Pieśń XXIX

Dante Alighieri (1265–1321)

Traducido por Edward Porębowicz

Boska komedja — Piekło

1  Od łez tak miałem powiekę nabrzmiałąZ patrzenia na lud rozliczny i rany,Że mi się stanąć i zapłakać chciało.

4  Wirgili do mnie: »Gdzie wzrok zapomnianyPosyłasz? na kim czepiasz oczy w tłokuRzeszy ciężkimi ciosy połupanej?

7  Pierwszy raz widzę taką chęć w twem oku;Łatwo rachubę stracisz w mar powodzi:Dwadzieścia dwie mil ten krąg liczy w toku.

10  Pod stopy nasze już księżyc podchodzi,Wnet się nam kończy wolność wędrowania,A jeszcze wiele obejrzeć się godzi«.

13  »Gdybyś przyczynę poznał, co mię skłania«Rzekłem, »tak baczne puszczać w dół źrenice,Może dłuższego pozwolił-byś stania«.

16  Wódz już odchodził; krok jego pochwycęI w drodze kończąc przemowy, dodaję:»Oto zapuszczam wzrok w ciemną ulicę

19  Pomiędzy duchów nieszczęśliwe zgraje;Może jednego z krewnych mych wyśledzi,Co tu kosztowną odpłatą się kaje«.

22  A Mistrz mój na to: »Niechże się nie biedziMyśl nad krewniaka duszą pokalaną;Ty indziej patrzaj: on gdzie wpadł, niech siedzi.

25  Palcem na ciebie pod przełęczy ścianąWskazując kinął i groził surowie;Geri del Bello na niego wołano.

28  Wzrok miałeś wówczas na uciętej głowieAltafortowej stannicy barona,Żeś go niebaczył; potem znikł w parowie«.

31  »Wodzu, myśl moja zaniepokojona,Że jego gwałtem z żył wypruta duszaOd uczestników hańby niepomszczona

34  Wzgardą się na mnie należną obrusza;Stąd przeszedł milcząc, nasrożywszy lice,A to mię bardziej do litości zmusza«.

37  Takeśmy gwarząc przyszli na granicęWału, skąd zajrzeć można było w głębie,Gdyby świt jaki rozjaśnił ciemnicę.

40  Gdyśmy stanęli na ostatnim zrębieZłych Dołów, ujrzę jaru długą szyję,A w niej tłum zbity w przeokropnym kłębie.

43  Lamentów zawierucha ku mnie bije,W litość okutych jak groty ze stali;Przed nimi uszy rękoma zakryję.

46  Gdybyście wszystkich nędzarzy zebraliI umieścili w jednej dołu cieśni,Co śród maremskich, sardyńskich szpitali

49  I waldichiańskich od lipców do wrześniLeżą, smród taki buchnąłby z natłokuCiał gnuśniejących w zgniliźnie i pleśni.

52  Jużeśmy zeszli po przełęczy stokuNa rąbek, w lewym wciąż idąc kierunku,Zaczem brzask żywszy świtał memu oku

55  W otchłani, kędy bożego rachunkuWypłacicielka, Sprawiedliwość świętaFałszerzy strąca i żga bez ratunku.

58  Nie wiem, czy była na większą przeklętaPlagę Egina z wszystkim ludem chorym,Tak zarażona, że nawet zwierzęta,

61  Nawet robaczki dotknięte pomoremPadały, aż się stare plemię owo,Mamy-li wierzyć za starym autorem,

64  Z jaj mrówczych rodzić musiało na nowo, —Niż ta skłębiona tłuszcza, duch na duchu,Zalegająca dolinę morową.

67  Jeden drugiemu to leży na brzuchu,To znów na plecach: inny się mozoliNa raczkach pełznąć po ziemi zaduchu.

70  Milczący kroczym przez środek, powoliWzrokiem i słuchem rozbierając kupyCiał, którym boleść powstać nie pozwoli.

73  Wtem wzrok mój pobiegł do dziwacznej grupyDwu mar o siebie wspartych jak patelnieGrzane, pokrytych obrzydłymi strupy.

76  Zaprawdę zgrzebłem śmigają mniej dzielnieGdy strach im pana, obozowe ciury,Lub gdy się późno zbudzą poniedzielnie,

79  Niż ci dwaj palcy krzywymi ze skóryDla nieznośnego świądu darli sobieCiało, gwałtowne topiąc w niem pazury.

82  Łuszczyli własną krostę w tym sposobie,Jako się karpia, albo ryby innejSzerokołuskiej grzbiet tasakiem skrobie.

85  »Ty co paznogciem drzesz z siebie łupinyI jak kleszczami targasz«, Wódz zawoła,»Jest tu kto z tobą z łacińskiej dziedziny

88  W kupie ciał zgniłych leżących dokoła?A bodaj niech twój paznogć będzie sporyI niech wieczystej robocie wydoła«.

91  »Z Lacjum my oba, jednymi pomorySkarani«, płacząc liche widmo rzekło;»Lecz ty kto jesteś, coś to wiedzieć skory?«

94  Wódz rzekł: »Z tym oto, co zeń się nie zwlekłoCiało, pokrętne odwiedzam parowy,Bo mi należy ukazać mu piekło«.

97  Więc oni nagle rozjęli tułowyI obrócili się, drżący ogromnie,Z nimi zaś inni na głos takiej mowy.

100  Dobry Przewodnik skierował się do mnieI rzekł: »Jako chcesz, objaw im swe chęci«.Tedy się ozwę, posłuchawszy skromnie:

103  »Niechaj się mir wasz w człowieczej pamięci,Życzę, na pierwszym świecie nie rozpraszaI przez słońc liczne obroty się święci.

106  Mówcie, co wy zacz, gdzie kolebka wasza;Wstrętnej i przykrej kary upodlenieOdsłonić mi się niech was nie odstrasza«.

109  »Jam jest z Arezzo« rzekł duch; »Albert w SienieZbrodni mej karę naznaczył ogniową;Inny grzech strącił między zgnilców cienie.

112  Prawda, twierdziłem żartobliwą mową,Iż wiem, jako się na powietrze wspina;A on ciekawy lecz głupi, za słowo

115  Wziąwszy, Dedalem być się upomina;Żem tego nie mógł, zemścił się i zdradziłTemu, który go uważał za syna.

118  Jam alchemiczne na świecie prowadziłPraktyki: Minos tak słuszny w urzędzieZa to mię w dole ostatnim osadził«.

121  Więc ja do Mistrza: »Jest-że w ludów rzędzieLud taki próżny, jako nasz seneski?Nawet z nim Francuz zrównany nie będzie«.

124  A trędowaty: »Skoro liczysz kreski,Niech nie zostaje wyłączony Stricca,Rozrzutnik sławnie ochoczy do kieski;

127  Oraz Niccolo, po którym praktykaNastała w kuchnią wprowadzać bogatąNieznany dotąd aromat gwoździka.

130  Dolicz też ową zgraję wichrowatą,Gdzie Caccia d’Ascian wielką schedę trwoni,A górny rozum zjawia Abbagliato.

133  Lecz abyś wiedział, kto w takt tobie dzwoniPrzeciwko Sienie, spójrz: kim ci się zdaję?Niech twarz ci moje nazwisko odsłoni.

136  Capocchia dusza przed tobą się kaje;Widzisz fałszerza i topcę metali;Jeśli mnię pomnisz, a ja cię poznaję,

139  Wiesz że mię w świecie słynną małpą znali«.