Pieśń XVII

Dante Alighieri (1265–1321)

Traducido por Edward Porębowicz

Boska komedja — Czyściec

1 Jeśliś był w górach od mgieł pochwycony,Przez które tyle dopatrzy spowitaZrenicaŹrenica, ile kret przez powiek błony,

4 Przypomnij, gdy ćma wilgotna i zbitaZaczyna rzednąć, jak słabem i blademŚwiatłem tarcz pod nią słoneczna prześwita,

7 A pojmiesz, idąc wyobraźni ślademI tak ci słońce właśnie widne będzieJak mnie, kiedym je ujrzał nad zapadem.

10 Więc stopy moje w jednym stawiąc rzędzieZ Mistrza stopami, wystąpiłem z chmuryW blask, co już dolin porzucił krawędzie.

13 O wyobraźni, w takie nas wichuryZdolna porywać, że rogów tysiąceNie zbudzą duszy rwanej temi pióry!

16 Kto tobą rządzi, kiedy zmysły śpiące?Snać rządzi światło o niebiańskiej treści,Z siebie lub woli wyższej działające. —

19 Bezbożność dziewki, co swój kształt niewieściZmieniła w ptaka, pieśni miłośnika,W widzeniu mojem naprzód się obwieści.

22 A tutaj duch mój tak szczelnie przymykaSwe wrota i tak sam się w sobie zwinie,Że weń z zewnętrznych światów nic nie wnika.

25 Potem mi w szczytną wyobraźnię spłynieKrzyżowanego okrutnika zjawaWzgardliwie dumne w śmiertelnej godzinie.

28 Tuż wielkie widmo Ahaswera stawaI przy Esterze Mardoch sprawiedliwy,Którego mowa jak czyn była prawa.

31 A skoro prysnął owy obraz żywy,Jak bańka w świateł barwistych ozdobie,Kiedy jej wodnej nie stanie pokrywy,

34 Ujrzałem widmo dzieweczki w żałobie,Która mówiła: »Z jakiej-że przyczynyKrólowo, gniew twój na śmierć radził tobie?

37 Umarłaś, aby nie tracić Lawiny,Przecie daremnie; otom rozżalona,Matko, twej wprzódy, niż cudzej ruiny«.

40 Jak się sen łamie, gdy powiek osłonaPrzepuści nagle jasne zorze brzaskuI chwilę szarpie się, nim całkiem skona.

43 Tak znikło widmo owego obrazku,Skoro strzeliła jasność w oczy mojeOd padolnego ogromniejsza blasku.

46 Obróciłem cię, by poznać, gdzie stoję.Gdy głos mówiący: »Wstępujcie na stopnie«Rozprószył wszystkie inne niepokoje.

49 Pragnieniem dusznem biegłem tak pochopnieWypatrzeć mówcę, iż mi się wydało,Że nie odpocznie, aż swojego dopnie.

52 A jak się kryje słońca świetlne ciałoNadmiarem blasków, co nas w oczy rażą,Tak tu spojrzenie moje nie dotrwało.

55 »Duch to jest boży, co nas pod swą strażąNie oczekując prośby, wyprowadzi;Oczom twym własną zasłania się zarzą.

58 Rad nam, jak inni samym sobie radzi:Kto widząc obcy mus, czeka wezwania,Taki złośliwie już odmowę ładzi.

61 Niech zaproszenie doda ci wytrwania;Przed zejściem nocy trzeba kończyć drogę,Albo na nowo czekać do zarania«.

64 Tak mówił Wódz mój, zaczem siły wzmogęI zwracam kroki na wyniosłe schody.Ledwiem na pierwszym stopniu stawił nogę,

67 Uczułem z blizka jakby wiatru chłodyOd skrzydeł i głos ten: BłogosławieniPokój czyniący, nie czyniący szkody.

70 W górze już gasnął ostatek promieni,Po których zaraz idzie noc na świecieI już migały gwiazdy po przestrzeni.

73 »O siły moje, dlaczego mdlejecie?«Mówiłem, czując mocy niedostatekI drżąc, że nóg mych władza się rozplecie.

76 Jużeśmy stali, gdzie schodów ostatekDochodzi ściany i o tę granicęUtknęli, niby zholowany statek.

79 Nadstawiam ucha, czy skąd nie pochwycęWieści, przez nowe te biegnącej kraje,Zaczem powiadam, obróciwszy lice:

82 »Drogi mój ojcze, jaki to się kajeGrzech w okoleniu, gdzie nas stopa wniosła?Choć stają nogi, głos niech nie ustaje«

85 A on: »Tu miłość cnoty, niedorosłaDo obowiązku, prości się i czyści;Tu raźniej chodzą zapóźnione wiosła.

88 Posłuchaj pilnie, by ci oczywiściejTa rzecz przezemnie była ukazana;Tak nie wypadnie zwłoka bez korzyści:

91 Czy w Stwórcy, czyli w stworzeniu z rąk PanaWyszłem, jak to wiesz, miłość tkwi niezbędna,Wrodzona, lub też wyrozumowana.

94 Miłość wrodzona zawsze jest bezbłędna,Lecz druga czasem pochybi w wyborze,To mdła w działaniu, to zbyt nieoględna.

97 Tam, — póki stawia za cel dobro boże,Tu, — póki sama swe miarkuje chuci,Zgubnej uciechy źródłem być nie może.

100 Lecz skoro ku złym myślom się obróci,Lub z niepomierną troską w dobro godzi,Zaraz ze Stwórcą stworzenie pokłóci.

103 Z tego, jak widzisz, jasno się wywodzi,Że miłość równie cnotę sobą iści,Jak wszelką sprawę, która karę płodzi.

106 ZeŻe zaś jest miłość swej własnej korzyściSamolubnemu stworzeniu konieczna,Więc niema w świecie samo-nienawiści.

109 A iżby była rzecz w zasadzie sprzeczna:Twór niezwrócony ku pierwszej przyczynie,Nienawiść Stwórcy też jest niedorzeczna.

112 Ze złych miłości znamy więc jedynieZłą ku bliźniemu miłość; otóż onaTrzema sposoby wstaje w ludzkiej glinie.

115 Ten czeka, rychło czyjś kres się dokona,Na nędzy bliźnich buduje rachuby,Chce, by ich wyższość była poniżona.

118 Ów stracić nierad władzy, cześci, chlubyPrzez to, że nadeń wzrośnie wielkość cudzaI ze zmartwienia bratu życzy zguby.

121 Tam krzywda w człeku taką wściekłość wzbudza,Iż jego serce mściwością zażegaI przeciw drugim niecną myśl podjudza.

124 Te trzy miłości niżej tego brzegaKają się; teraz ową ci zwiastuję,Co się za dobrem niesfornie ubiega:

127 Każdy bezwiednie i niejasno czuje,Że jest gdzieś dobro, co duszę pokoi,Więc go koniecznie dostać usiłuje.

130 Chęć, co leniwo ku nieba ostoiDąży, w tym kresie czyścowych umorzeńPo słusznej skrusze męką się wygoi.

133 Jest inne dobro, co nie zbawi stworzeń,Bo nie jest szczęściem, ni jest w niem zasadaWszelkiego dobra, ni owoc, ni korzeń.

136 Miłość takiemu dobru zbytnio radaW trzech wyższych kołach łzami się opłócze:Lecz jak się owy trójpodział układa,

139 Pragnę byś doszedł sam, więc nie pouczę.