Rzeka (Baczyński)
Płyń ziemio. Góry ciemne. Rzeka wszystko niesie.Lądy wzdłuż wody pękną. Jak wiosło milczeniarzeka wszystko podzieli na wiosnę i jesień,na zimy siwe, pory wszystkich lat.Niosą się ptaki, a brzegi tajemneŚwiat smutku otwierają i radości świat.
To taka waga srebrna, uśmiech nieba w ziemiujrzy nas i uniesie w rękami ciemnymiod pracy, utrudzonych przygarnie i z odbić,gdzieś, na krańcu żywota może się odczytanasze twarze milczące. Będziemy podobnisami swoim odbiciom w niej, albo podobniciemnościom, które niesie, albo nieskalanetwarze w srebrze zostaną, a niepokonane.
Płyń ziemio. Długi wieczór i ptaki u lic,zdaje się rzęsy trzepot przyjacielskich oczui jaskółki cieniami ciepłymi migocząi noc zapada ciężko i pierzasty świtpodnosi chmur powiekę. Tratwy suną w mrok,owoce ciężkie niosą: — jabłka — jakby gradburz dostałych, opadły z drzew minionych lat.Cóż będziemy czynili? Domki na wybrzeżujak zabawki czekają na dziecinną dłoń,a wokoło zwierzęta utrudzone leżąi na biegunach cieni, wgłąb pastwiska, koń —przebiega. Ludzie oczy unoszą zdaleka,
uśmiechają się, ręce w powitania kwiatwznoszą jakby mówili: — płyńcie. Tyle lat.I z uśmiechem zostają pogodni i samiz tym sercem rozdzielonym na światło i kamień.
A ta rzeka unosi nie trwając ni chwili,a czasem takie ręce żelazne unosi,a czasem w niej westchnienie, co o oddech prosii myją krwawe dłonie ci, którzy zabili.I czasem łza upadnie jakby popiół padłpowitaniem: — o płyńcie! Ileż jeszcze lat? —A to tych ziem spalonych włosy albo dym,a to skrwawionych chłopców, których zcina katmatki ciała obmyją; nim oczy zczerniejąjeszcze rzeka wskrzeszeniem, daremną nadzieją;albo dziewczątka ciche o oczach z ołowiujakieś serca rozdarte i trumny w niej łowią;a to przebite ręce upiory zanużą,oczy powydzierane jak kamienie — dnempotoczą się, zahuczą nim się staną różą,co nad wodą wyrośnie i jak skrzepła krewu hełmów złych zwycięzców przypięta — przepalii będzie jako grot z żelaza i ze stali.
Płynie rzeka spokojna. Dobra ziemio płyńrzeka wszystko rozdzieli na zbrodnię i czyni spokojna, żelazna, uniesie, pogodzidymy splątanych odbić na kwiaty narodzinna barki trumien głuchych. Zapomniany głosjeszcze w niej woła cicho, jeszcze bieli włoszapatrzonych na brzegu. Jeszcze trawy długie,jeszcze jaskółki przetną i zważą powietrzemaleńkim ruchem skrzydeł. Jeszcze westchnie przestrzeń.Kończy się ciemna rzeka i zapada czas.