Poezye — całość

Johann Wolfgang von Goethe (1749–1832)

Traducido del alemán por Hugo Zathey

Jak namiętne te westchnieniaWyglądają tu spisane!W jednę całość pozbieraneZ dni radości i cierpienia.

Życia smutki i rozkosze,Obraz szczęścia i niedoli,Czytelnikom miłym gwoliW tym tomiku tu przynoszę.

Lecz się nie wstydź ułomności,I kończ prędko książkę małą;W świecie tyle jest sprzeczności,W niéjby żadnéj być nie miało?

Milczeć trudno jest poecie,Chce pokazać się na świecie;Nie dba, co tam powié gmin!Choć się prozą nie spowiada,To wierszami się wygadaPrawie każdy Muzy syn.

Moje błędy, me dążenia,Życie moje i cierpienia,To są kwiaty w wieńcu tym;A jak starość, młodość złota,Tak i grzechy, tak i cnotaMają wdzięk ujęte w rym.

Szła pasterka i spiewała —Wiosna była, ranek wstał —Piękna, młoda, trosk nie znała,Głos jéj świeży w polu brzmiał.La la la la la la.

Za chwileczkę Jaś pieszczotyTrzy owieczki chciał jéj dać;Spojrzy nań z wyrazem psoty,Lecz się nie przestaje śmiać.La la la la la la.

Drugi wstążki ofiaruje,A znów trzeci serce swe;

Ona z serca tak żartuje,Jak ze wstążek, śmiejąc się.La la la la la la.

Słońce właśnie zachodziło,Gdym samotna wyszła w las;Jaś na flecie grał tak miło,Ach! dość słyszeć było raz!La la la la la la.

Przeszły mię calutką dreszcze,Gdy mi słodki całus dał;Potém proszę: zagraj jeszcze!I chłopczyna jeszcze grał.La la la la la la.

Tak spokojność moja znikła,Moja radość znikła wnet,

Bom zanadto już przywykłaSłyszeć wciąż ten miły flet.La la la la la la.

Patrzy chłopiec: róża rośnie,Różyczka na polu;Piękna była, w życia wiośnie,Więc on ku niéj biegł radośnie;Nie przeczuwa bolubolu.Róża, róża, róża mała,Różyczka na polu.

Chłopiec rzekł: Ja zerwę cię,Różyczko na polu!Róża zaś: Ukłuję cię,Żebyś nie zapomniał mię;Ja nie zniosę bolu!Róża, róża, róża mała,Różyczka na polu.

Lecz chłopczyna dziki rwieRóżyczkę na polu;Chociaż kole, broniąc się,Choć się skarży, że jéj źle,Nie uszła już bolu.Róża, róża, róża mała,Różyczka na polu.

Dziewczę zdradza mię niewierneI zatruwa dni me młode,Więc nad rwiącą biegnę wodęSkończyć życie to mizerne.

Stałem tam z rozpaczą ciemną,W głowie czułem straszną spiekę,Omal, że nie wpadłem w rzekę,Świat się cały kręcił ze mną.

Naraz słyszę, że ktoś woła;Zwracam w lot tamtędy oko:„Ach, uważaj! tam głęboko“Mówi jakby głos anioła.

To nie anioł, ale żywaI prześliczna jest dziewczyna:— „Jak się zowiesz?“ — „Katarzyna“ —— „O Kasiuniu, tyś poczciwa!“

„Tyś od śmierci mię zbawiła,Tobie winien będę życie;Jednak trzeba, moje dziécię,Żebyś je uszczęśliwiła“.

Skarg na zdradę méj kochankiSłucha skromnie zapłoniona —Ja całuję.... a i ona....I o śmierci ani wzmianki.

Szedłem raz lasemTak od niechcenia,Szukałem tylkoChłodu i cienia.

W cieniu ujrzałemKwiatek kwitnący,Jak oczko jasny,Jak gwiazdka lśniący.

Chciałem go zerwać,Rzekł do mnie mile:„Na toż mię zerwiesz,Bym zwiądł za chwilę?“

Więc wykopałemZ ziemi go cało,W ogród zaniosłemPod chatkę małą.

I zasadzonyW cichéj ustroniKwitnie prześlicznie,I pełen woni.

Przez pola, lasy, gonić,Wesołą piosnkę dzwonić,I tak raz tu, raz tam!A rytm mój wszystkich wzruszy,Melodya wprost do duszyOd razu trafi wam.

Czekany niecierpliwieMnie pierwszy kwiat na niwie,Mnie cieszą pączki drzew.I pieśń je moja wita; —Gdy zima znów zawita,Brzmi jeszcze snem tym spiew.

Brzmi głośno i dalekoNad ściętą lodem rzeką,I zima kwitnie mi!A gdy i ten kwiat minie,To radość nowa spłynieZ wiosennych siejby dni.

Gdy chłopców pod lipamiZobaczę z dziewczętami,To wnet rozruszam ich;I ciężki chłopiec dmie się,I sztywne dziewczę rwie sięNa dźwięk melodyj mych.

Tak Muz skrzydlate synyTo w góry, to w doliny,To znowu pędzą w las;I ciągle w innéj stronie. —Ach! kiedyż na jéj łonieOdpocznę jeszcze raz?

Myślę o tobie, kiedy słońca brzaskWstaje od morza;Myślę o tobie, gdy księżyca blaskŹródło odwzorza.

Ja widzę ciebie, gdy na drodze w dalKurz się podnosi;W nocy ponuréj, gdy wędrowca żalOko łzą zrosi.

Ja słyszę ciebie, chociaż głucho tamTak wody dyszą;I w cichym gaju, kiedy słucham sam,Otoczon ciszą.

Jestem przy tobie, choćbyś nie wiem jakDaleką była!Słońce zachodzi, gwiazd już widać szlak,Ach przyjdź, o miła!

Serce, serce, co to znaczy?Czém tak bardzo dręczysz się?Czemu bijesz mi inaczéj?Ja już nie poznaję cię.Gdzie to wszystko, coś kochało,Gdzie, co ciebie zasmucało?Gdzie twój spokój, pilność twa?Skąd pochodzi zmiana ta?

Więziż ciebie kwiat czarowny,Czy też miła postać jéj?Ten wrokwzrok czuły i wymownyCałą siłą władzy swéj? —

Ach! choć pragnę się oddalić,Opamiętać i ocalić,To pragnienie całe na nic,Bo téż kocham ją bez granic.

Na czarownéj gdy cię nici,Któréj przerwać nikt nie zdolny,Raz swawolne dziewczę chwyci,Nigdy już nie będziesz wolny;W kółku, jakie ci zakréśli,Serce twoje i twe myśli.Jakże wielkie zmiany te!O miłości! opuść mnie!

Serce mi biło — czas dosiąść już konia!Ledwom pomyślał — pospieszyłem tuż.Już woń wieczorna otuliła błonia,I noc na góry zstępowała już.Już w mglistą szatę dąb się przyodziewa,Jak olbrzym sterczy spiętrzony śród tucz,Z każdego krzaka, i z każdego drzewaCiemność tysiącem przeglądała ócz.

Księżyc w oddali z po za mgły i chmurPatrzył żałośnie na tę nocną ciszę;Wtém wicher nagły zerwał się z za gór,I głosy straszne wkoło siebie słyszę.Tysiąc potworów tworzyła ta noc,Lecz jam był świeży — i tak pełen sił!

Ach! jakąż czułem w piersiach moich moc,Ach! jakiż ogień w sercu mojém tlił!

Ujrzałem ciebie! i radosny szałZbudziło twoje łagodne spojrzenie.I jam ci całe serce moje dał,Każdą myśl moję i każde me tchnienie!Różowobarwny jakiś wiosny mrokOtoczył mile twą anielską twarz;A jaka czułość! a jaki jéj wzrok!O takiém szczęściu wiecznie śnij i marz!

Lecz ach! zaledwo błysnął ranny świt,Już serce ściska konieczność rozstania,W jéj smutku dla mnie jest radości szczyt,A szczyt rozkoszy ach! jéj całowania!Jadę... ty stoisz z oczyma smutnemi,Żegnasz mię jeszcze spojrzeniem stroskaném...Większego szczęścia już nie ma na ziemi,Jak szczerze kochać i być ukochanym.

Chciałbym być jak rybkaWesoła i chybka;Gdybyś przyszła z wędką,Nadpłynąłbym prędko.Chciałbym być jak rybkaWesoła i chybka.

O jabym z ochotąZamienił się w złoto;Choćbyś mię wydała,Znowubyś mię miała.O jabym z ochotąZamienił się w złoto.

Chciałbym być kochanyI pełen odmiany;Wiernośćbym ślubowałI nie podróżował.Chciałbym być kochanyI pełen odmiany.

Już starym być wolę,Mieć zmarszczki na czole;Gdybyś odmówiła,Jużbyś nie zmartwiła.Ach, starym być wolę,Mieć zmarszczki na czole.

Baranka mieć skromność,Lwią siłę, przytomność;Mieć oczy jak sępyI lisie podstępy —Baranka chcę skromnośćA lwią mieć przytomność.

Czémkolwiekbym był,Dla ciebiebym żył,Książęce niósł daryI kochał bez miary.Czémkolwiekbym był,Dla ciebiebym żył.

Czém jestem i jakim,Poprzestań na takim.Gdy zechcesz lepszego,To znajdziesz innego.Czém jestem i jakim,Poprzestań na takim.

Co podoba się kobiecieW małym, czy też w wielkim świecie?Niezawodnie nowość, zmiana,Jest najwięcéj pożądana;Lecz z wszystkiego wierność przecie,Choć owoców przyjdzie czas,Jeszcze kwiatem cieszy nas.

Parys żył w jaskiniach, lasach,Najszczęśliwiéj sam z Nimfami,Nim w niebianek trzech zapasachZająć musiał się sądami;

Stąd we wszystkich wiekach, czasach,Trudniejszego nie masz nicJak wśród pięknych wybrać lic.

Kto jest grzeczny dla płci białéj,Łatwo serca ten zdobywa;A kto szybki i zuchwały,Temu jeszcze lepiéj bywa;Lecz kto najmniéj o to dbały,Jak u pań mu się powodzi,Ten obraża, ten uwodzi.

Różne ludzkie są starania,Niepokoje i kłopoty —I nie zawsze nam zasłaniaSmutek, widok szczęścia złoty;Lecz szczerego używaniaObraz tylko wtedy kréśl,Gdy masz dobrą, lekką myśl.

Nikt już ludzi nie odmieni,Choć się ciągle gniewa, łaje,Bo gdy inni są szaleni,Sam szalonym być się zdaje.Uczyć ludzi jestto tyleCo nieść ciężar tak jak muł;Szczęścia wtedy czułem chwile,Gdym się w sercu szczęśliw czuł.

Ach! gdym go ujrzała,Zapłonęłam cała —O, niebieski wzrok!On zbliża się do mnie,Ja cofam się skromnie,A chwiejny mój krok.Serce mi omdlewa!O skały, o drzewa!Ukryjcie me drżenie,I me upojenie!

Ach gdzież moja miła?Przed chwilą tu była!

Jéj śledził mój wzrok.Zbliżała się do mnie,Zapłonęła skromnieI cofnęła krok!Co to jest? złudzenie?Czy senne marzenie?Gdzieście ją podziały,O drzewa, o skały?!

Tu ja sam w ukryciuO smutném mém życiuW późny dumam zmrok.Nieznany od gminu,W zacisze od czynuCofnąłem mój krok.O duszo ma tkliwa!Niech las ten ukrywaTwe smutki, cierpienia,Rozkosze, marzenia!

O! dzieńto szczęśliwy,Jeżeli myśliwyTak pełny ma trok!Ładują na wozyZające i kozy,Aż cieszy się wzrok!Nikt nawet nie zliczyDzisiejszych zdobyczy.O! dzieńto szczęśliwy!Niech żyje myśliwy!

Czegoż pragnąć w ziemskiém życiu?Czy jest lepiéj cicho siedziećI zostawać wciąż w ukryciu?Czy téż się po świecie biedzić?

Czy zbudować chatkę małą?Albo żyć pod namiotami?Czyli mocnym ufać skałom?Lecz i skały drżą czasami.

Jedno wszystkim nie przystoi,Każdy inne ma zadanie,Niech nie pada ten kto stoi,A kto upadł, niech powstanie!

Rozmyślania trwożne,Namysły ostrożne,Niewieście wahania,Żałosne wzdychania,Na nic się nie zdadzą,Wolności nie dadzą.

Stawiaj na przekoręPrzeszkodom zaporę,Panuj nad słabością,Postępuj z godnością:Nie braknie ci mocyNi Bożéj pomocy.

O jak wspanialeŚwiat mi jaśnieje!Słońce blask rzuca!Łąka się śmieje!

Z każdéj gałązkiKwiat się dobywa,Z każdego krzakaGłos się odzywa.

A i pierś każdaPociechę czuje,Ziemia i słońceSzczęściem przejmuje!

Tyś taka piękna,Złota miłości,Jak obłok rannyW gór wysokości!

Ty błogosławiszPolom i błoniom,I świat ten całyNapełniasz wonią.

O! jak ja kochamCiebie dziewczyno,Zdroje mi szczęściaZ oczu twych płyną.

Tak spiew i wolnośćKocha skowronek;Tak kocha kwiatekNiebieski dzionek.

Tak ty mię kochasz,Dziewczę me złote,

Boś ty mi wiarę,Szczęście, ochotę

Do nowych piosnekI czynów dała! —Obyś ty nigdySmutku nie znała!

Kwiatami, które uszczknąłem,Pozdrowień przyjmij tysiące!Ach! ileż razy się zgiąłem,Gdy je zbierałem na łące,I do serca przycisnąłemNie raz, a razy tysiące.

Na śnieg, na słotę,Wiatrom na psotę,Nad przepaściami,Ciemnemi mgłami,Raz tam! raz tu!Naprzód bez tchu!

Znieśćbym już wolałWszelkie przykrości,Niźli rozkoszeWiernéj miłości!Bo jakże dziwneSprawia cierpienie

To serc wzajemneI ciągłe drżenie.

Kto się raz serceZdobyć pokusi,Ten już spokojnośćUtracić musi;A kto zaś pragnieSpokoju ducha,Głosu miłościNiech ten nie słucha!

Płyńcie łzy, płyńcie łzy!Łzy wiecznéj mojéj miłości!Bo kto powiekę na pół ma suchą,Jak mu na świecie pusto! jak głucho!Płyńcie łzy, płyńcie łzy!Łzy nieszczęśliwéj miłości!

O Ty, który jesteś w niebie,Smutki i cierpienia koisz,Tych, co garną się do Ciebie,Dźwigasz i pociechą poisz,Ach, jam syt już tego boju!Na co rozkosz? na co znoje?O słodki spokoju!Wstąp, ach wstąp już w piersi moje!

Na wierzchołkach drzewNoc cicha;Ciszą każdy krzewOddycha,Ledwo listek drży;I ptaszki zamilkły wśród lasu.Czekaj — do czasu —Spoczniesz i ty.

Kto szczęśliwe dni mi wróci,Dni najpierwszéj méj miłości,Ach, kto wróci choćby chwilęZ onéj złotéj méj przeszłości?

Ciągle serce me zranioneOpłakuje w samotnościSzczęście dawno już minione.

Ach! kto błogie dni mi wróci,Dni czarownéj méj młodości?

Tak mi jakoś dobrze dzisiaj,Jak gdybym był w niebie,I jak gdyby gwiazdki chciałyWziąć mię między siebie.Lecz ja wolę zostać z wami,Mówię to otwarcie,Przy piosneczce, przy kielichuI wesołym żarcie.

Widzę, moi bracia mili,Że was to zdziwiło —Jednak wierzcie, mnie na ziemiJest naprawdę miło:

I przysięgam uroczyście,A nie cofnę słowa,Że nie myślę jéj opuszczać —O! niech Bóg uchowa!

Gdyśmy się więc dzisiaj zeszli,Gdy swobody chwila,A to niech nam spiew poetyWieczór ten umila;Wprawdzie druhy nasze pójdąDziś w daleką drogę,Lecz w téj chwili są tu jeszcze,Cieszyć się więc mogę.

Niech żyje, kto życie daje!Oto ma zasada.A więc pierwsze zdrowie króla,Który nami włada.On od wrogów nas zasłania,Na ład w kraju zważa;Strzeże pilnie dawnych dzielnic,Nowych nam przysparza.

Drugi toast zaraz potémTéj jedynéj mojéj! —Tu niech każdy po rycerskuZwróci się do swojéj.A jeżeli która z panienWié, do kogo piję,No, to proszę wołać ze mną:„Niech i mój tak żyje!“

Trzecia szklanka przyjaciołom,Dwóch ich jest, czy trzech!Których razem w dniu pogodnymŁączył spiew i śmiech,By rozprószyć smutku mgłyW czasie nie różowym —Trzeci toast przyjaciołom,Starym, czy téż nowym!

Tak jak wielkiéj rzeki falomCiągle fal przybywa,Tak i nasze koło rośnie,Gdy chwila szczęśliwa;

A gdy w szczęściu się połączym,Ramię do ramienia,To nas potém łączyć będzieI chwila cierpienia!

Gdy się tutaj zbierzem razem,Razem jest nas wielu —I tak ciągle bliżéj wszystkim,Bliżéj jest do celu.Bo od źródła aż do morzaMłyn niejeden miele,A całego świata szczęście,Oto nasze cele!

Nic gorszego już na wojnie,Jak ranionym nie być,Do zwycięstwa iść spokojnie,Wszystkie trwogi przebyć;Rozpakować, znów pakować,I nic tylko trudy,Męczyć się i maszerować,A w obozie nudy.

Albo z temi kwaterami!To dopiero męka:Drzéj się z szlachtą, kłóć z chłopami,Mieszczuch wiecznie stęka.

Gdy poprosisz o co grzecznie,Zmierzą cię z ukosa;Burdę zrobić, niebezpiecznie!Zamkną do profosa.

Gdy nareszcie działa zagrzmią,Kule warkną w koło,Trąbki wrzasną, bębny zabrzmią,Wtedy już wesoło;I zawzięcie wre już bój,Człek się dzielnie trzyma,I raz „naprzód“ a raz „stój“ —Lecz nagrody nie ma.

Dzięki Bogu, kula miłaWiecznie czekać nie da!W nogę wreszcie ugodziła —Kończy się twa bieda!Bo do miasta bezpiecznegoNiesie cię drużyna,Tam cię przyjmie tak jak swegoMiła kobiecina.

I otworzy ci, mój zuchu,Serce i piwnicę;Masz świeżutkie łoże z puchu,Masz i piękne lice.Chłopczyk zjawia się skrzydlaty,Pani nie spoczywaI koszulkę drze na szmaty,Szarpią to nazywa.

Gdyś już zdrów i chyba zrzadkaJuż ci co dolega,Jeszcze druga tam sąsiadkaSłużyć ci przybiega.A za chwilę trzecia spieszy,By osłodzić bole —I tak serce się pocieszyW tém serdeczném kole.

Ba! i króla wnet dosięgaWieść o twéj dzielności —Znajdzie się więc krzyż i wstęga,Znaki waleczności.

Któż z was zatém bracia miliCoś lepszego da mi?Bo człowieka i uczciliI żegnają z łzami.

Nie każ mi mówić, pozwól bym milczała:Powinność każe stłumić w piersi głos;Jabym Ci całe serce okazała,Ale mi tego nie dozwala los.

Noc, co ponurą ciemność rozpościera,Ustąpić musi, gdy zabłyśnie słońce;I twarda skała łono swe rozdziera,By wskazać źródła skrycie w niéj bijące.

Każdy, gdy żałość serce mu przenika,W ramiona bratnie ze skargą się chroni;Ale przysięga usta mi zamyka,Tę tajemnicę jeden Bóg odsłoni.

Kto sam tęsknił, ten zrozumieCiężkie me katusze,Gdy w samotnéj wciąż zadumieRozżaloną duszęW obce strony, w obcym tłumie,Tęsknie zwracać muszę.Odkąd ten, co mię rozumie,Zniknął w zawierusze,Próżno ogień wielki tłumię,Co pochłania duszę.Tylko ten, kto tęsknić umie,Pojmie me katusze.

Kto się oddał samotności,Ach! ten będzie wkrótce sam;Pragniem życia i miłości,Świat cierpienie niesie nam.

Tak! zostaw mię cierpieniu!I osamotnieniu! —Bo gdy samotność mam,Nie jestem wtedy sam.

Tak, jak się kochanek skrada,Gdy z swą lubą chce być sam,Równie skrycie mną owładaBól — ach dawno już go znam!

Ach, dawno już mię dręczy,Dniem i nocą męczy —I chyba u wieczności bramZostanę bezeń sam....

Pachołek chudy, mój baronie,Zazdroszczę ci twojego stanu,Twojego miejsca tuż przy tronieI żyznego zboża łanu,I rozkosznych w zamku wczasów,Rybnych stawów, bujnych lasów.

Ty nawzajem, mój baronie,Mnie zazdrościsz także trochę,Żem ja na przyrody łonieMatkę znalazł, nie macochę,Kieszeń pusta, za to głowaI swobodna jest i zdrowa.

Zgódźmy się więc z tym ordynkiem,Zmiany próżno pożądamy,Ty bądź sobie papy synkiem,A ja będę dzieckiem mamy.Zawiść bowiem na cóż zda się,Cóż po cudzym nam tytule?Ty mię zostaw na Parnasie,A sam zostań w kapitule.

Co to za głos przed bramą tamRozlega się na moście?W sali ten spiew niech zabrzmi nam!Biegnijcie — i poproście!Tak kazał król, paź zaraz biegł;Powrócił wnet, król głośno rzekł:Wprowadzić tu starego!

Panowie moi, witam was,Witam was, piękne panie!Jak gwiazd na niebie, tyle kras,Ach trudneż ich nazwanie!Wspaniałe są komnaty te,Zamknijcie się więc oczy me,Nie pora to zachwytu!

Zamknął oczy i pieśni tokZ pełnéj piersi się tłoczy;I śmiały był rycerzy wzrok,A pań spuszczone oczy.Król był mu rad — na większą cześćW nagrodę pieśni, kazał wnieśćDla niego łańcuch złoty.

Z darów tak drogich, cóż mi z nich?Łańcuch niech wezmą rycerze;Przed dziarskiém już spojrzeniem ichPryskają wrogów puklerze.Lub kanclerzowi, którego masz,Złoty ten ciężar dźwigać każWraz z innymi ciężary.

Ja spiewam, jak w gałązkach drzewSwobodne ptaszę spiéwa —Nagrodą hojną jest sam spiew,Co z piersi się dobywa;

Gdy już prosić, proszę o to:Każ mi czarę szczerozłotąNajlepszego dać wina.

I wziął do ust i duszkiem pił:Gdzież napój rozkoszniejszy?Oby dom taki długo żył,Gdzie to jest dar najmniejszy!Wspomnijcie mię w szczęśliwe dniI wdzięczni Bogu bądźcie wy,Jak wam dziś spiewak wdzięczny.

Było dziecię, co nie chciałoChodzić w święto do kościoła,W polu bawić się wolało,Choć dzwon z wieży głośno woła.

Mówi matka: „To nie żarty!Ej uważaj ty na siebie;Gdy wciąż będziesz tak uparty,Przyjdzie dzwon i weźmie ciebie.“

Myśli dziecię: dzwon też przecieTo nie człowiek i nie chodzi,Czy to słyszał kto na świecie?To mię tylko mama zwodzi.

Dzwon ten, dzwon ten, już nie dzwoni,Ale — czy mię mylą oczy?Ach okropność! niech Bóg broni!Dzwon ku niemu prosto kroczy.

Kroczy w coraz szybszym pędzie,Dziecię z strachu ledwo żyje,Ach nieszczęście! co to będzie?Ach! mnie pewnie dzwon przykryje!

Co tu począć w chwili takiéj?Resztę sił na pomoc woła,I przez rowy, pola, krzakiBiegnie prosto do kościoła.

Odtąd téj pamiętny biedyPilnie słuchał głosu dzwona,I nie czekał, aż go kiedyZnów zaprosi in persona.

Już wał przerwany, już w polu huczySzalona fala w szalonéj tuczy.

„Ja cię uniosę, o matko, stąd,Jeszcze nie silny jest wody prąd!“ —„Ach! i nas wspomnij w ten straszny czas,Patrz! troje sierot, ach, ratuj nas!Biedną kobietę — ty idziesz.... cóż?“ —Lecz ona z matką uchodzi już.„Schrońcie się prędko na wzgórze tam,Ja wrócę zaraz na pomoc wam;

Do wzgórza blisko i łatwo brnąć;Nie zapomnijcie méj kózki wziąć!“

Wał się rozpływa, na polach huczyStraszliwa fala w straszliwéj tuczy.

Gdy już Joasia matkę ocali,Znów do szalonéj zwraca się fali.„Dokądto, dokąd? wróć nieszczęśliwa!Patrz, wody ciągle, ciągle przybywa.Tak życie narażać, szaleństwo i grzéch!“ —„Ja powinnam i muszę ocalić ich!“

Wał już znika, już fala jak morzeTak nieskończone zajęła łoże.

Idzie Joasia tąsamą drogą,Jeszcze jéj fale zachwiać nie mogą.Dosięga wzgórza i biednéj kobiety,Ale zapóźno, zapóźno niestety!

Wał już znikł — fala huczy jak morze,Otacza w koło maleńkie wzgórze.

I zionie i wyje pieniący się kłąbI kobietę wraz z dziećmi porywa w głąbZa róg się kozy jedno ujęło,I tak z nią razem w toni zginęło!Joasia stoi prądowi wbrew:Ach, kto ocali szlachetną krew?Jak gwiazda świeci jeszcze śród fal:Gdzież wielbiciele? ach! poszli w dal.Koło niéj woda wszędzie głęboko,Lecz żadnéj łodzi nie dojrzy oko.Jeszcze raz w niebo rzewnie spojrzała,Potém ją fala w przepaść porwała.

Ni pól ni wału — jeden wodny szlakDrzewo lub wieża, to jedyny znak.

I wszystko pokrył prąd wody ogromny,Lecz obraz Joasi wszystkim przytomny.Gdy wody opadły, gdy ląd zobaczą,Nad śliczną dziewczynką gorzko zapłaczą.Jeśliby o niéj kto z ludzi zapomniał,Bodaj i o nim nikt nigdy nie wspomniał.

W dawnych czasach był król w Tule;Za wierności wiele próbDała mu kochanka czuleZłoty puhar, idąc w grób.

Od téj chwili nad świat całyPuhar ten mu droższy był;Oczy mu się zawracały,Ile razy z niego pił.

Gdy śmierć bliską zauważył,Wszystkiém, na co było stać,Spadkobierców swych obdarzył,Lecz puhara nie chciał dać.

Zasiadł w całym majestacie,A rycerzy przy nim tłum,W wielkiéj ojców swych komnacie,Z któréj słychać morza szum.

I tam hulaczysko stareKrzepił się na drogę w dal,Potém rzucił świętą czaręW ciemną otchłań morskich fal.

Patrzył, jak się w przepaść toczyI jak tonie w morza głąb —Zaraz potém zamknął oczy,Nie wziął wina i na ząb. —

Więc nareszcie poszedł sobieCzarnoksiężnik, mistrz mój stary!O już teraz wiém, co zrobię,Dzisiaj sam rozpocznę czary.Niech raz przecie jego duchySpełnią téż i me rozkazy:Jego słowa, czyny, ruchyUważałem tyle razy.

Wstać mi, wstać!Tyle wodyDla wygodyZnieść co tchu,

I do wanny żwawo zlać,Bym miał kąpiel zaraz tu!

Stara miotło, pójdź tu teraz,Odziéj się w gałganki szare!Panu już służyłaś nieraz,Teraz przejdź na moję wiarę!Na dwóch nogach stój,Głowę na się weź,Spełnij rozkaz mój,Wodę żywo nieś!

Wstać mi, wstać!Tyle wodyDla wygodyZnieść co tchuI do wanny żwawo zlać,Bym miał kąpiel zaraz tu!

Patrzcie! już jest blisko brzega;O! już nawet jest nad rzeką,

Tak, jak błyskawica biega,Strugi z konwy hojnie cieką.Znowu, już raz drugi!Ach! już pełna wanna!Zbyt obfite strugi,Powódź nieustanna!

Stój już, ach!Dość już mamy,Nie żądamy,Nie kazałem!O biada mi! co za strach!Słowa tego zapomniałem!

Słowa, które ostatecznieZrobi ją, czém przedtém była.Ach, czyż biegać będziesz wiecznie?Obyś w miotłę się zmieniła!Coraz szybszy bieg!Ciągle wodę nosi.Ach, jak ze stu rzekFala się podnosi.

Nie, już dłużéjNie zostawię!Ja ją zdławię!A to smok!Ach, już w oczach mi się mruży!Co za mina, co za wzrok!

O piekielna ty potworo!Chcesz zatopić cały dom?Wody już i tak zbyt sporo —Co za bieda! jaki srom!Miotło ty przeklęta,Na nic rozkaz mój?Maro nieugięta,Stój raz przecie, stój!

Czy ty ze mnąTu żartujesz?Pożałujesz!Ja cię złapięI siekierą, stare drewno,Ja cię w dwoje wnet rozszczapię!

Gdzietam! biegnie znów z kubliskiem —Ale już mi dość, do kata!Ja tu skończę z tym djabliskiemZaraz topor go rozpłata.Tak, o tak, na dwoje!Ot, już dwa kawały!Teraz się nie bojęI oddycham cały!...

Biada! biada!Części obie,Każda sobie,Tak jak z procyJuż do usług się układa —O ratujcie wielkie mocy!

I już biegną! coraz gorzéj,Coraz więcéj wody wszędzie,Coraz straszniéj, coraz srożéj,Mistrzu panie! co to będzie?Ach! nadchodzi stary!Panie! na cóż kryć?

Wywołałem mary, —Trudno ich się zbyć!

Hola! hola!Miotły w kąt!Precz mi stąd!Gdy przyjdzie czas,Kiedy mistrza będzie wola,Wtedy sam zawoła was!

Znam jeden kwiatek cudowny;Napróżno za nim wyglądam,Uwięzion w wieży warownéjNapróżno mieć go pożądam.Jestto nie małą przykrością,Bo gdym się cieszył wolnością,Miałem go zawsze w pobliżu.

Gdziekolwiek z tego zamczyskaStęsknione oko me zajdzie,Nic nie zobaczy, nie zyska,Tego, co szuka, nie znajdzie.

Każdemu ze szlachty lub sług,Wdzięczności zapłaciłbym dług,Gdyby ten kwiat mi pokazał.

Ja kwitnę pięknie pod kratą,I słyszę twoje westchnienia,Do róży — ja ręczę za to,Zwracasz gorące pragnienia.Wzniosłą myśl umysł twój chowa,Więc pewnie kwiatów królowaI w twojém sercu króluje.

Prześliczną w purpurze urodęI śliczne masz z liści odzienie,Tak ceni dziewczę cię młodeJak złoto i drogie kamienie.Gdy się twym kwiatem ozdobi,Piękna, piękniejszą się zrobi,Lecz inny kwiat ja uwielbiam.

Róża z wyniosłą swą pychąZawsze wysoko się wspina,Lecz i mnie skromną i cichąLubi i chwali dziewczyna.I kto ma serce niewinne,Ten więcéj może niż inneKocha i wielbi mię kwiaty.

Serca nie trapią mi grzechy,Żaden zły czyn go nie plami,Lecz siedząc tu bez pociechyTrapię się złemi myślami.Wprawdzie miłości tyś godna,Lilijko moja łagodna,Lecz jeszcze milszy znam kwiatek.

Możeś ty mnie niecierpliwieI tak gorąco pożądał,

Bo za cóżby mię troskliwieDozorca więzień doglądał?Pięknie mi w liści koronie,I piękne rozsiewam wonieW tysiąc kolorów się mieniąc.

Nikt nie odmówi ci cześci,Rozkoszne wonie rozsiewasz,Czy cię kto w cieniu umieści,Czy się na słońcu wygrzewasz.Lecz inny kwiatek, choć mały,I cichy i nie wspaniały,Mnie uszczęśliwia biednego.

Pokornie rosnę w ukryciu,Wstrętne mi słowa szerokie,Lecz teraz pierwszy raz w życiuPrzerwę milczenie głębokie.Gdybym ja mógł cię pocieszyć!

Jakże mi żal, że pospieszyćZ wonią do ciebie nie mogę.

Woń twą i skromność ja cenię,Mój ty fijołku niewinny,Ale na moje cierpieniePotrzebny kwiatek mi inny.Prawdę nareszcie wynurzę:Na całéj skalnéj téj górzeNie ma mojego kochanka.

Lecz niżéj, gdzie strumień płynie,Chodzi tam wierna kobiéta —I kiedy niewola ma minie?Wzdycha i płacze i pyta.A gdy kwiatek niebieski rwieMówiąc: Nie zapominaj mnie!To czuję to z daleka.

O tak, z daleka czuje się mocSzczeréj i wiernéj miłości,

Dlatego mimo więzienia nocNie tracę ja wytrwałości.Gdy ból i rozpacz serce mi rwie,To wołam: Nie zapominaj mnie!I znowu wracam do życia.

Z próżnym trzosem, z sercem chorémWlokłem żywot mój złowrogi.O jak nędznym jest ubogi!Jak bogacze szczęśni są!Więc niedoli na przekoręW nocy skarb wykopać muszę:„Gdy go znajdę, dam ci duszę!“Napisałem własną krwią.

Zakreśliłem różne koła,Ustawiłem téż płomyki,Kości ludzkie i chwast dziki,By powiększyć czarów moc.

A zrobiwszy wszystko zgoła,Co uczynić tam należy,Kopię w miejscu, gdzie skarb leży;Czarna, straszna była noc.

Wtém z daleka światło błyśnie,I od gwiazdy lśniąc wspanialéjZbliża się z najdalszéj dali,Gdy dwunastą zegar bił.Dziwna trwoga serce ściśnie;Patrzę, śliczny chłopiec do mnieNiosąc puhar idzie skromnie;— Puhar cudném światłem lśnił. —

Miał na czole z kwiatów wieniec;Na łagodne jego oczyPadał z czary blask uroczy,Ach, niebieski był to blask!Napój podał mi młodzieniec;Pomyślałem: żadną miarąZły nie przyjdzie z taką czarą,Zły jasności nie zna łask.

„Pij i czerp do życia siłę!Gdy zrozumiesz tę naukę,To policzysz czarów sztukęNa obłędów marnych karb. —Niech ci święto będzie miłe!Chętnie troski znoś powszednie!Baw się wieczór! pracuj we dnie!Praca, to największy skarb!“

Wejdź do nas, staruszku, w podwórzec zamkowy,Spoczynek potrzebny dla siwéj twéj głowy,Chwileczki nie żałuj nam czasu.Mateczka się modli, a ojciec na łowyWyruszył ze służbą do lasu.Zaspiewaj bajeczkę nam jednę i drugą,My bajki lubimy namiętnie,I bardzo spiewaka czekamy już długo —A dzieci słuchają tak chętnie.

Srożyły się wrogi i burze szalały,Gdy Hrabia opuszczał swój zamek wspaniały,A skarby zakopał był w ziemi.Dlaczego tak spieszy? dlaczego drży cały?Co objął rękami silnemi?Co ukrył na piersi i płaszczem otula,I w dal co unosi tak skrzętnie?Córeczka to była, na rękach mu lula —A dzieci słuchają tak chętnie.

Zaświtał poranek, a świat tak szeroki,Murawa mu łożem, a dachem obłoki,We wioskach ugoszczą spiewaka.Tak mijał on góry, doliny, potoki,A broda mu rośnie ot taka.I dziecię mu rośnie, aniołek ów złoty,Uśmiecha się mile, ponętnie,On płaszczem je chroni od zimna i słoty —A dzieci słuchają tak chętnie.

Tak dni im mijały, mijały i lata;Gdy płaszcz się już zszarzał, on zszywa go, łata,Lecz coraz był na nich ciaśniejszy.A gdy się dziewczątko uśmiechnie do tata,Nie czuje już troski najmniejszéj.Tak piękna i hoża wyrosła mu z laty,Ród poznać szlachetny w gorącéj krwi tętnie,I ojciec był szczęsny i czuł się bogaty —A dzieci słuchają tak chętnie.

Wtém książę nadjeżdża, rycerską miał zbroję,I dziewczę rączęta wyciąga doń swoje,Lecz nie chce dać książę jałmużny.„Tę oto — zawołał — prześliczną dziewoję,Mieć pragnę, staruszku podróżny!“ —„Gdy chcesz ją posiadać, rzekł stary, mój książę,Gdyś tak ją podobał namiętnie,To zaraz niech dzisiaj małżeństwo was zwiąże“! —A dzieci słuchają tak chętnie.

I ślubem w kościele związała ich stuła;Dzieweczka choć szczęsna, żal jednak uczuła,Gdy ojca żegnała starego.Staruszek już odtąd sam w świecie się tuła,I smutku doznaje wielkiego.Tak lata już tęsknię we śnie i na jawieDo córki i wnuków mych smętnie,I we dnie i w nocy ja im błogosławię —A dzieci słuchają tak chętnie.

Gdy ręce wyciągnął, ktoś w bramę zastuka,To ojciec nadchodzi i dzieci swych szuka,I wielka ogarnia je trwoga.„Precz, precz mi żebraku!“ tak starca ofuka,„Jak śmiała tu postać twa noga?!Hej służba! do lochu zuchwalca niech wtrącą!“ —Gdy w ojcu gniew wrzał tak namiętnie,Przybiega tam matka i prosi gorąco —A dzieci słuchają tak chętnie.

Służalcy przystąpić odwagi nie mają,A matka i dzieci o litość błagają,Lecz księcia dumnego to gniewa.W milczeniu się zaciął — i łzy nie wzruszają,Aż wreszcie milczenie przerywa:„Ty rodzie jaszczurczy, co gwiazdy książęcéjBlask ściemniasz obrzydle i mętnie —Byś hańbę mi wnosił, nie ścierpię już więcéj!“ —A dzieci słuchają niechętnie.

Lecz starzec stał cichy, wzrok jego spokojny,Służalców się cofa zalękłych tłum zbrojny,A książę się wścieka i sroży:„Już dawno przeklinam ja żywot mój znojny,Małżeńskiéj syt jestem obroży!Nie może, kto zrodzon w plemieniu prostaczém,Szlachcicem się stać umiejętnie,Żebraczka mię darzy potomstwem żebraczém!“ —A dzieci słuchają niechętnie.

Gdy mąż wami gardzi, gdy ojciec odpycha,Gdy węzły najświętsze rozrywa tu pycha,To chodźcie do ojca, do dziadka!I mojém staraniem, choć postać ma licha,Wam droga rozsnuje się gładka.W tym zamku jam panem! a tyś go zrabował!Dowody w pieczęci mych piętnie,O! jam je starannie w tułaczce przechował! —A dzieci słuchają tak chętnie.

Już wrócił do dzierżaw swych król prawowity,Swym wiernym skradzione już wraca zaszczyty!— Tak woła staruszek radośnie —Odkopię ja teraz mój skarbiec ukryty,A wszystkim wam serce niech rośnie!Uspokój się synu! już jasna rzecz cała,Świat śmieje się do nas ponętnie,Bo księżna książęce potomstwo ci dała! —A dzieci słuchają tak chętnie.

Co było w życiu rozdzielone,Co w sobie długi czas zamyka,Tu w jeden tomik oprawioneMiłego dojdzie czytelnika.