Scena II

Lord Byron (1788–1824)

Traducido del inglés por Antoni Edward Odyniec

Niebo i Ziemia

Nie płacz, bądź mężem! — po co między góryMilczeniem swojém mnożysz ciszę nocy,Lub tak ku gwiazdom wlepiasz wzrok ponury? —Gwiazdy ci żadnéj nie dadzą pomocy.

Tak! lecz mnie cieszą. — Któż wié czy i onaNie patrzy na nie teraz? — Mnie się zdaje,Że każda piękna istota stworzona,Patrząc na piękność, piękniejszą się staje,Na wieczną piękność rzeczy nieśmiertelnych. —O! moja Anah!

Wszak nie kocha ciebie.

Ach!

Znam ja gorycz uczuć niepodzielnych.Mnie téż jéj siostra odpycha od siebie.

Wiém i boleję nad tobą.

Nie boléj!Jeśli mię ona poświęca swéj dumie,Moja téż duma jéj wzgardę znieść umie. —Z czasem i na nią przyjść może taż koléj.

Czy się tém cieszysz?

Ni cieszę, ni smucę.Kochałem szczerze — kochałbym był szczerzéj,Gdybym mógł mniemać, że wzajem ocucęMiłość w jéj sercu; — lecz widząc że mierzyWyżéj — zostawiam ją jéj przeznaczeniu,W które snać wierząc łudzi siebie sama.

W co wierząc?

Wnoszę, czytam w jéj spójrzeniuŻe kocha.

Anah?

Nie! Aholibamah.

Kogo?

Ja nie wiém; znasz, czy ją kto zbada! —

Anah to chyba kocha Boga w Niebie;O to spokojny jestem.

Cóż ci nada,Kogo bądź kocha? dosyć że nie ciebie.

Prawda, lecz ja ją kocham.

Jam téż kochał.

Jestżeś szczęśliwszym, żeś przestał, jak mniemasz?

Czyliż nim byłbym, gdybym jak ty szlochał?

Żałuję ciebie.

Mnie? — Czemu?

Że nié maszW sobie już tego, co mnie w rozpacz wprawia.

Dziwnyś! — W tych słowach znać szał jéj przemawia. —Wierz mi, Jafecie! za żadne nagrodyCzuć, co ty czujesz, nie chciałbym na chwilę;Nie! choćbyś wszystkie ojca mego trzodyZważył, i za nie dał mi syklów tyle,Owego kruszczu potomków Kaima,O którym plemię ich tak wiele trzyma,Że nas chce przezeń wciągnąć w handel z niemi: —Jakby za podły piasek, wyrzut ziemi,Za żółty proszek, co z wierzchu migoce.Warto dać w zamian chleb, wełnę, owoce,Lub inne rzeczy, któremi nas pracaRąk naszych, albo natura zbogaca! —Lecz pójdź, Jafecie! dość patrzeć na chmury,I przeraźliwie wzdychać, jak wilk, któryPatrząc na księżyc całą noc wyć gotów. —Ja idę spocząć.

Szczęśliwy, kto może! —Bądź zdrów!

Nie wracasz ze mną do namiotów?

Nie! — pójdę jeszcze do jaskini w górze,Przez którą, mówią, że duchy z pod ziemiWychodzić zwykły na świat.

Cóż ci do niéj?

Miejsce to zgodne z myślami mojemi:Żal dziki w dzikiéj zmniejsza się ustroni.

Ale czyż nie wiész, jakie o téj dobieWidma, jak mówią, wstępu do niéj strzegą? —Ja pójdę z tobą.

Zostań, dzięki tobie!Nie mam złych myśli, nie boję się złego.

Ale złe duchy tém więcéj ci mogąSzkodzić, żeś nie jest z niemi. — Weź mię z sobą,Lub zostań ze mną! — nie gardź mą przestrogą!

Nie! sam iść muszę.

A więc pokój z tobą!

Pokój! — szukałem go gdzie znaleźć mogłem,W miłości — sercem, co jéj warte było.Cóż ztąd? — daremnie siły duszy zmogłem,Serce osłabło, w myślach się zaćmiło:Dni nieprzebyte, nieuśpione noce,Oto są całe mych starań owoce! —Pokój! gdzież pokój? — w martwości zniszczenia?Czy w ciszy lasu, co od dnia stworzeniaStopą nietknięty, innego odgłosuNie zna prócz burzy, gdy go ta druzgota?Bo w nich jest wierny obraz mego losu,Gdy mię żal tłoczy albo rozpacz miota. —Świat zabrnął w zbrodnie; — głuchy na głos Boga,Nie wié o gniewie Jego, ni o zmianachStrasznych a blizkich; — daremna przestrogaGróźb i złowieszczych wróżb! — O! moja Anah!Gdy przyjdzie straszna godzina, że morzeJak lew ryczący wyprze się z łożyska,I wpadnie na świat: — jakbyś ty w téj porzeUjść mogła zguby! i po nad zwaliskaŚwiata, objęciem mojém osłoniona,Po świat niszczących bujać oceanach!Świat mój byłby w twém sercu, a obronaTwoja, w miłości mojéj! — Moja Anah!Gdybyś ty chciała być moją! — Daremnie!Serc snać i losów nikt zmienić nie może.I moje wiecznie krwawić musi we mnie,Teraz i wtedy, gdy już ty… — O! Boże!

Nad nią przynajmniéj zmiękcz srogość wyroków!Bo ona czysta pomiędzy grzesznemi,Czysta jak gwiazda, co choć w mgle obłoków,Nie gaśnie jednak, ni spada ku ziemi! —O! gdybyś była moją! lub przynamnie,Gdybym cię wolną od twych ojców winy,Jedną przynajmniéj zbawić mógł! — nie dla mnie —Nie! — byleś żyła: — gdy ocean będzieMogiłą ziemi, i tych, co dziś żywiPchną ją do zguby: — a jego jedynyPan i mieszkaniec, niewstrzymany w pędzie,Nie spotykając ni skał ni mielizny,Sam Lewijatan z przestrachem się zdziwiNieskończonością swych państw i ojczyzny!