Niebo i Ziemia — całość
Traducido del inglés por Antoni Edward Odyniec
Ojciec nasz usnął; — siostro! oto poraGdy kochankowie nasi na obłokachZstępują ku nam! — Patrz, jak dziś ta góraNawisła mgłami! jaki szum w opokach!…Serce mi bije.
Kolej dziś na ciebie,Zacznij wezwanie
Siostro! ja się trwożę.
Ja téż — lecz tylko gdy myślę, że w NiebieMoc jaka wyższa zatrzymać ich może.
Aholibamah, siostro moja droga!Nie wiém dla czego głos się nie ośmielaWyjść z piersi moich; — niepojęta trwogaZiębi mię dreszczem. — Wiész, AzazielaJak kocham — siostro! kocham więcéj możeNiż kochać wolno; — więcéj niż — o! Boże!Cóżem rzec chciała? — jaka myśl bezbożna!…
W czém jest bezbożność? — Miałażby być zdrożnaMiłość Aniołów? —
Lecz jest głos, co wołaW głębi méj duszy: że mniéj kocham Boga,Odkąd ujrzałam blask jego Anioła! —Nie! to nie dobrze! — nie! Aholibamah!To nie jest dobrze! — i choć często samaNie wiém w czém grzeszę — ten strach źle mi wróży.
A więc dla czego masz się dręczyć dłużéjZwiązkiem z duchami? — raz jedno wybieraj!Jafet cię kocha — kochał od lat wiela —Idź zań! prządź, pracuj, ródź proch, i umieraj!
Nie! — jednak czuję, że Azaziela,Choćby był równie śmiertelnym — ja przecie
Równiebym zawsze kochała! — choć lepiéj,Lepiéj że nie jest; — nie będę na świeciePłakała po nimi — Jak mię ta myśl krzepi!I gdy pomyślę, że przyjdzie czas, kiedyOn nad mym grobem roztoczy swe skrzydła,I będzie wiecznie pomniał o mnie: — wtedyŚmierć traci dla mnie swą postać straszydła,Chciałabym umrzeć — i tylko drżę o to,Że końca jego nie będzie rozpaczy,Że nieśmiertelną, jak on sam, tęsknotąTrawić się musi wiecznie!
Myśl więc raczéj,Że znajdzie drugą, którą, nim też skona,Kochać jak ciebie będzie wiarołomnie.
Niechby tak było! byleby go onaKochała wzajem: — wolę, niż by po mniePłakać miał wiecznie.
Nie pojmuję ciebie!Gdybym tak miała myśleć o kochanku,Choćby sto razy był Aniołem w Niebie,Dziśbym go jeszcze wzgardziła na wieki! —Lecz śpiesz się, siostro! — czuje woń poranku —Śpiesz się z wezwaniem — dzień już niedaleki!
Serafinie!W gwiazd krainie,Gdzie bądź skrzydło twoje wionie:Czy wespołyZ ArchaniołyPrzy Wiecznego czuwasz tronie:Czy w przestrzeni nieskończonéjJasnych światów milionyWiedziesz nynie:Serafinie!Ja cię wzywam: — usłysz w Niebie,Pomyśl o mnie — ach! przynamnie:Żem choć niczém jest dla ciebie,Tyś, Aniele, wszystkiém dla mnie!
Ty nie czujesz — ach! i obyNikt ich nie czuł, prócz mnie saméj! —Tych łez trwogi i żałoby,Co tu ludzie wylewamy.Tyś syn chwały, co bez końca;Twoja piękność — promień słońca,Istność — duch nieskazitelny,Niezrodzony, nieśmiertelny! —Cóż równego znajdziesz we mnie,Prócz miłości — co daremnieTłumiąc, czuję że zuchwała:Jakiéj żadna z córek ziemi,Ni doznała, ni oblałaJak ja łzami rzewniejszemi? —
Tyś stróż tronu Tego, który,Tak cię równie w blask swój odział,Jak pomiędzy swemi tworyMnie najlichszéj łzy dał w podział! —Cierpię jednak, i nie winięNa me losy, Serafinie!Bo ty kochasz mię — pocieszysz,Usłyszysz mię, i pośpieszysz! —Pośpiesz, pośpiesz! bo czas płynie —Mnie, nie tobie, Serafinie!Mnie nie tobie chwila droga,W któréj sercu grzech i trwogaW każdéj chwili walczyć śmiejąZ mą miłością i nadzieją! —
Lecz przebacz jęk boleści!Boleść jest żywioł ludzi.Rozkosz u was się mieści,Nas tylko sen jéj łudzi. —Zstąp, zstąp! nim czas upłynie,Luby mój, Serafinie!Rzuć gwiazdy! — gwiazdy w NiebieŚwiecić mogą bez ciebie: —Ja biedna, ja nie mogęŻyć nawet; — łzy i trwogęTwój chyba wzrok ukoi. —Zstąp, zstąp! niech twe przybycie,Chwilą wieczności twojéjMoje rozjaśni życie!
Samiaso! gdzie bądź w górzeDzierżysz władzę: czy gromamiZbrojny, toczysz bój z duchamiNieczystemi, co w oporzeŚmią się mierzyć z Niezrównanym?Czy za światem obłąkanymPędzisz w pogoń: co w przestrzeni,Za wskazany tór i krańceWybiegł, i sam, i mieszkańce,Jak my na śmierć przeznaczeni,Lecą w przepaść wiecznéj zguby?Czy to łącząc głos z Cheruby,Których twoją gasisz krasą,Śpiewasz Panu, co na Niebie?Samiaso!Wołam ciebie, czekam ciebie, kocham ciebie —Inni niech ci biją czołem,Ja nie będę; — lecz jeżeliDość ci na tém — zstąp! i społemDuch twój z moim los niech dzieli! —
Chociam ja córka ziemi,Ty syn promieni,Jaśniejszych, niż któremiWschód się rumieni:Nie możesz mi nic dać więcéjPrócz uczucia — ni goręcéjCzuć, jak czuję ja! — bo we mnieJest téż promień, choć ukryty,
Lecz zatlony tam, zkąd i tyBlask swój wziąłeś! — I daremnieŚmierć, pierwszego grzechu córa,Grozi mi: ja się nie trwożę,Nie! — czuję w sobie moc, któraZwalczy śmierć! — Śmierć nas nie możeRozłączyć — bośmy obojeNieśmiertelni! — W mojéj duszyCzuję nieśmiertelność moję,Potężniejszą od katuszyWszystkich trosk i cierpień ziemi;W sercu mém, jak grom daleki,Głos brzmi słowy proroczemi:„Będziesz, musisz żyć na wieki!“ —Lecz czy w szczęściu? — nie wiém tego,Ani chcę badać wyroku,Co skrył w tajemnic obłokuŹródła dobrego i złego. —On wié tylko, On, co w Niebie! —Lecz On sam nawet nie możeZniszczyć nas: ni mnie, ni ciebie!Nie może — bo dał nam z SiebieTo, co wszelką moc przemoże:Duch swój! — we mnie skazitelnéj,Jak w Nim samym nieśmiertelny! —
Z tobą mogę bez bojaźniDzielić nawet wieczność kaźni,Tak! boś ty się mógł ośmielićZe śmiertelną życie dzielić! —
I choćby mię żmije wkołoOpasały: — choćbyś w żmijęTy się zmienił: — ja wesołoCierpiałabym, i na szyjęTwą upadłszy, sama w sobieŚród mąk, czułabym rozkosze:Że je za miłość ku tobie,I razem z tobą ponoszę! —
Samiaso! wzywam ciebie,Czekam cię! — Lecz jeśli mniémasz,Więcéj szczęścia doznać w Niebie,Niż tu sprawisz, i otrzymasz —Zostań!
Siostro! patrz do góry!Co za nagły blask!
To oni! —Pół nieba w zorzach się płoni! —Widzę ich, jak po nad chmuryJasnemi szybują pióry!…
Cóż, gdy ojciec blask zobaczy?
Pomyśli, że wschód księżyca,Co na klątwę zaklinaczyWszedł dziś wcześniéj i przyświéca.
Patrz, patrz! już są blizko ziemi!
Śpieszmy! — obym skrzydła miała,Na powietrzu jeszcze z niemiSpotkać się! —
Co za wspaniałaJasność! jak łuna szkarłatuNad zachodem gorejąca! —Patrz! nad szczytem Araratu,Tęcza, jakby z gwiazd tysiąca,Lśni, iskrzy, mieni się, pali,Rozszerza się — jak na faliWzruszona z dna morska piana,Ślad drogi Lewijatana,Gdy cały wzdłuż roztoczonyIgra sam po wód płaszczyźnie,I w przepaści niezgłębionéjTonąc, gwiazdom w oczy bryźnie! —Lecz patrz, patrz! już coraz w zmierzchuŚlad ich ćmi się i zagasa —Patrz! już stoją na skał wierzchu! —Azaziel!
Samiasa!
Nie płacz, bądź mężem! — po co między góryMilczeniem swojém mnożysz ciszę nocy,Lub tak ku gwiazdom wlepiasz wzrok ponury? —Gwiazdy ci żadnéj nie dadzą pomocy.
Tak! lecz mnie cieszą. — Któż wié czy i onaNie patrzy na nie teraz? — Mnie się zdaje,Że każda piękna istota stworzona,Patrząc na piękność, piękniejszą się staje,Na wieczną piękność rzeczy nieśmiertelnych. —O! moja Anah!
Wszak nie kocha ciebie.
Ach!
Znam ja gorycz uczuć niepodzielnych.Mnie téż jéj siostra odpycha od siebie.
Wiém i boleję nad tobą.
Nie boléj!Jeśli mię ona poświęca swéj dumie,Moja téż duma jéj wzgardę znieść umie. —Z czasem i na nią przyjść może taż koléj.
Czy się tém cieszysz?
Ni cieszę, ni smucę.Kochałem szczerze — kochałbym był szczerzéj,Gdybym mógł mniemać, że wzajem ocucęMiłość w jéj sercu; — lecz widząc że mierzyWyżéj — zostawiam ją jéj przeznaczeniu,W które snać wierząc łudzi siebie sama.
W co wierząc?
Wnoszę, czytam w jéj spójrzeniuŻe kocha.
Anah?
Nie! Aholibamah.
Kogo?
Ja nie wiém; znasz, czy ją kto zbada! —
Anah to chyba kocha Boga w Niebie;O to spokojny jestem.
Cóż ci nada,Kogo bądź kocha? dosyć że nie ciebie.
Prawda, lecz ja ją kocham.
Jam téż kochał.
Jestżeś szczęśliwszym, żeś przestał, jak mniemasz?
Czyliż nim byłbym, gdybym jak ty szlochał?
Żałuję ciebie.
Mnie? — Czemu?
Że nié maszW sobie już tego, co mnie w rozpacz wprawia.
Dziwnyś! — W tych słowach znać szał jéj przemawia. —Wierz mi, Jafecie! za żadne nagrodyCzuć, co ty czujesz, nie chciałbym na chwilę;Nie! choćbyś wszystkie ojca mego trzodyZważył, i za nie dał mi syklów tyle,Owego kruszczu potomków Kaima,O którym plemię ich tak wiele trzyma,Że nas chce przezeń wciągnąć w handel z niemi: —Jakby za podły piasek, wyrzut ziemi,Za żółty proszek, co z wierzchu migoce.Warto dać w zamian chleb, wełnę, owoce,Lub inne rzeczy, któremi nas pracaRąk naszych, albo natura zbogaca! —Lecz pójdź, Jafecie! dość patrzeć na chmury,I przeraźliwie wzdychać, jak wilk, któryPatrząc na księżyc całą noc wyć gotów. —Ja idę spocząć.
Szczęśliwy, kto może! —Bądź zdrów!
Nie wracasz ze mną do namiotów?
Nie! — pójdę jeszcze do jaskini w górze,Przez którą, mówią, że duchy z pod ziemiWychodzić zwykły na świat.
Cóż ci do niéj?
Miejsce to zgodne z myślami mojemi:Żal dziki w dzikiéj zmniejsza się ustroni.
Ale czyż nie wiész, jakie o téj dobieWidma, jak mówią, wstępu do niéj strzegą? —Ja pójdę z tobą.
Zostań, dzięki tobie!Nie mam złych myśli, nie boję się złego.
Ale złe duchy tém więcéj ci mogąSzkodzić, żeś nie jest z niemi. — Weź mię z sobą,Lub zostań ze mną! — nie gardź mą przestrogą!
Nie! sam iść muszę.
A więc pokój z tobą!
Pokój! — szukałem go gdzie znaleźć mogłem,W miłości — sercem, co jéj warte było.Cóż ztąd? — daremnie siły duszy zmogłem,Serce osłabło, w myślach się zaćmiło:Dni nieprzebyte, nieuśpione noce,Oto są całe mych starań owoce! —Pokój! gdzież pokój? — w martwości zniszczenia?Czy w ciszy lasu, co od dnia stworzeniaStopą nietknięty, innego odgłosuNie zna prócz burzy, gdy go ta druzgota?Bo w nich jest wierny obraz mego losu,Gdy mię żal tłoczy albo rozpacz miota. —Świat zabrnął w zbrodnie; — głuchy na głos Boga,Nie wié o gniewie Jego, ni o zmianachStrasznych a blizkich; — daremna przestrogaGróźb i złowieszczych wróżb! — O! moja Anah!Gdy przyjdzie straszna godzina, że morzeJak lew ryczący wyprze się z łożyska,I wpadnie na świat: — jakbyś ty w téj porzeUjść mogła zguby! i po nad zwaliskaŚwiata, objęciem mojém osłoniona,Po świat niszczących bujać oceanach!Świat mój byłby w twém sercu, a obronaTwoja, w miłości mojéj! — Moja Anah!Gdybyś ty chciała być moją! — Daremnie!Serc snać i losów nikt zmienić nie może.I moje wiecznie krwawić musi we mnie,Teraz i wtedy, gdy już ty… — O! Boże!
Nad nią przynajmniéj zmiękcz srogość wyroków!Bo ona czysta pomiędzy grzesznemi,Czysta jak gwiazda, co choć w mgle obłoków,Nie gaśnie jednak, ni spada ku ziemi! —O! gdybyś była moją! lub przynamnie,Gdybym cię wolną od twych ojców winy,Jedną przynajmniéj zbawić mógł! — nie dla mnie —Nie! — byleś żyła: — gdy ocean będzieMogiłą ziemi, i tych, co dziś żywiPchną ją do zguby: — a jego jedynyPan i mieszkaniec, niewstrzymany w pędzie,Nie spotykając ni skał ni mielizny,Sam Lewijatan z przestrachem się zdziwiNieskończonością swych państw i ojczyzny!
Kędyż jest brat twój Jafet?
Wyszedł w pole,Zejść się, jak mówił z Iradem… Lecz pewnieBłądzi, jak co noc, w swém zaklętém kole,Wkoło namiotu Anah, kwiląc rzewnie,Jak ptak nad pustém gniazdem; albo może —Z czém, wiém, że nie rad powierzać się bratu —
Poszedł, jak nieraz, o północnéj porzeDumać w jaskini śród skał Araratu.
Po co on do niéj? Na całym złym świecie,To miejsce jest najgorsze; bo w niém duchyGorsze od ludzi goszczą. — O! Jafecie!Czemużeś wybrał, na głos ojca głuchy,Niewiastę, któréj, choćbyś był kochany,Pojąćbyś nie mógł? — Ach! serce człowieka!…Gdy syn mój własny, wraz ze mną wybrany,Znając złość świata i los co go czeka,Mógł tak daleko zabrnąć i niepomnie! —Pójdźmy go szukać.
Ojcze! nie idź daléj!Ja go sam znajdę.
Nie lękaj się o mnie!Kogo Pan wybrał, nad tym nie uczyniNic moc piekielna! — Będziem go szukali.Pójdź!
Do obozu sióstr?
Nie! do jaskini.
Dzikie pustynie! lochy, co się zdacieBez dna i granic! i wy dumne góry!Tak niezachwiane w swych skał majestacie,I tak wspaniałe w swéj krasie ponuréj:W płaszczach z mgły białéj, lub w zielonéj szacieDrzew, jak wy wiecznych, i jak wy nad chmuryCzołem wiejących! Któżby waszéj sileNie ufał? w wieczne nie zawierzył trwanie? —Przecież za kilka dni — może za chwilę,Może w téj chwili — cóż z was pozostanie?Gruz! — czcze igrzysko wód! co te otchłanie,W piekieł aż zda się idące głębiny,Po brzeg wypełnią, i gdzie swe posłanieMiał lew, skaczące naniosą delfiny! —A ludzie — ludzie! bliźni, bracia moi!Któż z was zostanie, coby nad szerokim,Jednym was wszystkich grobem — gdy was w swojéjGłębi pochłonie morze — z łzawém okiemWspomniał przynajmniéj o was? — Przyjaciele!Ziomkowie moi! jestżem ja tak wieleLepszy lub gorszy od was, że konieczniePrzeżyć was muszę — wszystkich! — ach! i wiecznie
Tęsknić i płakać po was? — O! ty świecie!Czyliż cię poznam, gdy po tylu zmianachWyjdziesz znów z grobu? — Gdzież wtedy będziecieMiejsca rozkoszne! gdziem marzył o Anah,Gdym się spodziewał serca jéj: lub one,Dzikie, lecz niemniéj miłe mojéj duszy,Jaskinie, lasy, gdziem łzy niedzieloneLał na jéj srogość, lubując w katuszy? —
Być-że to może, aby ten szczyt skały,Gdzie chmury niegdyś skrzydła swoje darły,Co sam jak gwiazda lśni śród gwiazd — by wałyW głąb go zbić mogły, i w swych wirach starły:Że jutro może zadziwione słońcePróżno go jasném szukać będzie okiem,By jak dziś, naprzód na jego wysokiémCzole, zwyciężać noc i jéj mgły śpiące:Lub przed zachodem, wieniec swych promieniZawieszać na nim: by nad światem wzbity,Jak lampa świata świecił się w przestrzeni,I zstępującym Aniołom swe szczytyDzierżył za pierwszy stopień, gdy zesłaniSchodzą na ziemię lub w przepaść otchłani? —Być-że to może, ażeby te słowa.Straszne, okropne słowa: „Już go nié ma!“Tyczyć się miały tego skał olbrzyma,I wszystkich rzeczy — prócz tych, co Jehowa
Rozkazał w arce zbawić ojcu memu? —Możeż on zbawiać co chce? a jaż czemuNie mógłbym zbawić jednéj — co bez zmazy,Co najpiękniejsza z wszystkich córek ziemi?…Nie miałbym zbawić jéj — gdy sprośne płazy,I zjadłe żmije z towarzyszmi swemiUjść mają zguby — by i przyszłą ziemięTchem swym zarażać, i na ludzkie plemięSyczeć, i kąsać, i w grząskich bagniskachCzołgać się, które na świata zwaliskachDługo stać będą i dymić — aż w końcu,Z zgnilizny tego, znów jaki świat nowyWyjdzie, i wyschnie, i stwardnie na słońcu,Razem mogiła i pomnik grobowyŚwiata przeszłego: gdzie dziś jeszcze tyleMiryad żyje — a jutro, za chwilę,Tyle miryad umrze? — O! ty świecie!Tak piękny i tak młody! w pełnym kwiecieŻycia i krasy! Jak ja kocham ciebie!Jak mi żal ciebie! gdy co dnia, co nocy,Liczę twe kwiaty, twe gwiazdy na niebie,I krótkie chwile twoje! — Nie mam mocyRatować ciebie, jak i Jéj nie mogę,Jéj — co najbardziéj wiąże mię do ciebie:Lecz jak syn prochu twego, żal i trwogęCzuć tylko muszę — jakich od stworzeniaŻaden nie doznał i doznać nie może,Prócz mnie, co jeden z mojego plemieniaWiém straszną przyszłość, i sam w lada porze,
Jeden, mam płakać na wszystkich pogrzebie! —O! Boże! mógłżeś?… —
W imię Jego!Kto tu?
Cha, cha, cha!
W imię Wszechmocnego!Mów, ktoś jest?
Cha, cha!
Przez potop i ziemię,Co ma być pastwą morza! przez głąb, z któréjMorze się wyprze! przez niebo, co brzemięChmur swoich zrzuci i zaleje góry!Przez Tego, któryStworzył i zniszczy świat ten poziomy!Ty nieznajomy!Ty niewidomy!Duchu nieczysty! mnie nie ustrachaŚmiech twój szyderczy! — Czego się śmiejesz?
Czego łzy lejesz?
Nad ziemią, i nad jéj dziećmi.
Cha, cha, cha!
Jak duch nieczysty urąga z rozpaczyI żalu mego! jak się cieszy z końcaNieszczęsnéj ziemi! — nad którą krąg słońcaWejdzie, i nigdzie życia nie zobaczy! —Jak cicho wkoło! — Ziemia śpi — i ludzi,I wszystkie twory sen objął — jak cichy,Jak snać spokojny! — i może ich łudziDługą przyszłością szczęścia, chwały, pychy!…Cóż, gdy się zbudzą i ujrzą śmierć?…
Kto tu?Kto? mów! co w nocy czając się zakryciu,Szepcesz i migasz tylko jak śmierć w życiu? —Mów! bo się twego nie boję łoskotu!
Co za szum!Z dołu i z góry,Co za tłum!Lecą jak chmury!
Radość nam!Ohydne plemię,Z rajskich wygnane już bram,Że dało zwieść sie nam,Że chciało zrównać nam,Mądrością bez naszéj mocy:Traci nynieI tę ziemię,I téj nocyCałe plemięZginie, zginie!Radość nam!Nie czas ich, nie nędza, nie mór, nie żelazo,Nie troska po jednym wydusi;Wszyscy za jedną razą,Co żyje, zginąć musi! —Świat i ludW głębi wód!Dziś ich ostatni wschód! —Cha, cha! tak chce On sam!Tryumf nam!Ocean z swoich tam
Wyjdzie i zajmie glób,Ich świat, ich tron, ich grób,Jak oni, trup! —Cha, cha! bedziem słyszeli,Ich jęk, i ryk topieli,Lecącéj z wszystkich stron:Cha, cha! ujrzym ich zgon!I dzień, gdy ich nie będzie! —Śmierć wszędzie!I nigdzie tchnienia, prócz wichrów zhukanych,I nigdzie ruchu, prócz fal rozdąsanych,I nigdzie nawet wierzchołka skał,By ku nim Aniół zstąpić gdzie miał,By pomoc dał:Cha, cha! niechajby chciał!Lub niechby tam sami z rozpaczą się wdarli,By widzieć, co wszędzieNa ziemi:By widząc jak drudzy, jak wszyscy wymarli,Przeczuwać, co będzieI z niemi!Cha, cha! mieć będziem dość!Potop — śmierć — czczość —To świata gość!Z południa na północ, z zachodu na wschód,Nic prócz wód!Od końca do końca, od dołu do szczytu,Nic oprócz obłoków i fali błękitu!…Świat barw, pstry w różny wzór,Kwiat łąk, cedr gór,
Dąb, i skał zrąb,Pochłonie głąb! —Któż widząc zgadnieCo znikło na dnieW jéj toni?Komu da dociec,Albo odsłoni.Ten, co sam władnie,Co będzie po niéj:Świat? złom? —Kto się ośmieliNa jéj topieliWznieść dom?
Mój ojciec!On z swą rodziną! —Nie ludzkie plemię,Źli tylko zginą,Co każą ziemię:To Pański sąd! —Słyszycie? precz więc ztąd!Sprośni szatani!W przepaść otchłaniPrecz w wieczną noc!W Nim, nie w was mocKarać za grzechyŚwiat nasz i nas;Czcze wasze śmiechy!Waszéj pociechyNie przyszedł czas! —
Precz więc, precz do swych jam!Aż was i tam,Potop dosięże,I jako wężeNa wierzch wypławi:Byście noszeniWiatrem w przestrzeni,Czuli moc Pana,Co starł szatana,A nas choć skarał — wybawi!
Synu Noego!Gdy ty z rodziną,Jedni z całegoRodu waszegoUjdziecie żywi,Gdy wszyscy zginą,Będziecież lepsi albo szczęśliwi? —Nie! — nowy świat i ludzie,W grzechu i trudzieJak dziś żyć będą: lecz pośledniejsi,Słabsi i mniejsiOd tych olbrzymów, co dziś zuchwale,Dumni w swéj chwale,Depcą tę ziemię:Aniołów plemięZ matek ziemianek; — wy ich dziedzice,Prócz téj różnice,Weźmiecie tylko po nich — trosk brzemię.
Czyż się nie będziesz rumienić,Sam jeden na wszystkich grobie,Jeść, pić, zalecać się, żenić,I płodzić proch równy sobie?Z sercem tak nizkiém, z tak bezwstydném czołem,Że na sam obraz takiego zniszczenia.Nie masz dość męztwa ni żalu, by społemChcieć zginąć raczéj, niż szukać zbawienia!Któżby chciał przeżyć wszystkich braci swych?Kto? prócz głupich lub złych? —My nienawidzim was,Bo ród nasz różny od siebie:Lecz patrzaj! każdy z nasWyrzekł się tronu w Niebie,Raczéj, niż żeby obojętny świadek,Patrząc na braci upadek,Lękał się z nimi podzielać męczarnie! —Idź, nędzny! żyj i giń marnie!A gdy świat potop ogarnie,Tak, że ON nawet spójrzawszy na ziemię,Wezdrgnąć się musi nad woli swéj czynem:Gardź ojcem swoim, że przeżył swe plemię,I sobą, żeś jego synem!
Śpieszmy się, cieszmy!Dziś nasz czas!Śmiertelnik podłySwojemi modłyNie spłoszy nas!
Nie będzie czcił,Proch, pył!A my, co nigdy nie czciliTego, co tak chce czci,Że zwłokę jednéj chwili,Wiecznością kary mści:My, my obaczym wyparcie się toni,Aż jeden żywioł czynić będzie dziełoWszystkich w chaosie. — A oni, a oni!Czcze zlepki gliny, dumni z swéj nicości,Którym się niebo osiągnąć pragnęło,Zginą! — a wiatrem rozwiane ich kości,Bielić się będą po mrocznych przepaściach,Po niedostępnych gór i skał urwiskach,Gdzie głąb w swych coraz srożejąc napaściach,Ścigać ich będzie w ostatnich łożyskach;Gdzie nawet dzikie bestye w popłochuZbędą srogości, jak w pierwszych dniach świata,I przy jagnięciu tygrys w tymże lochuKryjąc się legnie, jakby obok brata,I zginą razem; — aż znów wszystkie rzeczyBędą jak były: martwe, niestworzone,Prócz niebios w górze! — którym niech złorzeczyTen, co zostanie: gdy z nim przymuszoneZawrze sojusze śmierć; — śmierć, co ocaliTę błahą resztkę dawnego stworzenia,Na przyszły zasiew żniw swych; — i gdy słońce,Z osiadłych mułów potopowéj fali,Wypiecze nowy świat: — z tego nasieniaWzejdą dla czasu nowych lat tysiące,
Nowe istoty, i dawne cierpienia,Zazdrość, nienawiść, praca i niewola.Aż póki… —
Przedwieczna WolaNie wytłómaczy ludziom snu tego,Powikłanego dobrego i złego:I pod wszechmocnéj skrzydło opieki,I wszystkie wieki,I wszystkie rzeczy,I ród człowieczy,Wziąwszy, odkupi — i moc piekielnąZwalczy na wieki!I pokutnicy, ziemi skruszonéj.Jéj pierworodny wdzięk przyrodzony,Raj nieskończony,Wróci, z litości nad skazitelną;Gdzie człek, czcząc w sobie duszę nieśmiertelną,Nie zdoła więcéj jak niegdyś przewinić,Gdzie zły duch nawet będzie dobre czynić!
Cha, cha! i kiedyż to cudo nastąpi?
Gdy Zbawca zstąpi!Naprzód w ubóstwie,A potém w chwale. —
Tymczasum w mnóstwieNędz swych, zuchwaleKlnąc tylko na nie, cierpcie nikczemnie,Aż świat wasz w proch się rozwieje!Walczcie z sobą, i z Niebem, i z piekłem — daremnie,Aż niebo poczerwieniejeOd krwi dymiącéj z waszych bitew pola! —Zmienią się czasy, rzeczy, kraje, ludy,Lecz pozostaną bez nowéj pociechy,Też same grzechy,Łzy, troski, trudy,Zbrodnie — i matka ich: wasza zła wola! —Też same burzeSerc, jak w naturzeWichry i gromy,Szaleć w was będą; i ten poziomyŚwiat wasz i plemięPochłoną — jak potop ziemię! —
Cieszmy się, duchy!Śmiertelny! bądź zdrów! —Słyszym już, słyszym, jak wałów szum głuchyWzmaga się, rośnie, jak ryk głodnych lwów.Wichry, jak orły, podnoszą swe pióra,Każda swe źródła napełniła chmura,W dole i w górze,Niebo i morze
Otwarły swoje upusty; — a ludzie!Ślepi, jak byliOd pierwszéj chwili,Trwają w ułudzie!Nie widzą znaków złowieszczych; nie słyszą,Co my słyszymy: po nad ziemską cisząGromadzących się gromów; jak z obłokuW obłok przechodzą, i hasła wyroku,Na wpół zatlone, czekają — i drzemią.Płacz, płacz! o! ziemio!Grób twój jest bliższy, niż niedawna jeszczeKolebka twoja! — Drzyjcie! o! wy góry!Chwila wybija — gdy morze i deszczeSzczyt wasz zaleją; a morskie potwory,Poziome płazy, i konchy ślimaków,Czepiać się będą, gdzie dziś króle ptakówGniazda swe ścielą! — O! jakże zakracząZ żalem, z rozpaczą:Spłoszone same, i próżno do góryZwąc swe pisklęta nieodziane pióry,I słysząc tylko z ich krzykiem pospołuSzum fal rosnących! — a człowiek od dołuPatrzając na nie, zazdrościć im będzieSkrzydeł szerokich — niezdatnych im na nic!Bo gdzież je zwiną? kiedy tylko wszędzieŚmierć i grób — woda — bez dna i bez granic?
Cieszmy się! tryumf nam!Z przepaści jamDo chmur,Radośny wznieśmy chór,
Nad ruinąŚwiata tego! —Wszyscy zginą!Prócz jednego,Szczepu Seta pokolenia,Zbawionego od zniszczenia,Na cierpienia!Lecz ród Kaima,Olbrzym w olbrzyma,Lecz córki jego, chlubne urodą,Zalegać będą martwe pod wodą,Lub na wznak na niéj — z rozpuszczonemiWłosy długiemi,Martwém obliczem będą się żalićNa srogie Nieba: co ich ocalić,Co nie raczyły mieć w swéj obronie,Istot tak nawet pięknych po zgonie! —Darmo! ON, Przeznaczenie,Co rzekł, nie przeinaczy;I po ogólnym jęku rozpaczy,Ogólne śmierci milczenieOgarnie ląd! —
Nam czas, czas lecieć ztąd!Świt się już bieli,Mgły nocne bladną.Lećmy weseli!Nim słońce strzeli,Ujrzym, jak zbladliIść będą na dnoWściekłéj topieli! —
Myśmy upadli,Oni upadną!Lećmy weseli!
Bóg sam obwieścił przeznaczenie ziemi,Enoch niém groził w księgach, których słowa,Jak gromy w chmurze, grzmią po nad grzesznemi;I rady ojca mego, i budowaArki Przymierza, i same złe duchy,Czyniące z naszych klęsk urągowiska,Głoszą je światu — a świat jak był, głuchy,Wprost leci w przepaść; co choć już tak bliska,Tak nieuchronna: zatwardziałéj duszyLudzi nie wzrusza — jak jęk ich nie wzruszySprawiedliwości Boga, i wylewuWód, spełniających dzieło jego gniewu! —Jak cicho wkoło! na całéj przestrzeniNie widać jeczcze żadnych groźnych znaków;Brzask, jako zwykle, tli się, i rumieniChmury, strzegące swoich zwykłych szlaków.I słońce wkrótce po nad dniem zniszczeniaWejdzie — jak weszło w czwartym dniu stworzenia,
Gdy Stwórca rzekł mu; „świeć!“ i zaświeciło —Nie ludziom jeszcze — ale obudziłoSłodszy od głosu ludzkiego, głos ptaków:Co jak Anioły, swobodnemi pióryWznoszą się w niebo, i jak oni sami,Łącząc swe pieśni w napowietrzne chóry,Dawce dnia, codzień witają przed nami! —I oto chwila — gdy śród chmur i lasuPieśń ich wnet zabrzmi; i jasny krąg słońcaWejdzie, nieświadom tak bliskiego końcaIstot, które ożywia, ani czasuKtóry im mierzy! — Ptaki z wdzięcznym głosem,Nócąc, zapadną w głąb bez dna i brzegu;Słońce, po jasnym krótkich dni obiegu —Ha! wejdzie! — ale nad czém? — nad chaosem,Co był przed czasem, i dziś przed obliczemSłońca odrodzon, czas znów czyni niczém. —Bo czas bez życia, cóż jest? — nicość! sprzeczność!Czas dla stworzenia jest tém, czém jest wiecznośćDla Stworzyciela — co sam nieskończony!Wieczność bez Niego, stałaby się czczością;Czas bez człowieka, dla niego stworzony,Kona z człowiekiem; — i równie wiecznościąPochłonion zginie — jako ludzkie plemięW bezdennéj głębi wód chłonących ziemię! —Ktoś idzie? — ludzie, czy niebieskie duchy? —Jak piękne! — twarzy nie widzę — lecz ruchy,Lecz ich postaci na tle czarnéj góry! —Idą w mgle, jakby płynęły! — Po sprośnychDuchach, co wiążąc swe piekielne chóry,
Z łez méj boleści, szyderczemi śmiechy,Tryumfowały w urąganiach głośnych:Widząc ich, czuję jak promień pociechy! —Któż wié, czy nawet — o com razy tyleBłagał za światem: — czy nie niosą możeWyroku łaski, zwłoki — choć na chwilę —Na chwilę skruchy i żalu? — O! Boże!To Anah!
Jafet!
Adamita!
Po co,Zkąd tu przyszedłeś? sam, tak późną nocą,Gdy bracia twoi śpią wszyscy?
Aniele!Cóż mi odpowiesz, gdy się wzajem ciebieTwojemi słowy zapytać ośmielę:Po coś jest tutaj, gdyś powinien w Niebie?
Cóż to? nie pomnisz? nie wiész, że w podzieleNa nas przypadło, mieć w straży twe plemięI świat?
Nie dzisiaj! — gdy występną ziemię,Nie tylko dobre duchy, co ją strzegły,Ale złe nawet z przestrachem odbiegły,Wiedząc o strasznych i blizkich jéj zmianach.Wy tylko jedni… — Anah moja! Anah!Tak próżno, chociaż tak długo i staleKochana przez mię! po coś ty tu z niemi,Gdy żaden dobry duch nie jest na ziemi? —
Jafecie! nie śmiem mówić — ale, ale…Przebacz mi!
Obyć przebaczono w Niebie,Gdy już przebaczać nie będą nikomu! —Bo w błąd cię wiodą.
Dość! precz ztąd do domu,Dumny proroku! nie chcemy znać ciebie.
Przyjdzie czas może, że mię poznasz lepiéj,A siostra twoja pozna, jakim byłemDla niéj, i dla was: — gdy głusi i ślepiPosłyszą — ujrzą — pojmą, co mówiłem.
Słuchaj mię, synu Patryarchy? któryCzysty był zawsze przed Bogiem! Zkąd w tobieGniew, jakby ku nam, i żal tak ponury?Czémeśmy mogli, ja lub on, w téj dobieKrzywdę ci zrobić?
Krzywdę! ach! i jaką! —Ale nie! — Czuję, że choć równie ze mnąStworzona, równie śmiertelna: wszelakoNie wart jéj byłem, i nigdy wzajemnąMiećbym jéj nie mógł. — Anah! bywaj zdrowa!Nieraz z ust moich słyszałaś te słowa,Lecz dziś ostatni raz słyszysz. — Anieli!Lub ktobądźkolwiek jesteście! o jednoPytam was tylko: czy będziecie chcieli,Czy macie władzę, przed zgubą niezbędną.Zbawić ją — zbawić obie?
Jaką zgubą?
Cóż to? nie wiecie? Czyliżbyście mieli,Dzieląc grzech z ludźmi, dzielić téż ich grubąŚlepotę i jéj karę? lub przynamnieSmutek mój? —
Smutek? — Mógłżem wróżyć sobie,By proch miał mówić zagadkami dla mnie?
Jeśli ich Pan twój nie rozwiązał tobie,Biada wam! i im z wami!
Niech tak będzie!Jeśli kochają, tak, jak są kochani,W nas znajdą Niebo — byle z nami wszędzie,Jak my je z nimi znajdziem — choć w otchłani!
Ach! siostro, siostro! nie mów tak!
Dla czego? —Boisz się przy mnie? —
Ach! O ciebie tylko!Bo chętnie resztę szczęścia śmiertelnego,I życia oddam, byle smutną chwilkąNie zaćmić nigdy twéj wieczności koła!
Toż więc dla niego? tak jest! dla Anioła,Zrzekłaś się, widzę, serca Adamity! —
Ale to mniejsza! — byleście, on i ty,Wzajem dla siebie nie zrzekli się Boga!Bo przed Nim związki duchów z śmiertelnemiNie znajdą łaski; bo cel nasz i drogaRóżne są od ich: — nam praca na ziemi,I śmierć; im Niebios gwiaździste pobyty,Rozkosz i wieczność! — Biadaż! jeśli niemi,Wzgardzą dla prochu! a proch w dumę wzbity,Dla nich, zalśniony promieniem ich czoła,Zapomni Boga! — Lecz jeśli cię możeAniół ten zbawić: — zostań z nim w téj porze,Gdy moc niebieska chyba zbawić zdoła.
Ach! on nam wróży śmierć!
Śmierć? — nam śmierć wróżyć,Lub tym co z nami? — Gdyby nie łzy twoje,Śmiertelny! śmiać się musiałbym, nie trwożyć.
Śmiéj się! — O siebie ja téż się nie boję,Ani nad sobą płaczę! — jam bezpieczny:Nie dla mych zasług — lecz dla cnót rodzica,Co prosty w drogach życia, i statecznyW wierze przed Panem, sprawił, że prawicaJego dziś z nami. — Lecz oby wam danoMoc zbawiać drugich!… lub gdybym zamianą
Życia mojego za Jéj — która samaWiąże mię tylko do życia — mógł dla Niéj,Najniewinniejszéj z wszystkich cór Adama,Okupić miejsce w arce, gdy wybraniSynowie Seta wejdą w nię!…
Zuchwały!Toż więc śmiesz mniemać, że my, krew Kaima,Pierworodnego w raju; że my córyTakiego ojca: że mybyśmy chciałyMięszać się z wami? ze krwią Setą? który,Ostatni owoc skrzepłéj krwi rodziców,Dziedzic ich tylko tułatwa i hory,Tak z ojcem naszym nic wspólnego nié ma,Jak raj z tym światem: jak wdzięk naszych licówZ wdziękiem cór waszych: albo jak postaciMłodzieńców naszych, z wzrostem twoich braci?Nie! nigdy, nigdy! chociażby od tegoZależeć miało ocalenie świata! —Ród nasz był zawsze zdala od waszego:Wszystko nas dzieli — strach pewno nie zbrata.
Aholibamah! przecz się wzruszasz gniewem?Nie z tobą mówię. — Zbyt wiele z KaimaWzięłaś z krwią jego, coć tak w pychę wzdyma,Jakby ją wsławił bratniéj krwi rozlewem! —Ale ty, moja Anah! — Zwę cię moją,Choć nią nie jesteś! — ach! bo z tym wyrazem
Rozstać się wtedy —gdy i z tobą razemRozstać się muszę — nie śmiem; — lecz na twojąLitość się spuszczam, że mi to przebaczy. —O! moja Anah! ty, którąby raczéjZwać córką Abla; takeś niepodobnaDo cór Kaima; chyba że nadobnaLicem jak one!
Dość niewczesnéj mowy!Chcesz jak wąż w raju, pochlebnemi słowy,Przelać w jéj duszę jad, co płonie w twojéj. —Ja, gdybym miała podzielać twe zdanie,Gdybym myślała, że w niéj, siostrze mojéj,Jest coś z krwi Abla!… — Lecz precz ztąd, szatanie!Kusisz mię! — kłótni szuka twoja zawiść.
Córko Kaima! zazdrość i nienawiśćKaim wszczął piérwszy.
Kaim nie był wrogiemOjca twojego; nie zabił mu synów.Przecz chcesz być sędzią innych jego czynów,Które są tylko między nim a Bogiem? —
Prawda! zbłądziłem. Pan go sądzić będzie. —Anibym mówiąc wspomniał, że przewinił,
Gdybyś się sama, w gniewnych słów zapędzie,Nie zdała chełpić z czynu, co uczynił;A nawet… —
On jest ojcem ojca mego,Syn pierworodny sił ludzkiéj natury,Przed jéj upadkiem; — miałażbym się jegoWstydzić? lub zaprzeć rodu mego, który,Wszystko czém słynie po nim odziedziczył? —Patrz! któż śmie z nami stanąć w porównanie:Z pięknością w twarzach? z wzniosłością w postaciach?Z długością naszych dni?
Pan je policzył!
Niech i tak będzie! lecz póki ich stanie,Chlubić się będę w ojcu mym i braciach!
Ród Seta w Bogu tylko szuka chluby. —A ty, o! Anah?
Co bądź Bóg przeznaczy,Bóg jeden nad wszystkiemi — wiém, że trzebaZnieść bez szemrania — oby bez rozpaczy! —Lecz gdybym mogła, w dniu powszechnéj zguby,Co ma przyjść, mówisz, prosić o co Nieba:
Jedyną prośbą byłoby, bym samaNie pozostała w życiu: gdy nikomuZ mego plemienia, rodziny i domu,Pan nie przepuści. — O! Aholibamah!Cóżby był dla mnie świat, lub inne światy,Lub sama wieczność? bez miłéj przeszłości —Bez ciebie, ojca; bez waszéj miłości,I bez tych wszystkich rzeczy, co jak kwiaty,Rozkoszną ziemię stroiły przedemną;Albo jak gwiazdy, świecące w noc ciemną,Ciągnęły oczy by w Niebo spozierać? —Ach! jeśli dla nas Niebo nie z kamienia,Siostro! proś, módl się! błagaj przebaczenia! —Śmierć tak jest straszna — gdy ty masz umierać!
Cóż to? czyż słowa płonnych marzycieli,Co swoją arką siebie tylko straszą,Zachwiały ciebie? — Patrz! czyż nie AnieliCzuwają przy nas? dzielą miłość naszą? —A nawet bez nich — czyżby już innegoNie było środka, jak u stóp NoegoŻebrzeć o życie? Wolałabym raczéj!… —Lecz po co wznawiać dzikie jego mary,Twór niewzajemnych uczuć i rozpaczy,Albo wyziewów téj mrocznéj pieczary? —Patrz! któżby z posad wzruszył te opoki,Tę cała ziemię? albo te obłokiW ocean zmienił? albo z ziemi morzePodniósł ku niebu? — Patrz! zważ! kto to może?
Ten, co to wszystko jedném słowem stworzył.
Kto słyszał słowo te?
Świat, co niém ożył. —Śmiejesz się? — spytaj twojego obrońcy!Jeśli jest Aniół — stwierdzi prawdę Jego.
Aholibamah! Bóg jest wszechmogący!
Jam zawsze czciła Boga — stwórcę mego:Boga miłości, nie smutku.
Niestety!Czyż miłość sama nie jest także smutkiem?Nie tylko miłość męża i kobiety,Trwająca krótko w życiu naszém krótkiém:Lecz sam Przedwieczny, gdy w łonie miłościSwojéj świat począł: czyż nie miał przyczynySmucić się wkrótce: gdy na jego synyWzniósł — bo wznieść musiał — miecz sprawiedliwości?
Tak powiadają.
Tak jest bez wątpienia.
Tużeś, Jafecie? i w jakiéj potrzebiePrzebywasz społem z dziećmi zatracenia? —Drzyj! by ich wyrok nie dosiągł i ciebie.
Ojcze! czyż grzechem byłyby me chęci,By dźwigać z grzechu dzieci wspólnéj ziemi? —Patrz! nie chodziły między występnemi,Kiedy je strzegą Aniołowie święci.
Swięci? — czy raczéj nie z tych, co swe chóry,I jasny Niebios rzuciwszy przybytek,Zchodzą, zwabieni licem Kaimitek,Synowie Niebios, pojąć ziemi córy?
Tyś rzekł.
O! biada! biada! trzykroć biada,Podobnym związkom! — Czyż Bóg nie zakreśliłGranic Niebu i ziemi? nie obmyśliłLudziom i duchom, gdzie którym posada? —
Tak! ale czyliż nie na obraz SiebieStworzył człowieka? Czyż go nie miłujeSam, i nie każe drugim? — Pytam ciebie:Możeż być winnym, kto Go naśladuje?
Jam tylko człowiek; Pan mię nie postawiłSędzią nad ludźmi — cóż nad syny swemi? —A wszakoż z tego, co mi Sam objawił,Wiém, że te zajścia na padoły ziemiDuchów niebieskich — i to jeszcze w chwiliSkarania świata — nie są dobrém wcale.
Co? nawet wtedy, gdybyśmy zstąpiliZbawiać?
Archaniół w całéj swojéj chwale,Nie zbawi, kogo Pan zgubić umyśli. —A zaś, gdybyście za Jego rozkazem,Jako snać mówisz, ludzi zbawiać przyszli:Litośćby wszystkie objęła zarazem,Nie te dwie tylko; co choć niezrównaneLicem — są równie grzeszne, i skazaneNa śmierć.
Ach! ojcze! nie mów tak!
Jafecie!Jeśli cię trwożą wina i zatrata:Zapomnij o nich! — o nich, i o świecie,Że był i zginął; — ty, przyszłego świataDziedzic wybrany!
Obym zginąć raczéjMógł z tym, i z temi!
Wartbyś za to słowo;Lecz Pan obietnic swych nie przeinaczy.
Przeczżeby nad twą i nad jego głowąBóg czuwał więcéj, niż nad temi, które,On, syn twój własny, przenosi nad siebie?
Zapytaj Tego, który twą naturęUczynił wyższą od mojéj, a ciebieWyższym odemnie: a zarówno obuPoddał Swéj woli, i nie dał sposobuZbadać jéj przyczyn! — Lecz patrz!… goniec Jego! —W proch, w proch przed Panem! słuchajmy co powie.
Pokój sprawiedliwemu! — Aniołowie!Przeczżeście zeszli z oczu Przedwiecznego?Aza nie wiecie, że ziemia bez stróżaMa dziś być przed Nim? — Lecz jeszcze czas skruchy!Wam tylko, duchy!Wam tylko dany. — Wielka jest moc Boża!Tam, u podnóżaStolicy Jego, ukorzcie się społemZ Siedmiu wielkimi! — Czołem Panu, czołem!
O! najpiękniejszy! największy z niewielu!Cześć Panu w tobie! — Lecz odkądże wzbroniłDuchom zstępować na świat? — Rafaelu!Tyś zstąpił po nas; — On Sam czyż nie skłoniłNieraz oblicza i stóp swych ku ziemi?A ile razy skrzydły pośpiesznemiNas wysłał ku niéj: mów, cóżeśmy, jeśliNie miłość Jego i nie dary nieśli:Wielbiąc Go w każdym jéj tworze: bo każdyTchnął Jego mocą i miłością dla niéj;Ciesząc się blaskiem téj najmłodszéj gwiazdy,Mającéj kiedyś zwalczyć noc otchłani;
Lub strzegąc, aby ród, co ją dziedziczy,Nie śćmił jéj światła łaski tajemniczéj? —Cóż dziś? że smutek nad nią w twém spojrzeniu?Że w ustach twoich mowa o zniszczeniu? —
Biada wam, że nie wiecie! — O! Anieli!Gdybyście oba z pobratniemi chory,Czystością śmieli,Nieśli dziś Panu hołd czci i pokory:Tambyście w ogniu żyjącym wyryte,Nad Jego tronem, i na Jego czole,Czytali sami sądy Jego skryte,Pojęli wolę;Nie jéj szukali we słów moich echu. —Lecz niewiadomość towarzyszka grzechu,A dumą nawet ćmi się duchów wiedza:Bo zaślepienie upadek poprzedza.O! zaślepieni! przeczżeście się daliUwikłać w sidła żądzy skazitelnéj?Niepokalani! jakżeście skalaliU stóp śmiertelnych swój blask nieśmiertelny!Lecz litość Jego bez granic! — Słyszycie?Wróćcie i czcijcie!Tam! — bo gniew Jego straszliwy! — Raz jeszcze,Wróćcie! — lub drzyjcie!Bo gniewu Jego wyrok wam obwieszczę.
Straszny gniew Pana! — Lecz ty, coś osądziłNas, żeśmy winni: mów, czyżeś nie zbłądziłSam, żeś tu z nami?
Pan mną rozporządził;Zstąpiłem po was. — Słowem wszechmogącém,I w imię Jego; sercem kochającém,W imię miłości mojéj: Samiaso!Azazielu! wołam was ku Niemu!Tak! przyszedł koniec rodzajowi złemu.Występna ziemia, z całą swoją krasą,I z ludźmi, zginie! — Lecz czyż przy ostatku,Jak przy początku, ma, jakby koniecznie,Niebieskie duchy ciągnąć do upadku,Których jak istność, kaźń musi trwać wiecznie? —O! bracia! wyście jeszcze nie upadli,Lecz przypomnijcie Szatana, jak w chwaleStał po nad nami; a którzyż nie zbladliWidząc, czém stał się: gdy wolał zuchwaleWyzwać moc Pańską, niż uznać w pokorze?A czyż mu człowiek — że go łatwo skusi,Rozkoszą złego nagrodzić dziś możeNiebo, co stracił, i pamiętać musi? —Jam go miłował; — bo i któż nad niegoBył, oprócz Pana, co w nim szukał chluby?Archaniołowie przed obliczem jegoGaśli jak gwiazdy przed słońcem; CherubyCześć mu śpiewali; aż sam w swojéj pysze,Wstydząc się, zaparł, że jest tworem Boga. —Stało się! upadł; — lecz wam, towarzysze!Z upadku jego niech będzie przestroga! —Od was zawisa wieczność z nim, lub z Panem! —On was nie kusił; bo mu nie jest daném
Kusić niebieskie duchy; lecz niestety!Człowiek usłuchał jego — wy kobiety:Pięknéj zaprawdę, lecz w któréj uśmiechuKryje się urok zaradniejszy od węża:Bo wąż zwyciężył proch — ona zwyciężaWas, duchy Niebios, i wiedzie do grzechu.O! uciekajcie, dopóki czas macie!Wy nie możecie umrzeć: ale oneJak cień przeminą; a żal po ich stracieTruć będzie wasze lata nieskończone!Zważcie! jak istność wasza ich plemieniuNie jest podobna w niczém — prócz w cierpieniu;Przeczże je tylko chcecie dzielić z niemi? —Poczęte w grzechu, w boleściach zrodzone,Żyjące w troskach i łzach, przeznaczoneNa pastwę śmierci — królowéj ich ziemi:Chociażby nawet Pan, tchem Swego gniewuDni ich nie skrócił: przeszłyby za chwilę,Jak nagły zakręt mglistego powiewu,Proch i łzy tylko zostawując w tyle.
O! tak! uchodźcie! bo jak w jego mowie,Słyszę w méj duszy głos, co nie omyla,Że przyszła chwila,Że musim umrzeć — nie tak, jak ojcowie:Gdy jako nowy ocean, chmur brzemięSpadnie na ziemię,A wały morskie, jak obłoki z ziemiWzniosą się w górę, i spotkają z niemi. —
O! siostro moja! są, co ujdą zguby,Jako się zdaje: lecz nie z krwi Kaima.Nie! próżne nasze modlitwy i śluby!Bóg nas Adama za dzieci swe nié ma!Po cóż go trudzić daremnie? — O! raczéj,Zrzeczmy się same, co ma być wydarte —Miłości naszéj! — a bez niéj, cóż znaczyŻycie śmiertelne lub śmierć? — Gińmy warteOjca i rodu swego; bez rozpaczy,Gdy nie bez żalu; płacząc, nie nad sobą,Lecz po nad tymi, co zostawszy sami,Śmiertelni czy nieśmiertelni, obacząZiemię-pustynię, okrytą żałobą,I płakać będą nad miryadami,Co mrąc płakały — lecz już nie zapłaczą! —O! Samiaso! śpiesz, uchodź co prędzéj,Z padołu nędzyW sfery niebieskie! gdzie już nie dosięgaWicher, ni woda, ni śmierci potęga!Nasz wyrok, umrzeć; wasz, jest żyć bez końca.Lecz co lepszego? czy wieczność żyjącaCzy martwa? — na to On chyba odpowie,On, Pan życia i śmierci. — Aniołowie!Bądźcie posłuszni! jak i my będziemy;Nie że musiemy.Nie! lecz że nie chcę żyć dnia ni godzinyWbrew woli Jego; tak, jakbym nie chciała,Nawet za wolność od kary i winy,Co ma być dana dla Seta rodziny,By kara nasza i na was spaść miała.
Śpieszcie! nim minie czas!Lecz gdy nad chmuryJasnemi pióryWzbici spójrzycieNa świat i nas:O! Samiaso! pomnij, że me życieDuch mój przeżyje; i gdziekolwiek będzieŻył swoję wieczność: miłość twoja wszędzieTrzymać go będzie wyższym nad rozpacze. —Patrz! nawet teraz nie płaczę,Bo płacz nie przystał wybranéj Anioła. —Żegnam was! —Teraz, przyjdź śmierci! dotrzymam ci czoła.
Ach! czyż koniecznie trzebaUmrzeć? — Azazielu!Nicże nie zmiękczy Nieba? —Umrzeć, i stracić ciebie!… —Siostro! czyż Bóg nasz w NiebieZgubi razem tak wielu?O! serce, serce moje!Nie próżne snać twe byłyTrwogi i niepokoje;Teraz wiém, co wróżyły.Boże! dodaj mi siłyZnieść — co wiém, że nie minie! —
Lecz ty, ty Serafinie!Uchodź, śpiesz! jeśli bezkarnieZostać nie możesz! — Lecz czyli?… —
Nie, nie! śpiesz! — Moje męczarnie,Choć straszne — skończą się w chwili;Twoje — trwałyby bez końca:Gdybyś mnie nędznéj obrońca,Gniew Pana ściągnął na siebie:I z tronu chwały na Niebie,Jak ów, co w nasze rodziceTchnął żądzę wiedzy, wyzuty,Z swéj Archanielskiéj stolice,Spadł w kraj nieznanéj pokuty! —Nie, nie! i tak już zbyt wieleWażyłeś dla mnie, Aniele!Czas, bym ofiarą wzajemną,Zrzekła się ciebie — dla ciebie! —Uciekaj! nie płacz nade mną! —Ach! nawet chciałbyś daremno!Łzy, udział dzieci Adama,Nie ulżą duchów rozpaczy. —Uchodź! zapomnij więc raczéjO téj, dla któréj śmierć sama,Mniéj straszna, niż to rozstanie! —Lecz uchodź, uchodź! nie zwlekaj!Nie bacz łez moich! — uciekaj!Bez ciebie, śmierć mi się stanieUlgą, nie karą.
Nie mów tego, Anah! —Ojcze mój! Archaniele!Czyż ten łagodny pokój na twém czele
Nie wróży łaski? — Patrz! możesz — zmiękcz dla niéj,Dla niéj i dla mnie — zmiękcz wyrok i Sędzię:Niech w arce z nami, ujdzie wód otchłani,Lub ja z nią razem niech zginę w bałwanach!
Przestań, niebaczny! przecz w żalu zapędzie,Jeśli nie sercem, usty bluźnisz Pana? —Zkąd ci moc danaSądzić sąd Jego? — Żyj, póki dozwoli,Umrzyj, gdy każe: lecz wbrew Jego woliNie szemrz, jakobyś skarżył Pana w Niebie! —Niebaczny! chceszże, by się Bóg dla ciebieGrzechu dopuścił? — bo grzechem byłoby,Gdyby dla krótkiéj, dla ziemskiéj żałoby,Zmieniał przedwieczne sądy Swoje Boże. —Bądź mężem, synu! i znoś, chocia boli,Co ród Adama znieść musi — i może! —
Ojcze! a kiedyż zostaniemSami nad głębią siną:Gdy i kraj miły, co był nam mieszkaniem,I cała ziemia, z wszystkiém co ją krasi,I milsi stokroć bliźni, bracia nasi,Wszyscy w niéj zginą:Kto wstrzyma wtedy łzy swe i jęczenia,Lub znajdzie pokój w ciszy spustoszenia? —Boże! bądź Bogiem! zbaw! — któż ci zaprzeczy?Zbaw, póki pora! — Czyż rodzaj człowieczy
Nie dość już poczuł sprawiedliwość TwojęWygnaniem z raju? — Lecz go tylko dwojeSkładało wtedy: dziś jest na przestworzuZiemi liczniejszy, niż fale na morzu,Niż krople deszczu, co ma zalać ziemię:Krople mniéj gęste, niżby na niéj byłyLudzkie mogiły,Gdyby choć groby mieć mogło ich plemię! —
Szalony! przestań! w każdém twojém słowieBrzmi rozpacz dumy, co gniew Pana budzi.O! Archaniele! przebacz!
Aniołowie!Żal i namiętność mówi z ust tych ludzi.Lecz wy! wy czyści, lub coście być niemiPowinni, bracia! postrzeżcie się w błędzie,Wracajcie ze mną!
Zostaniem na ziemi,I znosić będziem, cośmy zasłużyli.
Azazielu?
On rzekł; niech tak będzie!
Oba? — A więc od téj chwili,Z mocy niebieskiéj obrani,Z miejsc, któremiście wzgardzili,Z przed Boga, coście zdradzili,Bądźcie wygnani!Biada wami
Gdzież się podzieją? —Lecz przebóg! w przepaściach góry,Co za ponury,Co za straszliwy szum, łoskot, hałasy!Skały i lasyWstrzęsły się, szumią — jakby czuły przyjścieWichrów łamiących, choć jeszcze nie wieją;A wszystkie liścieDrżą, zda się, chwieją;Kwiaty więdnieją,I opadają; — wschód znów się zaciemia;A cała ziemia,Jak pod ciężarem, jęczy w swych wnętrznościach! —
Słyszysz? Krzyk ptastwa morskiego! jak w chmuryUcieka, i nad szczyt góry,Kędy w najsroższych morza nawałnościach,Uchodząc fali wzbijać się nie śmiało,Utata krzycząc — jakby przeczuwałoNawałność sroższą od wszystkich, śród któréj,
Ten szczyt im tylko może być zachroną —Aż i ten fale pochłoną! —O! biada, biada ziemi! —
Słońce! słońce!Wschodzi — lecz jakie! jak przerażające,Jak krwawe! — Jak śród płomieniMiedź — błyszczy, lecz bez promieni;A ciemność, jak czarna tęcza,W kształcie obręcza,W krąg je otacza; — słońce i noc razem!Jakby obrazemByć chciały życia i śmierci, w téj chwili,Ostatniéj świata! — Biada tym, co byliWarci, by jéj dożyli,By ją przeżyli! —
Ha! błyskawica, grom! — hasło zniszczenia!Stało się! Pan nie odmieniaWyroków swoich: — wielka jest moc Boża! —Słyszysz? szum deszczu, ryk morza!O! biada, biada dzieciom zatracenia!Przyszła godzina! — My śpieszmy na wzgórza,Gdzie arka nasza; — z któréj jeszcze wczoraSzydzili dumni, a dziś k’niéj ramionaWyciągać będą, widząc, że nas onaZbawia jedynie! — Spieszmy, póki pora!
Ojcze! stój chwilę! zlituj się! przyjm do niéjAnah! — niech w zgubnéj nie zaginie toni.
Czyż w niéj nie zginą wszyscy? — Pójdź!
Nie mogę.
A więc giń z niemi! głuchy na przestrogęOjca i Boga! — Patrz na te złowieszczeNiebo i znaki! będziesz-li śmiał jeszczeChcieć zbawiać kogo z rodzaju, na który,Wszystkie potęgi stworzonéj natury,Ze słusznym gniewem Stwórcy, co go karze,Powstały razem? —
Razem? — O! mój ojcze!Możeż iść wściekłość ze słusznością w parze? —
Bluźnisz! — w téj chwili!… — zuchwały mołojcze!Drzyj!
Patryarcho! pohamuj się w gniewie!Boleść i rozpacz usty jego władnie,Lecz serce nie wie
O tém, co mówi; — i on nie upadnie,Jak ci synowie Niebios; i nie zginie,Jako te córki ziemi; lecz gdy minieSzał namiętności, będzie godnym ciebie.
O! co za burza! — Na ziemi i niebie,Wszystko się łączy ku naszéj zagładzie. —Panie! nierówna walka między nami!Chcesz, a zginiemy; — bo któż w równi kładzieMoc naszą z Twoją?
Moc nasza jest z wami!Pod skrzydłem naszéj opieki,W świat jakiéj gwiazdy dalekiéjUniesiem was, aż ujdziecieŚwiat wasz niszczącéj topieli.A tam bezpieczne — jeżeli,Przestając na naszych losach,Przez miłość dla nas, będziecieMogły zapomnieć o świecie,My zapomnim o Niebiosach.
A mójże ojciec! a mój kraj rodzinny!A mojeż pola, i góry, i lasy,Gdzie mi tak słodko zszedł mój wiek dziecinny!Zdołamże kiedy zapomnieć ich krasy,I pieszczczót ojca, i sióstr mych ziemianek.
Gdy je pochłonie głąb? — Któż w mojéj duszyZatrze ich pamięć? kto me łzy osuszy?
Ja, twój kochanek! —Nie bój się! chociam wygnaniecZ Nieba — w przestrzeni bez granic,Są światy godne Anioła,Zkąd mię nikt wygnać nie zdoła! —
Duchu występny! jakżeś stał się lichy,Jak ciemny! jeślić samego już łudziKłamstwo twéj pychy.Czyż miecz, co z raju wygnał piérwszych ludzi,Czyż piorun, w przepaść co strącił Szatana,Przed tronem PanaDotąd nie błyszczy? —
Piorun nie zniszczy,Miecz nie zabije nas! — Proch strasz zniszczeniem,Ciało orężem: nie nas nieśmiertelnych! —
Doznasz za chwilę sił twoich tak dzielnych,Aza cię zbawią przed Jego ramieniem? —Biada ci! grzech ściga kara,Moc cię twoja omamiła:Nie wiedziałeś, że nią byłaPokora twoja i wiara.
Niebo i ziemia, obłoki i morze,Łącza się razem na zgubę nas biednych!Cóżeśmy winni? — O! Boże nasz, Boże!Słuchaj, wysłuchaj! nie nas tylko jednych.Pola i lasy brzmią bestyi rykiem,Wyciągających ku Niebu swe szyje;Ptastwo świst wichrów zagłusza swym krzykiem;U stóp nam syczą wijące się żmije,Jakby chcąc wsparcia, o które my samiŻebrzem cię, Panie! płaczem i jęczeniem.Zmiłuj się, zmiłuj! nie tylko nad nami,Lecz nad naturą i wszelkiém stworzeniem!
Żegnam cię, ziemio! — Wy, dzieci jéj gliny!Nie śmiem, nie mogę — choć chciałbym was wspierać.Pan sprawiedliwy — musicie umierać;Pan miłosierny — śmierć odkupi winy.
Pójdź, Anah! rzućmy ten chaos żywiołów,Ani się lękaj łoskotu ich waśni;Pod tarczą skrzydeł Aniołów,Ulęż bezpieczna i zaśnij,
Jak orlę niegdyś w macierzyńskiém gniaździe! —Na słońcu jakiém, lub gwiaździe,Znajdziem świat lepszy od ziemskich padołów,I życie wartsze anielskiéj natury! —Czarne te chmuryNie są jedyném niebem! —
Ulecieli! —Znikli w zamęcie skazanego świata! —I czy z nim razem zaginą w bałwanachWściekłéj topieli:Czy żyć gdzie będą nieskończone lata —Stało się! nigdy nie ujrzę już Anah! —
O! synu Noego! miéj litość nad nami,Nad ludźmi, nad braćmi twojemiCzyż dasz nam zaginąć w zapasach z falami,Sam w arce bujając nad niemi?
Zbaw, zbaw to dziécię!W bolach mych wzięło życie,Lecz ach! ileż pociechy,Gdy się z swemi uśmiechyTak do mych piersi tuliło!
Na cóż się urodziło?Czém przewiniłoNiemowlę moje, by ściągnąć gniew Boży?Czy z piersi moich ssało takie grzechy,Że za nie ziemia i Niebo się srożyNa moje dziecię? —Zbaw je! zbaw, o! Jafecie!Lub bądź przeklęty — ty, i twa rodzina!I On!…
Niebaczna! stój! — toż jest godzinaPrzeklęstw nie modłów? —
Modłów?! — Gdzież te modłyZwrócim? — Do Niebios? co się tak obwiodłyChmurami od nas? — Czy do chmur? co sameBuchają morzem? — Czy do morza? któreRwie swoję tamęI wzdyma się w górę,Że piaski pustyń mienią się w odmęty? —Nie, nie! — PrzeklętyPan twój i zbawca! — Wiemy, że daremnieKląć Go, jak błagać; — lecz mamyż nikczemnieHymny Mu śpiewać, lub podłém kolanemCzołgać się przed Niezbłaganym,By nas odepchnął na dno zgubnéj toni?… —Jeśli On stworzył ziemię — niech się płoni,
Że świat stworzył na męki! — Ha! już ryczą,Już lecą, widzim, rozhukane wały!Gonią za nami, jak lew za zdobyczą.Głąb ich czarna jak otchłań — a ich białySzczyt zapieniony, jak śnieżyste góryPiętrzy się w chmury,I z chmur jak potok, jak wzdęta kaskada,Rzuca się naprzód — zlewa!… —Biada nam! biada! —Lasy i drzewa,Rowienne z rajem — nim złudzona EwaZerwała owoc wiedzy i niedoli,I Adam wydał piérwszy jęk niewoli —Tak niebotyczne, z tak jeszcze zielonąLiści koroną,Nikną — i wszędzie tylko siność fali! —Głąb coraz wyżéjRośnie, i daléj,I coraz chyżéjKu nam się wali!… —Biada nam!… — Synu Noego!Śpiesz, uchodź! i tam w swéj łodzi,Przy boku ojca twojego,Szydź z naszych łez i powodzi!A gdy obaczysz na tle oceanu,Trupy twych braci i wszego stworzenia:Wznieś twemu PanuHymn dziękczynienia!… —
Błogosławiony! kto w Nim ufność złożył,I w Nim ufając żył!
Ginąc, nie będzie się trwożył,Bo On mu doda siłCierpieć i znieść! —Cześć Panu! cześć!On dał mi życie — On bierze co dał.Będęż się chwiałWrócić mu dar Jego ręki? —Nie! — i nim wieczna noc wzrok mój zaciemi,I nim śmierć wiecznie me usta oniemi,Cześć jeszcze Panu, i dzięki!Za to, co było,Za to, co nynie!Bo w Nim, jak żyło,W Nim wszystko ginie,Bo On początkiem i końcem wszystkiego.Wszystko jest Jego!Czas, przestrzeń, życie, świat — wszystko poczęte,Pojęte i niepojęte —Wieczność i nieskończoność — On uczynił,On chce, i może zniweczyć! —Ja proch — jaż będę go winił?Ja grzesznik, śmiałbym złorzeczyćPanu i Bogu mojemu? —Nie! żyłem ufając Jemu,Umrę ufając! — ani się zachwieję,Widząc runący świat; ani się strwożę:Bo wiém, kto w Nim ma nadzieję,Na wieki zginąć nie może.
I gdzież sie obrócim, gdzie znajdziem schronienie?Na skał-li tych wedrzem się strop?Gdy wszędzie z nich lecą wezbrane strumienie,By morze napotkać u stop.Czy w dzikich pod niemi, rozpadlin skróś ziemiUkryjem się sklepy kamienne?Taż powódź potopu, jak sięgnie do stropu,Napełni otchłanie bezdenne! —
Nie opuszczajcie sieroty,Mnie nieszczęśliwéj, mnie młodéj!Ojciec, i ojca namioty,Bracia, i braci mych trzody,I pola, gdzie szły na paszę,I sady, i wszystko nasze,Wszystko zalano! —Dziś jeszcze rano.Ze wzgórza, idąc do zdroju,Spójrzałam — wszystko tak byłoCiche! tak spało w pokoju! —Serce me błogosławiłoBogu, i miejscu lubemu. —A teraz!… — Czemuż, ach! czemuByło mnie nędznéj rodzić się na świecie? —
By umrzeć! — umrzeć w lat kwiecie!… —Szczęśliwszaś wszakże! niż gdybyś tak jednaSkazaną była — gdy otchłań beze dnaPochłonie wszystkich — płakać nad wszystkiemi!I jak ja, na pustéj ziemi,Żyć, nie chcąc; cierpieć, nie śmiąc się użalać!… —Panie! gdy wszystkich tracisz, po cóż mnie ocalać?