Epoda V (Horacy, tłum. Siemieński, 1916)

Horace (65–8 a. C.)

Traducido del latín por Lucjan Siemieński

»Przewielkie Bogi w górnym majestacie,»Co niebem, ludźmi i ziemią władacie!

»Cóż ten wrzask znaczy? i czemu jak żmija»Wzrok wasz mię rani i na wskroś przebija?

»Na dzieci twoje — jeśli ci Lucyna»Dopomagała przy powiciu syna;

»Na nikły szkarłat tej mojej sukienki,»Błagam o litość; Bóg pomści te męki.

»Pod macoszynym wzrokiem twym się wiercę —»Patrzysz jak dziki zwierz ugodzon w serce!«

Gdy tak chłopczyna mówił, drżący listek,I stał do nitki z szat obnażon wszystek;

Drobniuchne ciałko tego nieborakaMogłoby zmiękczyć nawet duszę Traka.

Kanidya w kołtun nie czesan, nie myty,Wplótłszy rój cały wężów jadowity,

Bierze cyprysy rwane na mogile,Cmentarne, suche figowe badyle,

Jaja maczane w posoce ropuchy,Wydarte z skrzydeł puszczykowych puchy;

Zioła, co Jolkos rodzi i Hibera;Każde z nich srogą truciznę zawiera;

Kości dobyte z pyska głodnej suki —I pali w ogniu czarnoksięskiej sztuki.

✽ ✽

Sagana raźnie krząta się w świetlicy,I kropi w odą z Awernu krynicy

Każdy kąt. Włos jej tak sterczy do góryJak kolce jeża, lub szczeć u samury.

Toż Weja, którą sumienie nie trapi,Zgięta nad ciężką robotą, aż sapi

Tak żwawo rydlem twardą ziemię kopie,Na grób dla ciebie, o biedne ty chłopię!

Postawią trzykroć w dzień przed tobą jadło,Patrzeć w nie każą głodną i wybladłą

Twarzą; tyś w jamę wkopany po brodę —Płynący, głowę tak wznosi nad wodę —

A gdy zmęczone zgasną ci powieki,Boś wzrok wypatrzył w ten pokarm daleki,

Wtedy wątroba twoja, szpik wyschnięty,Pójdzie na filtry miłosnej ponęty.

Neapol wierzył próżniaczy i całaZ nim okolica, że udział w tem miała

Armińska Folia, sławna lubieżnica,Co z nieba gwiazdę albo cień księżyca

Zdejmuje czarem tessalskich zaklęci. —A cóż Kanidya? Wściekła, w zębach kręci

Żółtych, paznokieć długi; a co gada,Lub co zamilczy, któż tam z niej wybada?

Nocy i Dyano! wy wierni świadkowie!Żadne z was tego co się tutaj dowie

Nie zdradzi; milczeć kazaliście wszędyGdzie odprawiają tajemne obrzędy.

Teraz pomóżcie! Na dom mego wrogaNiech się obróci wasz gniew, padnie trwoga.

W ponurej kniei, gdy się zwierz w komyszeSchowa i słodkim snem się ukołysze,

Cudzołożnika starca, niechże ścigaŚmiech, i suburskich psów zgraja obléga;

Taką mu nardą namaściłam ciało,Że mi się lepszej zrobić nieudało.

Cóż to? Czy słabsza trutek moich władzaNiż barbarzyńskiej Medei — że zdradza?

Przecież tym jadem pomściła się onaNa swej rywalce, na córze Kreona,

Co w dar zatruty, płaszcz, gdy się oblekła:Buchły płomienie i w nich się upiekła!

Nieprzepomniałam wszakże tu żadnegoZiółka, korzonka, w szparach skał skrytego.

On śpi, jam łoże tak spraktykowała,By mu już żadna w myśli nie postała...

Oho! snać wiedźma bieglejsza ode mnieCzar z niego zdjęła, że wyszedł tajemnie.

Lecz ja ci, Warze, filtrem tak dosadzę,Że głowa twoja wróci pod mą władzę,

I dość wyleje łez, że i zaklęciaMarsylskie, już jej nie wrócą pojęcia.

Gardzisz mną — dobrze! moc jadu podwojęI potężnemi filtry cię napoję...

Chyba firmament wprzód w morze się stoczy,A swym ciężarem ziemia go przytłoczy;

Niżbyś miał ku mnie nie goreć mój staryJak smoła, gdy ją wyleją na żary.

✽ ✽

Pachole ono nie chce już w swej nędzyJak wprzódy, serca poruszać tej jędzy.

I nieświadome, co do ust mu ślinaNiesie, jak Thyest, katów swych przeklina:

»Rzeczy nieprawe, lub prawe, przez czaryDokonać można; lecz odwrócić kary

Za zbrodnię, nigdy. Więc bądźcie przeklęte!Klątw tych, ofiary nie odwrócą święte.

Jeśli mi przyjdzie tu wyzionąć życie,To mnie jak widmo w nocy obaczycie;

Jak widmo, twarz wam poszarpię szponami,O ile tylko siły duch mój da mi.

Do piersi trwożnych gadem się przyczepię,I nigdy powiek waszych snem nie zlepię.

Kamieńmi tłum was ścigać przez uliceBędzie, gdy ujrzy stare czarownice;

Niepogrzebione cielsko wasze w sztukiRozerwą wilki, eskwilińskie kruki;

A ojciec, matka, jeśli mię przeżyje,Ujrzy, jak duch mój poskręca wam szyje!«