Śnieg (Baczyński)

Krzysztof Kamil Baczyński (1921–1944)

Śnieg.

Bóg jest śniegiem — on ziemię połączyz niebem nakształt liści milczących,które z drzewa ostatecznych zamilczeńszczerzą oczy pół boskie — pół wilcze.Bo tak świecić jak on — ciemnością,tworzyć razem błądzenie i kościółjest nieznane. Tylko ci co najdalejw kręgach białych jego twarz poznali.

•

Jesteś w śniegu, a śnieg oburączogarnąwszy — co w nim zobaczyszdotykalne spadnie ciały kuląi żywymi oczami zapłacze.Ty w nim ręki skinieniem drążącróżowawe ciała kobiet wywołasz,róg danieli, ptaki jak mosiądzszybujące w gotyckich kościołach.I pomników zamyślenie wieczne,kanonierów o lawety wspartych,których dawno śnieg wchłonął i przestrzeń,pokolenia idące, a martwe.A gdy urny ziemi zadymią,będą śniegiem bez legend i imion.

•

Taki w blasku niby, a w ciemnościstojąc, płynąc nie znasz odległości,bo co w tobie — za tobą dąży,co najdalej — to łoża drążywgłąb spojrzenia, a ziemia w tobiemrze w kolebce, zaczyna się w grobie.Ziemią pocznij — odpowie obłokiem,pocznij śniegiem — ziemią odpowie.Więc ty w gwieździe się pocznij wysokiejprzejdź człowiekiem i sznurami owiec,przejdź morzami jak syn człowieczyzgiń piorunem i wrzawą mieczy

wieczny będziesz — czy się zmienisz w słowo,czy w grobowce, czy w zielony owoc.

• / Kulig /

Tobie cóż jeszcze? Sań ptaszęcy trzepotz miast kamiennych nawet wyfrunie,bo wiosłując ramionami przez niebozaczniesz w ciszy, skończysz w piorunie.Może ptaki, nie liście,może sen,może dzieci puszyste jak len —poprzez kręgi śniegowe prąw puklach blasku,w zamęcie rąk.To w mamutów galopie,w nagłych łyskach ich kłóww lustrach zbudzić się przyjdzie, czy w grobiena łów gwiazd pędząc miły, na gwiazd łów.Noce, dnie obok sanny prą,jędrne słońca i komet bąk —to w zdumienia, to w cienie snów,na łów gwiazd towarzyszu, na łów.

•

My czy w gospodzie, na dróg zakręgu,czy w ciemności staniemy nakoniec?Przeżegnamy się drzewem, czy ręką?Staną gwiazdy parując jak konie.I rozżarzą się polana w kominie —błękitnawe, purpurowe kolumny,a ten kamień wielki jak niebo,a te drwa jak płonące trumnybędą zwolna jak róże złoteprzekwitały, rozwijały płomienie,aż się staną jak niegdyś — potem,ludzką krwią i ludzkim kamieniem.I w szkielety czarne zapatrzenipowrócimy spowrotem do ziemi.Tylko śnieg co jest Bóg i rzeczy płynność,co nad ciszę i nad krew niewinnąelementy spopielałe połączyz niebem — nakształt liści milczących.