Do lilji
Harfo moja złotostruna!Czemu jęczysz z pod całunaŻałobnico ma!Czy się lękasz by śpiew marnyNie zwlókł z ciebie twój strój czarnyGdzie się niża łza?
Dawnom rozbrat wziął z weselemI nie będę już minstrelemPóki bólu — tchu,I nie będę już balladąPod arkadą piękność bladąKołysać do snu.
Bo i Ona, którą pieśnię,Lubi patrzyć w świat boleśnieLubi czarny strój,I od woni róż ocieka,Choć z wieńcami na nią czekaCherubinów rój.
Bo i ona od kołyskiZapamięta mieczów błyskiI bojowy róg,I nie gardzi pieśnią mojąChoć me pieśni czoła stroją.W piołun, w cyprys, w głóg.
Pogrzebowa moja płaczko,Harfo moja! tyś tułaczkąByła długi czas;Gdyś leciała raz przez sioła,Jam usłyszał głos anioła,Co pocieszył nas.
Tyżeś to chciała z błękituRzucić w otchłań łez i zgrzytuGarść niebieskich snów!Toż mi teraz w świecie jaśniejeZ wiecznej mego serca waśniCzystszym wyszedł znów.
I znów wierzę, i znów pragnę.Ja, co chęci ani nagnęDo czczych marzeń jazd,Teraz skrzydła z kurzu trzepięI po nieba szukam sklepieŚladu dawnych gwiazd.
Długo nikt mnie nie rozumiał,Byłem jak ptak co zaszumiałŚród powietrznych fal,
I niknąłem ja w przezroczu,I nie posłał nikt swych oczuZa mną w przestrzeń — w dal.
I nie pytał nikt: w swym bieguDo jakiego dąży brzeguWędrowny ptak ten,Czy gdzie zginął śród odmętu,Czy gdzie na maszcie okrętuZadumał się w sen.
I martwiałem żalem zdjęty,Aż mię zbudził głos twój święty,Teraz czuję ja,Że mój brzeg dla wszystkich brzegiem,Że polecą tam szeregiem,Gdzie dzwoni pieśń ma.
Że w zwątpienia czarnej chmurzeRoztęczyłem moje piórzeNa przymierza znak,A nie jeden wzniesie oczy.By usłyszyć co proroczyZaśpiewa mu ptak.
Jakżem dumny! — w mojej dumieJak w purpurze chodzę w tłumie;Lecz u twoich wrótCichy jestem i pokorny,Bom ja żebrak niepozornyPrzed skarbem twych cnót.
Bo łachmanem moim kryjęNie jedną na piersi zmyjęPełną jadów dych;Przed słonecznym twoim blaskiemMój blask sztucznym wynalazkiem,Mój blask tylko — szych!
Ty mi wróżysz sławę wielką — ?Jabym spłynąć chciał kropelkąW szczęścia twego zdrój,Bo ja tylko jak przechodzieńBłądzę w niebie, gdzie cię codzieńWodzi anioł twój.
Zawieszona między rajemGdy modląc się za swym krajemWydanym na łup,W niebo stąpasz z swym aniołem,Tom nie godny zmiatać czołemŚladów twoich stóp.
Pieśń, co piersi me rozszerzaMniej jest warta od pacierzaBiałej duszy twej.Mniej od każdej smutnej myśli,Co się w główce twojej kryśliŚród przygody złej.
Tyś jak lilja z jasną skronią,Co pociechy swojej woniąTam gdzie ból się gnie;To do świętej tej prawicyNaszej matki męczennicyJabym włożył cię.
Aniołeczku! liljo biała!Czegoś tak mi osmutniała,Od jakiego snu?O! choć duszą wniebowziętaTyś z raju jak my wyklętaBoś ty Polką tu.
Liljo, liljo! — na dolinieGdzie krew nasza strugą płynieZeszłaś wiotko ty,Lecz we smutku tyś się zgięła.Bo na ciebie krew bryzgnęła,Krew i sierot łzy.
I krew, co twe łono pali.Chcesz opłukać we łzy fali,A więc płacz i cierp!Czysta zbroja może trwalsza,Lecz ta świętsza i wspanialsza.Co ma rdzę i szczerb.
Siostro moja! niech więc razemBędzie modlitwy wyrazemPieśń moja, twój płacz ;Każdy hymn, co ja wypieśnięNa różańcu ty boleśnieŁzą jak perłą znacz.
A gdy takie modły naszeJak ofiarną złożym czaszęJehowie u nóg,
O! to może na swe łonoSwą prawicą wytężoną.Podejmie ją Bóg,
Siostro moja, cud się jawi,Mam widzenie, co nas zbawiNie płacz dziecię... cyt!Patrz na niebo! z krwi powodziJakiż to blask tam wychodzi..?Hosanna! — to świt!!