Sokół (1896)

Karol Antoniewicz (1807–1852)

Tu ci źle na dole,Gdzie Prut toczy fale,Dlatego, sokole,Usiadłeś na skale.

Usiadłeś wysoko,Sokole ponury,W słońce wlepiasz oko,W szpony chwytasz chmury.

Ty do słońca dążysz,Ty bujasz po górach,Ty w powietrzu krążysz,Ty się kąpiesz w chmurach.

Gdy zaszumią burze,Ziemia zadrży trwogą,Gromy skryte w chmurzeRoztrzaskać cię mogą.

Lecz dzisiaj, sokole,Wolne rozpuść skrzydła,Ptasznik tylko w doleZdradne stawia sidła.

Strzępiasty sokole,Leć w powietrzne tonie,Leć, gdzie gwiazdy w kole,Leć, gdzie słońce płonie.

Leć, uchodź z obłokiem;Ja na skale siędę,Ciebie bystrem okiemW chmurach ścigać będę.

Nie dolecą strzały,Kula nie zaświeciTam, gdzie wzrok mój śmiałyZa tobą poleci.

I wraz z tobą chmuryW szybkim minie zwrocie,Wraz z tobą ponuryObłok przemknie w locie.

Jak powietrzne sidłaSokół mgły przecina,Nastrzępiwszy skrzydłaDo słońca się wspina.

Słońce ognie ciska,Sokół skrzydłem bije,

Piórami połyska,W chmurach rosę pije.

Wśród powietrznej toniNiknie, oko woła;Ten głos nie dogoni,Nie zwabi sokoła.

Chociaż przed mem okiemSkryłeś się w tej chmurze,Ja z tym obłokiemZnajdę cię w lazurze.

W słońce mknę głęboko,Chmury, mgły odsłonię,W ziemię spuszczę oko,Myślą cię dogonię.