Pieśń XXIII

Dante Alighieri (1265–1321)

Traducido por Edward Porębowicz

Boska komedja — Czyściec

1 Kiedym oczyma po gałęziach wodziłNakształt myśliwca, który pośród liściPoziera ptaszka, aby weń ugodził,

4 Ten co mi więcej był niż ojcem: »Iść ciNależy prędzej«, rzekł, »niedługie chwileKu niezbędniejszej obrócić korzyści«.

7 Więc krok przynaglę i twarzy nachylęKu Mistrzom, co szli, prawiąc tak uczenie,Że stąpać było i łatwo i mile.

10 Wtem zabrzmi płaczem przerywane pienie:Wargi me otwórz! w tak dziwnej muzyce,Że budzi razem żal i upojenie.

13 »Ojcze mój«, rzekłem, »czem to słuch mój sycę?«A on mi na to: »Lud jest, co wywlekaSwej powinności splątaną pętlicę«.

16 Jak pielgrzymiego widzimy człowieka,Gdy spotka obcych, w zadumie od ziemiOczy podniesie i przejdzie zdaleka,

19 Tak przeszły szybko i niewidzącemiOczyma na nas spojrzały widziadłaLudzkie, duchowie nabożni i niemi.

22 Jama ich oczu ciemna i zapadła,Twarz blada, postać była wycieńczonaTak, że się skóra wprost na kościach kładła.

25 Nie sądzę, aby u EryzychtonaTak było wyschło ciało na szkielecieW chwili, kiedy czuł, że go głód dokona.

28 Chyba — myślałem — ci w bożym dekrecieZ Jerozolimy uszli oblężenia,Gdzie matka z głodu jadła własne dziecię.

31 Jako popsuty pierścień bez kamienia,Były ich oczy; kto chce czytać OMOW twarzy, poznawał tu M bez wątpienia.

34 Jest nie do wiary rzeczą, ni wiadomą,Aby mógł człowiek wyschnąć aż do kościPragnieniem wody i jabłka oskomą.

37 Jeszczem dociekał, mocą jakiej czczościMogły dojść owe szkieletów obrazkiTakiej wysuszy i bezcielesności,

40 Gdy wtem duch jeden oczy z głębi czaszkiNa mnie obrócił, wpatrzył się i zdumiałI krzyknął głośno: »Skąd mi tyle łaski?«

43 Kto był zacz, z twarzy poznać-bym nie umiał,Ale dźwięk głosu odkrył niespodzianieTo, czego wzrok mój ciemny nie rozumiał.

46 W tym mi więc błysku rozświtło poznanieLic odmienionych, tak, że naostatekForese żywy w pamięci mej stanie.

49 »Niech cię«, rzekł, »suchość mych cielesnych szatek,Ani nie razi to ich odbarwienie,Ni ten istoty mojej niedostatek.

52 Mów mi, kto jesteś, kto są oba cienie,Idące z tobą tym kamiennym wałem?Stój, bodaj słowko niech z tobą zamienię«.

55 »Lica twe martwe niegdyś opłakałem,A teraz znowu na płacz mi się zbiera,Widząc zmienione tak«, odpowiedziałem.

58 »Mów ty, przez Boga, kto z ciał was obdziera,A mnie nie pytaj: póki dziw na oku,Próżno się język mówienia napiera«.

61 On na to: W wodę, co płynie ze stoku,I w drzewo siła odcieleśniającaPrzesiąka z niebios wiecznego wyroku.

64 Wszystka ta rzesza, co śpiewa łkająca,Niewstrzemięźliwość w jadle i napojuGłodem i dusznem pragnieniem odmąca.

67 A zaś podnietą tego nieukojuSą: zapach jabłek i ta jasna wodaNa zieleń drzewa kanąca ze zdroju.

70 Nie raz jedyny śród tego ogrodaMęki się naszej odnawia zgryzota;Mówię: zgryzota, zamiast rzec: osłoda.

73 Ku drzewu prze nas ta sama ochota,Która Chrystusa wiodła, by opłatąSwej krwi serdecznej kupił nam żywota«.

76 »O mój Forese«, odpowiadam na to,»Od dnia, gdyś stanął za wybrańszym progiem,Przecież już piąte upłynęło lato!

79 Jeżeli w tobie leżącej odłogiemSkruchy dopiero zbudziła się władzaW dniu dobrej męki, co nas żeni z Bogiem,

82 Co cię tak prędko tutaj przyprowadza?Owszem liczyłem, że między niższymiBywasz, gdzie czasem czas się wynagradza«.

85 A on: »Przywiodła mię, gdym zeszedł z ziemiAby pić słodki piołun oczyszczenia,Ta moja Nella łzami rzęsistemi.

88 Przez korne modły, gorące westchnieniaWydobyła mię z czekania ostoiI uwolniła od reszty cierpienia.

91 Bóg tyle bardziej rad wdoweńce mojej,Którą kochałem tak czule i tkliwie,Ile że w cnocie sama jedna stoi.

94 Bowiem Barbagia sardyńska prawdziwieSkromniejsza w niewiast życiu i ubierze,Niż ta Barbagia, gdzie dziś ona żywie.

97 Bracie, cóż więcej powiem ci w tej mierze?Lepsze oglądam czasy w jasnowidzie,I nie dalekie dzisiejszym, tak wierzę,

100 Gdy ku niewiastek florenckich ohydzieZ ambon wyklinać będą księże ręceTaką, co piersi odsłania w bezwstydzie.

103 Jakiej-ż Germance, jakiej SaracenceTrzeba duchownej, lub innej przestrogi,Aby chodziła w przystojnej sukience?

106 Gdyby wiedziały bezwstydne, jak w srogiejPomście Bóg na nie gotuje pociski,Jużby otwarły usta wyciem trwogi.

109 Jeżeli termin mych przeczuć jest blizki,Zbledną, nim temu puch lica ustroi,Co go dziś tuli śpiewka do kołyski.

112 Więc nie kryj bracie celu drogi swojej;Nie ja, tłum cały już się twej osobieDziwi, która mu w polu słońca stoi«.

115 Na to ja rzekłem: »Gdy przypomnisz sobie,Jakeśmy oba źle żyli, niestety,Smutek w tej jeszcze owładnie cię dobie.

118 On, by mi pomóc do szczęśliwej mety,Wyrwał z obłędu w chwili, gdy foremnąTarczę jawiła siostrzyca płanety«.

121 Tu-m wskazał słońce. — »Przez krainę ciemnąPrawdziwie zmarłych, skroś jej głębokościPrzewiódł mię w ciele, co tu weszło ze mną.

124 Z nim się po przykrej piąłem pochyłościI po okólnej ścieżce w szczyt się ważęGóry, co ziemskie skrzywienia w was prości.

127 A tak nam długo postępować w parze,Aż dojdę, kędy Beatryx zasiada;Tam mi samemu pozostać rozkaże.

130 Oto Wirgili, w którym się zakładaMoja nadzieja; drugi jest tym, gwoliKtóremu właśnie zadrżała posada

133 Waszego państwa, w znak, że go wyzwoli.