Matka i Śmierć

Franciszek Dionizy Kniaźnin (1750–1807)

Kobieta jedna, już dobrze podżyła,Miała córeczkę; to jedyne dziecięKochała bardziej, niźli własne życie,Serce swe nad nią raniła,Owóż ta córka śmiertelnie zapadła,Słaba, znędzniona i srodze wybladła.Niewiasta czyni śluby, na lekarstwo traci,

Daje grosze ubóstwu, za modlitwy płaci.„Boże — wołała i we dnie i w nocy —„Zatrzymaj jeszcze wyrok twojej mocy!„Bierz, jeśli wola, moje raczej życie,„A zostaw przy nim to kochane dziécie!“Jednego potem wieczora,Gdy się już zdała dogorywać chora,Matka podwoi lamenta, rozpacza:Alić ktoś we drzwi razem zakołacze.Z srogim tertesem i wrzawąWnet jakaś do izby wpadaMara chuda, czarno-blada,Z podobną Śmierci postawą.Na takie widmo niewiasta się zlękłaI, drżąc, do ziemi przyklękła.„Pośle od niebios! — zawoła z pokorą —„Niechaj się twoja nie pomyli ręka.„Jeszczemci zdrowa, Bogu memu dzięka!„Córka to moja jest chorą“.