Pieśń druga
Kuźnia Wulkana
Patrz, oto wieczór nadchodzi i ziemięSzarawym płaszczem już do snu otula,Dźwigając w płachcie ciężkie chrustu brzemię,Powraca z lasu zgarbiona babula,A za nią drepcze chłopczyna pyzaty,Niosąc jagody w garnku — w dłoni kwiaty.
Bębnie ty mały, kwiatów niszczycielu!Coś na jagody chciwy, jak ptak w lesie,Czy we wsi wzrośniesz, jak tyka od chmielu?Czy cię gdzie dalej wiatr losów zaniesie?Czy drwalem będziesz, mędrcem lub malarzem?— Ba! o tem nie wie nawet wójt z pisarzem.
Ciemno i pusto jest w owej chałupie,Co sama jedna stoi blizko lasu;Ciszę przerywa koń co trawę chrupie,Pies gdy zaszczeka od czasu do czasu,I młyn co pragnie, trajkocząc niegrzecznie,Starą młynarkę przegadać koniecznie.
A na kamieniu przed chałupą owąApollo-Maciek siadł i smutnie dumał...I długo siedział ze zwieszoną głową,Jakby się z ciężką rozpaczą pokumał,Że rzekłbyś może, że krowa mu padłaLub że kobyłka traci chęć do jadła...
Lecz nie — świadomi rzeczy dobrze wiedzą,Że siwa krowa nie pójdzie na mięso,A kobylina w polu, het, za miedząZajada trawę aż się uszy trzęsą...Więc cóż tak duszę Maćkową przewierca,Gdy zdrów dobytek? — Pewnie boleść serca.
Stara Piotrowa, Maćka rodzicielka,Co teraz z lasu wraca z owym chrustem,Duma przez drogę; — duma matki wielka,Bo syn jej jedna radość w świecie pustym,Prócz niego tylko jest wierny pies Kruczek,Krowina siwa i pyzaty wnuczek.
O synu myśląc, szła poczciwa macierz,A jedynakiem bogata i dumna,Drżącemi usty szeptała zań pacierzBo zeszłej nocy śniła jej się trumnaI miała jakieś przeczucie... niepewność...Ztąd się też babie zebrało na rzewność.
Gdy się zbliżyła do samej chałupyI gdy dostrzegła płaczącego syna,To ręce obie złożyła do kupyI zawołała: — Oh! moja kruszyna!A potem silnie stuknąwszy go w plecy,Spytała czule: — Cegój Maciek becy?!
Jak z głębokiego, ze snu przebudzony,Zerwał się Maciek na głos rodzicielki,I pleść jej zaczął odwieczne andronyO swej niedoli... o miłości wielkiej,Bo owa miłość, jak Filip z konopi,Wyrwie się zawsze i w łzach ludzi topi...
Stara Piotrowa rzuca chrust na ziemięI dłonią twardą czoło syna gładzi,Oboje gniecie ciężkie smutków brzemię,To też się wzajem pocieszają radzi...Tak to dwie biedy, kiedy się zespolą,Czynią lamenty nad mizerną dolą...
Apollo-Maciek wziął jej wyschłe dłonieI do ust swoich z miłością przytulił,Dziwnym mu ogniem zapłonęły skronie,A tak się jakoś rozrzewnił, rozczulił,Że tajemnicę trapiącą go wielce,Jak na spowiedzi wyznał rodzicielce.
— Matulu — mówił — już mi życie zbrzydło,Płaczę idący na łąkę lub w pole,Boć ona Kaśka, to kiej malowidło:Zęby jak perły, oczy ma sokole,A gdy się czasem rozśmieje do człeka,To serce do niej rwie się i ucieka...
— To zeń się z Kaśką.— Ozeń się... a juści,Kiej stary kowal jak zielazo kwardy.— Odda ci dziewkę...— Za wrota nie puści,Bo jest bogaty i kaducnie hardy...Jakem korale przywiózł jej z jarmarku,Wygnał mnie z doma i nakładł po karku.
— Jam do niej łaził bez błota i bagna,Za jagodami chadzał w ciemne bory,A wieczór zawdy, kiedy krowy zagna,To ja wartuję gdzie blizko oboryI proszę Boga, żeby choć zdaleka,Oczami swemi spojrzała na człeka...
Jak lampa, w górze blady księżyc płonął,Łagodnem światłem oblewając wioskę;Maciek zaś jeszcze we łzach rzewnych tonąłI zwierzał matce ciężką swoją troskę,Miłość dla Kaśki i kowala dumę,Co pisarzową z gminy miał za kumę.