Akt III
Traducido del inglés por Michał Chodźko
Manfred
Rychłoż się dzień skończy Hermanie?!
Jeszcze jedna godzina do słońca zachodu,Niebo wróży noc piękną.
Czy przygotowanieDokonane na wieży od strony ogrodu?
Wszystko gotowe. Oto są klucz i szkatuła.
Możesz odejść!
Spokojność dotąd mi nie znana,Jakaś błoga spokojność serce me zasnuła;
I gdybym nie był pewien, że tak okrzyczanaLudzka filozofia jest próżném słów brzmieniem,Mniemałbym, że w mym sercu tajemnie spoczywaKamień filozoficzny!... ten sen, przebudzeniemZakończy się!........Przecież, to spokojność prawdziwa?Błogi nektar rozlewa swego zwiastowania?!...Zapiszę że istnieje!... Lecz któż mi przerywa?...
Ksiądz Maurycy krótkiego żąda posłuchania.
Pokój Hrabio Manfredzie.
Wdzięczność ci życzliwaWielebny Ojcze! — Dzięki za twe nawiedzenie,Błogosławione progi, gdzie wejdziesz kapłanie!
Dałby Bóg!... Chcę mieć krótkie z Hrabią rozmówienieNa osobności.
Ze mną?...
Oddal się Hermanie!Cóż więc rozkażesz Ojcze?
Powiem bez ogródkiWłos ten biały, myśl prawa, moje powołanie,Byś śmiałości przebaczył dość ważne pobudki!...Dziwne wieści zniewadze imię twoje PanieOddają, imię tylu wiekami wsławione!...Hrabio! czyż je bez zmazy przeszlesz potomności?
Słucham ciebie Ojcze!
Wieść niesie, że wzbronioneLudzkiemu rozumowi przyrody skrytościRozdzierasz Panie; i że z anioły ciemności,Co drzewo śmierci czarnym kręgiem otaczają,Naradzasz się... Że z ludźmi, twojemi bliźniemi,Żyć niechcesz!... Czasem się od ludzi oddalająPustelnicy święci, — lecz, czy żyjesz jak oni?...
Chciałbym wiedzieć, kto wieści podobne rozsiewa?
Trzoda ma rozpierzchniona co od ciebie stroni,
I co się jeszcze twojéj pokuty spodziewa;Inaczéj życie twoje nawet zagrożone!
Życie?... niechaj im służy!
Chciałbym je ocalić.Nie przychodzę w tajniki serca niezgłębioneZazierać!... O! Hrabio czas jeszcze złe oddalić,Czas zawezwać pokuty, czas serdecznéj skruchy.Pojednaj się z kościołem, a przez jego władzę,Zawezwij odpuszczenia anielskiéj otuchy!...
Wielebny Ojcze! serca własnego nie zdradzę;Czém byłem i czem jestem, to Bogu jednemu,To mnie wiadome; nigdy ja za pośrednikaNie wzywałem człowieka!... A prawu ludzkiemuCzym zawinił, przesądzać czyż rzecz zakonnika?Zostawmy sąd i karę prawu krajowemu!
Nie mówiłem o karze lecz o zmiłowaniu,O pokorze mówiłem; ty sam masz wybieraćCzy zechcesz żyć posłuszny niebios przykazaniu,
Na me serdeczne rady duszę twą otwierać?!...Prawo zemsty i kary niebu zostawione,Wyraźnie nas naucza zakon Chrystusowy:»Przez Boga tylko będą karane i mszczone»Ludzkie winy!»winy!«.
O księże! najmędrszemi słowyNie potrafisz własnego zbrodni przekonaniaZagłuszyć; — łzy — cierpienia i okropne kary,Tysiąc mszy zakupionych, żarliwe błagania,Nie umniejszą własnego udręczenia miary!...Nie zdejmiesz zgryzot z serca przez bolesne chłosty,Wściekłe hydry sumienia niczém nie zmiękczone;Na nic rozpacz żałośna, pielgrzymki i postyKiedy w głębi twéj duszy piekło rozżarzone.Lecz księże... Ja się piekła nie lękam żadnego,Nigdy okropniejszego sobie nie wystawię;Nic, nad ból mąk straszliwych sumienia własnego!
Myśl taka rychło miejsce cnotliwszéj zostawi,Przyjdzie słodka nadzieja i rozjaśni oczy;Aż nawykniesz spozierać ku wiecznéj ojczyznie,Duchem pokory pojmiesz świat uroczy;Przeszłość po nowem sercu jak wiatr się prześliznie,
Co wiara nasza daje, tobie będzie dane,Odpuszczę co w méj mocy!
Śmiertelnie ranionyPoglądając na blizny dłonią swą zadane,Gdy od podłych podchlebców został opuszczony,Gdy szósty cesarz Rzymu, w swéj ostatniéj chwiliCieszył się w duchu, widząc, że śmierć go zasłoniOd zemsty senatorów; którzy czołem biliDawniéj przed nim! — Przytomny jeden człowiek broniPłakał, i chciał cesarza zatamować rany;Rzymianin go odepchnął mówiąc: takaż twojaWierność! — za późno!... A wzrok śmiercią obłąkanySzczytną jaśniał godnością!! To odpowiedź moja!!!
Cóż to znaczy?...
Zapóźno, jak on odpowiadam!
Za późno? — Dla zjednania duszy twojéj z BogiemNigdy za późno?... Pozwól niech twe serce zbadam,Pychę ducha ujarzmiaj czuciom wiary błogiem.
Miéj nadzieję!... Ja hrabio ciebie nie pojmuję?Bo i ludzie bez wiary w pośród żądz powodziZnaleźli jakąś łódkę co ich podtrzymuje,Choć na chwilę nadzieją nędzę ich łagodzi!...
O! i ja niegdyś pełen bywałem uroku,Ja na pustyni świata miałem mety moje,Chciałem być zbawczą łodzią dla ludzi natłoku,Dla świata! — Dusze ludzkie wziąść na skrzydeł dwoje,Lub zajaśnieć pochodnią wieczystéj jasności!...Duszą chciałem ulecieć! — lecz gdzie? nie wiedziałem.Lecieć! i runąć wreszcie, ale z wysokości;Jak lecą wodospady straszne dzikim szałem,Niosące srebrne piany do bezdennéj głębi;Kędy mroczne kolumny pierwotnéj wielkościWylatują mgły modre! — Mokry obłok kłębi,Czarne, straszne, pędzące do nieśmiertelności!!!Ułudy téj przeszły dni błogie!!!
I dla czego?
Z własną duszą nie łatwo było iść w zawody!By ludźmi rządzić — ducha acz nie podległego
Obcym rządom dać trzeba!... Długie korowodyPochlebstwa, nikczemności, i prośby, i skargi,Zawsze serce układać, zawsze duszę dwoić,Zawsze z kłamstwem na ustach; zamknąć wzroki wargi!...Toż bronią trza wojować, by wroga rozbroić,Oto świat!... Oto ludzie, takim być należyAby ująć stér rządów!... samotność wolałem,Bo nie mogłem być wilkiem z serca ni z odzieży,Ani nawet przewodzić wilkami nie chciałem...W samotności lew żyje, — pragnę żyć lwa wzorem!!!
Czemuż nie żyć, nie czynić, tak jak inni ludzie?
Bo téż nigdy ja ludzi nie chodziłem torem,Dusza ma nienawistna pochlebstwu, obłudzie,Ludzi znienawidziła! Dla tego wolałemSamotność! — Przecież nie chciałem sam jéj budować.Tak jak dziki Simun, w pustyni żyć chciałem,Po morzu wrzących piasków swobodnie żeglować,Kędy zwierz nie ostoi, ni kruche rośliny,Zdaleka siedzib ludzi, — od człowieka celu;Ale człowieku nie chodź w Simuna krainy,Albo biada ci!....
Moje to życie lat wielu,Ci, co dróg mych szukali, polegli w podróży!...
Już zaczynam rozpaczać! Lata młode twoje,Chęć ma szczera, mój urząd — nic już nie posłuży?Przecież nie chciałbym!...
Starcze! patrz na czoło moje!Czy wiesz, że są śmiertelni, co wbrew porządkowiW wiośnie życia oblicze starości miewają:Oddani w kwiecie wieku zimnemu grobowi,Chociaż śród wojny, śmierci mężnych nie szukają.Jednych wiedzie rozpusta, a drugich nauka;Jedni pod pasmem nudów, lub pod myśli siłą!Wielu z choroby serca, z tych nie jeden szukaUlżenia w pośród ludzi, — spotka się z mogiłą!O! najwięcéj zabija ta boleść serdeczna;Ona z jednego źródła różne kształty bierze,Ugodzi większą liczbę, niżeli przedwiecznaZnaczy wyroków księga!............Powiedzże sam księżeCzy cię która z tych chorób sama nie zabije?...A mnie napadły wszystkie, razem uderzyły!
A więc nie dziw się księże z tego jak ja żyję,Lecz z tego, żem przed życiem zeszedł do mogiły!A jednakże jak widzisz chodzę po téj ziemi!!!
Hrabio chciéj mnie posłuchać!...
Starcze! dość już tego;Wiem, żeś wstąpił w me progi z myśli szlachetnemi,Poważam włos twój siwy, i zapału twegoNie naganiam! Jednakże próżne twoje mowy,Bo nie jestem ja z rzędu ludzi łatwéj wiary!Przez wzgląd na twą prostotę od dalszéj rozmowyUwalniam ciebie!... Bądź zdrów!
Namiętności miaryWezbrane, szatanowi tę duszę wspaniałąOddały; — i w tym jednak niepojętym stanieJak cnót wiele?... Ah jaką zasługą i chwałąByłoby do dróg Twoich nałożyć go Panie!W tym prochu jaka światłość? jaka moc zapału!Bezczynnie wielkie cnoty leżą na dnie serca,Wplecione w matnią błędów serdecznego szału!...
Powstaje jak wróg Boga, lub bliźnich morderca!...Może bez wiedzy?.... Panie! czemuż dzielność woliW zarząd lepszym wrażeniom nie była oddana!!!...Ach! żal takiego serca!... Ślepy!... zostać woliW szponach dumy swéj własnéj mściwego szatana!...On tak umrzeć nie może, jeszcze raz spróbuję,Kto wié, może pokorą do celu i dojdę?!...
Słońce w ostatnią chmurę zachodu wstępuje,Hrabio! kazałeś donieść.
Dobrze! Zaraz pójdęJe oglądać.
O! Gwiazdo jasna! — ubóstwionaPrzez owe pierworodne rozpierzchłe rodziny
Co spójnią z płcią nadobną olbrzymów plemionaCórki ziemian poczęły z niebieskiemi syny!Córki więcéj urocze niźli Aniołowie!Za co duchy wypchnięto z niebieskiéj dziedziny!Słońce! ciebie najpierwsi ludzkości ojcowieUznali bóstwem! zanim świata tajemnicaByła odkrytą ludziom, Twórcy arcydzieło!Tyś pasterzy Chaldejskich weseliło licaGdyś na szczycie gór stromych uroczo spoczęło.Wdzięczność ich, głos wielbiący posłała ku Tobie.Tyś bóstwem materyi, Tyś obrazem Tego,Który za cień światłości wiecznéj obrał sobieJasność twą!... Tyś przewódzcą kręgu niebieskiego;Tobie rodzica ziemia swoją trwałość winna,Człowiek serca wesołość, i barwę swéj twarzyCóż zrówna twym obrazom? gdy się wschód twój żarzy,Gdy jasność ziejesz dniową, kiedy głowę skłonisz!...Piękne słońce bądź zdrowe! Już nie ujrzę ciebie,Pierwszy wzrok méj miłości, pierwszy uwielbieniaBył dla ciebie! — Już toniesz na zachodniém niebie;Raz ostatni bądź zdrowe! Twojego promieniaNieszczęśliwszemu jak ja nigdyś nie zesłało.Nikomu światło twoje zgubniejszém nie było!...Nikt nie znał tyle bolu i szczęścia tak mało.Zniknęło!... Idźmy za niém!!!...
Zkądże się przyśniłoHrabiemu Manfredowi przepędzać samemuTyle nocy bezsennych w téj dzikiéj wieżycy?Nigdy się nie udało z jego sług żadnemuCóś dojrzeć, oprócz światła przez okna strzelnicy.Nikt nie zgadnie, co robi od czasu dawnego,Napróżno, by cóś wiedzieć, plany me układam,Wszędziem zazierał, oprócz pokoju jednego;Za klucz od niego dałbym wszystko co posiadam!
Ty poprzestałbyś na tém, com ci już powiadał!
Powiedziałeś tak mało! — Wiekowi twojemu
Łatwiéj milczéć. — I ja spokójnie bym siedziałWiedząc wszystko!.... Służyłeś już Hrabi staremu?...
Służę im od młodości! Gdy na świat przychodziłHrabia Zygmunt, od dawna na zamku mieszkałem;Jakże się on od ojca swojego odrodził!
Już ja o wielu synach toż samo słyszałem;Lecz w czém główna różnica?..,.
Nie mówię o twarzy,Lecz o sercu; o życia sposobie odmiennym.Taż duma i w młodego źrenicy się żarzy;Lecz ojciec lubił szczerość, żył w gwarze wojennym,Lubił uczty wesołe, spraszał przyjacioły,Nie cierpiał samotności, do ksiąg nie zaglądał,Noc zchodziła na ucztach, zchodził dzień wesoły;Kto zawitał, był miłym, miał co tylko żądał;Nie błądził jak wilk głodny po odludnym lesie,Ni po górach śnieżystych w noc ciemną nie brodził!...
Może kiedyś wesołość echo tu przyniesie;Jeszcze by się uciechą zamek ten odrodził!!!
Możeby się odrodził; lecz ze zmianą Pana!Widziałem ja w tych murach rzeczy nadzwyczajne!
Manuelu, zaspokój ciekawość Hermana,Przerwij opowiadaniem chwile jednostajne;Kiedyś mi wspominałeś o straszném zdarzeniuNiedaleko téj wieży!
Pewnego wieczora,Śnieżna igła Eighiery w krwawém zapłonieniuJaśniała jak dziś właśnie!... O jakby to wczoraByło, tak dobrze widzi pamięć obudzona!Wiatr ciepły dął powoli jak przed burzą bywa,Księżyc jasny na niebie rzucał na ramionaGór śnieżnych płaszcz srebrzysty którym noc okrywa.Hrabia Manfred, jak dzisiaj był na téj wieżycy;Ale nie sam jak dzisiaj..... wówczas jeszcze żyłaWszędzie mu nie odstępna!.... O! on téj dziewicyPowierzał się we wszystkiém! — Ona jemu byłaWszystkiém na ziemi: prawda, że byli złączeniZwiązkiem krwi.... Ona była jego!.....
Gdzie jest Hrabia?
Tam! na wieży, patrz Ojcze, piekło się czerwieni.
Sam jeden na téj wieży, i cóż tam porabia?Chcę z nim mówić.
Mój Ojcze, nie sposób w téj chwili;Mamy rozkaz Hrabiego aby nie przeszkadzać.
Jużeśmy z sobą dzisiaj w południe mówili;Znowu wracam, bo nadal trudnoby odkładać. —Słuchajcie, ja odpowiem, ja wam rozkazuję:Hermanie, idź na wieżę i donieś Hrabiemu.
Niech idzie kto odwagi w sobie więcéj czuje.
O! ja znajdę odwagę, sam pójdę ku niemu.
Nie idź, szanowny księże, niech cię Pan Bóg broni.
Dla czego?
Pójdźmy ztąd Ojcze, powiem na ustroni.
Już się na widnokręgu gwiazdy porządkują,Wpłynął księżyc na góry śniegiem uwieńczone;Prześliczny obraz!... Jeszcze się oczy lubująBlaskiem przyrody, kiedy jéj wdzięki strojoneUrokiem nocy cichéj, posępnością miłą!Znam się ja lepiéj z nocą niż z obliczem ludzi,W cieniu spokojnéj nocy gdy się roziskrzyłoNiebo gwiazd milionami!... Wnet się duch przebudziI czyta Bożą ręką pisane imiona,Nadzmysłowego świata, ciemnéj ludziom mowy!...W czasach błogiéj młodości każda świata stronaZawsze mi zostawiła jakiś urok nowy!Pamiętam noc podobną na piękniejszém niebie,W obwodzie koloseum; w obszarze wszystkiego,
Co po dawnéj wielkości zostało pogrzebieW Romulusa grodzie! — Sam, w kole olbrzymiegoStałem gmachu! — Drżące gałęzie spadałyDrzew i roślin żyjących w rozpadlinach gmachu;Jak rój błędnych motyli cienie ich latały;Jaskrawe gwiazd zarzewiem niebo zamiast dachu.Tam, daleko za Tybrem, słychać psów szczekanie,Bliżéj w gmachu Cezara puchacz się odzywa;Wiatr przyniósł straży miejskiéj przeciągłe wołanie!............Wyłomy Cyrku, ludziom przyroda życzliwa,Cyprysom, stróżom grobów dała za mięszkanie;Olbrzymi cień ich padał aż pod moje nogi!...W tychże murach, gdzie Cezar zwycięzko przewodził,I zkąd dziś ptaka nocy leci jęk złowrogi,Wyrosły las na gruzach ludziom wjazd zagrodził,Dziki Powój ssał ziemię co laury żywiła!Tam Cyrk Gladiatorów potąd dumnie stoi,Cezara i Augusta gmachy już pokryłaZiemia; zaledwie kamień jaki się ostoi!....Ty zimna gwiazdo nocy, niegdyś przyświecałaStujęzycznéj stolicy świata podbitego!Smętnie płynąc nademną tyś blask twój rzucałaPo tych grobach — by pieścić tęskność umarłegoGrodu!...
Przed tobą wieków pustynie ożyły.To co jeszcze zostało starannieś piększyła;Świątynie w gruzach ległe wnet się podnosiły;Tak cudnieś wyobraźnię moją rozwidniła!!!...Serce me rozrzewnione w czarowném milczeniuMężów dawnego świata wielbiło w pokorze;I widziałem ich wszystkich w ducha uniesieniuW koloseum, w senacie, na Cezara dworze;Wszystkich tych co z głębiny grobów zapomnianychUczuciami dusz naszych dotąd rządzą jeszcze!!!Noc to była kolorów i wrażeń tych samychCo dzisiejsza!.... Rzecz dziwna! i uczucie wieszczeObjawia się! jak dawniéj w ostatecznym kresie!...Bo też czasem się zdarza, że nas odbiegająMyśli; kiedy je w jednym ścieśniamy zakresie,Ledwie duchem objęte wnet się zozpierzchająrozpierzchają!!!...
Hrabio! raz jeszcze żądać muszę przebaczenia;Urząd mój, serce moje, każą być natrętnym;Przyjmę najsroższe kary, ale poświęceniaOdrzucać niechciéj dumą i sądem namiętnym.Ach otwórz duszę twoją oliwie kościoła,Zobaczysz jaką gwiazdą duch się twój rozświeci,Jakim głosem twa dusza do Boga zawoła;
Zapomniałeś się tylko w uczuć twych zamieci;Jeszcze cię wyratuję!...
Księże, próżne mowy,Nie znasz mnie, dni moje już są obliczone;Już żywot mój skreślony przeznaczenia słowy.Nic nie odmienisz!... Księże, wszystko już zpóźnione!...Uciekaj, lub śmiałości twéj możesz żałować!...
Hrabio! chcesz mnie przestraszyć, albo ze mnie szydzisz?
Nie szydzę, lecz ratować pragnę!
Mnie ratować?
Ciebie.... no patrzaj, Księże, cóż, czy nie widzisz?
Widok ten serce słabe pokonałby drżeniem;Ale nie moje! Sługa Boży się nie boi!Widzę widmo okropne z przekleństwa znamieniem,Płaszcz czarny spadł od głowy, czarne mgły wokoło.On między mną i tobą, lecz się go nie boję!...
Nie jest on niebezpieczny, lecz sędziwe czołoLatami pochylone, drżące ciało twojeWrażenia nie wytrzyma!.... Księże, wróć do siebie!...
Zostanę na tém miejscu, aż widmo straszliweW ciemnych otchłaniach piekła znów się nie zagrzebie!Tyś go przyzywał?...
Nie wiesz, widmo obrzydliwePrzyszło tu same!....
Grzeszniku ślepy, zatwardziały,Jakiż węzeł cię łączy z gośćmi podobnemi?Źrenice wasze wzajem groźnie się spotkały;Czoła górą promieńmi piekła jaskrawemi!Na głowie połamane mściwe strzały gromu,W oczach nieśmiertelności piekielnéj znamiona;Zgiń, przepadnij!!!...
Kto do mego przysłał ciebie domu?
Pójdź ze mną?...
Mów, kto jesteś, maro potępiona?!
Tego człowieka jestem duchem;
Ty pójdź, już czas!
Iść z tobą?... Któż cię przysłał duchu mi nieznany,Kto ty jesteś, mów?!...
.......Potém się dowiesz, pójdź, już czas!
Podły! nieraz władałem ja twojemi pany!Duchu niższéj istoty; próżne twe nadzieje!!
Pójdź, człowieku! godzina śmierci już wybiła!
Wiem, że zasłona czasu już nademną wieje,Ale nie w twojéj władzy duszy mojéj siła!Precz!!!...
Do mnie duchy!
Precz? precz zgrajo piekieł obrzydła.Gdzie modlitwa pokory, nie dla was mięszkanie,Gdzie duch nadziei Bożéj rozwija swe skrzydła!....Precz, w imie!....
Starcze! znamy twoje powołanie,Klątw niewczesnych zaniechaj, to człek potępiony,Wzywam go ostatecznie musi iść za nami!
Skłamałeś podle duchu z piekieł wyrzucony:Śmierci się nie opieram, ale gardzę wami;Życia ni jedną chwilę nie chciałbym przedłużyć,Lecz jam z tobą, ni z twemi nie wchodził w układy;Doszedłem własną pracą, jak macie mi służyć;Śmiałością, wytrwałością rozbiłem zawady!Mocą duszy rozdarłem dawnych czasów tajnie!Gdzie ziemia miała ludzi!... kędy duchy w parzeWespół z ludźmi chodziły, zawsze jednostajnieBez zawiści wznosili tajemnic ołtarze!....Potężny własną siłą, duchy gardzę wami!!!...
Twoje zbrodnie!....
Nikczemny! cóż ci do mych zbrodni?Czyliż będą karane cięższemi zbrodniami;Lub przez tych co głębszego piekła jeszcze godni!Twą własnością nie będę! Ziemskie sprawy moje,Szereg wszystkich wykroczeń w duszy zapisanyNiż wasze stokroć sroższe wlecze piekło swoje.Całego piekła męki nie zrównają z memi:Z tegóż źródła mój przyszły żywot się rozwinie.Nasze niebo lub piekło my przynosim z ziemiNiepodległe drugiego żywota krainie:Własne me przekonanie, piekłem mém lub niebem.Dziś czy jutro odejdę, nic nie wygrasz na tém;Nie ucieszy się piekło w dzień mego pogrzebu!...Sam sędzią moich zbrodni, sam mym będę katem.
Precz ztąd widma piekielne, śmierci się oddaję,Ale nie wam!
O Boże! jakie blade lica,Pierś ściśniona przestrachem ledwie oddech daje!...Jeszcze płynie z twym życiem Bożych łask krynica;Ach! choć myślą zawołaj o iskrę zbawienia. —
Już oczy ociemniały, — daj mi rękę twoją —Stało się!.... coraz bardziéj noc się rozprzestrzenia.....Tłumy duchów ruchome przed oczyma stoją!!!...
Dłoń zimna... zimne serce!... Proś o przebaczenie;Wołaj myślą do Pana!.... Ach! cóż się z nim stanie?!
Wszak umrzeć nie tak trudno!.......
Wieczne odpocznienie!...O Panie! kędyż duszy jego dasz mięszkanie?....