, co go sen lub wino zmyli«.
124 »Ojcze mój słodki«, rzekłem mej Powadze,»Jeśli posłuchać zechcesz, to-ć wyświecęCom widział, kiedym w członkach stracił władzę«.
127 »Choćbyś sto masek«, rzekł, »włożył na lice,Oczy me przez nie głąb myśli postrzegą,Ani im będą skryte tajemnice.
130 To co widziałeś, widziałeś dlatego,Byś otwarł serce wodom pojednania,Które ze zdroju wieczystości biegą.
133 Pytałem nie jak człowiek, co odsłaniaRzeczy cielesne okiem z przed mogiły,Niedowidzącem od chwili skonania,
136 Ale, by stopom twoim dodać siły,Jak się leniwe bodzie i oporne,Gdy się ich zmysły wreszcie obudziły«.
139 Tak my stąpali przez zorze wieczorneW dal pozwalając zapuszczać się okuSkróś przez promienie żarkie i przekorne
142 Nagle się ku nam tumany obłokuJęły przybliżać, jako noc czarniawe:Trudno przed nimi było umknąć kroku.
145 — Aż nam odjęły powietrze i jawę.