Scena IV
Traducido del inglés por Antoni Edward Odyniec
Niebo i Ziemia
Dzikie pustynie! lochy, co się zdacieBez dna i granic! i wy dumne góry!Tak niezachwiane w swych skał majestacie,I tak wspaniałe w swéj krasie ponuréj:W płaszczach z mgły białéj, lub w zielonéj szacieDrzew, jak wy wiecznych, i jak wy nad chmuryCzołem wiejących! Któżby waszéj sileNie ufał? w wieczne nie zawierzył trwanie? —Przecież za kilka dni — może za chwilę,Może w téj chwili — cóż z was pozostanie?Gruz! — czcze igrzysko wód! co te otchłanie,W piekieł aż zda się idące głębiny,Po brzeg wypełnią, i gdzie swe posłanieMiał lew, skaczące naniosą delfiny! —A ludzie — ludzie! bliźni, bracia moi!Któż z was zostanie, coby nad szerokim,Jednym was wszystkich grobem — gdy was w swojéjGłębi pochłonie morze — z łzawém okiemWspomniał przynajmniéj o was? — Przyjaciele!Ziomkowie moi! jestżem ja tak wieleLepszy lub gorszy od was, że konieczniePrzeżyć was muszę — wszystkich! — ach! i wiecznie
Tęsknić i płakać po was? — O! ty świecie!Czyliż cię poznam, gdy po tylu zmianachWyjdziesz znów z grobu? — Gdzież wtedy będziecieMiejsca rozkoszne! gdziem marzył o Anah,Gdym się spodziewał serca jéj: lub one,Dzikie, lecz niemniéj miłe mojéj duszy,Jaskinie, lasy, gdziem łzy niedzieloneLał na jéj srogość, lubując w katuszy? —
Być-że to może, aby ten szczyt skały,Gdzie chmury niegdyś skrzydła swoje darły,Co sam jak gwiazda lśni śród gwiazd — by wałyW głąb go zbić mogły, i w swych wirach starły:Że jutro może zadziwione słońcePróżno go jasném szukać będzie okiem,By jak dziś, naprzód na jego wysokiémCzole, zwyciężać noc i jéj mgły śpiące:Lub przed zachodem, wieniec swych promieniZawieszać na nim: by nad światem wzbity,Jak lampa świata świecił się w przestrzeni,I zstępującym Aniołom swe szczytyDzierżył za pierwszy stopień, gdy zesłaniSchodzą na ziemię lub w przepaść otchłani? —Być-że to może, ażeby te słowa.Straszne, okropne słowa: „Już go nié ma!“Tyczyć się miały tego skał olbrzyma,I wszystkich rzeczy — prócz tych, co Jehowa
Rozkazał w arce zbawić ojcu memu? —Możeż on zbawiać co chce? a jaż czemuNie mógłbym zbawić jednéj — co bez zmazy,Co najpiękniejsza z wszystkich córek ziemi?…Nie miałbym zbawić jéj — gdy sprośne płazy,I zjadłe żmije z towarzyszmi swemiUjść mają zguby — by i przyszłą ziemięTchem swym zarażać, i na ludzkie plemięSyczeć, i kąsać, i w grząskich bagniskachCzołgać się, które na świata zwaliskachDługo stać będą i dymić — aż w końcu,Z zgnilizny tego, znów jaki świat nowyWyjdzie, i wyschnie, i stwardnie na słońcu,Razem mogiła i pomnik grobowyŚwiata przeszłego: gdzie dziś jeszcze tyleMiryad żyje — a jutro, za chwilę,Tyle miryad umrze? — O! ty świecie!Tak piękny i tak młody! w pełnym kwiecieŻycia i krasy! Jak ja kocham ciebie!Jak mi żal ciebie! gdy co dnia, co nocy,Liczę twe kwiaty, twe gwiazdy na niebie,I krótkie chwile twoje! — Nie mam mocyRatować ciebie, jak i Jéj nie mogę,Jéj — co najbardziéj wiąże mię do ciebie:Lecz jak syn prochu twego, żal i trwogęCzuć tylko muszę — jakich od stworzeniaŻaden nie doznał i doznać nie może,Prócz mnie, co jeden z mojego plemieniaWiém straszną przyszłość, i sam w lada porze,
Jeden, mam płakać na wszystkich pogrzebie! —O! Boże! mógłżeś?… —
W imię Jego!Kto tu?
Cha, cha, cha!
W imię Wszechmocnego!Mów, ktoś jest?
Cha, cha!
Przez potop i ziemię,Co ma być pastwą morza! przez głąb, z któréjMorze się wyprze! przez niebo, co brzemięChmur swoich zrzuci i zaleje góry!Przez Tego, któryStworzył i zniszczy świat ten poziomy!Ty nieznajomy!Ty niewidomy!Duchu nieczysty! mnie nie ustrachaŚmiech twój szyderczy! — Czego się śmiejesz?
Czego łzy lejesz?
Nad ziemią, i nad jéj dziećmi.
Cha, cha, cha!
Jak duch nieczysty urąga z rozpaczyI żalu mego! jak się cieszy z końcaNieszczęsnéj ziemi! — nad którą krąg słońcaWejdzie, i nigdzie życia nie zobaczy! —Jak cicho wkoło! — Ziemia śpi — i ludzi,I wszystkie twory sen objął — jak cichy,Jak snać spokojny! — i może ich łudziDługą przyszłością szczęścia, chwały, pychy!…Cóż, gdy się zbudzą i ujrzą śmierć?…
Kto tu?Kto? mów! co w nocy czając się zakryciu,Szepcesz i migasz tylko jak śmierć w życiu? —Mów! bo się twego nie boję łoskotu!
Co za szum!Z dołu i z góry,Co za tłum!Lecą jak chmury!
Radość nam!Ohydne plemię,Z rajskich wygnane już bram,Że dało zwieść sie nam,Że chciało zrównać nam,Mądrością bez naszéj mocy:Traci nynieI tę ziemię,I téj nocyCałe plemięZginie, zginie!Radość nam!Nie czas ich, nie nędza, nie mór, nie żelazo,Nie troska po jednym wydusi;Wszyscy za jedną razą,Co żyje, zginąć musi! —Świat i ludW głębi wód!Dziś ich ostatni wschód! —Cha, cha! tak chce On sam!Tryumf nam!Ocean z swoich tam
Wyjdzie i zajmie glób,Ich świat, ich tron, ich grób,Jak oni, trup! —Cha, cha! bedziem słyszeli,Ich jęk, i ryk topieli,Lecącéj z wszystkich stron:Cha, cha! ujrzym ich zgon!I dzień, gdy ich nie będzie! —Śmierć wszędzie!I nigdzie tchnienia, prócz wichrów zhukanych,I nigdzie ruchu, prócz fal rozdąsanych,I nigdzie nawet wierzchołka skał,By ku nim Aniół zstąpić gdzie miał,By pomoc dał:Cha, cha! niechajby chciał!Lub niechby tam sami z rozpaczą się wdarli,By widzieć, co wszędzieNa ziemi:By widząc jak drudzy, jak wszyscy wymarli,Przeczuwać, co będzieI z niemi!Cha, cha! mieć będziem dość!Potop — śmierć — czczość —To świata gość!Z południa na północ, z zachodu na wschód,Nic prócz wód!Od końca do końca, od dołu do szczytu,Nic oprócz obłoków i fali błękitu!…Świat barw, pstry w różny wzór,Kwiat łąk, cedr gór,
Dąb, i skał zrąb,Pochłonie głąb! —Któż widząc zgadnieCo znikło na dnieW jéj toni?Komu da dociec,Albo odsłoni.Ten, co sam władnie,Co będzie po niéj:Świat? złom? —Kto się ośmieliNa jéj topieliWznieść dom?
Mój ojciec!On z swą rodziną! —Nie ludzkie plemię,Źli tylko zginą,Co każą ziemię:To Pański sąd! —Słyszycie? precz więc ztąd!Sprośni szatani!W przepaść otchłaniPrecz w wieczną noc!W Nim, nie w was mocKarać za grzechyŚwiat nasz i nas;Czcze wasze śmiechy!Waszéj pociechyNie przyszedł czas! —
Precz więc, precz do swych jam!Aż was i tam,Potop dosięże,I jako wężeNa wierzch wypławi:Byście noszeniWiatrem w przestrzeni,Czuli moc Pana,Co starł szatana,A nas choć skarał — wybawi!
Synu Noego!Gdy ty z rodziną,Jedni z całegoRodu waszegoUjdziecie żywi,Gdy wszyscy zginą,Będziecież lepsi albo szczęśliwi? —Nie! — nowy świat i ludzie,W grzechu i trudzieJak dziś żyć będą: lecz pośledniejsi,Słabsi i mniejsiOd tych olbrzymów, co dziś zuchwale,Dumni w swéj chwale,Depcą tę ziemię:Aniołów plemięZ matek ziemianek; — wy ich dziedzice,Prócz téj różnice,Weźmiecie tylko po nich — trosk brzemię.
Czyż się nie będziesz rumienić,Sam jeden na wszystkich grobie,Jeść, pić, zalecać się, żenić,I płodzić proch równy sobie?Z sercem tak nizkiém, z tak bezwstydném czołem,Że na sam obraz takiego zniszczenia.Nie masz dość męztwa ni żalu, by społemChcieć zginąć raczéj, niż szukać zbawienia!Któżby chciał przeżyć wszystkich braci swych?Kto? prócz głupich lub złych? —My nienawidzim was,Bo ród nasz różny od siebie:Lecz patrzaj! każdy z nasWyrzekł się tronu w Niebie,Raczéj, niż żeby obojętny świadek,Patrząc na braci upadek,Lękał się z nimi podzielać męczarnie! —Idź, nędzny! żyj i giń marnie!A gdy świat potop ogarnie,Tak, że ON nawet spójrzawszy na ziemię,Wezdrgnąć się musi nad woli swéj czynem:Gardź ojcem swoim, że przeżył swe plemię,I sobą, żeś jego synem!
Śpieszmy się, cieszmy!Dziś nasz czas!Śmiertelnik podłySwojemi modłyNie spłoszy nas!
Nie będzie czcił,Proch, pył!A my, co nigdy nie czciliTego, co tak chce czci,Że zwłokę jednéj chwili,Wiecznością kary mści:My, my obaczym wyparcie się toni,Aż jeden żywioł czynić będzie dziełoWszystkich w chaosie. — A oni, a oni!Czcze zlepki gliny, dumni z swéj nicości,Którym się niebo osiągnąć pragnęło,Zginą! — a wiatrem rozwiane ich kości,Bielić się będą po mrocznych przepaściach,Po niedostępnych gór i skał urwiskach,Gdzie głąb w swych coraz srożejąc napaściach,Ścigać ich będzie w ostatnich łożyskach;Gdzie nawet dzikie bestye w popłochuZbędą srogości, jak w pierwszych dniach świata,I przy jagnięciu tygrys w tymże lochuKryjąc się legnie, jakby obok brata,I zginą razem; — aż znów wszystkie rzeczyBędą jak były: martwe, niestworzone,Prócz niebios w górze! — którym niech złorzeczyTen, co zostanie: gdy z nim przymuszoneZawrze sojusze śmierć; — śmierć, co ocaliTę błahą resztkę dawnego stworzenia,Na przyszły zasiew żniw swych; — i gdy słońce,Z osiadłych mułów potopowéj fali,Wypiecze nowy świat: — z tego nasieniaWzejdą dla czasu nowych lat tysiące,
Nowe istoty, i dawne cierpienia,Zazdrość, nienawiść, praca i niewola.Aż póki… —
Przedwieczna WolaNie wytłómaczy ludziom snu tego,Powikłanego dobrego i złego:I pod wszechmocnéj skrzydło opieki,I wszystkie wieki,I wszystkie rzeczy,I ród człowieczy,Wziąwszy, odkupi — i moc piekielnąZwalczy na wieki!I pokutnicy, ziemi skruszonéj.Jéj pierworodny wdzięk przyrodzony,Raj nieskończony,Wróci, z litości nad skazitelną;Gdzie człek, czcząc w sobie duszę nieśmiertelną,Nie zdoła więcéj jak niegdyś przewinić,Gdzie zły duch nawet będzie dobre czynić!
Cha, cha! i kiedyż to cudo nastąpi?
Gdy Zbawca zstąpi!Naprzód w ubóstwie,A potém w chwale. —
Tymczasum w mnóstwieNędz swych, zuchwaleKlnąc tylko na nie, cierpcie nikczemnie,Aż świat wasz w proch się rozwieje!Walczcie z sobą, i z Niebem, i z piekłem — daremnie,Aż niebo poczerwieniejeOd krwi dymiącéj z waszych bitew pola! —Zmienią się czasy, rzeczy, kraje, ludy,Lecz pozostaną bez nowéj pociechy,Też same grzechy,Łzy, troski, trudy,Zbrodnie — i matka ich: wasza zła wola! —Też same burzeSerc, jak w naturzeWichry i gromy,Szaleć w was będą; i ten poziomyŚwiat wasz i plemięPochłoną — jak potop ziemię! —
Cieszmy się, duchy!Śmiertelny! bądź zdrów! —Słyszym już, słyszym, jak wałów szum głuchyWzmaga się, rośnie, jak ryk głodnych lwów.Wichry, jak orły, podnoszą swe pióra,Każda swe źródła napełniła chmura,W dole i w górze,Niebo i morze
Otwarły swoje upusty; — a ludzie!Ślepi, jak byliOd pierwszéj chwili,Trwają w ułudzie!Nie widzą znaków złowieszczych; nie słyszą,Co my słyszymy: po nad ziemską cisząGromadzących się gromów; jak z obłokuW obłok przechodzą, i hasła wyroku,Na wpół zatlone, czekają — i drzemią.Płacz, płacz! o! ziemio!Grób twój jest bliższy, niż niedawna jeszczeKolebka twoja! — Drzyjcie! o! wy góry!Chwila wybija — gdy morze i deszczeSzczyt wasz zaleją; a morskie potwory,Poziome płazy, i konchy ślimaków,Czepiać się będą, gdzie dziś króle ptakówGniazda swe ścielą! — O! jakże zakracząZ żalem, z rozpaczą:Spłoszone same, i próżno do góryZwąc swe pisklęta nieodziane pióry,I słysząc tylko z ich krzykiem pospołuSzum fal rosnących! — a człowiek od dołuPatrzając na nie, zazdrościć im będzieSkrzydeł szerokich — niezdatnych im na nic!Bo gdzież je zwiną? kiedy tylko wszędzieŚmierć i grób — woda — bez dna i bez granic?
Cieszmy się! tryumf nam!Z przepaści jamDo chmur,Radośny wznieśmy chór,
Nad ruinąŚwiata tego! —Wszyscy zginą!Prócz jednego,Szczepu Seta pokolenia,Zbawionego od zniszczenia,Na cierpienia!Lecz ród Kaima,Olbrzym w olbrzyma,Lecz córki jego, chlubne urodą,Zalegać będą martwe pod wodą,Lub na wznak na niéj — z rozpuszczonemiWłosy długiemi,Martwém obliczem będą się żalićNa srogie Nieba: co ich ocalić,Co nie raczyły mieć w swéj obronie,Istot tak nawet pięknych po zgonie! —Darmo! ON, Przeznaczenie,Co rzekł, nie przeinaczy;I po ogólnym jęku rozpaczy,Ogólne śmierci milczenieOgarnie ląd! —
Nam czas, czas lecieć ztąd!Świt się już bieli,Mgły nocne bladną.Lećmy weseli!Nim słońce strzeli,Ujrzym, jak zbladliIść będą na dnoWściekłéj topieli! —
Myśmy upadli,Oni upadną!Lećmy weseli!
Bóg sam obwieścił przeznaczenie ziemi,Enoch niém groził w księgach, których słowa,Jak gromy w chmurze, grzmią po nad grzesznemi;I rady ojca mego, i budowaArki Przymierza, i same złe duchy,Czyniące z naszych klęsk urągowiska,Głoszą je światu — a świat jak był, głuchy,Wprost leci w przepaść; co choć już tak bliska,Tak nieuchronna: zatwardziałéj duszyLudzi nie wzrusza — jak jęk ich nie wzruszySprawiedliwości Boga, i wylewuWód, spełniających dzieło jego gniewu! —Jak cicho wkoło! na całéj przestrzeniNie widać jeczcze żadnych groźnych znaków;Brzask, jako zwykle, tli się, i rumieniChmury, strzegące swoich zwykłych szlaków.I słońce wkrótce po nad dniem zniszczeniaWejdzie — jak weszło w czwartym dniu stworzenia,
Gdy Stwórca rzekł mu; „świeć!“ i zaświeciło —Nie ludziom jeszcze — ale obudziłoSłodszy od głosu ludzkiego, głos ptaków:Co jak Anioły, swobodnemi pióryWznoszą się w niebo, i jak oni sami,Łącząc swe pieśni w napowietrzne chóry,Dawce dnia, codzień witają przed nami! —I oto chwila — gdy śród chmur i lasuPieśń ich wnet zabrzmi; i jasny krąg słońcaWejdzie, nieświadom tak bliskiego końcaIstot, które ożywia, ani czasuKtóry im mierzy! — Ptaki z wdzięcznym głosem,Nócąc, zapadną w głąb bez dna i brzegu;Słońce, po jasnym krótkich dni obiegu —Ha! wejdzie! — ale nad czém? — nad chaosem,Co był przed czasem, i dziś przed obliczemSłońca odrodzon, czas znów czyni niczém. —Bo czas bez życia, cóż jest? — nicość! sprzeczność!Czas dla stworzenia jest tém, czém jest wiecznośćDla Stworzyciela — co sam nieskończony!Wieczność bez Niego, stałaby się czczością;Czas bez człowieka, dla niego stworzony,Kona z człowiekiem; — i równie wiecznościąPochłonion zginie — jako ludzkie plemięW bezdennéj głębi wód chłonących ziemię! —Ktoś idzie? — ludzie, czy niebieskie duchy? —Jak piękne! — twarzy nie widzę — lecz ruchy,Lecz ich postaci na tle czarnéj góry! —Idą w mgle, jakby płynęły! — Po sprośnychDuchach, co wiążąc swe piekielne chóry,
Z łez méj boleści, szyderczemi śmiechy,Tryumfowały w urąganiach głośnych:Widząc ich, czuję jak promień pociechy! —Któż wié, czy nawet — o com razy tyleBłagał za światem: — czy nie niosą możeWyroku łaski, zwłoki — choć na chwilę —Na chwilę skruchy i żalu? — O! Boże!To Anah!