Satyry — całość

Horace (65–8 a. C.)

Traducido del latín por Józef Birkenmajer

Wybór poezji

Wszystkim ta wada jest wspólną śpiewakom, że w gronie przyjaciół,Nigdy się na to nie zgodzą, gdy ich zaśpiewać poproszą,Nieproszeni zaprzestać nie mogą. Sardyńczyk Tigellius,Znany miał to do siebie. I Caesar acz zdolen przymusić,Choćby na przyjaźń ojcowską i swoją go prosił, to przecieżNicby nie wskórał, natomiast gdy chęć go wzięła od jajkaAż do jabłek wywodził: „Bacchusie!“ to w tonie najwyższym,Albo w najniższym, co czwarta na gęśli struna wydaje.Nic podobnego do tego człowieka nie było. CzęstokroćBiegał jakoby przed wrogiem się chroniąc, czasami powoliStąpał jakoby w obrzędach Junony; raz dwieście przy sobieMiał niewolników, lub dziesięć; to królów albo tetrarchówPełną miał gębę, to znowu: „Trójnożny stolik mi starczy,Czystej soli miseczka i toga, co chronić od zimna,Choćby wytarta zdołała!“ Miljony byś temu darował,Oszczędnemu, na małem przestającemu, to w piątejDobie już nicby w schowankach nie było. Nocami do brzaskuCzuwał, całemi zaś dniami chrapał. Nie było zaisteNic tak w sobie sprzecznego. Niechajże kto powie: A cóż to?Żadnych że przywar nie masz? Mam inne, zapewne nie mniejsze.Maenius gdy nieobecnego strofował Novia, co znowuPowie ktoś: Siebie to nie znasz, lub jako nieznany słowami

Myślisz nas zbywać? Ja sobie pobłażam, odrzeknie mu Maenius.Głupiem i niecnem podobne sobkowstwo i godnem nagany.Jeśli nieprzetartemi oczyma tak licho dowidzisz,Czemuż tak bystrym wzrokiem przyjaciół wady wytykasz,Równie jak orzeł, lub wąż z Epidauru? Lecz tobie przeciwnieZdarzyć się może z kolei, że inni dopatrzą twe winy.Nieco jest obraźliwym, niesmacznym dla węchu tych ludzi,Którzy nosami kręcą i śmiesznym się wyda, że togaSpływa niezgrabnie i z chłopska strzyżony, trzewiki zaś w pięcieŹle związane się kręcą; lecz zacny, że trudno lepszegoMęża nad niego i tobie życzliwy, lecz rozum ogromnyW ciele tem nieokrzesanem się kryje; nareszcie samegoSiebie wybadaj, czy jakich ci niegdyś przywar naturaNie wszczepiła, lub nałóg szkodliwy; bo w rolach się paproćZaniedbanych rozkrzewia i później wypalać ją trzeba.Przejdźmy do tego, że zwodzi zaślepionego kochanka,Właśnie oo przykre w bogdance, i nawet sama ułomnośćMiła mu, jak Balbinus lubuje się w Hagny polypie.Chciałbym, żebyśmy w przyjaźni błądzili taksamo i raczejCnota błędowi takiemu nadała miano uczciwe.Właśnie jak ojciec u syna, tak my przyjaciela słabością,Jeśli ją ma, nie powinni się brzydzić; toż zezowategoiSkośnie patrzącym ojciec nazywa, Robaczkiem zaś karła,Jeśli ma syna takiego, jak w pół poroniony był niegdyśSisyph; tego Kulaszką, jak nogi ma krzywe, owegoPieszczotliwie Piętaszkiem, bo wspak na piętach osadzon.Nazbyt ściśliwie kto żyje: oszczędnym go nazwać. Ów nadtoNarzucający się, pływacz, uchodzić wobec przyjaciółPragnie za usłużnego. Zaś inny zbyt hałaśliwy,Więcej niż wolno werydyk; niech prostym, i śmiałym się zowie.Nadto gorączka: umieścić go w rzędzie ognistych. To wszystkoSądzę, że ludzi zjednywa i węzły przyjaźni zacieśnia.My zaś właśnie przymioty na wspak tłómaczymy i czyste

Raczej oszpecić pragniemy naczynie skorupą. Niech człowiekPrawy i skromny, zupełnie obcuje z nami, to jegoNiedołęgą i tępym zowiemy. Ten wszelką zasadzkęStropił i złemu żadnemu nagiego boku nie poddał;W takich to bowiem zwyczajach pędzimy żywot, gdzie ostraZazdrość panuje i zbrodnie; to miasto go tęgim i zdrowym,Oraz przezornym, wolimy go skrytym i chytrym nazywać.Jeśli kto prostodusznym (jak często i chętnie MaecenoPrzedstawiłem się tobie), że czasem czytającemu,Albo zamyślonemu przerywa; natrętnym jest w mowie,Pozbawiony zdrowego rozsądku, rzekniemy. Niestety!Jak stanowimy zuchwale niesłuszne prawo na siebie!Nikt się bowiem bez przywar nie rodzi i tenci najlepszym,Który obciążon mniejszemi. Przyjaciel drogi jak słusznieWady niechajże porówna z przymioty, to wobec liczniejszych,Jeśli rna więcej dobrego, niech skłoni się do mnie. KochanymChcęli być prawem podobnem, niech waga będzie taż sama.Taki co żąda by druha wrzodami własnemi nie zbrzydził,Niechże pominie i jego brodawki; boć słusznem gdy pragniePobłażania za grzechy, tosamo od siebie okazał.Wreszcie gdy wada gniewu wytępić się nie da zupełnie,Równie jak te, co trzymają się głupców, dlaczegóż osobnąMiarą i wagą się rozum nie posługuje i rzeczyJak się okaże nie sądzi, stosując karę do winy?Jeśli kto sługę, któremu kazano misę uprzątnąć,Przeto że resztki ryby i ciepłej liznął zaprawyPrzybił do krzyża, to w pośród rozumnych go więcej szalonymNad Labeona osądzą. Toż niegodziwszem, i większemJest przekroczenie następne: cokolwiek uchybił przyjaciel(Jeśli mu nie darujesz, niegrzecznym okażesz się, przykrym),,Już go nie cierpisz i zawdy unikasz, jak dłużnik Rusona;Który, jak dla niebogi nadeszły smutne Kalendy,Jeśli gotówki lub czynszu skądkolwiek nie wyrwał, nużąceMusi wysłuchać powieści i karku nadstawić, jak więzień.

Ten wezgłowie pijany zaplamił, lub czarę ze stołuZrzucił Euandra toczoną rękoma; to z tego powodu,Albo że kurczę leżące na mojej stronie półmiskaGłodny zagarnął, to przeto już mniej się druhem lubianymStanie? Co pocznę, jeżeli popełnił kradzież, lub wiaręW nim położoną zdradził, lub słowu danemu zaprzeczył?Którym się zdało, że grzechy są równe, zobaczą trudności,Kiedy się dotrze do prawdy; sprzeciwia się temu obyczajRozum i sama potrzeba, słuszności matka i prawa.Kiedy z dziewiczej się ziemi żyjące istoty zrodziły,Niema i podła czereda, o żołądź i legowiskaPięścią, pazurem, następnie maczugą, podobnież dalejBronią walczyli, stosownie jak ich nauczyła potrzeba,Póki nazwisk i słów nie znaleźli, któremi znaczenieOraz i głosy wyrazić umieli; następnie ustałaWojna, poczęli miasteczka zakładać i prawa stanowić,Żeby kto nie był złodziejem, lub łotrem i nie cudzołożył.Przed Heleną już bowiem popędy płciowe najpierwszymByły do wojny powodem, lecz głuchą śmiercią polegli,Których za chucią przygodną krążących, jak bestje w dzikości,Zwalił na ziemię silniejszy, podobnie jak buhaj we trzodzie.Prawa, że wynaleziono z obawy bezprawia, to musiszPrzyznać, gdy czasy i dzieje światowe badać zamierzasz;Ani natura nie zdoła rozróżnić dobra od złego,Równie jak dzieli swe dary, co szukać lub czego unikać.Rozum się na to nie zgodzi, by tyleż i grzeszył taksamo,Który się wdarł do cudzego ogrodu przez słabą zaporę,Albo co nocą zrabował świętości boże; niech będziePewne prawidło, co grzechom stosowną karę wymierza.Żebyś rózeczki godnego, nie siekał biczem okrutnym.Żebyś uderzył zaś prętem takiego, co gorsze zasłużyłBicie, nie boję się wcale, gdy mówisz jako są równeKradzież i głośny rabunek i kosą podobną wycinaćGrozisz co wielkie i małe, byleby ci ludzie królować

Dozwolili. Jeżeli bogatym się staje, kto mędrzecDobrym szewcem, i pięknym nad wszystkich, nareszcie, i królemCzemu pożądasz, co masz? To nie wiesz, co ojciec ChrysippusMówi. Postołów dla siebie i mędrzec nigdy nie zrobił,Ani podeszew? A przecież i szewc jest mądrym. Dlaczego?Przeto że chociaż i milczy Hermogen, pozostał najlepszymMistrzem! i piewcą; jak również Alphenus przebiegły rzuciwszyWszelkie rzemiosła narzędzia, choć warsztat zamknął, pozostałSzewcem: i tak jest mędrzec w gałęzi wszelakiej najlepszymMistrzem on jeden i królem. Pociągną cię kiedy za brodęPsotne chłopaki, to jeśli poskromić ich kijem nie zdołasz,Sciśnie cię ciżba wokoło stojąca i biedny od gniewuPękniesz, zawstydzony, z potężnych królów największy!Żeby nie długo rozprawiać; gdy ty za ćwiartkę do łaźniPójdziesz jak król, i żaden za tobą nie pójdzie towarzysz,Krom niemądrego Crispina, to właśnie przebaczą mi drodzy.Przyjaciele, jeżelim przeskrobał w czem, jako głupi;Ja zaś chętnie przywary ich znosić będę z mej stronyI szczęśliwiej niż ty jako król, żyć będę jak prostak.

Z Romy jak tylko wyszedłem ogromnej, Aricia przyjęłaW skromną gościnę; w podróży mi był towarzyszem HeliodorZ greckich retorów najmędrszy, a stąd do Appia miasteczka,Majtków; i wszelkiej hołoty, karczmarzy przebiegłych pełnego.Drogę na dwoje z lenistwa dzielimy; lżej od nas wybraniW jednym ją dniu przebywają, lecz w Appii mniej ciężko leniwymTamże ja wypowiadam z powodu wody cuchnącejWojnę brzuchowi, czekając na obiadujących przyjaciółW kwaśnym humorze. Już noc gotowała się cienie na ziemiRozpościerać i znaki po niebie gwieździste rozpalać:Wtedy pachołki wioślarzom, ci znowu pachołkom wymyślaćPoczną: „przybijajże tutaj“; „aż trzystu zabierasz“; „co znowu...Dosyć już...“ W ciągu zapłaty, nim wreszcie muła zaprzęgli,Cała minęła godzina. Złośliwe komary i błotneŻaby nie dają nam spać, do tego holownik i wioślarz(Skuci do szczętu) o swych nieobecnych dziewczynach na udryPieją. Na końcu znużony holownik zasypia, zaś majtekLeniuch postronki od muła, którego na trawę puszczono,Przywiązuje do skały i chrapie na wznak wywrócony.Dzień się już robił, gdy czujem, że statek się wcale nie rusza;Jeden z podróżnych nareszcie, sierdzisty, skoczywszy znienackaGłowę i boki wioślarza i muła obrabiać poczynaPrętem wierzbowym; o czwartej nas ledwo na ląd wysadzono;Wtedy w twem źródle Feronio obmyliśmy ręce i twarze.Pośniadawszy ze trzy wleczemy się mile podchodząc,Wreszcie pod Anxur, stojący na skałach lśniących zdaleka.Tamże miał przybyć Maecenas najlepszy, zarazem CocceiusJeden i drugi wysłani w poważnych sprawach na posłów,Powaśnionych przyjaciół nawzajem godzić przywykli.Tamże cierpiący na oczów ropienie nacieram je czarnąMaścią. Zatenczas Maecenas przybywa, Cocceius, a z nimi

Razem Capito Ponteius od stóp wytworny do głowyCzłowiek, najlepszy nad innych Antonia przyjaciel od serca.Fundy przez Aufidiusa pretora Lusca rządzoneChętnie mijamy, żartując z parady głupiego pisarza,Togi z obszewką szeroką i kadzielnicy żarzącej.W mieście Mamurrów następnie szukamy znużeni spoczynku,Gdzie nas dachem opatrzył Murena, zaś Capito kuchnią.Wschodzi następnie o wiele najmilsza jutrzenka, bo z namiW Sinuessie spotyka się Varius, Vergilius i Plotius,Dusze, nad które zacniejszych i ziemia nigdy nie niosła,Ani też względem których bym przywiązanie miał większe.Jakież to były uściski i jaka uciecha spotkania!Nic z przyjacielem kochanym porównać w życiu nie mogę.Tuż przy Campańskim moście najbliższy domek schronienieDaje nam, drzewo i sól szafarze należną daniną.Stamtąd stajem w Capui, gdzie z mułów juki zdejmują.W piłkę grać idzie Maecenas, ja spać, jak niemniej Vergilius,Piłka bo chorym na oczy i twardym w trawieniu nie służy.Potem zamożne Cocceia domostwo nas bierze w gościnę,Nad zajazdami Caudiów leżące. Na teraz po krotceWalkę pomiędzy Sarmentem trefnisiem, a Messem CicirrąMuzo dopomóż opisać, z jakiego się ojca zrodziwszyKażden potyczki się podjął. Ród Messa przesławny od Osków,Pani Sarmenta przy życiu: a więc od podobnych się wiodącPrzodków stanęli do walki, Sarmentus pierwszy: „do koniaMogę cię równać dzikiego“. Śmiejemy się. Messus odetnieGłową kiwając mu na to: „przyjmuję“. „Aj, żeby to rożekZ czoła nie był wyciętym, to cóżbyś dopiero uczynił,Kiedy tak chociaż kaleka wygrażasz?“ A blizna szkaradnaCzoło włosami obrosłe mu z lewej strony szpeciła.Naszydziwszy dowolna z Campańskiej na twarzy choroby,Prosi udawać Kyklopa jak tańczy w roli pasterza:Zwłaszcza, iż ani kothurna i maski mu wcale nie trzeba.Wiele mu na to się odciął Cicirrus, ażali łańcuchyZłożył już Larom ze ślubu; że zaś był pisarzem, to wcale

Prawo własności u pani nie gorsze: na końcu go pyta:Czemu wogóle uciekał, gdy jemu starczyło na żywnośćMąki funt jeden, chudemu zarówno jak małe pacholę.W taki to sposób wesoło dłużyliśmy ową biesiadę.Stąd na Benevent się prosto kierujem, gdzie chętny gospodarzChude piskorze gotując na ogniu się ledwie nie spalił.Wolne po starej kuchni albowiem biegnące płomienie,Rozproszone już... już dosięgały szczytu budynku.Gości zgłodniałych i sług bojaźliwych mogłeś obaczyćPorywających potrawy i ogień pospołem gaszących.Tutaj nareszcie Apulia poczyna mi znane odkrywaćSzczyty, Atabula wiatrem spalone i nigdy z takowychNie bylibyśmy wyleźli, by tuż leżąca TrivikaWilla nie była przyjęła, niestety z dymem gryzącym,Który przez komin z mokrego paliwa nam srodze dokuczył.Stąd pędzimy na kołach dwadzieścia mil z rzędu w miasteczkuChcąc popasać, którego nie można wierszem oznaczyć,Znakiem atoli najłatwiej, bo rzecz najzwyklejsza się tutaj:Woda sprzedaje; lecz chleb nad inne piękniejszy, że zwykleDźwiga przezorny podróżny na ramię go dalej ze sobą:Bowiem ościsty w Canusium, gdzie wody na kubek nie starczyKtóre to miejsce niegdyś waleczny założył Diomed:Tutaj z druhami smutnymi się Varius niechętnie rozstaje.Stąd znużeni do Rubów się dostajemy, bo długąDrogę musieliśmy przebyć i gorszą jeszcze po deszczu.Lepsza nazajutrz pogoda, lecz droga najgorsza od samychBaru okolic rybnego; nakoniec przez Lymphy złośliweGnatia stawiana do śmiechów i żartów dała sposobność,Kiedy nam każą uwierzyć, że bez płomienia na świętymProgu się pali kadzidło, niech wierzy w to żydek Apella,Ale nie ja, nauczony, że pędzą bogowie szczęśliwyŻywot, a jeśli przyroda co zdziała cudownie, to tegoGniewnie bogowie nie zwykli ze stropu niebios zesyłać.Długiej podróży i pismu Brundisium niech koniec położy.

Szedłem raz Świętą Ulicą — zwyczaju trzymając się swego —zamyślony głęboko o jakichś niebieskich migdałach:nadbiegł pewien — znany mi tylko z nazwiska — patałach,rękę mi ścisnął i krzyczy: „Jak się masz, kochany kolego!“— „Średnio na jeża“ — odparłem, — „i życzę ci jak najlepiej!“Widząc, ze przypiął się do mnie i ani się nie odczepi,pytam: „A co chcesz?“ — On na to: „Ach znasz mnie, wszak jestem literat!“— „Cenię cię za to!“ — bąknąłem... i pragnąc mu umknąć, rad nie radkroku przyspieszam, to znowu przystanę i w sposób intymnyszepce coś niby słudze do ucha... a ciało mi zimnypot oblewa. — „O gdybym tak umiał do gniewu być prędkijak Bolanus! — powtarzam w duchu. On, wziąwszy mnie w dozór,sławił Rzym i przedmieścia — wartko rozpuścił już ozórJa wciąż milczę. On wtedy: „Już zdawna zgaduję twe chętki!Zwiać chcesz ode mnie... fe, brzydko! Wszak nie masz co robić... więc pójdęz tobą, gdziekolwiek dążysz.“ — Ja w nową wdałem się bujdę —„Po co masz drogi nakładać? Do człeka, co złożon chorobąidę... nie znasz go... mieszka daleko za Tybrem... w pobliżuparków Caesara“... — „Mam czas, nie jestem leniwy, więc z tobąpójdę wszędzie... — Stuliłem uszy, niepomny prestiżu,jak zgłupiały osiołek, gdy wielki przytoczył go bagaż.

On znów: „Zważywszy mój talent, już widzę, że się nie wzdragaszz Viskiem, z Variusem mnie równać w przyjaźni... Boć przecie któż skrobnietyle wierszy za jednym zamachem?... kto równie nadobnietańczy jak ja?... Niech się schowa Hermogen! jam w śpiewie Seireną!“Tu mi udało się wścibić pytanie: „Masz matkę ubogąlub krewniaków na swojej opiece?“ — „Nie! nie mam nikogo!Wszystkich złożyłem do grobu...“ — „Szczęśliwi!... Jam został ci jeno...Dobij i mnie, boć na mnie okrutny taki los czyha,który w dzieciństwie mi z urny wytrzęsła stara wróżycha:JEGO NIE ZGŁADZI TRUCIZNA, NI WROGÓW WŁÓCZNIA ŻELAZNA,GRYPA NI STARCZA PODAGRA NI BÓL CO WYKRĘCI MU TUŁÓW;JEGO DOBIJE GADUŁA... WIĘC NIECH SIĘ WYSTRZEGA GADUŁÓW,KIEDY NIECO ZMĄDRZEJE I LAT DOJRZALSZYCH JUŻ ZAZNA!“Ćwierć dnia już zmitrężywszy, przechodzim koło świątyniVesty. On stawić się w sądzie miał w związku z własnym procesem:wiedział, że przegra sprawę, jeżeli inaczej uczyni,rzecze więc: „Chwilkę bądź łaskaw zaczekać!“ — „Niech zginę z kretesem,znam się jak kura na pieprzu!“ — „Czy sprawę czy ciebie opuścić?...Jestem w kłopocie!“ — „Mnie opuść!“ — „O, nigdy!" — i (widać już wściekł się)rusza jak opatrzony przed siebie ... Ja za nim — bo juścijak się tu oprzeć zwycięscy?... — „A jakże z tobą Maecenas?“ —

on znów pyta: „ten szczęściarz urządzać się utnie roztropnie:z garstką wybrańców przestaje jedynie!... Gdybyś zapoznałmnie z nim, o! wielkich względów z mej strony napewnobyś doznał:jabym ci robił u niego protegę!... Niech kaczka mnie kopniejeślibyś wszystkich nie zaćmił!“ — Ja „a to: „Zdaje się, że nasmylnie sądzisz. Boć w żadnym domu nie żyje się czyściej:niemasz tam intryg ni gniewów ni plotek ni podłej zawiści,forów nie dają bogatszym ni mędrszym, lecz każdy tam znajdziemiejsce dla siebie „Ech, szklisz! Uwierzyć trudno tej bajdzie“ —— „Ależ to prawda!“ — „Więc staraj się o nią: mocą swych zaletzdołasz go podbić... On do współczucia łatwo się nagnie,tylko się droży zpoczątku“ Nie zaśpię gruszek w popiele:dziś jeszcze służbę przekupię... cóż, trzeba sięgnąć do kalet!...Jeśli mnie z kwitkiem odprawią, trudnościm się jeszcze nie przeląkł:chwilę stosowną wypatrzę, na drodze zaczepię go śmiele,odprowadzę... „Bez pracy wszak niema kołaczy!“ W rozterceodsiecz ujrzałem: szedł Fuscus Aristius! On jako zły szelągznał mojego kompana ... Stajemy... - „Ach, skądże to, skądżedążysz, kochany, i dokąd?“-zapytał. - Ja w miejscu się wiercę,szczypię go zlekka w ramię i perskie oko doń robię,głową mu kiwani, by chciał mnie ratować. On śmiał się niemądrze,niby nie rozumiejąc... Mnie żółć aż wrzała w wątrobie!-„Kiedyś mówiłeś, że chciałbyś poufnie rozmówić się... a bezświadków... ze mną...“ - „Pamiętam, pamiętam!... lecz pozwól, że w kropce

dziś cię zostawię... Do jutra!... Wszak dzisiaj trzydziesty jest szabes:chciałbyś podciętym Żydziaszkom w nos kopcić? — „Przesądy mi obce!“odmę się na to, lecz on: „A ja za wzorem pospólstwajestem przesądny... Wybacz!... Pomówim później!“ Ostatniezagasły nadziei promienie!... Zbiegł huncfot, w niewolę gadulstwamnie nieszczęsnego oddając!... Lecz nadszedł moment wyzwolili:zabiegł gadule drogę przeciwnik i złowił go w matnię:„Tużeś mi, ptaszku?!“ huknął: „to ty się uchylasz od prawa!?“Nuże go taszczyć przed sąd!... Ja uszy do góry!... KrzykKrzyk, wrzawa,rwetes na całej ulicy!... I tak mnie wybawił Apollin...

Mój Teiresiaszu i to mi jeszcze dopowiedz i prośbyMojej wysłuchaj, jakowym sposobem stracony majątekMógłbym, i sztuką odzyskać. Dlaczego się śmiejesz? „chytremuJeszczeż nie dość do Ithaki że wróci, a bogi ojcowskieBędzie oglądał?“ — O wieszczu! coś nie zwiódł nikogo, toć widziszJako za twoją wyrocznią do domu powracam ubogi,Goły, bo ani piwnica, ni bydło nie uszło grabieżyGachów, a źdźbła bez mienia i ród i cnota nic warte.

„Jeśli ubóstwa się lękasz to mówiąc bez dalszych ogródek,Słuchajże jakim sposobem zbogacić się możesz. KwiczołaAlbo co wyszukanego posłano ci; migiem to wyślej,Tam gdzie świeci dostatek u pana starego; jabłuszkaSłodkie, lub jakie przysmaki ci ziemia uprawna przynosiNiechaj przed Larem skosztuje od Larów bogacz godniejszy,Któren, choć źle urodzony i krzywoprzysiężcą, zbroczonyKrwią braterską i zbiegiem by był, nie odmów jak żąda,Żebyś choć w miejscu pośledniem mu towarzyszył potulnie“.Jakto, przy boku podłego mam Damy stróżować? InaczejW Troi działałem z mężnymi o lepsze walcząc. — „A zatemBędziesz ubogim“. — Walecznej nakażę to duszy przecierpieć:Gorsze ja niegdyś przygody znosiłem. Powiadajże dalejWieszczu, skądby dostatków i kupy skarbów nazbierać.

-„Już ci mówiłem i mówię, zdobywaj przebiegle gdzie możeszSpadki po starcach; a choćby się znalazł jeden i drugi,Któren chwyciwszy na wędce ponętę, by uszedł połowu,

Nie trać nadziei, a choć zawiedziony rzemiosła nie puszczaj.Zdarzy się kiedy, że w sądach o wielką lub mniejszą się wadząSprawę, niech jeden bezdzietny, zamożny i krętacz się znajdzie,Któren zuchwale i marnie pozywa lepszego, to jemuBądź rzecznikiem, a męża lepszego sumieniem i sprawą,Porzuć, jeżeli ma w domu i dzieci i płodną małżonkę.Wierzaj mi Quincie, Publiuszu (bo mile głaszcze po uszach,Imię poufne twa cnota zniewala ci być przyjacielem:Znam ja ustawy dwuznaczne i bronić zdolny procesów:Prędzej mi oczy ktokolwiek wydrapie, nim ciebie z pogardą,Choćby o orzech złamany pokrzywdzi; rzecz moja, byś stratyŻadnej nie poniósł, by z ciebie nie drwiono!“ Do siebie mu wracaćKaż i ciałeczko pieścić; bądź sam kierownikiem rozprawy,Wytrwaj uparcie, czy nieme pękają pod słońcem czerwonemRzeźby, czy zatłuszczonemi nadęty Furius trzewiami,Rzuca na Alpy zimowe szarawą pianę śniegową.„Czyliż nie widzisz“ ktoś mówi do stojącego w pobliżu,Łokciem trącając „jak dzielny! znajomym dogodny, cierpliwy!“Liczne, popłyną ci tonny, sadzawki na ryby się zwiększą.Jeśli prócz tego się syn chorowity w domu zamożnym,Znajdzie chowany troskliwie, to nazbyt otwarcie służalstwa,Wobec owdowiałego nie zdradzaj, lecz skrycie czołgając,Staraj osiągnąć nadzieję, byś był w testamencie na wtóremMiejscu wpisany, zaś jeśli wypadkiem syn zejdzie ze świata,Wstąpił na miejsce już wolne; rachuba ta rzadko zawodzi.Jeśli ci czasem testament do przeczytania kto poda,Odmów1 i zawsze pamiętaj tabliczki od siebie usunąć,Tak, byś zezem jednakże pochwycił co pierwsza zawiera,W drugim ustępie, czy sam, czy do spółki z innymi dziedziczysz,Rzutem oka mógł dojrzeć. Z urzędu piątnika zostawszy,Świeżo Coranus pisarzem, jak lis kruka łatwowiernego,

Czyhającego na spadek najczęściej ośmieszy Nasikę.— Jesteśli w szale, czy chytrze mnię zwodzisz niejasną wyrocznią?— „Synu Laerta, cokolwiek przepowiem tak będzie, lub nie takWielki mię bowiem Apollon proroctwa darem obdarzyłobdarzył.“— Co jednakże ma znaczyć ta bajka wytłumacz łaskawie.— „W czasie, gdy straszny dla Parthów młodział, co ród swój wyniosłyOd Aeneasa wielkiego wywodzi, na lądzie, i morzu,Wielkim zostanie, wysmukła dzielnego poślubi Corana,Piękna córka Nasiki, co długów oddawać nie lubi.Wtedy tak zięć uczyni: teściowi zapis doręczy,Prosząc, ażeby przeczytał. Nasika po wielu odmowach,Wreszcie przyjmuje, by sam w osobności przeczytać i znajdzie,Sobie i swoim, że nic oprócz płaczu nie zapisano..W takim ja celu doradzam; kobieta jeżeli przebiegła,Albo też wyzwoleniec opęta starego ciemięgę,Z nimi się zwiąż, przymilaj, byś nieobecny był chwalon:Mozę to być użytecznem, o wiele zaś lepiej do samejGłowy się zabrać; czy wiersze niezgrabne pisze prostaczek,Chwalić; niech będzie kurewnik, nie czekaj by prosił; usłużnieWręcz Penelopę mu oddaj, co godniejszemu“. — Czy sądzisz,Żeby się dała uwieść, o tyle wstydliwa i zacna,Że nie zdołali ją gachy od prawej drogi odwrócić?— „Biedna też młodzież przybyła, za skąpa na wielkie podarki,Nadto me tyle miłości pożądająca, lecz strawy;Tak Penelope ci czystą została; lecz choćby raz jedenZasmakowała w starcu) i z tobą się zyskiem dzieliła,Nigdy się nie odzwyczai, jak pies od rzemienia tłustego.Powiem za mojej starości co stało się: w Thebach przewrotnąBabę, na skutek zapisu tak nieśli na pogrzeb: oliwąTrupa wysmarowanego na barkach nagich wynosiłDziedzic, by zmarła mu jeszcze się mogła wymknąć: dlategoSądzę, bo nadto za życia natrętem był; zatem ostrożnieDziałaj, nie puszczaj sprawy i wszelkiej unikaj przesady.

Sprzyce i zgryźliwemu gadulstwem dokuczysz. Bez racji,Znowu też nie bądź mrukiem. Jak Davus w komedji się trzymajZ głową spuszczoną i miną takiego, co wiecznie w obawie.Zawsze bądź na usługi, przy zimnem przestrzegaj powietrzu,Żeby ostrożnie pokrywał kochaną główkę; wydobądźZ tłumu i poprzej ramiony; gadule ucha nadstawiaj.Jeśli nieznośnie pożąda chwalenia, dogadzaj mu pókiSam z wniesionemi do nieba rękoma nie rzeknie: już dosyć!Mimo to słowy górnemi podbijać bębenka należy.Kiedy cię wreszcie od pieczy i służby nużącej uwolnił,Oraz na jawie usłyszysz: „do czwartej części dziedzicemBędzie Odysseus, „ach, biada mojego nigdzie już niemaDruha Damasa, gdzie znajdę zarówno zacnego, wiernego?“Wtrąć następnie i wedle możności płaczem wybuchnijWolnoć oblicze radosne pozorem pokryć. Grobowiec,Jeśli masz wybór bez skąpstwa wybuduj, a pogrzeb wspanialeUrządzony, sąsiedzi niech sławią. Jeżeliby którenStarszy ze współdziedziców szkodliwie kaszlał, to jemuPowiedz, że, gdyby z twej schedy chciał dom lub ziemię zakupić,Chętnie ustąpisz takowy za kupnem pozornem. Lecz srogaKaże mi Proserpina powracać: więc żyj i bądź zdrowym“.

Dopraszam się ja łaski pańskiej — otoCzy mogę mówić? rzecz nie będzie długa.Davus? Tak, Davus, twój pokorny sługa,Co z przymuszoną służy ci ochotą —Tyle uczciwy, że mu żyć jest wolno.Ha! W uroczystość owych dni swawolnąZdrów gadaj — skoro tak mieć chcieli starzy.Ot, mnie się widzi: Że na naszym świecieJedni w złe życie całkiem szczerze brniecie,I coraz gładziej — lecz się taki zdarzy,Co to jak pijak, mgławe mając oczy,Raz w dobrą stronę, raz się w złą zatoczy.Patrzno Priscusa. To go spotkasz snadnieZ gołemi łapy — to znów ma pierścieniAż po paznogcie. To się ubrać leni,To znów co chwila nowe szaty kładnie.Raz się w pałacach puszy skrzących złotem —Raz wśród andrusów zgrai śpi pod płotem.To hula w Rzymie, i na głowie stawaAż wstyd i zgroza — to znów, z nagłej zmiany,Do Athen jedzie, gdyż go dręczy sławaTamtejszych Mędrców... czyż on nie narwany?Już jest od niego lepszy ten Kostera,Co, dobroczynna chociaż mu chiragraRęce odjęła — rad on zawsze zagra.Tylko pachołka sobie wprzód dobiera,Który, co chwila, swemu JegomościDo kubka zgarnia wyrzucone kości.Taki, jak sądzę, złemu służąc staleMniejsze ponosi straty — ztąd go chwałę —Gdyż, jak się patrzy, mniej też bywa w gniewie,Niż ów, co zgoła jak się ma, sam nie wie.

— Do kogóż błaźnie zwracasz to bajanie?— Właśnie do ciebie. — Do mnie? ty bałwanie!A tak. Nie tyżto chwalisz ustrój błogiProstoty dawnej ? Ale niechby bogiW te dobre czasy zwrócić się raczyły,Za nic byś nie chciał. Więc, mój panie miły,Albo tak mówisz: — „Wy tam drudzy wierzcie,W co ja nie wierz“ — albo ci ochotaDo tego, czego nie wiesz sam, — lub wreszcieOdwagi nie masz nogę cofnąć z błota.Któż się naprzykład, jak ty, wiecznie szasta?W Rzymieś jest? — gadasz: — co tchu na wieś jadęNa wsi: — Ach! nie ma nad rozrywki Miasta! —Jeśliś przypadkiem kiedy na biesiadęNie zaproszony: — Z jakąż ja rozkosząObiadek skromny zjem w swej własnej chacie! —Tak sobie mówisz — właśnie, jakby na cięDybano gwałtem. Gdy cię zaś zaproszą,Byś Maecenasa bawił przy wieczerzy,Cóż za zgiełk w domu! — Hej! Wy służba! trutniePachnideł! Wieńców! — Klniesz i grzmocisz okrutnie.A tu, tymczasem, niechże wnet nadbieżyWesoły orszak twych przyjaciół, którzyPrzez ciebie znowu byli zaproszeni,To idą z kwitkiem, wymyślając w sieniW sposób, którego nikt ci nie powtórzy.Powiadasz: — Davus, byle dym z kominaJuż on półmiskom rad jest niesłychanie —Davus — obżartuch, wałkuń, pijaczyna —Niech i tak będzie. — Ale ty, mój panie,Coś drugi taki — nawet gorszy pono —Za cóż mię łajesz? Chyba ci się zdaje,Że twą wymową zgłuszysz napuszoną,Głos, który w tobie samym, obyczajeTwe własne gani. Więc ci ja dowiodę:Żeś mniej odemnie wart, com wart zaledwie

Te drachm pięćdziesiąt, któreś na mą szkodęDał za mnie... tylko, ręce chciej obiedwiePrzy sobie trzymać... ja jedynie bowiem,Co mi Crispina gadał stróż, opowiem,Tobie się słyszę cudzych żon zachciało.Mnie zaś, że dziewka gdzieś folwarczna sprzyjaTo, kto z nas, proszę, więcej wart jest kija?Mnie, że tam czasem swędzi grzeszne ciało,Wzorem ogierów albo choćby wieprzy,I że wrodzone cierpiąc niepokoje,W zapadłym kącie gdzieś plugastwo zbroję,Anim bogatszy przez to, ani lepszy.A tu — kto taki, zdjąwszy z serca pychę,Chyłkiem, odzienie wdziawszy na grzbiet liche,Czai się, niby złodziej za zdobyczą?Kłapią mu zęby, twarz się kurczy blada —Gdyż się po cudze ten Jegomość skrada.A nuż cię złapią i rózgami zćwiczą,Piętnem przypieką, lub umieszczą w ciupie?Wtedy, twa luba, w one chwile głupieCóż ci poradzi swą wymową sroczą —Gdy ci pachnący łeb z kolany ztroczą?A czy to, myślisz, mąż, gdy się rozmacha,Jednako uczci żonę i jej gacha?Nie — uwodziciel słusznie górą będzie —Tak zawsze było, i tak bywa wszędzie.Ale przypuszczam: że ci się udałoZ zatargów z mężem cało wyjść i z chwałą,I, nie zgrzeszywszy winy twej poszlaką,Pomyślnie krzywdę zrządzić mu wszelaką —To pewnie wtedy, mądry w doświadczenie,Zechcesz mieć skórę własną w większej cenie?Gdzie tam! Dla lada sroki, znów przyjemniePoszukasz guza. — Więceś ty odemnieGorszy niewolnik. Bowiem, jakież bydlęZnów zechce bywać w unikniętem sidle?

Niekiedy mówisz: Ja nie cudzołożę. —A ja, czym złodziej, że w niejednej porzePrzezornie sreber twoich ci nie skradnę?Lecz odejm kary strach i skutki zdradne —A szpetna żądza zbliży nas nie długo.Nibyś ty moim panem — nikt nie przeczy —Lecz za to, iluż względów, ludzi, rzeczy,Sam z dobrej woli, niskim jesteś sługą!Niechby cię praetor nie raz, ale tysiącRazy, swą laską dotknął — mogę przysiąc:Że cię od drżenia skóry nie wyzwoli.A teraz, weźmy równość naszej doli.Toż niewolnicy wszyscy, wobec pracy,Czy (jak chcesz) wobec kija, są jednacy.Nad dwóch zaś, w jakim stopniu się spotyka?Jam twój niewolnik, Mości mój poeto —Lecz tyś niewolnik niewolników — przetoMiano ci służy Arcyniewolnika.Bo któż jest wolny? Mędrzec tylko, którySamemu sobie panem, jest bez granic.Ubóstwo, pęta, nawet śmierć ma za nic.W swe namiętności ostro patrzy z góry.Pogardą zbywa dworskich żądz wypadki.Silny, skupiony w sobie, zewsząd gładki —Iść naprzód nigdy nic mu nie przeszkadza,Ani złych wpływów znana mu jest władza.Więc czyś ty taki, jak tu opisano?Posłuchaj tylko. Oto, w pewne rano,Ody już talentów z ciebie pięć wykpiła,W łeb ci szaflikiem dawszy twoja miła,Za drzwi cię wypchnie. Poczem, znów przywoła —A ty powracasz. — Ależ, krzyczę przecie:— „Jam wolny!“ Cóż to — nie śmiesz? Boś już zgołaDał sobie na kark lichej wsiąść kobiecie,A ta, czcząc w tobie bezrozumne bydlęJak chce, twą wolność wodzi na wędzidle.

Jeśli ty, z gębą nieraz rozdziawioną.W rzeźbę lub obraz patrzysz — toć ja ponoNie wiele głupszy, jeśli się w szynkowniPrzyglądam desce. Ludzie tam szykowniPomalowani, a człek aż się dziwi —Bo tak hulają właśnie, jakby żywi.Jam za to próżniak, godzien swych współbraci —Pan zaś czas drogi pożytecznie traci.Że mi piekarni zapach w nosie kręci,już kij w robocie. Ty zaś, czy bez chęciBieżysz uraczyć twoję grzeszne ciało,Byle z komina kędy zapachniało?Jam znów łakomieć — więc potrzeba, żebyBokiem wrodzone wyszły mi potrzeby!Lecz, w swej przewadze, czyż to raz wypadło,Żeś ty się za mnie pomścił sam na sobie?Skisło ci w kiszkach źle strawione jadło,Albo ci pilną służbę nogi obieWypowiedziały. Że drąg od drapakiUkradłszy z głodu, za to zjada flakiPachołek chudy — to mu wstyd i biada!Lecz wara dotknąć pana, co przejadaSwe majętności — W końcu, któż zaprzeczy:Że ty najlichszy pędzisz byt człowieczy,Że ty sam na sany z sobą ani chwiliNie możesz wytrwać? Więc, czy we śnie, czyliW szklance pociechy szukasz — tak cię nudziJestestwo własne, że wnet brak ci ludzi.Lecz z nich, któż nie jest rad unikać człeka,Który przed sobą próżno sam ucieka?— Nie ma tam kija? — O ho! A to na co?— Hej! Kija — mówię. Słyszysz ty ladaco?— Koło mej skóry widzę coś nie tęgo.Zły albo wiersze robi. (głośno) Proszę panaToćże to żarty. Rzecz jest przecie znana,Że w Saturnalia... — Idź precz niedołęgo!