Pieśń II

Dante Alighieri (1265–1321)

Traducido por Edward Porębowicz

Boska komedja — Piekło

1  Już dzień uchodził, mrok szarej godzinyJuż odwoływał padolne zwierzętaOd pospolitych trudów; ja jedyny

4  Gotowałem się na bój, nie na święta,Z trudem podróży, z litości katuszą;Skreśli je pamięć, co jej błąd nie pęta.

7  Wesprzyjcie Muzy, krzep mię twórcza duszo!Pamięci moja, widzeń mych zwierciadło,Dzisiaj się mocy twe objawić muszą.

10  »Ty, co mię wiedziesz w krainę przepadłą,Znasz-li me serce dość silnem i dzielnem,Aby na wielkiem przejściu sobą władło?

13  Mówisz, że w ciele jeszcze skazitelnemRodzic Sylwiusza odwiedzał te szlakiI nieśmiertelność czuł ciałem śmiertelnem.

16  To, że wróg złego był mu łaskaw taki,Wiedząc, jak ważny skutek dzieło czekaI ważąc kto zacz miał zeń wyjść i jaki,

19  Chyba nie zdziwi rozumnego człeka:Gdyż on rzymskiemu państwu i RzymowiNa patryjarchę był naznaczon z wieka,

22  Który i które, — że się tu wysłowiPrawdę, — dla świętych miejsc są stanowione,Gdzie dzisiaj siedzą dziedzice Piotrowi.

25  Przez owo zejście w twej pieśni sławione,Zrozumiał rzeczy, po których przyczynieOn wziął zwycięstwo, a papież koronę.

28  Po nim Apostoł, wybrane Naczynie,Skróś przewędrował te zaziemskie smugiBy wzmocnił wiarę, zbawienia dawczynię.

31  Lecz ja co? Skąd mi łaska? Jam nie drugiEneasz, ani Pawła hart posiadam,Nikt, ni sam do się nie znam tej zasługi.

34  Więc gdy me pójście na twą wolę składam,Drżę, czy zamiaru nie roję szalenie;Ty mędrzec, pojmiesz lepiej, niż powiadam«.

37  Jak człek, co chciawszy, znów odmienia chcenie,Aż w postanowień kolejnych szereguZgoła odwróci pierwotne życzenie,

40  Taki ja byłem na ponurym brzegu,Kiedy namysłem starłem chęci skoreI w pierwszej chwili ochocze do biegu.

43  »Jeśli twą tajną myśl ze słów rozbiorę«,Rzekł wielkoduszny cień, »widzę na oczyWnętrzne twej duszy nędznym strachem chore;

46  Który tak czasem człowieka omroczy,Gdy się zapalił do zacnego dzieła,Że jak płochliwy zwierz przed nim uskoczy.

49  By się odwaga z tej trwogi ocknęła,Opowiem rozkaz dany mi w otchłaniW on czas, gdy litość nad tobą mię zdjęła.

52  Siedziałem w duchów wątpliwych przystani,Gdy przyszła cudna, święta białogłowa,Tak żem ją wołać: Rozkazuj mi pani!

55  Wzrok jej lśnił jaśniej niż gwiazda wschodowa;Słodka i cicha była i w mówieniuAnielska: ta w te ozwała się słowa:

58  »O ty uprzejmy mantowański cieniu,Którego imię trwa i pełne chlubyTrwać będzie, póki żywota stworzeniu;

61  Oto miły mój, a losom nielubyTakie przekory napotkał w swej drodzeNa pustych progach, że nie wytrwał próby,

64  Wracał i zbłądził; a lękam się srodzeSłysząc, co o nim powiadano w górze,Czy mu nie późno z posiłkiem przychodzę.

67  Więc z ozdobnemi słowy pospiesz, nuże!Niechaj go zbawi twa pomoc i radaI niech ja o nim więcej źle nie wróżę.

70  Jam Beatrycze, która do cię gada:Z miejsc idę, które wnet odzyskać życzę;Miłość mię wiodła i teraz mną włada.

73  Kiedy powrócę przed pańskie oblicze,Chwalić cię będę i często i szczerze«.Zamilkła, a ja do niej: »Beatrycze!

76  O zacna pani, z której jedno bierzeTę moc ród ludzki, że przeszedł stworzeniaŻyjące w nieba najwęższego sferze;

79  Tak mię ochota służby rozpłomienia,ZeŻe nie usłużę nigdy nadto wcześnieI tutaj dość mi jednego skinienia.

82  Lecz powiedz przecie: Nie lękasz się w cieśnieNaszej śródziemnej zstępować otchłaniZ szerokich dziedzin, gdzie ci radość wskrześnie?«

85  A na to rzekła mi ta jasna pani:»Pokrótce zadość twej chęci uczynię.Bym zejść się bała, nikt mi nie przygani;

88  Bać się należy tych rzeczy jedynieZ których się szkoda niepowrotna lęże,Ale nie innych, których groza minie.

91  Ja z łaski bożej mam takie pawęże,Że ni się nędzą waszą nie poplamię,Ni mię płomieni waszych żar dosięże.

94  Jest łaski-pełna Pani w bożym chramie:Przeciw zawadom chce pomagać tobieI oto górne twarde prawo łamie.

97  Więc Łucję do się przyzwała w tej dobieI rzekła: »Sługę twego nęka trwoga;Pospieszaj, twojej zlecam go osobie«.

100  A Łucja, wszelkiej surowości wroga,Zeszła, gdzie pobyt mam z Rachelą starą:»O Beatrycze, prawa chlubo Boga!«

103  Tak przemówiła do mnie, »jakąż miarąNie spieszysz wesprzeć swego miłośnika,Co się dla ciebie wzniósł nad ciżbę szarą?

106  Czyli cię łkanie jego nie przenika?Czyli nie widzisz, jak śród fali wzdętej,Chełpliwszej morza, z śmiercią się potyka?«

109  Nikt nie miał większej na pośpiech zachęty,Kto szuka zysku, lub się szkody boi,Niż ja, gdym głos ten usłyszała święty.

112  Z błogosławionych zstąpiłam podwoi,Ufna w wymowie twej zacnej i czesnej,Co równie ciebie jak słuchaczów stroi«.

115  A dokonawszy słów tych, wzrok bolesnySłonecznych oczu ku mej twarzy skłania;Jam też czemprędzej biegł, by przybyć wczesny.

118  I oto jestem wedle rozkazania;Wydarłem ciebie bestji, co na cudnąGórę najprostszej ścieżyny zabrania.

121  Więc cóż? Przecz stopę zatrzymujesz żmudną,Dlaczego strachem serce twoje chorze,Czemu odwaga i zapały chłódną,

124  Skoro już jesteś na niebieskim dworzeTak bardzo luby trzem błogosławionymI gdy ja tobie tyle szczęścia wróżę?«

127  Jak kwiatki nocnym powarzone szronemStulone gną się, aż gdy je odbieliSłońce, wraz czołem się wznoszą i łonem,

130  Podobnie we mnie otucha wystrzeliA serce taka umocni odwaga,Że wołam jako człek, co się ośmieli:

133  »O przelitośna ta, co mię wspomaga!I ty litośny, że długiej namowyNie używała do cię jej powaga.

136  Ty swojem przyjściem i swojemi słowyTakie w mem sercu wzbudziłeś pragnienie,Żem znowu silny, żem znowu gotowy.

139  Pójdźmyż, niech dwojga jedno będzie chcenie;Ty Mistrzem moim, ty Wodzem, ty Panem«.Zmilkłem, on ruszył; na jego skinienie

142  Poszedłem krajem stromym i nieznanym.