Poemata — całość
Traducido del inglés por zbiorowy
Nie w onych strefach, które-m przewędrował,Choć piękność długo znano tam jedynie,Nie w snach, gdzie często przede mną się snowałUrok obrazów, który — ze snem ginie,W prawdy-m cię ujrzał czy rojeń godzinie:Płonnym téż trudem moja chęć się zowie,Skreślić blask zmienny, co z twych kształtów płynie —Kto ciebie widział, cóż się z słów mych dowie,A tym, co nie widzieli, czyż twój czar wysłowię?
Obyś została, czém jesteś, do końca,Spełniając wiosny swojéj przyrzeczenia:Piękna na ciele, w sercu swem gorąca,Obraz Miłości, choć bez uskrzydlenia,Czystsza, niż wszelkie nadziei marzenia!A ta, co kwiat twéj młodości swą własnąHoduje ręką, będzie, bezwątpienia,Widziała w tobie lat swych tęczę jasną,Przy któréj blaskach świętych wszystkie troski gasną!
O młoda Peri Zachodu! Jak błogo,Że dwakroć liczę tyle lat, co twoje:Oczy, miłością nie wzruszone, mogąSpokojnie patrzéć w twych powabów zdroje:Przekwitu twego ujrzéć się nie boję,A że się wszystkie młode serca krwawią,Téj doli serce już nie zazna moje,Jaką śród godzin najgorętszych sprawiąTwe oczy tym, co dla nich z podziwem się stawią.
Ten wzrok twój dziki, jak go ma gazela,To śmiało lśniący, to cudnie trwożliwy,Albo zwycięża, albo onieśmiela:Pieśń tę niech jego blask przeniknie żywy!O jakże byłby duch mój nieszczęśliwy,Gdyby-ć chciał więcej być niż przyjacielem:Niechaj cię tylko nie ogarną dziwy,Że tobie składam pieśń z takiém weselem,Lecz w wieńcu tym bądź lilji niezrównanej zielem.
Tak w strofy moje twe się imię wprzędzie.Blaskiem ócz Janthy „Harold“ ten był zlany,Zanim zajrzeli doń łagodni sędzię:Blask ten ostatni ma być zapomniany!...Po długich latach ten hołd ci oddany,Oby przyciągnął twe urocze dłonieDo mojéj lutni, w cześć twą rozśpiewanéj —Takiéj pamięci żądzą pierś ma płonie:Choć jest to nad nadzieje, przyjaźnią się bronię!...
Muzo, co z nieba, jak Grecy mniemali,Wzięłaś swą postać lub téż z tchnień pieśniarzy:Brzęk lir dzisiejszyzh gdy cię wstydem pali,Spłaszać cię z gór twych moja się nie waży,Choć i ja-m w Delfach u pustych ołtarzyI u twych źródlisk wzdychał, pełnych chwały,Gdzie wszystko zmilkło, tylko strumyk gwarzy...Jednak dziewięciu onych hymn mój małyNie zbudzi, by na skromną pieśń tę wzgląd swój zlały.
Żył ongi pewien młodzian w Albionie,Któremu rozkosz z cnót nie biła szczera;Dzień po dniu w samych bezeceństwach tonieI Nocy uszy drzemiące rozdziera;Bezwstydna iście była zeń kozera,Do biesiad tylko i żartów bezbożnych...Niczemu w świecie serca nie otwiera,Prócz dla urwiszów i dziewek nałożnych,Hulaszczych wyuzdańców, tak nizkich, jak możnych.
Czajld Harold zwał się: ale skąd miał imięI jakich przodków, tego nie wyjawię;Dosyć, że niegdyś w czczym nie żyli dymie,A raczéj może w głośnéj nawet sławie.Lecz to, co ongi było świętém prawie,W kał snać wieczysty jeden nicpoń strąca;Herbowe godła w trumiennéj kurzawie,Kwiecista proza, pieśń miodem płynącaNie zbielą czarnéj zbrodni, by była świecąca.
Czajld się wczasował w południa godzinie,Jak wiele innych much się w słońcu grzeje,I ani myślał, że nim dzień mu spłynie,Przeszywającym mrozem wiatr zawieje...Nim jednę trzecią przeszły dnia koleje,Zło téż go tknęło kły najstraszliwszemi:Pełnia przesytu wokół niego zieje!I wnet mu obmierzł pobyt w własnéj ziemi,Gdzie ciaśniej mu, niż między ściany pustelnemi.
Śród labiryntu grzechów on wędrował,Nie znał pokuty, nabroiwszy siła:Do wielu wzdychał, acz jednę miłował,Ale ta jedna nie dla niego była.Szczęśliwa ona! Jakżeżby zbrudziłaCześć swą w całunkach, szczodrych lada komu!Onby się od niéj rwał, gdzie rozkosz zgniła,Grosz-by jej strwonił na opłatę sromuI ciszy i spokoju nie zapragnął w domu.
Lecz dziś Czajld Harold w sercu ból miał wielki;Chciał bachanalij rzucić towarzysze;Pono łez nawet chciały ciec kropelki,Lecz zmarzły w oczach, służąc jego pysze.Samotny, duszę w smutnych snach kołysze;I postanowił kraj rodzinny rzucić,Iść, gdzie zamorski klimat żarem dysze;Chciał, syt rozkoszy, ku bolom się zwrócić,Iść w piekło, byle tylko jednostajność skłócić.
Czajld żegnał gniazdo dziada i pradziada.Wielkie to było, poważne zamczysko;Stare, a jednak w gruz się nie rozpada,Filarów zewsząd wspiera je kolisko.Klasztor! lecz dzisiaj jakże upadł nizko!Tu, gdzie zabobon ongi sidłał ludzi,Pafijskie dziewki wszczynają igrzysko;Mnichby pomyślał, że ich czas się budzi,Jeżeli tych świętoszków dawna baśń nie łudzi.
Lecz w najweselszéj nieraz krotochwiliCień jakiś mignął na Harolda czole,Wspomnienie krzywdy, którą go zranili,Lub oszukanéj namiętności bole.Nie badał tego nikt w przyjaciół kole,Bo w nim nie było téj duszy prostaczéj,Co, gdy się zwierzy, dźwiga lżej swą dolę;U druhów rady zasięgnąć nie raczyNi szukać ukojenia w największéj rozpaczy.
Nikt go nie kochał, choć w komnaty swojeŚciągał birbantów z blizka i daleka;Znał te pochlebców ucztujących roje,Trutni, co żyją, bo biesiada czeka!I z serc kochanek miłość nań nie ścieka:Przepych i władza to cel kobiet słodki.Mając te strzały, Eros nie narzeka;Jak ćmy, tak dziewki schwycisz na błyskotkiI Mamon tam zwycięży, gdzie Seraf za wiotki.
Miał Harold matkę — nie zapomniał o niéj,Chociaż unikał z matką pożegnania;I siostrę kochał, lecz i od niéj stroni,Gdy go wędrówka z domu precz wygania,I przyjacioły pożegnać się wzbrania;Nie myślcie jednak, że miał serce z stali:Wszakże wy wiecie, wy, coście kochaniaGodne przedmioty kiedybądź żegnali,Jak ranę niezaschniętą ta rozłąka pali.
Dom, kraj, dobytki, dziedzictwo ojczyste,Wesołe damy, z których rozkosz spływa,Ich oczy, włosy, ich dłonie śnieżyste,(Że jasność mnicha gaśnie świątobliwa) —To, czém się żądza nasycała żywa,Czasze, gdzie wino pian nie kończy toczyć,Wszystko, co tylko do rozpusty wzywa,Rzucał bez żalu, aby morza zoczyćI przeciąć brzeg Paynimski i równik przekroczyć.
Żagle się wzdęły i wiatry powiały,Jakgdyby rade, że rzucał swe łany;Prędko z przed źrenic białe znikły skałyI już przepadły śród falistej piany.A on — być może — skruchą był porwany,Gdy już nadbrzeżne z oczu stracił piargi,Lecz śpiącéj w sercu nie obudzał ranyI ni westchnienia nie puścił przez wargi,Niemęskie na wiatr inni gdy rzucali skargi.
Lecz kiedy w morzu zgasły słońca łuny,Pochwyci harfę, którą się nie puszy —Bo nieuczenie uderza w jéj struny,Jeżeli obce nie słuchają uszy —I dzisiaj po nich palcami poruszyI pożegnanie pośle w przestrzeń zmroku.Skrzydlaty okręt mknie śród morskiéj głuszyI mgławe brzegi zginęły już oku,A on „dobranoc“ słał im w takich słów potoku:
O kraju mój, ach! żegnam cię!Giniesz już w głębiach wód,Wały się rwą, wiatr nocny dmieI mew zawodzi ród.Ostatni blask słoneczny drgaŚród fal — my śpieszym tam!Dobranoc ci, ojczyzno ma,O słońce, żegnaj nam!
Niedługo znów, podniósłszy skroń,Dasz ranu ogień zórz,Znów ujrzę strop i morza toń,Kraju nie ujrzę już!Opuszczon mój poczciwy dwór,Kominek godzien łez,Splot dzikich ziół owija mur,U wrót mój wyje pies.
Chodź, paziu mój, chodź, boleść stłum!Na co ten płacz i żal?Przeraża cię tych wichrów szum,Czy walka grzmiących fal?Spędź kroplę łzy, bo cóż się bać,Wszak silny okręt masz,A tak, jak on, nie leci snaćNajszybszy sokół nasz!
„Niech wicher dmie! niech fale drżą,Spokojny-m, jako żyw!Lecz niechaj cię nad troską mą,Czajldzie, nie bierze dziw.Drogiego ja rodzica dach,Mateńki-m rzucił próg:Z przyjaciół to jedyni, ach!Prócz nich ty — tu! tam — Bóg!
„Gdy ojciec rzekł: o bądź mi zdrów,Bez łzawych żegnał skarg,Lecz matce méj, nim wrócę znów,Żale nie zejdą z warg“.— Dość, chłopcze mój, o dość już, dość!Przystoi ci ta łza!I w oczach mych ten drżałby gość,Lecz gdzież niewinność ma?!
O chodź że chodź, ty giermku mój,Czemu pobladłeś tak?Przeraża cię francuski zbój,Czy straszy morza szlak?„Mam dosyć sił, chcięj wierzyć, chciéj,O życie nie dbam nic;Myślałem tu o żonie méjI zbladł rumieniec lic.
„Żona i syn mieszkają, wiesz,Gdzie twoich jezior brzeg,Gdy ojca on zawoła też,Cóżbyś w jéj miejscu rzekł?“— Dość, giermku, dość! twych smutków grotNiezaprzeczalna rzecz,Ja za to mam snać lżejszy lot,Z śmiechem uciekam precz!
Któż wierzyłby w udany bólKochanek albo żon?Wnet zetrze im serc nowy królIch łzy, rozłąki plon.Nie uciech żal, co przeszły już!Czém niebezpieczeństw gry?Największa z trosk: cóż rzucam, cóż,Godne choć jednéj łzy?
Na świecie dziś sam jestem, sam,Śród tych bezmiernych fal:Cóż żalić się po innych mam,Gdy po mnie zginął żal?Może mój pies nie przestał wyć,Lecz, z obcych jedząc mis,Gdy wrócę znów, by w domu żyć,I on mnie będzie gryzł!
Okręcie mój! mknę z tobą gdzieśŚród tych szumiąch pian!Nie troszczę się: gdzie chcesz, tam nieś,Prócz — na ojczysty łan.O witaj mi, ty ciemnio wód!A gdy mi znikniesz znów,Powitam wnet czar pustyń, grót —Ty kraju mój, bądź zdrów!...
I okręt pędzi i ląd już zaginął,Sen wód biskajskich spłasza wiatr surowy.Cztery dni przeszły, lecz gdy piąty spłynął,Pierś się raduje: brzeg odkryto nowy!I góry Cyntry podnoszą swe głowyI Tag ku morzu bystre fale toczy,Niosąc swój złoty haracz legendowy:Na pokład sternik luzytański skoczyI skręci, gdzie brzeg żyzny, a lud nie roboczy.
Boską to, Chryste, widziéć jest zapłatą,Co nieba dały téj przepysznéj ziemi,Jak wszędzie owoc krasną płonie szatą,Jak rajski widok pod wzgórzami temi!Lecz człek to niszczy dłońmi bezbożnemi;O! gdy Wszechmocny bicz swój na tych wzniesie,Co jego prawa depcą stopy złemi,Potrójna zemsta wymiecie to biesie,Szarańcze, wraże plemię, co Gallami zwie się.
Naprzód Lizbona roztacza swe wdzięki!W téj saméj dumnéj fali się przebija,W którą żwir złoty suł się z wieszczów ręki!Tysiąc okrętów tu się dzisiaj mija,Albion bowiem Luzytanom sprzyjaI z swą potężną pomocą im śpieszy:I lud ten, pyszna, głupia, dzika żmija,Liże i kąsa dłoń, co mu z pieleszyWypędza tyrańskiego władcę gallskiéj rzeszy.
Ale, gdy wejdziesz w gród, co zdala błyszczy,Jak gród niebiański, twój się zachwyt skazi,Gdy mu się przyjrzysz, żal twą radość zniszczy;Oko przybysza każda rzecz tu razi:Pałac i chata jak skąpane w mazi;W brudzie mieszkańcy przychodzą na ziemię,W brudnéj koszuli, w brudnéj sukni łaziMożnych i biednych nieczesane plemię,Nieczyste, jakby nosząc plag egipskich brzemię.
Służalcy! w takim urodzeni kraju!Komuż, Przyrodo, zbiór twych cudów służy!Tam Cyntra w rajskim rozsiadła się gaju —Śród labiryntu parowów i wzgórzy.Pędzel i pióro tego nie powtórzyAni w połowie, co ludzką źrenicęŚród tych widoków oślepia i durzy,Nie wypowiedzą i bardów gęślice,Choć światu otwierają edeńskie bramice.
W wieńcu klasztornych ruin stroma skała,Spad urwisk, drzewem korkowém obszyty;Pościel mchów górskich od żarów zczerniała,Jar, gdzie bez słońca płacze krzew w błękity,Lazur głębiny, fałdami nie krytéj,Złotem pomarańcz lśniący liść zielony,Potok, co w przepaść mknie, rzucając szczyty,Winograd w górze, dołem wierzb korony —To czarów wielkich obraz urozmaicony.
W górę tą krętą ścieżką ponieś kroki,Wstecz nieraz patrząc, jaką szedłeś drogą:Z wyniosłéj skały śliczne znów widoki!A przy „Bolesnéj Matce“ sfolguj nogom:Mnich ci relikwię pokaże ubogą,Powie niejednę z legend téj pustyni;Zły człek tu nieraz poniósł karę srogą,Honorjusz ongi w téj ciemnéj jaskini,Na niebo chcąc zasłużyć, z ziemi piekło czyni.
Stąd téż, wskoczywszy na wierzchołki strome,Ujrzysz moc krzyży, z gruba obrobionych;Nie pobożności znaki to widome,Lecz słabe świadki mordów tu spełnionych;Bo ile razy śród jęków tłumionychKrew ofiar ciekła na zabójców noże,Ktoś krzyż postawił z kołów nierzeźbionych;W tysiącach odtąd sterczą męki-bożeW téj ziemi krwi, gdzie prawo bronić cię nie może.
Na stokach wzgórzy i tam dołem leżąZamki, królewskie przed laty schroniska,Dziś tam swe wonie dzikie zioła szerząI przepych resztki swych promieni ciska;Pałac następcy za basztami błyska,I ty, Wateku, Anglji najbogatszySynu, rajskiegoś pragnął tu gnieździska,A że im większy zbytek, tém jest rzadszyNasz spokój, na to duch twój — tak było — nie patrzy.
Tutaj mieszkałeś, snując uciech plany,Tu, gdzie ta góra wznosi cudne skronie;Dziś, na zagładę snać klątwą skazany,Tak jak ty, gmach ten w samotności tonie;Trudno się przedrzéć w chwastów milijonieW puste komnaty, rozwarte portale —Nowa stąd pewność jest w myślącém łonie,Jak ziemska rozkosz nie jest trwała wcale,Jak wnet ją zabijają groźne czasu fale!
Patrz! w tym pałacu radzili wodzowie,Gmach ten jak wstrętny brytyjskiemu oku!Siedział tam, w czapce błazeńskiéj na głowie,Niedobry czarcik, szydzący co kroku,W płaszcz z pergaminów ubrany: z pod bokuWisi mu pieczęć, w ręku czarne zwoje,Znane w rycerskim, sławy pełnym tłoku;Zdobią je herby i podpisów roje —Mrąc z śmiechu, czarcik na nie kładzie palce swoje.
Konwencją było to czarcie złowieszcze,Co u Marjalwy słało wodzów w żaki,Mózg im wyjęło — jeśli mieli jeszcze,A radość ludu w żal zmieniło taki!Głupstwo z głów zdarło zwycięstwa szyszaki,Chytrość odbiła tu oręża klęski,A wodzom znikły wawrzynowe szlaki;Nie padłym biada, lecz zgrai zwycięskiéj,Gdy tryumf w Luzytanji okrył wstyd niemęski!
I od godziny tych wojennych narad,Gdy wspomniéć Cyntrę, Anglja blednieje,A tych, co dzierżą rządzenia aparat,Wstyd, gdy go mają, nieraz ogniem zleje.A jakżéż akt ten nazwą przyszłe dzieje?!Nasi i obcy czyliż nie poszydzą,Jak się z tych mężnych własna sława śmieje,Jak ponad sobą zwyciężonych widzą —Wskazując to, dni przyszłe tego-ż nie zohydzą?
Tak dumał Harold, kiedy po zwyczajuWśród tych gór cudnych błąkał się samotny;Lecz wnet z tych czarów rwał się do wyraju,Niespokojniejszy od jaskółki lotnéj,Chociaż wnikania w wnętrze częstokrotnyMiewał tu popęd, choć rozwaga rzekłaNieraz swe słowo, ażeby ochotnyWzgardził młodością, co mu w głupstwach ściekła;Ta prawda nieraz oko smutkiem mu powlekła.
Na koń! na koń! na zawsze już porzucaObraz spokoju, choć tak duszę nęci!Do lotu z snów się leniwych ocuca,Lecz mu nie dziewka, nie puhar w pamięci.Precz stąd ucieknie, ale dokąd skręciTor swéj pielgrzymki, gdzie znajdzie wytchnienie?Zanim nasyci wędrowania chęci,Niejedna przemknie scena się po scenie —Nim serce się ukoi, przyjdzie doświadczenie.
Lecz i do Mafry zajrzéć trza po drodze,Gdzie byt z królowych najbiedniejsza wiodła;Dwór tu i kościół dzierżyły swe wodzeA msze i uczty zmieniały swe godła;Mnichy z panięty — szajka, mniemam, podła,Tum babilońska ścierka tutaj wzniosła,A przepych jego tak ciebie osiodła,Że krwi zapomnisz, co tu w rzekę rosła,Zmieniony w pokornego kłamnych zbytków posła.
Przez żyzne łany, romantyczne wzgórza(O! gdyby wolny dzierżył lud te błonie!)Gdzie oko, patrząc, w radości się nurza,W niejedno rajskie zaszedł Czajld ustronie.Leniuch szaleństwem nazwie te pogonie,Zdziwion, iż można miękkie rzucać leżeDla dróg skalistych! — Jakie tutaj wonie!W górskiém powietrzu jakie życie świeże!Rozkoszy stąd opasła Wygoda nie zbierze.
Już pasmo wzgórzy ciemnieje i znika,A mniéj bogata wije się równina,Ogrom jéj płachty horyzont zamyka;Tam ledwie oko dostrzegać zaczyna —Już się hiszpańska odsłania kraina,Wełna jéj owiec głośna śród kramarzy;Po oręż dziś się każdy pasterz zgina,Bo dziś Hiszpanję zalał najazd wraży,Pod bronią więc, kto jarzma dźwigać się nie waży.
Gdzie się z swą siostrą Luzytanja schodzi,Jakiéż granice dzielą dwa narody?Czy rej tu zawiść ich królowych wodzi?Czy Tag tu rzucił między nie swe wody,Lub ciemna Sierra skamieniałe lody?Czy, jak ów chiński mur, olbrzymie wały?Nie wał, nie wód to głębokie przegrody,Nie cyple ciemnych gór, nie groźne skały,Jak te, co od Hiszpanów Gallją odkrajały.
Jakiś srebrzysty tutaj strumień bieży,Ruczaj, zaledwie że znany z imienia,Pośród dwóch królestw zielonych wybrzeży.Pasterz, co tu się na kiju rozlenia,W toń kędzierzawą rzuca mdłe spojrzenia,Cicho dzielącą wrogów tłum zażarty;Wieśniak tu dumny jak grand z urodzenia,A z sług najniższy wie, ile jest wartyNad honor, luzytańskim służalcom wydarty.
Lecz gdyś w bród przeszedł kordon mało znany,Przed tobą ciemna Gwadyana ścieleSwe dzikie, szumne, ponure bałwany,Które tak sławią prastare rondele.Tu parł ku brzegom na swych hufców czeleMaur i Krzyżowiec, lśniący zbroją litą;Tu stawał pościg lub padał w topiele,Tu krwawą falę, wojskami nabitą,Paynimski mącił turban z chrześcijańską kitą.
Piękna Hiszpanjo! kraju romantyczny!Gdzież jest Pelaga sztandar, gdy przed wiekiÓw ojciec Kawy nawiódł tłum przeliczny,Który krwią gocką zczernił górskie rzeki?!Gdzież te proporce, co ongi w dalekiéjSzumiały chwili nad głową twych dzieci,Gdy wróg był wygnan w afrykańskie spieki;Krzyż się zaiskrzył, lecz księżyc nie świeci,Bo jęk mauryckich matek głośném echem leci.
Nie brzmią-ż te sławne w każdéj pieśni dzieje?Ach! bohaterów w tém największe losy:Gdy głaz się kruszy, gdy księga butwieje,Czyn ich ma w pieśni gminnéj swe odgłosy.Pycho! spójrz w siebie, górne rzuć niebiosy,Patrz, jak potęgę jeden dźwięk zamyka,Na cóż ci statuy, kolumny, ksiąg stosy?Uciec się musisz do podań języka,Pochlebca gdy cię zdradzi, pominie kronika!
Synu Hiszpanji, zbudź się! wstań, kto żywy!Dawne bożyszcze, rycerskość cię woła,Lecz w ręku nie ma włóczni, krwi żądliwéj,Nie strząsa kitą czerwoną u czoła —Z dymem strzelb leci — ktéż ją wstrzymać zdoła?I rur armatnich grzmotem bije w górę:Zbudźcie się! wstańcie! brzmi jéj głos dokoła;Byłbyż on słabszy, niż te pieśni, któreNa brzegach Andaluzji lały krwi purpurę?
Czyż kopyt groźnéj nie słyszycie nuty?Nie dolatują-ż do was bitew szczęki?Tam miecz się dymi, na wasz kark ukuty,Braci, nim padnie od tyrańskiéj ręki,Nie wybawicież? Śmierć płomienne pęki —Kule swe rzuca, a każda zwiastuje:Tysiąc ostatnie już wydało jęki!Śmierć na siarczanym syrokku cwałuje,Bój tupnął i świat cały uderzenie czuje.
Patrzcie! na górze potwór tam olbrzymiKrwawy włos kąpie w skier słonecznych fali,Dłoń groty śmierci płonie ognistymi,A oko wszystko, na co spojrzy, pali:Rzuca niém ciągle i z blizka i w daliOgnie błyskawic! A przed stóp żelazemKlęcząc, Zniszczenie pisze, co zyskali:Dziś rano wielkie trzy narody razemNajlepszą krew wyleją przed jego obrazem.
Co to za widok — nieba! patrzeć sobie(Jeśli tam nie masz druha albo brata),W jakiéj zawistne szarfy lśnią ozdobie,Jak się blask zbroic z dnia jasnością splata,Jak psiarnia wojny zrywa się do kata,Jak, wyjąc, kły swe szczerzy do zdobyczy!Lecz jaka będzie szałów tych zapłata?Czarnéj mogile lwia się część użyczy,Z radości Spustoszenie tłum swój ledwie zliczy.
Trzy wojska śpieszą złożyć swe ofiary,W trzech się językach dziwne pną błagania,Trzy w zblakłém niebie topią się sztandary,Ich hasła: Francja, Albjon i Hiszpanja!Wróg i ofiara — każde tego zdania,Że walkę toczy za wszystkich! Daremnie!Jakby nie mogli w domu miéć konania,Pod Talawerą paść chcą kruków ciemnie,Użyźnić grunt, ich chciwość łechcący przyjemnie.
Zgniją! ambicji głupcy honorowi!Honor nad niemi darnią wzrastać będzie!Czcze mędrkowanie! kruchém tyranowiByli narzędziem, on rzucił narzędzie,Gdy swoję drogę wybił w dzikim pędzieSercmi ludzkiemi — dla tych snów, co gasną!Bo czyż despota wieczny tron zasiędzie?Czyż choć garść ziemi nazwie swoją własną,Prócz téj, gdzie kości jego na proch się roztrząsną?!
O Albuero! sławne bolu smugi!Gdy Czajld tu spinał konia w swéj podróży,Mógłże przewidzieć, że w chwili niedługiéjPycha walczących łan twój w krwi zanurzy?!Pokój poległym! niech ich cześć przedłużyW dal łza tryumfu i towarzysz boju!Dopóki innych inny wódz nie zdurzy,Imię twe, głośne śród ciekawych roju,W przelotnéj, lichéj pieśni nie zazna spokoju.
Lecz dość już wojny kochanków! Niech wiodąGrę swą o życie, tracą dech dla sławy!Sława ich kościom odda-ż siłę młodą,Choć dla jednego padnie tysiąc krwawy?!...Lecz nie wstrzymujmy szlachetnéj wyprawy,Tych, co ojczyźnie śmierć swą niosą w darze!Dla żywych były może hańb obawy,Może w domowym zginęliby swarzeLub szli rozboju torem, najniżsi zbrodniarze.
Szybko samotną drogą Harold zwrócił,Gdzie radość wolną ogarnia Sevillę,I na tę zdobycz żądzę zbój zarzucił!Płomienną stopą wkroczy w nią za chwilęI białe gmachy skąpie w czarnym pyle!Los niewstrzymany! bo próżna robotaIść przeciw głodnéj spustoszenia sile;Stałyby Tyru i Iljonu wrotaI zbój nie byłby panem, lecz zwycięscą cnota.
Lecz nieświadomy losu, co go czeka,Kto żyw tu śpiewa, tańczy i ucztuje;W przedziwnych pląsach leci czasu rzeka,I nikt ojczyzny krwawych ran nie czuje;Nie surma wojny, miłość dźwięki snuje,Błazeństwo zgina swych kapłanów szyje,Do nowych harców rozpusta zwołujeStołecznych zbrodni cichą kompaniję,U chwiejnych murów słodki występek się wije.
Inaczéj wieśniak... Obok drżącéj żonyCiężkiego oka podnieść nie ma siły,Aby nie ujrzéć winnicy spalonéj,Niw, które dymy wojenne pokryły!Z wieczorną gwiazdą i fandango miłyJuż nie wiruje z kastanietem w dłoni.Poznawszy, władco, czar, przez ciebie zgniły,Nie dręczyłbyś się za chwałą w pogoni,Zmilkłby bęben, człek spokój miałby dla swéj skroni.
Jakąż pieśń dzisiaj mulnik ma zanucić?Wysławiać miłość, rycerskość i Boga,Jak ongi czynił, by wędrówkę skrócić,A dźwiękiem dzwonków rozbrzmiewała droga?„Viva el Rey“ dziś śpiewa, wraz złowrogaSypie się klątwa: „Niech Godoy przepadaI dudek Karol i chwila, w ból mnoga,Gdy z czarnookim królowa zasiada,A z grzesznych wstaje objęć krwawolica zdrada!“
Tam! w téj dolinie, wieńcem skał owitéj,Gdzie zamki Maurów walą się w ruinę,Łan, jak szeroki, kopytami zrytyA i murawy od pożogi sine:To w Andaluzji wróg miał swą gościnę!Tu stały wojska, tam obóz, ogniska!Tu na rój smoków szło chłopstwo jedyne!...Na zdobywane, tracone urwiskaWskazuje wieśniak okiem, które dumą błyska.
Ktokolwiek tylko drogę ci zabieży,Nosi u czapki czerwoną kokardę —Znak, kogo mijać lub witać należy;A kto téj barwie wierności pogardęŚmiałby nieść, losy czekają go twarde:Ostrym tu nożom nie trzeba podniety!Pożałowałyby i Galle harde,Gdyby chowane pod płaszczem sztyletyDym armat mogły rozwiać i stępić bagnety.
Ciemnéj Moreny każdy skręt wysokoSpiżowych armat ciężkie dźwiga lady,I jak śmiertelne sięgnąć może oko,Wszędzie haubice, przekopy i zdrady,Głębokie fosy, ostre palisady,Oddziały wojska, straże czuwające,W skałach wykute prowiantów składy,Siodłane konie pod strzechami rżąceI kule w piramidach i lonty płonące.
Wróżby dni przyszłych! Lecz ten, co w czeluścieStrącił despotów mniejszego gatunku,Spoczywa chwilę, nim znów bicz rozpuści.Ale niebawem w twoich gór kierunkuHuf jego w grozy zjawi się rynsztunku:Zgnieść musi zachód ten świata bicz boży!Smutnym, Hiszpanjo! twój dzień obrachunku,Gdy sęp gallijski swe skrzydła rozłoży,Gdy dziećmi twemi Hadu zastępy pomnoży.
Czyż muszą zginąć ci waleczni, młodzi,Na to, by pycha porosła, wybrani?Nic już od jarzma grobu nie przegrodzi?Wzrostu łupiestwa od śmierci Hiszpanji?Czyż Wszechmoc pragnie, by mieć dziękę dla niéjZa jéj wyroki, a próśb nie wysłucha?Na nic tu rozpacz i szał, który w daniNiosą ojczyźnie? padnie-ż od obuchaUm starców, żar młodości, hart męskiego ducha?
Na to Dziewica hiszpańska stanęłaI zawiesiwszy na wierzbie gitarę,Ślub, na przekorę płci, z orężem wzięłaI w głośną boju szła zadąć fanfarę?Ona, co w zbladłą zmieniała się maręNa widok szramki, na puszczyka głosy,Dzisiaj bagnetów znosi błyski jareI brnąc Minerwy stopą w krwawe rosy,Gdzie Mars-by się zawahał, depce trupów stosy.
Ty, co to słysząc, podziwiasz dziewicę,Obyś był znał ją w chwili mniéj surowéj!...Te nad noc węgla czarniejsze źrenice!Ta dźwięczna lekkość jéj dwornéj wymowy!Ten włos, z malarza drwiący, wokół głowy!Ta wiotkość kształtów więcéj, niż kobieca!...Ani byś myślał, że ten szał bojowyOna uśmiechem Gorgony roznieca,Że wiedzie Saragossę, gdzie Chwała przyświeca!
Pada kochanek — jéj się łza nie ima;Ginie dowódca — ona już na czele;Pierzchają druhy — ona tchórzy wstrzyma;Wróg tył podaje — ona trupy ściele:Cieniom kochanka któż takie wesele,Któż taką zemstę ległym wodzom sprawi?Któraż dziewica wskrzesi tę w popieleNadzieję mężów? któraż się postawiI wroga tak u murów rozwalonych zdławi?!
Ale Hiszpanki nie z Amazon rodu,Raczéj stworzone do wszelkiéj pieszczoty,Choć zbrojne stają z braćmi do zawodu,Choć ich wojenne nie straszą obroty,Coś w nich z gołębic zapalczywéj cnoty,Dziobiących rękę, co po samca sięga;Słodycz i stałość — oto ich przymioty,Nie ten mdły trajkot, co inne oprzęga;Tam serca szlachetniejsze, cóż wdzięków potęga?!
Dołek, miłości palcem wyciśnięty,Mówi, jak pulchna miękkość téj ich brody;Usta, gdzie całus gnieździ się zaklęty,Każą być mężnym, nim wysłużysz gody;Czar ócz jak dziki! Wdzięk policzków młodyDaremnie zwiać im chcą uściski Feba:Jeszcze im większe rozpalą urody!Któżby dam pragnął z pod Północy nieba,Jak mdłych, ospałych, wątłych — czyż to mówić trzeba?
W szranki, wy strefy, przez wieszczów sławione,W szranki, wy wszystkie haremy téj ziemi,Gdzie pieśnią wielbią dziś piękności one,Które i cynik uczci hołdy swemi;W szranki, hurysy, które przed drżącemiWiewy — bo miłość by zwiały — chowacie,Wiedźcie z Hiszpanki czarnoźrenicznemi:Tam raj waszego Proroka, tam macieTe jego czarnookie, anielskie postacie!
O ty Parnasie! patrzę dziś na ciebie!Nie snem się jawisz drzemiącemu oku,Ani na pieśni pejzażowem niebie,Lecz śnieg swój kąpiesz w ojczystym obłoku,W majestatycznym dzikich gór uroku!I cóż, że dzisiaj tak śpiewać próbuję?Najlichszy pielgrzym u twojego stokuEcha twe przelać w pieśń mą żądzę czuję,Choć żadna już z twych szczytów Muza nie zstępuje.
Często cię śniłem! Kto twego nazwiskaNie zna, ten nie zna, co niebo ogromne:Dzisiaj cię widzę, ach! i wstyd mnie ściska,Że mam dla ciebie słowa tak ułomne.Gdy twych pradawnych wielbicieli wspomnę,Paść tylko mogę na te głazów płyty;Głos mi zamiera, władze nieprzytomne,Patrząc w baldachim z obłoków uwity,Zapadam w cichą rozkosz, żem ujrzał twe szczyty!
Miałbym, szczęśliwszy, niż inni pieśniarze,Zmuszeni zdala stąd prowadzić życie,Patrzéć bez wzruszeń na święte pejzaże,Których wspomnienie już topi w zachwycie?Choć Apollina nie ma na tym szczycie,Choć Muz kolebkę grobem ich nazwali,Jakiś łagodny duch tu włada skrycie,Milczy w téj grocie, w tym wietrze się żaliI szklaną sunie stopą tam! po dźwięcznéj fali.
Lecz o tém późniéj. Niosąc hołd ci w dani,Na chwilę-m w pieśni mojéj zboczył z drogi,Wskroś zapomniawszy o kraju Hiszpanji,Jéj synach, córkach i jéj doli srogiéj;Nie bez łzy tutaj wstrzymałem swe nogi!Teraz do rzeczy — lecz nim stąd wyruszę,Daj jakiś złomek ku pamiątce błogiéj,Liść z kwiatu Dafny; tylko błagać muszę:Gdy żywię tę nadzieję, nie myśl, że się puszę...
O cudna Góro! ongi w Grecji wiośnie,Czyż cię świetniejsze okrążały chóry,I kiedy w Delfach kapłanka radośnieHymny pityjskie rzucała do góry,Widziano-ż wówczas taki obraz, któryGorętszą mógłby wzniecić pieśń miłości,Niż żądzą wrzące Andaluzji córy?Czemuż im zbrakło tych spokoju włości,Co w Grecji, choć w jéj gajach chwała już nie gości.
Piękną Sevilla i niech sławę szerzySwéj siły, bogactw i swych lat tysiąca,Lecz Kadyks, wzniesion u dalszych wybrzeży,W nutę mniéj szczytną, ale słodszą trąca.Jakżeż, Występku! droga twa łechcąca!Ktéż zniesie urok twojego oblicza,Gdy w nim młodzieńcza zawsze krew gorąca?Cherub i hydra jest w tobie! ZwodniczaTwa postać według gustu wszystkim się użycza.
Gdy czas zmógł Pafos — Czasie nieugięty,Królowę-ś świata złamał niezłamaną! —Stref równie ciepłych mkły szukać ponęty,I Wenus, wierna swym rodzinnym pianom,Zresztą nikomu, wnet tu zbudowanąŚwiątynią swoją biały gród obdarzy;Lecz tum niejeden służy jéj kapłanom,Nie! tysiąc tutaj wznosi się ołtarzy,Na których wieczny ogień jéj kultu się jarzy.
W noc od poranku i znów, aż poranekSpłonie, ujrzawszy głośne ucztowanie,Śpiew tu rozbrzmiewa, róż się sypie wianek.Subtelny dowcip snać tu nie przestanieTryskać wraz z żartem. Wieczne pożegnanieTrzeźwym zabawom, gdyś raz wszedł w te sidła.Szaleństw nie przerwie nawet panowanie(Miast pobożności) mniszego kadzidła:Z rozpustą na przemiany rwą się modlitw skrzydła.
Zbliżył się sabat, święty dzień spoczynku,Kraj chrześcijański jakżeż z nim się liczy?O! w uroczystym staje tu ordynku.Hej! hej! słuchajcie, jak pan lasów ryczy!Naokół bryzga krwią swoich zdobyczy —Konia i jeźdźca, rogami odpartych;Ciżba w dłoń klaszcze i o więcéj krzyczy,Śmiech grzmi na widok wnętrzności rozdartych,A groza i ócz kobiet nie zamknie otwartych.
Dzień to jest siódmy, weselny dzień ludu.Ty znasz, Londynie, ten dzień modłów święty,Gdy mieszczuch, uczeń, rzemieślnik — bez truduPuszcza zarobek, każdy wystrychnięty:Gdy kocze, bryczki i im równe sprzęty,Dryndy i wózki, po przedmieściach pędzą —Do Hampsted, Brentford, Harrow świerzbią pięty,Aż szkapsko ciągnąć przestanie: nad nędząŻartów sobie zazdrosne piechury nie szczędzą.
Ten na Tamizie z kochanką, ci ląduWolą się trzymać, bo „bezpieczniéj, bracie!“Ten ku Warowi, tamten do Ryczmondu,Ten znów się więcéj lubuje w Hajgacie.Cienie beockie! wy się mnie pytacie,Jaki w tém sens jest? To „Rogu“ czcicielePędzą „kapłance“ straszną w majestacieSkładać przysięgę — a potém wesele:Przysięgę zalewają, tańczą aż za wiele!
Wszędzie błazeństwa, lecz twym równe czyje,Kadyksie, w morzu kąpiący swe lice?Zegar gdy „dziewięć“ w południe wybije,Różaniec liczą twoje „zakonnice“,Najbardziéj trapią najświętszą Dziewicę(Ona tu pewnie dziewicą jedyną),By zmyła grzechy, liczne, jak w świątnicęTłumy śpieszące, potém swą godzinąDo cyrków starzy, młodzi, wielcy, mali płyną.
Otwarte szranki i plac już gotowy,Tysiączna ciżba zasiadła dokoła;Nim pierwsza trąbka zagrzmi ponad głowy,Spóźniony truteń próżno miejsca woła —Dony i grandy, a najwięcéj zgołaDam, co strzelają oczętami zdradnie,Lecz każda ć mnie zadanéj podoła,Od zimnéj wzgardy nikt tutaj nie padnie,Jak wieszcze księżycowi, gdy im miłość zbladnie.
Umilkła wrzawa — na rumakach dzielnychCzteréj jeźdźcowie z włócznią, z piórem białem,Z złotą ostrogą do bojów śmiertelnychStaną, przed mnóstwem skłoniwszy się całem.Bogaty płaszcz ich, koń dyszy zapałem:Kto na się w grze téj nie sprowadzi cienia,Wynagrodzeniem dla niego wspaniałemOklaski tłumu i kobiet spojrzenia:I król i wódz swe czyny za te dary mienia!
W kosztownéj sukni, w przepysznéj mantyli,Lecz pieszo, zwinny matador wypadaW środek areny, żądny owéj chwili,Gdy spotka pana ryczącego stada.Lecz wprzód ostrożnie miejsce wokół zbada,Czy nie dostrzeże jakich przeszkód znaku.Za broń ma włócznię, którą tyle włada,Ile człek może, gdy nie na rumaku,Co nieraz zań się wali śród krwawego szlaku.
W róg uderzono po trzykroć! znak dany!Wrota otwarte i ciekawość oczyWodzi milczące po ciżbie napchanéj,A wtém, smagnięty biczem, zwierz wyskoczyI, patrząc dziko, kopyta zatoczyW piasek, lecz ślepo nie wpadnie na wroga,Groźną się skronią na wsze strony boczy,Bije ogonem — jaka wściekłość sroga! —A z ślepi sypie mu się krwawych skier pożoga.
Naraz jak wryty.... z okiem w słup... Na stronę!Przygotuj włócznię, zuchwały młodzianie!Nadszedł twéj koniec, lub zwierzę szalonePowstrzymaj sztuką — oto twe zadanie!Wczas jeźdźcy czynią zwrot na krwawym łanie;Byk znów się zerwie — lecz z jakim wynikiem!Z boku krew tryska — rana tu przy ranie!Ucieka, gnie się — bóle szarpią bykiem:Włócznia bije za włócznią, zwierz się skarży rykiem.
Wraca się znowu!... Nic tu grot i dzida,Nic z udręczenia rozhukane konie!Siła i oręż na nic się nie przyda,Choć wytężone siły tu i bronie.Koń jeden — trupem zmiażdżonym na stronie,Drugi rozdartą — zgrozo! — piersią rzęży:Gaśnie dech życia w zakrwawionym łonie,On ciało skłute, chwiejąc się, wytęży:By unieść swego pana, tak się w górę pręży.
Zwyciężon, we krwi, bez tchu, oszalały,Byk w samym środku stanie znów, jak wryty,Mając ran pełno, gotów, dzid kawały,Wśród osłabionéj w boju wrogów świty.Wtém matadorzy czerwony, rozwityPłaszcz mu pokażą i miecz niecierpliwy,I zwierz, jak piorun skoczy w tłum ich zbity —Darmo!... płaszcz z ręki wymknął się zdradliwyI oczy skrył... byk w piasku... i skończone dziwy...
Tam, gdzie potężny kark dotyka krzyży,Strasznego miecza rękojeść wyziera;Byk stanie, zadrgnie, lecz grzbietu nie zniży.Okrzyk tryumfu wokół cyrk rozpiera:Zwierz pada zwolna, bez jęku umiera...I wóz nadjechał, przybran w krasy szumne,A na nim cielsko — zgrai radość szczera —Spoczęło w górze; cztery konie dumnePognały z czarną masą między roje tłumne.
Hiszpańskie dziewki, hiszpańskie młodzieńceTaki rozpala ciągle sport katowski,Serca krwią karmiąc, zmienia w zemsty jeńce,Zimno patrzące na bliźniego troski.Prywatne swary w krwi nurzają wioski!Na wroga lud dziś popłynął obficie,Lecz ilu siedzi w zagrodzie ojcowskiéj,Na przyjaciela snując plany skrycie:Dla błahéj gdzieś urazy w krwi ma zginąć życie!
Lecz zazdrość znikła... jéj rygle, wrzeciądze,Mądre duenny, posiwiałe straże —To, przeciw czemu żywim buntu żądzę,Czém ongi starzec czci swéj bronić każe,W zmrok padło z wieki minionemi w parze.Dziś, jak po łąkach swobodna Hiszpanka(Nim wojna przyszła w wulkanicznym żarze),Któraż, włos splótłszy, zatańczy ziemiankaW obliczu króla nocy i nocy kochanka?
Czajld kochał nieraz lub marzył, że kocha —Bo czem są takie zachwyty? czcze mary! —Lecz dziś pierś jego już nie wzbiera płocha;Dziś on z letejskiéj jeszcze nie pił czary,A niezbyt dawno nauczył się wiary,ZeŻe u miłości najwdzięczniejsze — skrzydła;Choć tak łagodne i piękne jéj żary,Z źródła jéj uciech, gdy cię schwyci w sidła,Na kwiaty twoje tryska trucizna obrzydła.
Lecz nie był ślepym na kształtów uroczyWdzięk, choć go tylko, jak mędrca, wzruszały,Nie, aby mądrość dziewicze swe oczyZwróciła k’niemu; nie! namiętne szałyZawsze się same w ciszę zapędzały,A grzech, co grób swój kopie dłonią skrzętną,Nadziei jego tłum pogrzebał cały:Ofiary uciech! Przesyt ręką wstrętnąNa bladem czole wyrył Kaina mu piętno.
Tłumem nie gardził, acz się doń nie mieszał;Z mizantropami on się nie zespoli —Tańcem i śpiewem radby się pocieszał,Lecz można-ż śmiać się pod ciężarem doli?Nic mu nie mogło rozwiać melancholji...Lecz dziś zapragnął zwalczyć moc szatana,I raz u pewnéj pięknéj, mimowoliPieśń mu wytrysła nieprzygotowanaDo takiéj, jaka ongi była mu wybrana:
Do troski méj ty nie śmiej się,Wszak już uśmiechu niéma we mnie,A niechaj nieba bronią cię,Abyś się miała śmiać daremnie.
Jakie tajemne bóle żrąRadości me i młodość moją,Że cierpień tych, co szarpią mną,I twe zabiegi nie ukoją?
Nie miłość to, nie zawiść zła,Ani prostaczy głód zaszczytu,Tak mnie do wzgardy życia pchaWraz z tem, com cenił pośród bytu.
To przesyt jest, co wszędzie mdli,Gdzie zwrócę ucho swe lub oczy;Piękność nie sprawia szczęścia mi,A nawet wzrok twéj, tak uroczy.
Ciągły, wieczysty jest to ból,Którym Żyd, wieczny-tułacz, dyszy;Od zagrobowych zmyka pół,A tutaj już nie znajdzie ciszy.
Uciec przed sobą byłbym rad,I w jak najdalsze mknę ukrycia,A cicho, cicho śpieszy w śladMyśl demon, piętno mego życia.
Z wielką lubością inny, ach!Używa tego, com ja rzucił!Bodaj, w rozkosznych tonąc snach,Nigdy, jak ja, się nie ocucił.
Mój los: śród różnych błądzić ziemI po-za siebie słać przekleństwo,A mą pociechą to, iż wiem,Żem już najgorsze zbył męczeństwo.
Jakie najgorsze? Chęć swą złam,Przez litość nie chciéj badać daléj!Śmiéj się! — do serca mego bramNie pukaj: tam się piekło pali!
Żegnaj, Kadyksie, żegnaj na czas długi!Któżby zapomniał, jak się gród twój bronił?Sam byłeś wierny między zmienne sługi,Pierwszyś był wolny, ostatni się skłonił.A w dzień, gdy lud twój na zemstę zadzwonił,Gdy krew rodzinna twe bruki zbarwiła,Jeden jedyny zdrajca się wyłonił!Jedna tu szlachta nieszlachetną była,Ona tylko za łańcuch zwycięscy chwyciła.
Takim jest Hiszpan, takie jego dzieje!Do walk za wolność, sam niewolnik, stajeNaród bez króla, krew za państwo leje;Sługa tu walczy, gdy pan tył podaje,Wierność na zdrady najwierniejszą zgrajęI na kraj zlewa, skąd ma tylko — życie!Duma to pcha go, gdzie wolności kraje,Raz on odparty, znów na wałów szczycie:„Bój! bój! choćby na noże“ — tak wciąż woła skrycie.
Pragniesz coś więcéj wiedziéć o Hiszpanach,Czytaj, co o dniach piszą, w krew obfitych:Co może zemsta spełnić na tyranach —Tam to na żywych spadło i zabitych.Od krzywéj szabli aż do nożów skrytych —W potrzebie bronią nie wzgardzono żadną!Oby wyrwali żony z rąk niesytych!I niechaj wszyscy ciemięzcy tak padną!Niech wrogi tak zapłacą swą zbrodniczość zdradną!
Czyż tam za zmarłych płyną łzy gorące?Na niwy spójrzcie, czarne, spustoszone,Na ręce niewiast krwią ociekające,Potém psom rzućcie ścierwa niegrzebione!Niech ich ciałami — acz nie warte oneTych drapieżników — sępy się uraczą!Kości zbielałe i krwi niebieloneŚlady niech grozę pola bitwy znaczą,A czas nasz pojmą wnuki, kiedy to zobaczą!
Lecz jeszcze straszne nie skończone dzieło,Nowych wojsk płynie z Pirenejów rzeka...Ciemno i cicho! ledwie się zaczęło,W przyszłość nie wniknie źrenica człowieka.Tłum padłych ludów na Hiszpanję czeka!Wolna, uwolni więcéj niż PezzaroWziął pod swe jarzmo! W spokój się oblekaKolumbja, płacąc Kwita klęskę starą,Lecz macierz ciągle jeszcze mordercy ofiarą.
Ni pełna cudów pod Barossą wojna,Ni talawerska walka arcykrwawa,Ni Albuera, tak w poległych hojna,Nie wywalczyły Hiszpanji jéj prawa...Kiedyż oliwna zalśni jéj złotawaGałąź i kiedy przyjdzie spoczywanie?Ileż dni wątpień noc pochłonie mgława,Nim zbir francuski rabować przestanie,Wolności zanim drzewo wzrośnie na tym łanie!
A ty, mój druhu — płonny bowiem duszęŻal mi rozpiera i kłóci te dźwięki —Czemuś w téj wielkiéj nie padł zawierusze? —Duma stłumiła przyjaźni-by jęki.Zginąłeś marnie bez lauru podzięki,Prócz jednéj piersi, w zapomnienia pyle,Bez krwi, gdy wokół słychać zbroic szczęki,Gdy chwała wieńczy miernych skroni tyle?!Za jaką ległeś winę w tak cichéj mogile?!
Najpierw poznany i najbardziéj czczony!Z wszystkiego memu najdroższy duchowi!Gdyś beznadziejnie dla mych dni zgubiony,W snach się oglądać daj przyjacielowi!Poranek wtedy skrytą łzą odnowiŚwiadomość bólu i myśl moja będzieKu bezkrwawemu ulatać grobowi,Aż słaba tkanka wróci, gdzie się przedzie,Aż z zlanym łzą płaczący w jednym spocznie rzędzie.
I tu część jedna Harolda podróży...Wam, gdy coś więcéj słyszeć o nim chcecie,I tém i owém dalsza pieśń posłuży.Jeśli się zechce bazgrać wierszoklecie.Za wiele tego? — bądź mniéj ostrym przecie,Ty mój Zoilu! Wy zaś, od krytykiCierpliwsi, wnet się o krajach dowiecie,Gdzie dawnych wieków stanęły pomniki,Nim Grecję zgniótł z jéj sztuką barbarzyniec dziki.
Rzuć, modrooka niebianko, swe progi —Lecz dziś twe źródło wieszczów już nie pojiTu twój przybytek, pomimo pożogi,l’omimo wojny stał i dotąd stoji,Choć czas tak wrażym jest dla chwały twojéj:Ale od ognia, ciężkich lat i staliGroźniéj tych ludzi straszne berło broji,W których się nigdy święty żar nie pali,Co zacnym rozkazuje, by cię miłowali.
Grodzie ateński, ty starcze stuleci!Gdzie twych potężnych duchów tłum wspaniały?Znikł... w snach przeszłości wątłą skierką świeci.Pierwszy w pogoni ku celowi chwały,Doszedł i przeszedł... czém dziś tryumf cały?Szkolną powieścią, podziwem godziny!Miecze rycerzy, gdzież się dziś podziałyWraz z szatą mędrców?! Twoich twierdz ruinyOtacza z mgłami wieków cień potęgi siny.
Chodź, dziecię rana! chodź do tego grodu,Lecz urn bezbronnych niech nie dotkną dłonie;Spójrz na to miejsce — wszak to grób narodu,Przybytek bogów, których blask nie płonie:Giną religje i bóstwa; na tronieZeusa Mahomet dziś zasiadł. Tak! wiaryNikną z latami, a ta myśl w ich zgonie:Niczem kadzidła i krwawe ofiary,Zaś człek to syn zwątpienia i śmiertelnéj mary!
Związan ze ziemią, w niebo zwraca oczy —Nie dość ci wiedzieć, nieszczęśliwe dziecię,Żeś jest? Ten byt twój czyż tak jest uroczy,Że chcesz żyć znowu? że tęsknota rwie cię,Sam nie wiesz dokąd, by nie na tym świecie,Lecz gdzieś w obłokach dalsze snuć koleje?Troska cię przyszłych mąk i uciech gniecie,Spójrz! zważ ten proch swój, zanim się rozwieje:Ta urna więcéj powie ćpowie-ć, niźli kaznodzieje!
Lub bohatera rozkop grób ów dumny;Śpi on samotny tam, gdzie to wybrzeże:Padł: nad nim, ginąc, płakał naród tłumny;Dziś się w żałobie nie łzawią rycerze?Nikt z wojowniczych czcicieli nie strzeżeMiejsc, gdzie półbogi mieli swoje włości,Niech dłoń twa z gruzów czaszkę tę zabierze!Czyż to świątynia, w któréj bóstwo gości,Gdy nawet robak czuje wstręt do zgniłéj kości?
Ten łuk złamany przy strzaskanéj ścianie!Puste pokoje! portal, co się kruszy!Duma tu ongi miała swe mieszkanie,Tu kościół myśli, tu był pałac duszy:Tu w tych bezocznych jam posępnéj głuszyOngi bywało, rozum, dowcip świeci,Gniew się potęgą nieugiętą puszy!Co święty, mędrzec, lub sofista skleci,Czyż gmach ten odbuduje, czyż w nim życie wznieci?
Cnię-ś rzekł, najmędrszy pośród Ateńczyków:„Że nic nie wiemy, to wiemy jedynie.“Nieuniknionych cóż się bać wyników?Każdy ma ból swój, lecz człek słaby ginieOd téj męczarni, co z urojeń płynie.Bierz, co ci fatum, co los przynieść może;Spokój Acheront da nam w swéj krainie:Tam sytych uczta nie dręczy w złéj porze,Lecz cisza ściele wszystkim upragnione łoże.
Lecz gdy — jak święci wierzyli — istniejąZa tym padołem jakieś duchów światyNa wstyd sofistom oraz saducejom,Zbyt dufającym w wątpliwe dogmaty,Jak błogo łączyć hymn, w modły bogaty,Z temi, przez których lżejsze te kajdany;Głos znów usłyszéć, zbawion od zatraty;Ujrzéć twarz mędrców z Samos, z Baktryjany,I innych, którzy prawdy uprawiali łany!
Ty, w którym miłość uszła z życiem razem,Mnie każąc żyć tu i kochać daremnie —Złączon z mém sercem! czyś ty wiecznym głazem,Gdy myśl o tobie nie zamiera we mnie?Dobrze! — niech serca mego próżną ciemnię,Że się znów ujrzym, sen rozjaśnia żywy:Jeśli młodości pamięć nie zadrzemnie,Przyszłość niech wiedzie, na jakie chce, niwy,Mnie szczęścia dość, gdy tylko duch twój jest szczęśliwy.
Niech na tych głazów wypocznę olbrzymie —Nieporuszone kolumn to posady;Synu Saturna, tu ongi twe imięTron miało przedni! Dziś tutaj bez radySzukam, gdzie dawnych twoich świątyń ślady!Fantazji oko wznieść z gruzów nie umieTego, co padło od czasu zagłady —Żal niepotrzebny w tych filarów tłumie:Tu nuci Grek, tu siedzi muślemin w zadumie.
Pośród rabusiów świątyni, na górze,Gdzie Pallas jękła, ostatnie zmuszonaSwéj dawnéj władzy opuścić przedmurze,Któż był najgorszym, najgłupszym? Że z łonaTwego on wyszedł, niech cię wstyd pokona,O Kaledonjo!... Co wolnością żyło,Nie zniszczy Anglja, w wolności zrodzona!Lecz ów mógł strzaskać ołtarze i siłąPrzez morze wlec, co z wstrętu głąb swą rozpieniło.
Jeszcze się niecnie chełpił Pikt ów świeży,Że, czego Turczyn, Got i czas nie zburzył,On zmógł; jak skały ojczystych wybrzeży,Twardy miał umysł i sercu nie służyłTen, co myśl powziął i ręki swéj użył,Aby Atenom zabrać ich ostatki:Ich syn, zbyt słaby w obronie, zanurzyłJeszcze się bardziéj w boleści swéj matkiI dziś dopiéro poznał kajdan ciężar rzadki.
Jakto? w brytyjskiéj mam ogłosić mowie,Że Albjon szczęście brał z Aten boleści?Że w jego imię darli pachołkowiePierś ich, Europa ma-ż słyszéć te wieści?Wolną Brytanję, panią mórz, bezcześciŁup nędzny, ziemi skrwawionéj wydarty!Ta, któréj imię tak gnębionych pieści,Dziś ręką harpji kradnie, co zażartyOszczędził czas, tyranów nie uniosły warty!
Gdzie był twój puklerz, przed którym, Pallado,Pierzchnął Alaryk z swéj morderczéj drogi?Gdzie syn Pelcja? Piekło go swą zdradąNie powstrzymało, gdy w dniu strasznéj trwogiPorzucił ongi ciemne Hadu progi!Czemuś go z rąk swych nie puścił, Plutonie,By przed nim uciekł wtóry zbój złowrogi?Bezczynnie kroczył on, gdzie Stygu błonie,A w grodu kochanego nie stanął obronie!
Zimne to serce, Grecjo, gdy nad tobą;Jak przy kochanki nie cierpi mogileMartwe to oko, gdy łzawą żałobąNie zalśni, patrząc na ołtarze w pyle,Kruszone ręką brytyjską, co tyleŚwiętych zabytków winna raczéj bronić!Kraj swój rzucili snać w przeklętą chwilę,Aby z twéj biednéj piersi krwi uronićI z twoich bóstw szczątkami na północ pogonić!
Lecz gdzież jest Harold, ponury po faliMorskiéj wędrowiec? Nie wiele dlań mękiByło w téj trosce, która innych pali;Kłamne kochanek nie trapią go jęki,Na pożegnanie druh mu nie dał ręki;Gdy, zimny przybysz, w dalsze śpieszył strony:Twarde to serce, co nie drży na wdzięki,Lecz Harold, z dawnych uczuć wyzwolony.Bez skarg kraj rzucał, wojną i zbrodnią splamiony.
Kto po wód ciemnym żeglował przestworze,Miał nieraz widok, przepełen ponęty:Wiatr świeży wieje, jak świeżym być może,Fregata zwinna, biały żagiel wzdęty,Znikają wieże, maszty, brzegów szczęty,Wspaniała fala pnie się po krawędzie;Jak tłum łabędzi wokół mkną okręty;Najcięższy statek sunie w pierwszym rzędzie,A wały się kędzierzą w swym radosnym pędzie.
A wewnątrz, patrzaj! mały światek wojny!Rozpięte siatki, opatrzone działa,Wokół się krząta tłum gwarny i rojny,Już są u góry — komenda zagrzmiała!Cyt! retman krzyknął, w krzyk załoga cała:Lina się ślizga w rękach marynarzy;Kadet, co wiedzy żądliwością pała,Świśnie — źle, dobrze, jak mu się wydarzy,I w lot kadetów ciżba — każdy na swéj straży.
Pokład jak szklany, bez najmniejszéj zmazy,Na nim porucznik spełnia wartę... OczyZwróć tam ku miejscu, z którego rozkazyDaje dowódca: poważnie on kroczy;Tłum go się boi; do słów nie ochoczy,Rzadko się rzuca, milczeniem nastawaNa ścisłą karność, bez któréj nie zoczyZwycięstw ni chwały; lecz Bryta do prawaPrzywiązan najtwardszego, bo mu siłę dawa.
Dmij, wietrze, dmij! twój wiew niech statek nagli!Aż słońca promień ostatni zastygnie;Bryg, strojny w flagi umniejszy wnet żagli,Niech go leniwszy żaglowiec doścignie!Nim się z téj zwłoki nieszczęsnéj wydźwignie,Niedołężnemu na nic wiatr dobrany!Iléż straconych mil, nim dzień znów mignie!Stać tak bezczynnie, gdy czynne bałwany!Dla niedobitków zwijać ten żagiel rozwiany!
Miesiąc już zeszedł... smugi światła płynąW ten cudny wieczór po tańczącéj fali;Na lądzie chłopiec wzdycha wraz z dziewczyną,I my, wysiadłszy, będziem tak wzdychali!Czasem się jakiś Aryjon pochwaliTą szorstką nutą, co majtków przykuwa:Skoczni słuchacze wokół się zebrali,Na znaną modłę ten i ów pofruwa,Swobodny, jak na lądzie, troski nie uczuwa.
Cieśnina Kalpy! spójrz na te urwiska!Afryka tu z Europą patrzą na się:Kraj czarnookich i Maurów siedliskaW świetle Hekaty w jednakiéj lśnią krasie:Jak blask ten igra na Hiszpanji pasie,Jakże odsłania skały, złomy, bory —Ostro, a przecież giną w zmrokach, zda się;Zaś Maurytanja swe cienie — potwory,Z gór szczytów rzuca groźnych aż po wód zapory.
Noc; my toniemy w myślach śród jéj czarów,Żeśmy kochali, choć miłość dziś głucha;Serce, żałując oszukanych żarów,Marzy bez druha, że ma jeszcze druha.Któżby się lękał starości obucha,Gdy młodość rozkosz i miłość przeżyła?Gdy dusza bliźniéj duszy już nie słucha,Nic do burzenia nie ma śmierci siła!Ach! jeszcze raz być dzieckiem! o młodości miła!
Wsparty na statku zbryzganéj poręczy,Patrzéć w Dyjany krąg, w głębiach odbity!Duch się nadziei widmami nie męczy,Bezwiednie goniąc każdy rok przeżyty...Komuż raz w życiu nie lśniły błękity —Bo nikt zupełnie opuszczon nie bywa —Którym hołd składa, z łez i wspomnień zwity?!Gryzący bólu! Ta pierś nieszczęśliwa,By zrzucić ciężar z serca, daremnie się zrywa.
Siadać po skałach, dumać nad przepaścią,Zaszywać w bór się ciemny a głęboki,W strefy, gdzie człowiek nie sięga swą właścią,Gdzie śmiertelników nie dotarły kroki,Na niedostępne piąć się gór opoki,Z bezdomném stadem dzikich zwierząt sadzić,Patrzéć z nad urwisk na rwące potoki,To nie samotność, to znaczy prowadzićZ Przyrodą rozhowory, o jéj skarbach radzić.
Lecz wśród krzykliwych, rojnych tłumów ludziCzuć, słyszéć, patrzéć, posiadać, używać,Mieszkańcem ziemi być, który się nudzi,Nie zaznać szczęścia i nie uszczęśliwiać,Pogardzać nędzą, w dostatki opływać,Nie miéć człowieka, co cię sercem raczy,Co po twéj śmierci chciałby mniéj się zrywaćZ śmiechu niż gładkich tłum wyzyskiwaczy,To znaczy żyć sam na sam; to samotność znaczy.
Szczęśliwsze bożych pustelników życie,Tych, których widzisz na Athos, jak w chórzeCzuwają w wieczór na olbrzymim szczycie,Co tonie w niebios i w głębin lazurze,Że kto skierował dotąd swe podróżeI choć godzinę w świętem miejscu bawił,Chciałby pozostać na uroczéj górze;A że mu szczęścia tego los nie sprawił,Znów świat ten nienawidzi, który tam zostawił.
Lecz rzućmy trakt ten, jednostajny, znany,Choć śladów jazdy nie zostawia wcale,Te kołowania, cisze, burze, zmiany,Kapryśne wiatry i kapryśne fale;Porzućmy majtków radości i żaleW lotnéj, objętéj morzem cytadeli,Zaduchy, wiewy po świeżym krysztale,Te opadania i wzrosty topieli:Pewnego dnia „ląd“ krzykną i — wszyscy weseli...
Wyspy Kalipsy omijamy z cicha,Siostrzane morza Śródziemnego panie;Tu znużonemu niebo się uśmiécha,Choć zmilkło pięknéj bogini płakanie,Śledzącéj tego na tych urwisk ścianie,Którego ziemska więzi białogłowa;Stąd na srogiego Mentora wezwanieSyn jego skoczył w głąb, a nimf królowa,Że obu pozbawiona, żal podwójny chowa.
Czas jéj władania i sławy nie wieczny:Ale, młodzieńcze, nie żyw zbytniéj wiary,Tu dziś ziemianka tron ma niebezpieczny,Nowa Kalipso roztacza swe czary!O cudna Florens! Serce jeśli żaryMa jeszcze w wnętrzu, dla ciebie otworzę:Lecz nie! mnie straszą wsze związki; ofiaryNa twym ołtarzu niegodnéj nie złożę —Czuć dla mnie chwilki bólu twoja pierś nie może!
Tak myślał Harold, gdy w oczy téj paniSpoglądał, blask swój topiąc w jéj promieniu,Bez innéj myśli, prócz podziwu w dani.Amor w niejakiém stawał oddaleniu.Dawniéj podlegał uczuć jego tchnieniu,Lecz dziś już wiernym sługą nie był pono,Nie szukał miejsca przy jego ramieniu,Więc bożek, darmo chcąc go na swe łonoNawrócić, władzę swoję miał już za straconą.
Dla Florens sprawą było nieodgadłą,Że ten, krórego chęć do każdéj bierze, —Jak powiadano — zniósł jéj ócz zwierciadło,Gdzie inni kłamnie widzieli lub szczerzeWyroki, prawa, swe nadzieje świeże —Czego tam piękność od swych sług wymaga;Że wieść się w żadnéj nie sprawdziła mierze,Jako w nim żarów wielka jest odwaga,Dla których każda chętna, choć się czasem wzdraga.
Snać nie wiedziała, że to serce młode,Które chłód pychy milczącéj otaczał,W sztuce uwodzeń miało swą metodę.Siećmi on swemi nieraz świat uraczałI od pościgu przenigdy nie zbaczał,Jeśli coś było godnego ścigania.Lecz dziś już Harold sztuk swych nie zaznaczał;A choć do ócz tych z miłością się słania,W płaczliwych rój kochanków zamieszać się wzbrania.
Nie znasz ty kobiet, sądząc, człeku miły,Że tu wzdychaniem spełnisz swe nadzieje;Cóż dla nich serca, gdy je raz zdobyły?Niech każdy oczom lubéj hymn swój pieje,Lecz niezbyt kornie, bo wnet go wyśmiejeI wszystkie górnych jego słów zalety!Skąpy w umizgach — ten, kto raz zmądrzeje;Pewność i śmiałość to lep na kobiety:Na przemian kol i głaskaj, a staniesz u mety.
Stara to prawda, czas ją wypróbował;Najgorzéj wyszedł ten, kto ją przetrawił;Gdyś wszystko zyskał, k’czemuś chęć skierował,Za twe zabiegi nędzny los się zjawił:Sterałeś młodość, cześć w błocie-ś zostawił —Te są owoce spełnionéj miłości!A gdyś się wszystkich nadziei pozbawił,Nieuleczalny rak w twém wnętrzu gości,Gdy miłość przez się nie ma uroków w swéj włości.
Daléj! nie można zrywać pieśni toku!Trzeba się spotkać z gór niejednych grudąI brzeg niejeden zostawić na boku!Za melancholją śpieszym, nie za złudą —Ku takim krajom i ku takim ludom,O jakich nie śnił nikt w swéj słabéj głowie!Śpieszym ku nowéj Utopji cudom,Gdzie człek, czem być ma lub winien, się dowie,Gdy jeszcze czemś być mogą zepsuci ludkowie.
Droga Przyroda jest najlepszą z matek!Choć wiecznie zmienna, słodkie ma oblicze;W jéj nagiéj piersi karmi mam dostatek,Syn nieodłączny, choć przez jéj słodyczeNie rozpieszczony! Cudna, gdy jéj dziczeOminie ręka, co, gładząc, zohydzi;W dzień i w noc śle mi swych uśmiechów znicze,Choć tam ją widzę, gdzie inny nie widzi,Choć wciąż jéj szukam — zwłaszcza, gdy los ze mnie szydzi.
Ziemio Albanji! tyś Skandra kolebką,Téj gwiazdy starców i celu młodzieży;Tu i imiennik jego siłą krzepkąPostrach, bywało, pośród wrogów szerzy:Ziemio Albanji, ty dzika macierzySurowych mężów, daj tu spocząć oczom!Krzyż tu ustąpił, a z meczetów wieżyBlade się smugi z półksiężyców tocząNa grody, które gaje cyprysowe mroczą.
Czajld Harold wyspę bezpłodną ominął,Skąd Penelopa bałwany śledziła;Potém się przed nim pomny szczyt przewinąłUstroń miłości, Lezbijki mogiła.Przecz pieśń niezmarła, Sofo! nie zbawiłaTwéj piersi, w ogniu niezgasłym skąpanéj?Wieczne dającéj życie życia siłaZnikła! (byt wieczny jeśli lutniom dany,Jedyne niebo, dokąd niech tęsknią ziemiany!)
W greckiéj jesieni wieczór iście boskiLeukadji witał Czajld przylądek skalny;Tęsknił do niego, rzucał pełen troski:Dużo on widział miejsc, gdzie bój wrzał walny:Lepanto, Akcjum, Trafalgar fatalny,Lecz był bez wzruszeń: widać pod niesławnąZrodzony gwiazdą, nie był zbyt zapalnyDo krwawych bitew; lalką dlań zabawnąSyn Marsa, a do zbójów miał odrazę dawną.
Lecz dziś ujrzawszy, jak swe światło ciskaWieczorna gwiazda na opoki skronie,Tego zwiedzionéj miłości schroniska,Niezwykły ogień uczuł w swojém łonie,Gdy dumny statek zwolna krajał tonie,Okryty cieniem dawnéj smutku góry,On chłonął w siebie tęskne wód harmonjeI choć zamyślon, wzrok miał mniéj ponuryI mniejsze pośród czoła wybladłego chmury.
Banek szarzeje, z nim Albanji wzgórza;Łańcuch sulijskich skał i Pind rodzimy,Napoły we mgle, w śnieżnych łzach się nurza —W zmrok i purpurę odziane olbrzymy.Ale wnet mgławe odsłonią nam dymyGniazda mieszkańców onych gór; tu kąsaWilk swoję zdobycz, tu orły ujrzymy,Tutaj od wilków dzikszy człowiek pląsa,Tu orkan naokoło mrącym rokiem wstrząsa.
Teraz się Harold samotnym nazywał;Na długo żegnał wszelką chrześéjan mowę;Teraz do brzegów nieznanych przybywał,Co strach i podziw obudzać gotowe.Do walki z losem miał on piersi zdrowe,Choć niebezpieczeństw nie był zbyt łaknący;Widoki dzikie, lecz widoki nowe,Uprzyjemniały drogi trud nużący:Wiatr mroźny zapomniany oraz skwar piekący.
Tu krzyż czerwony — bo jeszcze on stoi,Choć go rzezani spotwarzają kaci —Pychą opasłych klechów już nie broi:W równéj tu wzgardzie ksiądz i tłum współbraci!O zabobonie w jakiéjbądź postaci —Krzyża, księżyca, proroków, fetyszy,Pod jakiém godłem świat ci hołdem płaci,Stratą-ś ogółu, zyskiem szajki mniszéj!Któż złoto wiar odróżni od błota okpiszy?
Patrz! golf Ambracji! Świat tu się przed latyWymknął kobiecie, miluchnéj niebodze!Tu na okrętach wiedli buf bogatyKrólowie Azji oraz rzymscy wodzeNa bój niepewny, co krwią mścił się srodze;Tu Cezar drugi zatykał swą dłoniąZwycięskie godła, dziś — czczy pył na drodze!Niesforni władcy! ludzkie łzy was gonią!Czyś, Boże! ziemię stworzył, by ci grali o nią?
Od brzegów skał tych, co sterczą ponure,Aż w illiryjskich nizin okoliceHarold niejednę przebył wzniosłą górę,Śród ziem czyż znanych w dziejowéj kronice?Tak pięknych dolin i w głośnéj AttyceNie ujrzysz często! Nawet mniéj jest ślicznąTempe urocza; Parnas, choć ziemicęTak uświęconą posiadł i klasyczną,Nie zrówna się z tych brzegów pięknością rozliczną.
Przebył Pind ciemny, Acheruzji źródła,Ominął miasto stołeczne téj ziemi:Witać Albanji pana chęć go wiodła,Co tutaj rządzi prawy bezprawemi;Na wodzy bowiem dłońmi skrwawionemiTrzyma on lud swój burzliwy, niesforny;Lecz nieraz, kręty, twierdzami skalnemi,Wyzywa władcę górski rój opornyI szydzi — chyba tylko, gdy dasz złoto, korny.
Klasztorna Zico! mały lecz uroczyKawałku ziemi! wejść na twe krawędzie,A naokoło, gdzie zwrócimy oczy,Tęczowych blasków rajski czar się przędzie:Skały i rzeki, lasy, góry wszędzie!Z tém wszystkiém błękit w harmonję się składa.Tam dołem potok w głośnym szumi pędzie:Jak on z tych urwisk znów na głaz ten spada,Co duszę twą upoi, lecz i strachu zada.
Przez gaj, wieńczący wzgórze, skryte w krzaki,Co, gdyby przed niém nie pięły się zblizkaDumniejsze odeń różnych gór zygzaki,Byłoby godne dumnego nazwiska,Klasztor swych białych murów blask przeciska.Mnich tutaj mieszka, mniéj skąpy dla gościI mniéj surowy; u jego ogniskaPrzybysz jest miły; a niechaj z tych włościNie wraca, nie zażywszy natury piękności.
Niech tu wypocznie w największéj spiekocie:Świeżą jest zieleń odwiecznego drzewa;Tu go ochłodzi wiatr w najlżejszym locie —Od samych niebios powiew ten zawiewa —Przed nim dolina! niech tu rozkosz miewa,Dopóki może; ostry promień wcaleTu nie dociera, chorób nie rozlewa;Wzrok tu niech pielgrzym, rozłożon niedbale,Topi w rana, w południe, w wieczora krysztale.
Tutaj się ciągnie, olbrzymi i mgławy,Amfiteatru wulkaniczném kołem,Łańcuch Chimary od lewéj do prawéj.Niżéj dolina wre życiem wesołem:Szum drzew, bek stada, huk potoków, czołemChwiejące świerki! Tu Acheront ciemnąWije się falą, ongi — grobu dołem!Jest-li to piekłem, co błyszczy przede mną,Plutonie! to Raj dla mnie żądzą jest daremną.
Czar ten nie skłócon żadnych miast widokiem.Nawet Janina, choć tak niedaleka,Gdzieś za pagórki skryła się przed okiem.Chaty tu rzadkie, rzadko ujrzysz człeka;Po skałach trawkę, którą zjadła spieka,Kóz dogryzają gromady; w kapocieBiałéj pastuszek stad rozpierzchłych czeka,O głaz oparłszy swoje członki kocie,Lub kryje się przed burzą krótkotrwałą w grocie.
Ach! gdzież, Dodono, twoich gajów cisza?Prorocze źródła i wyroczni głosy?Gdzie drżała echem odpowiedź Jowisza?Gdzie ołtarz tego, co gromem niebiosyWstrząsał i ziemię?... Straszne! straszne ciosy!Płaczesz, że kruche życia twego zręby?Głupcze! twym losem są i bogów losy!Chciałżebyś przeżyć marmury i dęby,Gdy ludy, mowy, światy niszczą czasu zęby?...
Góry znikają i Epir już ginie;Oko od urwisk chętnie się odrywa,Ażeby spocząć w łagodnéj dolinie,Którą już wiosna zielenią obszywa.I pośród nizin mnogi czar spoczywa:Tam długą wstęgą pędzi strumień rwisty,Las nad brzegami pieśń wierzchołków śpiéwa,A cienie jego tańczą w wodzie szklistéj,Lub śnią w miesięcznych blaskach ciszy uroczystéj.
Słońce już zaszło za szczyt Tamerytu,Szeroki Laos grzmiał już swemi spady,Już cienie nocy spłynęły z błękitu,Gdy Harold ujrzał, krocząc w rzeki ślady,Jak meteorów błyszczące gromady,Las minaretów w Tepaleńskim grodzie,Co ponad falą wznosi swe posady;A wiatr, jęczący na parowów spodzie,Gwar ludzi słał, wytrawnych w wojennym zawodzie.
Minął haremu milczące arkana,I przez rozległe, w łuk wygięte dźwierzeZoczył siedzibę potężnego pana:Noc jego wszystko w równéj głosi mierze!Z niezwykłych zbytków usłał on swe leże,Dwór naokoło ruch i życie wznieca;Rzezańce, goście, derwisze, żołnierze!Na wewnątrz pałac, na zewnątrz forteca,Schronienie gmach ten ludziom różnych ziem zaleca.
Konie w bogatych rzędach, tłumy zbrojneZuchwałych jeźdźców, kołem otaczająWielki dziedziniec, gotowi na wojnę.Tam korytarze lśnią się barwną zgrają,Czasem przez bramę, aż echa zadrgają,Wysoko-czuby Talar mknie z kopyta,Maur, Grek, Albańczyk tutaj się mijająZ Turkiem — o, spojrzyj, co za dziwna świta —Aż bęben im ogłosi: pora dnia przebyta!
Albańczyk w krótkim do kolan spódniku,W zawoju, z strzelbą nasadzaną w dłoni,W złocistéj kurtce, zawsze pełen szyku;W czerwonych szarfach męże Macedonji;Delhowie w groźnéj czapicy na skroniI z szablą krzywą; Greczyn żywy, giętki,Czarnych rzezańców tłum z nubijskich błoni,Brodaty Turek, w języku nie prędki,Zbyt możny, by srogości nie uczuwał chętki:
Wszyscy widoczni; jedni, zbici w koło,Patrzą, jak barwny obraz się przewija;Tutaj muślemin w modłach schyla czoło;Ten puszcza dymy, grze znów tamten sprzyja;Tutaj Albańczyk dumnie wszystkich mija;Tu cichy szczebiot Greka cię uderza.Tam w niebo głos się uroczysty wzbija:Muezzin woła, aż się trzęsie wieża:Tu bogiem Bóg! Bóg wielki! daléj! do pacierza!...
Była to właśnie ramazanu pora,Co na dzień cały nakłada pokutę;Lecz gdy przeminął długi zmierzch wieczora,Życie zawrzało, jak z więzów wyzute;Panować jęły znów biesiady sute —Czerń sług wciąż w ruchu, zgina się zastawa;Balkony puste, jak gdyby zepsute,Za to w pokojach ciżba, gwar i wrzawa;To z paziem, to znów z jakimś niewolnikiem sprawa.
Tu głos kobiety nie zadźwięczy uszom;Odcięta, w kwefie, pod osłoną straży,Jednemu ciałem oddana i duszą,Więziona w klatce, o wyjściu nie marzy.Ku swemu panu miłością się żarzy,Szczęśliwsza jeszcze w swéj trosce matczynéj.(O święta trosko, cóż ciebie przeważy!)Sama téż losem kieruje dzieciny,U łona, które nie zna innych żarów winy.
W komnacie, bitéj marmurem, gdzie z środkaStrumieniem w górę tryska woda żywaA z nią się wokół leje świeżość słodka,Gdzie miękkość sofy do spoczynku wzywa,Ali, mąż boju i grozy, spoczywa.W tych jego rysach zoranych latami,Jakaś czcigodna szlachetność pokrywaŁagodniejszemi dzisiaj promieniamiStek czynów, co tam drzemiąc, hańbi go i plami.
Nie to, że siwéj nie są godne brodyŻądze, młodzieńczéj odpowiednie chwili:Miłość lat nie zna — Hafis dał dewodyI piewca z Teos, a prawdę nucili —Zbrodnia, szydząca, gdy głos cierpień kwili,A która starcom jak najmniéj się godzi,Kły jemu dała tygrysie; a czyliTak się nie dzieje, że krew z krwi się rodzi;A co się z krwi poczęło, jeszcze krwawszém schodzi?
Śród rzeczy nowycchnowych dla ucha i okaZmęczony pielgrzym spoczynku doznawał,Patrząc na przepych wyznawcy Proroka;Lecz wnet go nużył i wstrętem napawałTen gmach, kryjący zbytków, bogactw nawał,Gdzie syta wielkość chroni się przed wrzaskiem;Skromniejszy miłym byłby się wydawał,Lecz spokój gardzi sztucznych uciech blaskiem,Rozkoszy rdzeń niszczeje w zbytkowaniu płaskiem.
Dzikie są dzieci Albanji, lecz w cnoty,Choć niezbyt gładkie, pierś ich również płodna;Któryż wróg kiedy widział ich odwroty?Gdzież trwałość w boju, co ich hartu godna?Jak te ich twierdze, tak i oni do dnaTwardzi w burzliwéj ciężkich dni potrzebie;Ich gniew zabija! przyjaźń niezawodna!Dla wodza każdy duszę z trzew wygrzebie,Gdy męstwo albo wdzięczność każe krew lać z siebie.
Czajld na nich patrzał w zamku naczelnika,Jak każdy w wojnie widział blask swój wszytek;I późniéj jeszcze raz się z niemi styka,Będąc w ich mocy, na morzu rozbitek:Zły człek z chwil takich czyni zły użytek:Lecz ci pod własną strzechę go zaproszą;W mniéj dzikich ludziach mniejszy serca zbytekPrzed twém nieszczęściem rodacy się spłoszą:Mało dusz jest na świecie, które próby znoszą.
Tak się zdarzyło, że o skalną SuliRzucon był statek nawałnicą srogą:Pusto naokół, świat się w zmroki tuli:Walczyć z wiatrami, czy ląd dotknąć nogą,Długo majtkowie zdobyć się nie mogą,Drżąc, by się zdrada skrycie nie podniosła;Wreszcie dobili, lecz przejęci trwogą,Czy ci krwawego nie poczną rzemiosła,W których mściwość ku Turkom i ku Frankom wrosła.
Nie! bratnią ręką wiódł ich SulijotaWskroś skał i bagien; z piersi zdrój mu trysnąłSzczerszy, niż ma go układna hołota:Rozgrzał przy ogniu, wodę z szat wycisnąłNapełnił kubki, czystą lampką błysnął,Podał jedzenie, czem chata bogata —Rzadką szczodrotą na każdym zawisnął:Rzeźwić znużonych, koić żale brata,To wstyd dla złych, a przykład dla szczęśliwców świata.
A kiedy przyszło, że Czajld z własnéj chęciNa długo żegnał te ich górskie kraje,A w krąg szalały coraz to zawzięciéjOgniem i mieczem rozbójnicze zgraje,Wówczas, chcąc przebyć Akarnanję, dajeGłowę swą w ręce téj wiernéj drużynie,Mającéj twarde wojny obyczaje,I z nią wnet dotrze, gdzie Acheloj płynie,I daléj, aż w etolskiéj wypocznie krainie.
Gdzie się w samotną Utraikej przelewaTłum fal znużonych i do snu układa,Zielonych gajów jak ciemnieją drzewa!Skroń ich na głębi cichą pierś opada,Gdy cichy wietrzyk północą zagadaI toń całuje, nie marszcząc jéj lica;Noc tutaj była Haroldowi rada,Tu go nie jeden jéj widok zachwyca,Tu biła mu nie jedna rozkoszy krynica.
Ognie na równych zapłonęły brzegach,Naokół krążą czasze, pełne wina;Gdy kto znienacka stanie w tych szeregach,To z osłupienia naraz drżeć zaczyna:Nie przejdzie cicha północna godzina,A narodowy harc już na jéj tropie:Każdy Palikar szablę precz odpinaI dłonią w dłonie klaszcząc, chłop przy chłopie,Zawodząc dziko, ziemię w dzikim tańcu kopie.
Z upodobaniem i bez żadnéj wzgardySpoglądał Harold, stanąwszy na boku,W obraz zabawy niewinnéj, acz twardéj:Jakaś niezwykłość była w tym widoku;Ten barbarzyńców szał, nie bez uroku,Ta gra płomieni na obliczu dzikiem,Te szybkie ruchy, ognie w ciemnem oku,Włos spadający kędziorów bezlikiem,Do wtóru pieśń pół-nutą a na poły krzykiem:
Twój bęben, doboszu, doboszu ty mój!To radość walecznych, to rozkaz na bój!Na znak twój od razu ślą synów, jak mur,Chimarja, Illirja i Suli z swych gór.
Od wszystkich mężniejszy suljocki jest człek,W téj guni włosistéj, w koszuli, jak śnieg;Już wilkom i sępom swe stado on zdałI pędzi w doliny, jak potok ze skał.
Czyż wrogom przebaczy Chimaryji syn,Gdy druhom zapomnieć nie może ich win?Hej! strzelbo, nie chybiasz, gdy mścić się ty chcesz,Pierś wroga to cel jest najlepszy, więc mierz!
Macedonji dziatwa niezwalczon to huf:Jaskinie swe rzucił i rzucił swój łów!Na szarfach czerwonych czerwieńsza tam ciecz,A wojny nie koniec, a w ręku drży miecz!
A korsarz pargijski, co uczy wśród mórzPłód Franków, jak miłym zbójecki jest nóż,Porzuca na brzegu swe wiosło i pramI łupy zdobyte zaciąga do jam.
Rozkoszne bogactwo — nie wzdycham ja doń,Co chłystek kupuje, zdobywa ma broń;Zdobywa dziewicę, co długi ma włos,Z rąk matki odbija, płaczącéj na los.
Hej! kocham ja liczko urocze tych dziew:Pieszczota ich uśpi, ugłaska ich śpiew;Méj lubéj rozkażę gęśliczkę tu znieść,O ojca jéj zgonie niech zabrzmi nam wieść.
Pomnicie Prewizę, jak upadł jéj gród?Jak szalał zwycięzca, jak jęczał tam lud?Z pod dachów płonących braliśmy nasz łup,Gotując raj dziewkom, bogaczom zaś grób!
Nie mówię, co litość, nie mówię, co strach!Kto sługą Wezyra, nie kąpie się w łzach:Od czasu, jak księżyc Proroka jest znan,Niż Ali, nasz basza, gdzie większy był pan?
Syn Muchtar, ten czarny, nad Dunaj dziś w lot,Giaur płowy buńczucznych przerazi się rot;Gdy krwawi Delhowie przeprawią się w pław,Niewierni zajęczą: ty Boże, nas zbaw!
Wyciągnij kord baszy, mieczniku ty mój!Doboszu, twój bęben to rozkaz na bój:Wy góry, skąd śpieszym ku brzegom tych mórz,Ujrzycie zwycięsców, lub nie wrócim już!
Grecjo! zabytku przebrzmiałego świata!Żywa, choć zmarła, wielka, choć ugięta!Któż dziś twe dzieci wezwie do bułata,Ażeby zerwać twe tak dawne pęta?Nie takich synów przeszłość twa pamięta:Rycerze śmierci, padli z swéj ochotyGdzie Termopilów mogiła ściśnięta.Gdzież ten waleczny, co z brzegów EurotySkoczywszy, znów cię zbudzi z grobowéj martwoty?
Duchu swobody! Gdy z tobą na FyleStali, Trazybul i jego drużyna,Mogłeś przewidzieć tę straszliwą chwilę,W któréj attycka zgliszczała równina?Dziś nie trzydziestu tyranów cię zgina,Lecz wszelki nędznik w twojéj ziemi włada;Syn twój nie wstanie, lecz gnuśnie przeklina,Gdy pod razami z rąk tureckich pada:Rzezaniec w słowie, w czynie, do kajdan się składa.
W wszystkiem, prócz w rysach, jakie dzisiaj zmiany!Patrząc na żar ten, co w ich oczach płonie,Możnaby mniemać, że twój niekiełznanyOgień, swobodo, jest także w ich łonie!O owéj chwili w snach nie jeden tonie,Która ojczyste dziedzictwo mu wróci,Lecz w swych westchnieniach po obce on bronieSięga, sam złości wroga nie ukróci,Z służalstwa kart nazwiska swego nie wyrzuci.
Słudzy dziedziczni! azaż nie wiadoma,Że ten, kto pragnie wolną stąpać nogą,Miecz podnieść musi własnemi rękoma?Czyż Gall, lub inny da wam wolność drogą?Nie, oni dumę zbója skrócić mogą,Lecz nie zbududujązbudują swobody ołtarzy.Cienie helotów! wstańcie przeciw wrogom!Grecjo, masz państwo, tylko zmień mocarzy!Dni chwały twéj minęły, został wstyd, co parzy.
Gród, który giaurom ongi zabrał Allah,Giaur znowu wydrze ottomańskiéj złości;Seraju dzisiaj niedostępna halaPrzyjmie znów Franków, swych dawniejszych gości,Lub Wehabitów płód ten, co świętościZ grobu Proroka zdarł w krwawym zapędzie,Przywieją wiatry od zachodnich włości,Tylko swoboda tutaj nie zasiędzie,I sługa tu po słudze wiecznie jęczeć będzie.
Lecz tu wesoło — nim się post rozpocznie,Co, jak w ich świętéj napisano wierze,Z grzechów śmiertelnych zbawia ich niezwłocznie,Gdy w dzień się głodzą, w noc szepcą pacierze.Ale Pokuta nim się w wór ubierze,Każdy ma prawo rzucić precz swe żale,Nieco się skrycie pocieszyć. I szczerzeKażdy téż pędzi na maskowe bale,Szaleje z pstremi tłumy w skocznym karnawale.
Strumień rozkoszy gdzież weseléj płynie,Niż tu, Stambule, ongi ich korono!Choć turban kala sofijską świątynię,Choć Grekom święte ołtarze zwalono!(Ach! znów ich dola szarpie moje łono!)Ongi tu piewcy snuli pieśni hoże,Dziś wszyscy radość tu udają pono,Jednak w uwięzi oko nigdy możeI ucho tak nie było, jak tu przy Bosforze.
Na brzegu ciżba wesoła wciąż rosła...Bez przerwy tony swe muzyka zmienia,Echo takt niesie, który biją wiosłaŚród wyśpiewanych fal słodkiego drżenia;Królowa morza śle swój hymn z sklepienia,A gdy przelotny wiew poruszy falą,Kształt jéj w zwierciedle wód tak rozprzestrzeniaBlask, od jéj tronu odbity, że paląSnać się wały, aż wokół brzegi się krysztalą.
Niejeden kaik mignie w chyżym locie;Na brzegu tańczą dziewice téj ziemi;Któż o spoczynku myśli lub powrocie?Tu dłoń się z dłońmi spotyka drżącemi,Tęskliwe oko z oczy tęskliwemi,Uścisk z uściskiem: któraż pierś się wstrzyma?Ty nam, miłości! chwilami swojemi(Niechaj się mędrzec albo cynik zżyma)Nagradzasz lata bólu, który nas się ima.
Ale w téj ciżbie skocznéj maskaradyCzyż niéma serca, co, cierpiąc tajemnie,Przez kostium zdradza skrytych bólów ślady?O! dla serc takich szumiące wód ciemnieSą echem tego, ku czemu daremnieŻal się kieruje, a źródłem zgryzotyI wzgardy tłum ten, rozbawion przyjemnie!Jakże-ż je rażą czcze, głośne chichoty,Jak chętnie-by zmieniły w całun te pozłoty!
Tak czuć powinien Grecji syn prawdziwy,Jeśli go jeszcze mają greckie chaty —Nie rycerz w gębie, co znosi, leniwy,Spokój służalców, narzeka na straty,Z gładkim uśmiechem wita swoje katy,A zamiast miecza dźwiga sierp usłużny!Najmniéj cię kocha, Grecjo, kto bogatyW skarby jest twoje, kto ci krew jest dłużnyI ród i wielkich przodków, od których tak różny!
Lacedemonu gdy się męstwo wznieci,Epaminondas gdy do Teb zawita,Gdy duch przenikać będzie Aten dzieci,A męże rodzić helleńska kobiéta,Wtedy dopiero wstaniesz, czcią okryta!Aby wznieść państwo, trza wieków roboty;Chwila je zburzy, pożogami syta!Lecz człek czy wskrzesi, chwało, blask twój złoty?Czyż czasom wbrew i losom z grobu zbudzi cnoty?
Jednak jak piękną jesteś w dniu żałoby,Ty, coś półbogów i bogów ziemicą!Śnieg gór i zieleń łanów do téj dobyGłoszą, Przyrody żeś ulubienicą!Świątynie, k’twoim nachylone licom,A które niemal proch twych wojów kryje,Dziś zaoruje wieśniak swą radlicą:Wszystko, co ludzki ma początek, gnije,Wszystko znika, prócz chwały, która w pieśniach żyje.
Tam! nad jaskinią samotne kolumnyNa los zwalonych sióstr się jeszcze żalą;Ołtarz Trytonji wieńczy jeszcze dumnySkały Colonny, co się w morzu palą.Tam grób jakiegoś woja czyż ocaląOd zapomnienia ta nietknięta trawaI szare głazy, co się w ziemię walą?Jedynie obcy wędrowiec tu stawaI tak, jak ja, westchnieniu swemu folgę dawa.
Lecz niebo szkli się to samo bez przerwy,Te same skały, pola, cudne gaje,Oliwka płonie, jak za dni Minerwy,Hymet, jak dawniéj, swe młody wydaje,Pszczoła w budowie wonnych twierdz nie staje,Swobodnie krążąc między swemi góry;Apollin złoci długie, długie maje,Lśnią w jego blaskach mendelskie marmury,Precz sztuka, wolność, sława, został wdzięk natury.
Gdziekolwiek stąpniesz, tam ziemia jest święta,Ni szczypta poszła na cele bez cześci;Wielka włość cudów wokół rozwinięta;Tu się zmieniają w prawdę muz powieści,Oko aż słabnie, tak się wciąż tu pieści:To snów najrańszych wstają nam obrazy!Ten szczyt, to błonie, ten las, co szeleści,Szydzą z tych potęg, co zwaliły głazyTych miast: gród Aten upadł, Maraton bez skazy!
Ta sama ziemia, słońce niezmienione,A tylko inni słudzy, inne pany;Wielka włość cudów wokół rozwinięta;Gdzie ongi Persów tłum, na rzeź skazany,Pod miecz Hellady kładł się, pokonany.W dniu dawnéj sławy, kiedy się zmieniłyW magiczne hasło maratońskie łany:Wymów, a naraz — obozy, wojsk siły,Bój i pościg zwycięzców w oczach twych odżyły.
Med, jak ucieka z łuki złamanemi,Greczyn, jak za nim krwawą dzidzą żenie;Nad niemi góry, tu łan wód i ziemi;Śmierć mknie na przedzie, na tyłach zniszczenie;Dziś cóż zostało tutaj po téj scenie?Jakiż w tém miejscu pomnik przypominaUśmiech wolności, Azji łez strumienie?Urna strzaskana, grobowca ruinaI pył, co się z pod kopyt twego konia wszczyna.
Jednak ku szczątkom twéj zgasłéj wielkościNiejeden pielgrzym w zadumie dziś bieży;Z wiatrem iońskim przybywa tłum gościWitać ojczyznę piewców i rycerzy;Twoja kronika i twój język szerzyCześć twą śród młodych rzesz niejednych błoni,Ty chlubo starców, nauko młodzieży.Pieśniarz cię uczci, mędrzec ci się skłoni,Gdy Pallas wraz z muzami swą mądrość odsłoni.
Z obczyzny tęskni pierś do swéj ziemicy,Gdy ją tam krewna dusza oczekuje,Ale niech błądzą tutaj samotnicy,Z wzrokiem ku ziemi, która z niemi czuje.Wesołych uciech Grecja nie gotuje,Kochanek smętku oby tu przychodził,A że swój rzucił dom, nie pożałuje,Gdy pośród Delfów będzie kroki wodziłLub pól, gdzie Pers z Greczynem w krwi, konając, brodził.
Ten niech się zbliża ku tym świętym błoniom,W pokoju mierzy czarowne pustynie,Ale niech chciwą nie niweczy dłoniąOnych zabytków, co i tak w ruinie,Bo nie w tym celu wzniesiono świątynie;Niechaj to uczci, co czciły narody,A wtedy hańba na kraj nasz nie spłynie,Ty zaś w téj ziemi, która wiek twój młodyKarmiła, znajdziesz życia i miłości gody.
A ty, coś schlebiał pieśnią swojéj dumie,Wysnutą z lutni, co tak mało waży,Pomnij, że głos twój rychło przebrzmi w tłumieWrzaskliwych doby ostatniéj pieśniarzy:O zwiędły wawrzyn ich rój się nie swarzy —To nie dla ducha, który przestał miewaćCzucie dla chwalby i nagany wrażéj,Gdy zgasły serca, co mogły ogrzewać...Dziś kochać niéma kogo, a więc komu śpiewać?
Zbyt prędko uszłaś, miłowana, miła!Coś mi swą młodość z miodem sercem dała,Czegoby inna dla mnie nie zrobiła!Coś mną niegodnym gardzić nie umiała!Czém dzisiaj byt mój, gdyś ty być przestała?Nikt nie powita wędrowca, gdy wróci!On płacze doby, która się rozwiała:Po co tu była, gdy dziś serce smuci?A jemu po co wracać, gdy znów dom swój rzuci?
O miłująca, miła, miłowana!Ten ból jak ciężar swój na przeszłość składa!Jak lgnie do owych wspomnień moja rana!Lecz czas pamięci twojéj cios swój zada.Wszystko mi wzięła, śmierci, twoja zdrada,Matkę i druha i więcéj, niż druha:Strzał twój, jak wówczas, nigdy tak nie pada,W trop za boleścią biegła boleść głuchaI kradła rozkosz życia, która tak jest krucha.
Mam się pogrążyć między tłum nieznośny,Iść tam, gdzie spokój wzgardliwie się zżyma,Gdzie woła uczta i śmiech, darmo głośny,Co, kłamiąc sercu, policzki wydyma?Osłabiać ducha, choć w nim sił już niéma?Na twarz, przymusem ściągniętą, dobywaćZadowolenie, choć gniew ledwie wstrzyma?Śmiechem łzom przyszłym brózdy wyorywać?Ustami skrzywionemi szyderstwo zakrywać?
Czem ból najgorszy, który starość czeka?Najgłębsze zmarszczki cóż wyżłobić może?Z kart życia stracić drogiego człowieka!Jak ja, samotnym zostać w tym przestworze!Przed smagającym niechaj się ukorzę,Że zwiał nadzieje, że serca rozdzielił!Płyńcie, dni puste! wolne macie łoże,Odkąd méj duszy radość czas spopieliłI w młode moje lata zło starości wcielił!
„Insatiate archer! could not one suffice?Thy shaft flew thrice, and thrice my peace was slain,And thrice ere thrice you moon had fille’d her horn“.
Że czego Turczyn, Got i czas nie zburzył.
Ziemio Albanji, ty dzika macierzySurowych mężów, daj tu spocząć oczom!
„Do wtóru pieśni pół nutą, a na poły krzykiem“
Grecjo! zabytku przebrzmiałego świata!Żywa, choc zmarła, wielka, choć ugięta;
Do matki, Ado! podobne masz lice,Dziecię w mym domu i sercu jedyne?Uśmiechem lśniły twe jasne źrenice,Kiedym cię żegnał — nie jak w tę godzinę,Ale z nadzieją...Zbudzony, głębinęUjrzałem wokół; górą wicher nuciłDzikie swe pieśni... Nie wiem, gdzie zawinę,Alem odjechał; lecz ten czas nie wrócił,Gdy Albjon, ginąc z oczu, cieszył mnie lub smucił.
Znowu na wodach, znowu płynę daléj.Wały pode mną pną się, jak rumaki,Poznawszy jeźdźca. Witaj, ryku fali!Gdzie chcesz, lecz szybko, wiedź mnie temi szlaki!...Niech maszty gną się, jak trzcinowe krzaki,Wiatr niechaj żagle podrze na łachmany,Ja precz stąd muszę, bo jestem dziś taki,Jak krzew, oderwan od skał i na pianyPorzucon, choć dmie orkan, choć się rwą bałwany.
W lecie młodości o człowieku-m śpiewał,Co przed swą duszą biegł, okrytą w zmroki,Dziś plan podejmę, co we mnie dojrzewał —Który nosiłem, jak dźwiga obłokiWicher szumiący: W téj pieśni głębokiŚlad dawnych myśli zjawił się mym oczom,Łez, co, opadłszy, odkryły opokiDróg, gdzie wędrowne lata gnuśnie tocząŻwir życia, a kwiat twarzą nie błysnął uroczą.
Od dni, gdy radość i ból wrzały we mnie,Serce i lutnia w strunach mają stratyI w obu rozdźwięk jest pewnie: daremniePróbuję może śpiewać, jak przed laty;Jednak zanucę, choć w smutek bogaty;Jeśli od ciężkich snów własnéj boleściI własnych uciech oderwę się na téjDrodze, gdy tu się zapomnienie mieści,To pieśń ta będzie dla mnie pożądanéj treści.
Kto się zestarzał na téj cierpień ziemiW czynach, nie w latach i wnikł w głąb żywota,Że go nie wzruszy nic i nie oniemi;W kim miłość, sława i działań ochotaWciąż topi w serce ostrze swego grota,By go nie stępić; ten powiedzieć umie,Czemu do jaskiń wiedzie go tęsknota,Pustych, acz rojnych: znajdzie tam się w tłumieTych widm, co władną w duszy wnieosłabłéj dumie.
Ażeby tworzyć i tworząc wieść życieSzersze, dlatego obłóczym jedynieFantazją w kształty, wiedząc, że w tym bycieZysk się nasz mieści, tak jak mój tu ninie.Czém jestem? niczém! lecz nie w téj godzinie,Gdy z tobą, duszo mojéj myśli, wodzęOkiem, niewidzian, po ziemskiéj krainie!Twą skrą się palę, wraz z tobą się rodzęI czuję, choć uczucia zdeptano mi srodze.
Dziś trzeba myśleć mniéj dziko... Zbyt czarnoI długo-m myślał, aż mój mózg gorącyPod własném wrzeniem zamienił się w parnąBezdnię widziadeł, w ogni rozdół wrzący...I oto życie nie to zdrój trujący,Bom z młodu kiełzać nie umiał swych chuci.Dziś duch mój, zmienion, lecz jak dawniéj chcącyDźwigać ciężary, których czas nie zrzuci,Za gorycz przeciw losom z skargą się nie zwróci.
Lecz dosyć o tém: doba ta przebyta,A czar pod własną pieczęcią się kryje.Ot zapomniany Harold znów was wita,Z piersią, co dziś już weselem nie żyje,Z raną w swém sercu, która nie zabije,Lecz i nie zaschnie. Czas, co wszystko zmienia,Zmienił i jego: świeżość z warg mu pije,Duszę pozbawił ognistego tchnienia —Już czara życia tylko po brzegach się spienia.
On swą zbyt prędko wychylił i mętyZnalazł piołunne; raz wtóry skosztowałZ źródła czystszego, w ziemi bardziéj świętéj,Sądząc, że zdrój ten wciąż się będzie chował!Próżno! na wieki łańcuch go okował;Wgryzł się, niewidny; nie dzwoniąc żelazem,Ciężko mu zwisał; katuszą dojmował,Co, milcząc, chwili nie puściła płazem —Ogniwa z każdym krokiem ścieśniały się razem.
Pod strażą chłodu, tak sobie uroił,Można bezpiecznie iść znów między ludzi;Puklerzem serca tak ducha uzbroiłPrzeciwko ranom, że — tak Czajld się łudzi —Jeśli nie radość, troska się nie zbudziZe swéj kryjówki... I była w nim złuda,Że w onéj ciżbie, która tylko brudzi,Myśl, godną siebie, znaleść mu się uda,Jak w obcych krajach Boga i natury cuda!
Lecz któż się różą rozkwitłą zachwyca,Nie chcąc jéj zerwać? Gdy się mu zaśmiejePrzesłodki urok cudownego lica,Któżby nie uczuł, że się nie starzeje?Gdy sława w chmurach nad przepaścią siejeBlask swojéj gwiazdy, któż ku niéj nie skoczy?Harold raz jeszcze na szałów koleje,Goniąc w ślad czasu, swe koła zatoczy,Lecz cel już szlachetniejszy wskazują mu oczy.
Niebawem uczuł, że jemu przystawaćWielce jest trudno do téj ludzkiéj trzody,Z którą nic nie miał wspólnego. PoddawaćNie umiał myśli pod innych przewody,Choć od swych myśli cierpiał, gdy był młody,Nie chciał swéj duszy giąć pod hegemonjęDuchów, z któremi wszczynał żar niezgody:Dumny samotnik, umiał w własném łonieZnaléść życie, oddychać, choć nie w ludzkiém gronie.
Tam, gdzie gór szczyty, jego przyjaciele,Jego ojczyzna, gdzie grzmią oceany;Gdzie błękit niebios swoje blaski ściele,Tam chciał i umiał bujać: niekiełzany,Pustynie, lasy, pieczary, bałwanyTo jego druhy, a słodszą ich mowa,Niż dźwięk ojczysty, w książnicach zebrany:Zapomnieć o nich dusza jest gotowaPrzy dziełach, które w lustrze wód Przyroda snowa.
Jak ów Chaldejczyk śledził gwiazd gromady,Zaludniał byty, jak ich blask, jasnemi;I wnet zapomniał ziemię i jéj zwady.I ułomności mieszkańców téj ziemi.Byłby szczęśliwy, gdyby skrzydły swemiMógł się utrzymać w tym locie. Lecz kruchaGlina jest w sporze z skry nieśmiertelnemi;Zazdrości światła, nie da rwać łańcucha,Co zdala od niebiosów zakuwa nam ducha.
Ale śród ludzi stawał się jak w sidłach:Był niespokojny, cierpki i ponury,Smutny jak sokół o obciętych skrzydłach,Któremu gniazdem były wolne chmury,A przezwyciężyć gdy chciał rozpacz, w któréjTonął, wnet stawał się jak ptak, co dziobemBije i piersią o klatkę, aż z skóryKrew mu się sączyć zacznie: tym sposobemMyśl się rwała mu z piersi, co była jéj grobem.
I dobrowolny szedł daléj wygnaniec;Stracił nadzieję, troska się zmniejszyła;Wiedział, że na nic tego życia taniec,Że ponad wszystkiém panuje mogiła,Więc mu się Rozpacz w uśmiech przystroiła,Co, chociaż dziki — tak jak na okręcie,Gdy ma pójść na dno, majtków czerń opiłaPochłania wódkę, by przetrwać tonięcie —Dodawał mu otuchy i sił w tym zamęcie.
Stój! — po cesarstwa kroczysz tu popiele!Trzęsienia ziemi łup tu pogrzebiony!Czyż, aby głosić tryumfu wesele,Żaden zwycięstwa znak tu nie wzniesiony?Nie! prawdy tutaj prostsze głoszą tony,Aby, jak było, pole to zostało.Jakiż deszcz krwawy żyźnił te zagony!Więc z ciebie zysku dla świata tak mało,Ty pierwsze i ostatnie z pól, co królów dało?
I Harold stanął na czaszek równinie,Pod Waterlo, na Francji mogile!Na innych sławę przeniosła w godzinieMoc, co rok rocznie siała darów tyle.Raz jeszcze orzeł wzleciał w dumnéj sileI — krwawym szponem wpił się w zagon zryty:Strzał sprzymierzeńców położył go w pyle!Znikł żywot, z pychy i trudów uwity,Za sobą łańcuch świata powlókłszy rozbity.
Godziny odwet! Gal niech jęczy z bólówW więzach — czyż ziemia więcéj ma swobody?By zgnieść jednego, nie by uczyć królówPrawdziwéj władzy, walczyły narody?Ma znów ciemięstwo święcić swoje gody —To światłych czasów bezkształtne bożyszcze?Czyż dwa ubiwszy, mamy pójść w zawodyZ hołdem dla Wilka, co świat zmienia w zgliszcze?Badajcie wprzód, nim nowy bóg wasz pokłon zyszcze,
Lub się nie chełpcie, że upadł despota!Darmo gorące łzy orały lice,Że tyran kwieciem Europy miota,Że bezlitośnie depce jéj winnice.Czas śmierci, strachu, co niszczył ziemicę,Darmo za zgodą milijonów zginął!Największa chwała temu, kto prawicęWzniósł i miecz wieńcem mirtowym owinął,Czém niegdyś ów Harmodjusz w Atenach zasłynął.
W nocy jak głośne szumi ucztowanie!W stolicę Belgii ściągnęła biesiadaWalecznych mężów i nadobne panie.Z lamp na ich lica blask smugami pada;Tysiąc serc bije szczęśliwych nielada!A gdy muzyka zdrój rozleje miękki,Oko miłością oku odpowiada.Jakby weselne rozbrzmiewały dźwięki!Wtém — cyt!... te tony głuche... to pogrzebne jęki!
Czy wy słyszycie? nie! to wicher wieje,Lub po kamieniach pędzi wóz z turkotem!W tańcu niech radość bez końca szaleje!Cóż sen, gdy Młodość i Rozkosz za złotemChwil rannych światłem puściły się lotem?Lecz cyt!... to znów ten ciężki dźwięk! tam wyżéjJakgdyby obłok odpowiadał grzmotemCoraz wyraźniéj, straszniéj, coraz bliżéj —Pod broń! — pod broń! — to huk jest — huk armatnich spiży.
W wysokiéj sali, tam! w okiennéj niszy,Brunświcki książę, siedząc, pierwszy w głuchemBiesiadujących kole dźwięk ten słyszy...Śmierci proroczém pochwycił go uchem.Tamci się śmieli, gdy on ujrzał duchem,Jak się śmierć zbliża... Znał, co huk ten prawi:Ojca mu krwawym zwaliwszy obuchem,Wołał, że pomsta tylko w krwi się pławi:I pójdzie — w polu żywot waleczny zostawi.
Co za bieganie! jak te tłumy płyną!Jakie łez zdroje i przestrachu drżenia!Jak zbladły lica, które przed godzinąPochwała wdzięków tak jeszcze zrumienia!Życie z serc młodych, widać, pozdrowieniaWyrwie ostatnie! Jęki, jak obroże,Zdławią snać gardła! Wzajemne spojrzenia,Czy znów się złączą, któż przypuścić może,Po pięknéj jeśli nocy tak okropne zorze?!
Na koń siadają co żywo! W szereguSą już szwadrony, turkoczą już bryki —Wszystko się naprzód w strasznym zlewa biegu!Już się bojowe sformowały szyki;W oddali głuche dział śpiżowych ryki,A tu huk bębna budzi z snu żołnierzy.Zanim poranne zabłysną promyki,Przestrach i zgroza śród tłumów się szerzy,A wargi drżą: „wróg idzie! i tuż tuż uderzy“...
W górę się wzbiła pobudka Kamrona,Pieśń Lochjela, w Albynie tak grzmiącaI wrażym Sasom tak znajoma ona!Już w noc miesięczną drga przerażającaNuta pejbroku... A jak pierś gorącaW kobzę góralską swe tchnienia przelewa,Tak w gór mieszkańcach pamięć lat tysiącaZuchwałość przodków i dumę rozgrzewa:Klan każdy cześć Ewana i Donalda śpiewa!
Ku przechodzącym las ardeński szumiLiśćmi i łzami Przyrody się łzawi,Co, choć bezduszna, żalów swych nie stłumiNad walecznemi, których nic nie zbawi:Zdeptani będą, nim się wieczór zjawi,Jako ta trawa, co zazieleniejeZnów — ponad niemi, gdy ten tłum, co pławiW świeżém się życiu, straci swe nadziejeI, padłszy z ręki wroga, na wieki skruszeje.
W południe — w życia zanurzeni zdroju,W wieczór — w piękności szalejącém gronie,W północ — dzwon zabrzmiał, wzywając do boju,Rankiem ruszyli, pochwyciwszy bronie,A w dzień już walki straszliwe pogonie!Piorunna chmura gdy pęknie w swym pędzie,Ziemia śród prochu nowego utonie,Co dawny proch jéj znów okrywać będzie:Jeździec z koniem, wróg z druhem w jednym spoczną rzędzie.
Cześć ich niech głoszą harfy więcéj śpiewne;Jednegom wybrał z walecznych roiska,Raz stąd, że rody nasze są pokrewne,Raz, żem mu ojca lżył, przyczyna blizka,A raz, że godne pieśni cne nazwiska:On z najmężniejszych był!... Gdzie śmierć straszliwaSwe strzały w szranki przerzedzone ciska,Gdzie burza walki największa się zrywa:Howardzie! — czyjaż pierś się zacniejszą nazywa?
Tyle łez lano nad tobą, że mojeByłyby niczém, choćby szły obficie!Lecz pod zielonem gdy tu drzewem stoję,Co życiem szumi, gdyś ty stracił życie,Gdy patrzę wokół, jak znów łan w rozkwicieBogate kłosy i owoce wróży,Gdy wiosna śpieszy wszczynać radość w bycie,Duch mój od tego, co wśród niéj tak płuż ,Ku temu dziś się zwraca, czem mi nie usłuży.
K’tobie się zwraca, ku owym tysiącom,Co straszną pustkę śród rodziny kołaPozostawiły; łaską zbawiającąDla niéj, gdy w sobie niepamięć wywoła.Przedmiot jéj pragnień trąba archanioła,Nie sława wskrzesi: choć swym dźwiękiem ona,Sława, na chwilę zgłuszy ból, nie zdołaŻaru tęsknoty stłumić, a imionaIm w większéj czci, tém większy budzą żal śród łona.
Człek w łzach się śmieje, śmiejąc się, łzy roni:Drzewo schnie długo, zanim się powali!Statek bez masztów, a jeszcze nie w toni;Wiązanie dachu runęło, a z haliPróchno się sypie powoli; trwa daléjMur, choć mu orkan koronę rozbije;Więzień umiera, łańcuch się ocali;Dzień jest, choć burza słońce w chmury skryje,I serce boleść łamie, a złamane żyje.
Właśnie, jak owo stłuczone zwierciadłoW każdym kawałku swe odbicia mnoży,I jeśli w tysiąc cząstek się rozpadło,Tyleż obrazów w swéj powierzchni tworzy:Tak téż i serce, gdy bólu nie złożyW grób zapomnienia... Więdnie i niszczeje,Kiedy w niém troska bezsenna się sroży,Aż mu się wszystko wokół zestarzeje,A milczy, bo słów nie ma na to, co się dzieje.
Lecz życie także w ludzkiéj jest rozpaczy;Jad siłodajny, korzenia potęga,Co zwiędłe żywi gałęzie... Cóż znaczyBól, gdy zabija?... Życie z czasem sięgaNawet po owoc, co się z trosk wylęga,W jabłkach z nad morza Martwego smakuje,Choć są z popiołu... Byt nasz to mitręga —Na chwile uciech niech człowiek rachuje,Czas życia, czyż lat wówczas sześćdziesiąt wysnuje?
Psalmista ongi ludzkie lata zliczył:Dość ich; lecz — wierne obliczenia twoje,Waterlo, wrogu, coś ludziom nie życzyłTych chwil znikomych, to zadość... twe bojeWspominać będą milijonów roje,I z ust ich dzieci echem wieść popłynie:„Miecz sprzymierzonych wylał krwi tu zdroje,I nasi w onéj walczyli godzinie!“To wiele i to wszystko już, co nie zaginie...
Tu padł największy, nie najgorszy z ludzi;Duch jego, zlepion ze samych sprzeczności,To się ku wielkim rzeczom mężnie trudzi,To przy błahostkach z równą siłą gości.Idąc po środku, z tronu wysokościPatrzałbyś dotąd, lub na takie szczytyNigdy się nie wspiął; wzlot twój w zuchwałościI twój upadek!.. I dziś, choć pobity,Snać światem znów chcesz wstrząsnąć, ty gromów niesyty!
O ty zwycięsco i więźniu téj ziemi!Drży ona jeszcze i twe imię wrzawyWięcéj dziś sprawia między tłumy temi,Choć jesteś niczém — pośmiewiskiem sławy,Ongi lenniczki twéj odwagi krwawéjI pochlebczyni, ażeś sobie BogaOgłosił z siebie: sługą téj ustawyStała się nawet rzesza królestw mnoga —Zdumienie ją do tego popchnęło i trwoga.
Więcéj niż człowiek i mniéj — w dole, w górze,To bijesz ludy, to z pola uchodzisz;Karki monarchów zmieniasz w swe podnóże,To od zaciężnych mniéj odważnie godzisz;Druzgocesz państwa, rządzisz, nowe płodzisz;Niezdolny własnéj rozkazywać chuci;W głębi dusz ludzkich ostrym wzrokiem wodzisz,A swéj nie każesz, niech chęć wojn ukróci,Nie pomny, że los gwiazdy i najwyższe zrzuci.
Ale zwrot fali zniosła dusza cichaZ tą filozofją, co w księgach nie stoi;Czy to rozsądek, rachuba lub pycha,Wrogów twych żółcią i piołunem poi...Naokół ciebie w nienawiści zbroi,Tłum, co urąga i strzeże, ty przeciePatrzałeś okiem, co się w uśmiech stroi;Szczęście odbiegło swe złupione dziecię,A ono nieugięte, choć jarzmo je gniecie.
Mędrszyś, niż w szczęściu; w onéj bowiem, dobieW wnętrzu, bywało, żar dumy ci płonie,Co gardzić ludźmi rozkazywał tobie...Takie uczucia trza jednak kryć w łonie,A nie dobywać na wargi i skronie!Źle nieużyte odpychać narzędzie,Aby zwróciło przeciw nam swe bronie;Świat naszych starań nigdy wart nie będzie:Poznają to i inni w twoich śladów pędzie.
Gdybyś, jak wieża na pochyłéj skale,Paść, lub samotnie stać miał przeznaczenie,Ciosy z tą wzgardą znosiłbyś wytrwale;Lecz myśli ludzkie to stopni kamienieDo twego tronu; ludzkie uwielbienieMiecz twój staliło; Aleksandra toremIść, a nie szydzić (królewskie odzienieJeśli pominiem) Dyjogena wzorem:Zbyt wielki świat, by dla cię beczki był otworem.
Spokój dla wrzących serc to piekieł władza —On go téż zgubił... Mają tutaj bytyTaki żar w sobie, który wciąż rozsadzaSwą ciasną klatkę i rwie się na szczytyPrecz ponad dążeń „środek przyzwoity“,Nie zgaśnie on już, gdy raz rozżegnięty —Jedynie spokój ściąga niespożytyOgień z wyżyny... Płomień w sercu wszczętyNiszczy tego, kto był nim i kto jest przejęty.
On to szaleńców stwarza, w których żarzeNowych szaleńców zaród: wodze zbrojne,Króle, systemów twórce i sekciarze,Ministry, wieszcze — duchy niespokojne,Co w tajniach łon swych taką niecą wojnę,Że ma w nich głupców ich głupiec... UpartaŚciga ich zazdrość, lecz ich dole znojneGodneż zazdrości? Jedna pierś otwartaNauczy nas, co sława i co władza warta...
Ich dech jest ruchem, a ich życie burzą,Na któréj pędzą, by paść ostatecznie;Ale te boje tak ich siłom służą,Że gdyby dni ich, przebywszy bezpiecznieTor, zlały w zmierzch się łagodny, bezsprzecznieZmarliby z ciszy — tak jak niesyconyPłomień, co musi strawić się koniecznieW własnym migocie, tak jak miecz rzucony,Co zjada się bez chwały, własną rdzą gryziony.
Ten, kto na góry szczyt najwyższy pnie się,W chmur go zobaczy i śniegów koronie;Kto ludzkość zgniecie lub się nad nią wzniesie,Ujrzy pod sobą nienawiści tonie;Chociaż ponad nim słońce chwały płonie,Pod nim jest ziemia i ocean siny,Wokół lodowce, a o nagie skronieBiją mu wichry téj saméj godziny:To trudu jest zapłatą, co wwiódł na wyżyny.
Lecz precz z tém wszystkiém! Mędrzec świat swój złożyłW swych własnych dziełach, lub do ciebie kroczy,Matko Przyrodo! któż tym równe stworzył,Jak te na niwach, gdzie Ren wały toczy?W bożych utworach Harold topił oczy,Oślepion czarem, co się z gór wyłania,Z liści, zbóż, winnic, skał i wód przezroczy,Z zamków, co smutne ślą nam pożegnania:Zniszczenie mieszka w murach, które darń osłania.
Stoją jak wielkie, choć złamane, duchy,Co między nizkie nie zejdą rozumy;Puste — wiatr tylko przekrada się głuchyI czarne chmury chodzą do nich w kumy.I one miały czas młodości, dumy;Proporce w górze, a dołem rycerzy;Dziś w krwawych grobach zapaśników tłumy,Prochem sztandary, które wiały z wieży,I w zimne bastyjony taran nie uderzy.
Tu, gdzie te mury, gdzie tych baszt ułamki,Włada potęga śród swych żądz... Tu srogiDzierżył rozbójnik zbrojne swoje zamki,Dumny, jak zastęp bohaterów mnogi,Którzy kroczyli śród przeszłości drogi...Dla tych najezdców cóż potrzeba było,By ich wielbiono, jak owe półbogi?Szerszego pola, kolumn nad mogiłą?Z nadzieją wrzało męstwo w nich z tą samą siłą!
W ich pojedynkach, barońskich zapasachJakiéż odwagi zginęły dowody!Miłość, swém godłem zdobiąca w tych czasachTarcze herbowe, dzieląca nagrody,Żelaznych zbroic przeszywała lody.Lecz nieraz w serce z tą żądzą się wkradła,Która nieciła burzące niezgody:Dla pięknéj pani wówczas baszta padłaNiejedna w tego Renu zmącone zwierciadła.
Obfite wody rozpienionéj rzeki,Błogosławieństwo dokoła lejecie!Czar waszych brzegów zostanie na wieki,Gdy wy ich, ludzie, zmienić nie zechcecie,Jeżeli z płonnéj powierzchni nie zmiecieSierp waszych wojen tych zadatków chleba!...Patrzeć na głąb tę, zda się, że po świecieZiemskim rozlały się błękity nieba,Że Letą jesteś, Renie — bo czegóż ci trzeba?
Walk zdobywało tysiąc twoje brzegi!Z połową sławy gdzież jest pamięć bojów?Rzeź tutaj kładła walczących szeregi,Czém oni dzisiaj? gdzie mogiły wojów?Krew dni wczorajszych zmył już prąd twych zdrojów,Ni plamki niéma, a tu głębie drgająPośród słonecznych skier tańczących rojów,Tylko czczych sławy snów nie zabierająTwe wody, chociaż wszystko unosić się zdają.
Tak dumał Harold, gdy kraj ten przebiegał,Czuły na wszystko, co ptaki na łanieBudzi, by śpiew ich ranny się rozlegał,Że nawet drogiém staje się wygnanie...Z czoła, choć zmarszczki wystąpiły na nie,Surowa cisza choć miejsce zajęłaŻarów, co miały nad nim panowanie.Radość mu nieraz dawny smutek zdjęła —Bo nieraz jéj rumieńcem twarz mu zapłonęła.
Tu szła i miłość śladem jego kroku...Choć w nim już żądza na popiół zgorzała;Trudno mu było chłodem płacić okuZa jego uśmiech. Przyjaźnią zapałaDusza za przyjaźń, chociażby jéj całaZiemia obrzydła: I z nim tak się składa —Wiarą mu słodką jedna pierś zadrżała,Na to pierś jego biciem odpowiada,W jéj łonie, w tkliwszych chwilach tak zamieszkać rada.
A umiał kochać — w takim, jak on bycieDziwny to kaprys — niewinne spojrzeniaDziecka, gdy w pierwszym zaledwie rozkwicie.Ale co serce, które rozpłomieniaNienawiść ludzi, tak od razu zmienia —W poznaniu tego korzyści nie wiele.Dość, że tak było; wśród osamotnieniaŻądze tłumione nie wyrosną w ziele:Ta jeszcze w nim płonęła, gdy inne w popiele.
Tu go do siebie jedna pierś przykułaSilniejszą spójnią, niż kościelne śluby,Miłość, aczkolwiek nie znając, co stuła,Czystą tu była, wolną od rachuby;Ludzkiéj zawiści wszystkie zniosła próby,A to ją węzły łączyło trwalszemi,Co w oczach kobiet jest obawą zguby,Dziś pozdrowienie ślę jéj z obcéj ziemi —Wylało się ze serca dla niéj dźwięki temi:
Z skał Drachenfelsu zamek dumnySpogląda chmurnie w Renu wody;Pieni swe nurty strumień szumny,Winne obsiadły brzeg ogrody,Wzgórza kwitnący las porasta,Pola obfite wróżą płody,Licznie rozsiane wokół miastaPośród słonecznéj lśnią pogody:Podwójna rozkosz w tym widoku,Gdybyś ty była przy mym boku!
Tłum wiochn z modremi tutaj oczy,W ręku trzymając bukiet świeży,Po rajskich niwach z śmiechem kroczy;Nademną baszty gniazd rycerzyW zielonych liściach kryją mury,Niejedna skała w przepaść bieży,Łuk się niejeden pnie do góry,A tuż winnica u stóp leży —Tu, gdzie czarują Renu wdzięki,Brak mi uścisku twojéj ręki.
Danych mi lilij ślę ci kwiaty:Nim się dostaną do twéj dłoni,Wiem, że utracą czar bogaty:Ty nie gardź niemi, choć bez woni!...Pieszczotą zlałem je dokoła.Wiedząc, że na nie wzrok swój rzuciszI że na schnące patrząc zioła,Ku mojéj duszy swoję zwrócisz:Rwane, gdzie toczy Ren swe zdroje,Twemu je sercu niesie moje.
Pędzi w szumiących fal odmętachStrumień, téj ziemi cud prawdziwy,I wciąż w tysiącznych swych zakrętachOdsłania nowe, piękne niwy;Choć najdumniejsza pierś, tu przecieMogłaby stanąć z życiem w zgodzie,I czyż się znajdzie kąt na świecieMnie równie drogi i Przyrodzie?Twojéj źrenicy tu potrzeba,By kraj ten milszym był od nieba.
Koło Koblencji, z łagodnego wzgórzaSkromny pomniczek ku niebu spoziera,Pod nim mogiła w zieleni się nurza:Spoczęły tutaj prochy bohatera,Naszego wroga — lecz niech nie zamieraW nas cześć dla Marceau... Po żołnierza twarzyNa grób ten ściekła niejedna łza szczera:Płacząc z zadrością o człeku on marzy,Co broniąc prawa Francji, zginął w walce wrażéj.
Krótkim lecz sławnym jego żywot zwie się,Po nim w dwóch wojskach żałoba się szerzy:W wrogach i w swoich. Wędrowiec niech wzniesieModły za spokój męża, co tu leży:Był on z nielicznych swobody szermierzy,Co przywileju kary nie nadużył,Danego temu, kto jéj oręż dzierzy;Nigdy on duszy w kale nie zanurzył,Dlatego téż na ludzkie łzy sobie zasłużył.
Ehrenbreitsteinu w gruzach mur zębaty,Czarny od dymu dział, wskazuje, srogi,Czém był, jeżeli bomby i granatyBez skutku biły w jego skalne progi.Twierdzo zwycięstwa! widziałaś ty mnogiTłum nieprzyjaciół, jak pierzchał doliną!Co bój oszczędził, temu Pokój — wrogi:Nie od kul gradu zamek ten ruiną,Od deszczów lata szczyty te potężne giną.
Żegnam cię, Renie uroczy!... Szczęśliwy,Jakżeżby chętnie został tu wędrowiec!Dla dusz złączonych, ty drogie masz niwy,Dla kontemplacji — samotny manowiec.Jeśli nie tutaj, sęp, niesyty łowiec,Gdzież swoję zdobycz, pierś, porzucić zdoła?Gdzież tak Przyroda się miarkuje, powiedz?Ona, ni smutna zbyt, ni zbyt wesoła,Dla ziemi tém, czém jesień jest dla roku zgoła.
Żegnam raz jeszcze, lecz żegnam daremnie!Bo czyż tak można żegnać twe przestrzenie?Każdą twą barwą lśni się dusza we mnie;A gdy mam rzucić ostatnie spojrzenie,Choć tak niechętne, na ciebie, mój Renie,To niechaj płonie w niém dziękczynność prawa:Są większe kraje, jaśniejsze promienie,Lecz nigdy oczom tak razem nie stawaI czar i wdzięk i krasa i dni dawnych sława —
Ta prosta wielkość, to kwiecie, brzemienneNadzieją sprzętów, te miast białe mury,Te szumne rzeki, przepaście bezdenne,Lasy, w nich zamki gotyckiéj struktury;Skały, jak wieże, pnące się do góry,Urągające dziełom ludzkiéj dłoni;Ludzie, jak kraj ten, bez twarzy ponuréj —Ciżba po brzegach z wesołością goni,Nie troszcząc się, że państwa padają koło niéj.
Lecz Ren już znika... Przyrody nademnąSterczą pałace, Alpy, śnieżne głowyOtulające w chmur powłokę ciemną,Wieczność tu w każdéj jaskini lodowéj,Na zimnych szczytach, królując, śniegowyPiorun, lawinę, tworzy i w dół ciska...Co duchem wstrząsa i rwie mu okowy,Woła z tych wyżyn: Niebiosów tu blizkaJest ziemia, a tam ludzi droga jakże nizka!
Lecz nim odważę piąć się na te szczyty,Moracie, k’tobie zwrócę swe koleje,Ty patryjotów łanie niespożyty:Spoglądających na śmierci trofejeWstyd za zwycięsców tutaj nie obleje.Tutaj Burgundczyk na wieki pomnikiemUczcił swe bufy: stos kości bieleje!Niepogrzebionym w Styks pomknąwszy szykiem,Każdego ducha strasznym witają okrzykiem.
Jak rzeź pod Waterlo razem z Kannami,Tak Morat stoi tuż przy Maratonie;Prawdziwa zwycięstw ich sława nie plami;Nie pycha krwawe wszczęła tu pogonie,Lecz bratnie serca i szlachetne dłonieObywateli po laur tutaj sięgły,I kraj nie płakał, że w prawa obronie,Które bluźnierczo zwie boskiém wyległyW drakońskim mózgu statut, ich ręce się sprzęgły.
Gdzie mur samotny, samotniejszy jeszczeSłup tutaj stoi, boleścią złamany,Dni tych zabytek, co przeszły; złowieszczeRzuca spojrzenia, jak ktoś obłąkany,Z strachu w głaz zmienion, ale nie obranyZe świadomości; stoi i nie umiePojąć, że jeszcze z ziemią nie zrównany,Gdy w Awentyku, téj rówieśnéj dumieRąk ludzkich, gruzów tylko został tłum przy tłumie.
Tutaj — o imię chwalebne i święte! —Julja — kapłanka, córka — w lat swych dobieWiosennéj niebu służyła.. PrzejętaMiłością nieba, serce jéj na grobiePękło ojcowskim... Przeciw łez żałobieGdy sprawiedliwość stanęła, umarłaZ życiem, co życie jéj mieściło w sobie...Żadna się statua o grób ich nie wsparła,Gdzie urna jedno serce, jeden proch zawarła.
Lecz to są takie imiona i czyny,Że się ich sława nigdy nie spopieli,Choć ziemia państw swych zapomni ruiny,Uciemiężonych i ciemiężycieli...Cnota w górnego majestatu bieliPrzeżyje bóle i w twarz słońca będzieZ swéj nieśmiertelnéj patrzała pościeli:Jak wiecznie czysty śnieg, co Alp krawędzieOtula, spraw padołu nie mając na względzie.
Leman się ku mnie zaleca swą falą,Lustrem, gdzie gwiazdy na niebieskim szczycieI góry patrzą, jak się tu krysztaląWszystkie ich rysy i barwy w błękicie.Lecz zbyt tu ludzi, aby należycieTym wielkim cudom dusza była rada;Ale samotność wnet zedrze pokrycieMyśli, co czarem dziś tym samym włada,Jak wtedy, nim się w ludzkie zamieszałem stada.
Nie gardzi ludźmi, kto od nich ucieka —Nie każdy wespół z niemi walczyć może;Nie z nienawiści ku nim duch człowiekaKryje się w źródeł swych najskrytsze łoże,Aby nie wezbrać i nie paść w ferworzeOfiarą własnéj słabości, śród tłokuŚwiata bojować i płakać w złéj porzeTu, gdzie bezprawia spotykasz co kroku,Gdzie silnych brak, a każdy ma chęć sporu w oku.
Tu wnet swe lata zanurzymy w skruszeI krew nam wszystkę w łzy niebawem zmieniTa śniedź, co naszę będzie żarła dusze;Wnet barwa nocy przyszłość nam zacieni,Życie się w biegu beznadziejnym spieni,Mknąc ku ciemnościom. Najśmielsi sternicyPłyną ku portom, żeglugą znużeni:Tu są Wieczności tacy wędrownicy,Co pośród burz nie mogą zarzucić kotwicy.
Czyż to nie lepiéj zostawać samotnymI kochać ziemię li dla saméj ziemi?Żyć nad Rodanem, jako strzała lotnym,Lub nad jeziorem, co go wody swemiKarmi, jak matka, troski serdecznemiOtaczająca swe kapryśne dziecię,Łzy spijająca całunki słodkiemi?Czyż tak nie lepiéj, niż na tłumnym świecieGnieść innych, albo znosić, gdy nas inny gniecie?
Nie żyję w sobie, lecz się cząstką stajęTego, co widzę naokół..! Te góry —To nie uczucie, zato ludzkie zgrajeMoją katuszą... Nic mi wśród naturyNie budzi wstrętu — w tém mój żal ponury,Żem cielesnego ogniwem łańcucha:Pełzam śród stworzeń, kiedy tam, gdzie chmury,Gdzie gór wierzchołki, gdzie gwiazdami buchaToń niebios, nie nadarmo rwą mnie skrzydła ducha.
W tém cały jestem, w tém jest treść żywota;Patrzę na ludną, przebytą pustynię,Jako na miejsce, gdzie bój i zgryzota,Gdzie los mnie rzucił, jakbym w jakiéj winieSerce zanurzył, bym cierpiał... Lecz ninieLecę na skrzydłach, co, acz młode, czuję,Że rosną — razem z powiewem. Niech płynieDuch mój z tym wiatrem, niech górą szybuje,I zrzuca precz tę glinę, która go krępuje!...
A gdy się wreszcie duch z więzów wybawi,Kiedy tę wstrętną powłokę utraci,Gdy z cielesnego bytu to zostawi,Co lśni w owadzie i w płazie bogaciéj,Gdy żywioł pójdzie do żywiołów — braci,Proch ten do prochu, nie odczuję-ż potémCiepléj wszystkiego? Bezmięsnéj postaciMyśli nie ujrzę-ż? duchów, z których lotemI wiecznym — jak w téj chwili — łączę się żywotem?
Jak ja ich cząstką, nie są-ż cząstką mojąI mojéj duszy szczyty, chmury, wody?Nie jest-że dana mego serca zdrojomCna miłość ku nim? Wszystkie inne płodyNie godne-ż wzgardy, gdy się bez swéj szkodyChcą równać z niemi? Raczéj cierpieć wolę,Niż to uczucie zamienić na lodyTych, których oko zawsze błądzi w dole,A myśl się nie obraca w płomienistém kole.
Lecz to nie moje zadanie... Na nowoPodjąwszy wątek, wzywam tych, co w pyleUrn dla swych dumań mają treść gotową,Aby stanęli przy męża mogile,Co tu się zrodził, gdzie ja, choć na chwilę,Pielgrzym przelotny, wdycham czyste zdroje,Męża, co dążył w wyprężonéj sileKu jednéj sławie: błazeńskie przeboje!Dla nich ciszę poświęcił, wybrał niepokoje.
Tu dziki Rousseau, kat swéj własnéj duszy,Apostoł bólu, co żądzę odziewałW cudowne piękno, co z głębin katuszyPrzemagającą wymowę wylewał,Dech, co mu takie nieszczęście przywiewał,Pierwszy raz wchłonął... W urok ten sofistaUbrał szaleństwo i dla grzechu miewałSłowo, rażące, jak moc blasków lśnista,Źrenicę, że z nich płynie struga łez rzęsista.
A jego miłość to esencja chuci:Eterycznemi żary płomieniący,Był on jak drzewo, gdy się grom w nie rzuciI zajmie... Życie z miłością łączący,Nie kochał żadnéj kobiety żyjącéj,Ani téż zmarłéj, co w sny nam się wbija:Ideał piękna, w nim swój byt mający,W tych jego księgach ogniem się przewijaI, chociaż urojony, zdrowie z żył wypija.
Z tych tchów powstała Julja, przyodzianaW wszystkie dzikością czarujące wdzięki;Tym tchem uświęcon ten każdego ranaNa jego wargach pocałunek miękki —Od téj, co uścisk przyjacielskiéj rękiMiała dla niego. Ale to dotknienieW piersi miłosne rozżegało męki:I więcéj szczęścia jedno mu westchnienieDawało, niż prostaczym duszom żądz spełnienie.
Przez cały żywot z wrogami wojował,Których sam szukał; cios niejeden zadałSwym przyjaciołom: Podejrzliwość chowałW przybytku serca — jéj w ofierze składałTych, których z ślepą wściekłością napadał...Był oszalały... lecz dlaczego? wątkuPrzyczyn dotychczas nikt jeszcze nie zbadał —W chorobie szukać czy w bólach początku —Najgorsza, że szał jego miał pozór rozsądku.
On był natchniony: z jego wnętrza buchał,Jak ongi z Pytji groty tajemniczéj,Głos, który żagiew nad światem rozdmuchał —Aż państwa padły w jéj pożarów dziczy...Czyliż się do nich i Francja nie liczy?Zgięta pod jarzmem tyranji wiekowéj,Złamana, drżąca pod razami bieży,Dopiéro jego płomiennemi słowyRozżegła w swojém wnętrzu gniew aż zbyt surowy.
I sama wzniosła straszny pomnik sobieZ gruzów wiar dawnych, co padły, zmiażdżoneW nowego czasu świtającéj dobie,Dla oczu świata zdarła z spraw zasłonę,Lecz zło i dobro zburzywszy, zwalonePozostawiła ze wszystkiego szczęty:W téj saméj chwili posłużyły oneKaźniom i tronom jako fundamenty,Bo tego chciał byt, sławy pragnieniem przejęty.
Lecz to nie potrwa i potrwać nie może,Ludzkość uczuła, że jest w niéj potęga,Lecz świeży rozkwit sił tych na rozdrożePopchnął człowieka: srogość się rozprzęgaŚród jego łona. Litość, co wylęgaMiłość ze siebie, znikła... Kto się chowałW ciemnéj jaskini, gdzie włada mitręgaNiewoli, orłem kto w dzień nie szybował —Czyż dziw, że się po zdobycz fałszywą skierował?
Z głębokiéj rany blizna pozostaje,Serce zranione krwawi się najdłużéj,Choć je wyleczysz, wspomnieniem się kraje...Kto z nadziejami w wojennéj jest burzy,Kto padł zwyciężon, o, ten się zanurzyW ciszę, lecz karku nie nagnie. Swe żaryTłumi namiętność, aż jéj dzień posłuży,W którym odetchnie swobodnie... Trza wiary:Nadejdzie przebaczenia chwila albo kary.
Jasny Lemanie! z światem, w którym żyję —Z jego burzami sprzeczne wody twojeKażą tą ciszą, którą głąb ich kryje,Zmienić wir ziemi na czyściejsze zdroje —Skrzydłem, co ducha ponad niepokojeWznosi, ten cichy jest żagiel... Ja rykiemMórz zachwycałem się ongi, dziś pojęTwym się poszumem: siostry on językiemWyrzuca, żem dotychczas brnął w szaleństwie dzikiem.
Przyszła noc cicha — i zlewa się w zmrokuTo, co od brzegów twych oddziela góry,W obraz przeciemny, lecz wyraźny oku.Przepaścią tylko wydają się JuryStrome wierzchołki, skryte w mgieł kaptury...Od lądu z kwiatów płynie zapach świeżyA z wiosła czasem o fali ponuryBłękit leciuchno kropelka uderzy,Po rosie na dobranoc ćwierkot świerszcza bieży.
Nocny biesiadnik, świerszcz ten, całe życieSpędza jak dziecko i do syta nuci;W przerwach czasami jakiś ptak ukrycieKrzewów, śpiewając, na chwilę porzuci...Tam! na pagórkach, zda się, ciszę kłóciJakowyś szelest... Ale to pozory:Gwiaździsta rosa łez miłosnéj chuciNie poprzestaje ronić do téj pory,Aż wnikną w pierś Natury wszystkie jéj kolory.
O jasne gwiazdy, wy poeci nieba!Jeżeli człowiek w waszych blaskach czytaLos państw i ludzi, to darować trzeba,Że, kiedy żądza wielkości go chwyta,Już się o ziemskie swe drogi nie pyta,Tylko do waszéj drużyny ucieka.Tajemna piękność u was jest ukryta,A taką cześć w nas budzicie zdaleka,Że „gwiazdą“ zwiemy sławę, szczęście, życie człeka.
Niebo i ziemia ciche, lecz nie śpiące:Bez tchu, jak człowiek, nadmiernie wzruszony,Jak on, gdy w myślach zatopion, milczące,Niebo i ziemia ciche: gwiazd miljony,Turnie nadbrzeżne i Leman uśpiony —Wszystko to życiem jaknajgłębszém dyszy:Tu każdy promyk, powiew, liść zielonyJest cząstką bytu, człek w nich moc tę słyszy,Co stwórcą jest wszystkiego i panem téj ciszy...
Nieskończoności uczucie się rodziW nas, najmniéj samych w samotnéj ustroni;W bytu naszego wnętrze prawda wchodzi,By nas oczyścić: dźwięk, dusza téj toni —Źródła muzyki, co wiecznéj harmonjiDaje poznanie; urok, co rozwity,Jak Cyterei przepaska (tak o niéjBaśń opowiada) spaja pięknem byty —Cień śmierci-by rozbroił, gdyby ranił, skryty.
Nie darmo wzgórza dawnych Persów plemięNa swego bóstwa zmieniało ołtarze;Bez ścian, na szczytach, wyrosłych nad ziemię,Wznosiło kościół w modlitewnym żarzeDla tego Ducha, co w rąk ludzkich darze,W murach, czyż godną znalazłby świątynię?Przybytki twoje mogą-ż stanąć w parzeZ tumem Przyrody, Gocie i Greczynie? —Twych modłów zdrój niech w ciasnych obrębaahobrębach nie płynie!
Niebo się zmienia!... lecz jakież to zmiany!Potęgę macie nocy! burzo! mroki!Ale tak słodką, jak ten czar świetlanyW czarnych źrenicach kobiety... OpokiDrżą, kiedy skacze grom żywemi krokiZ turni na turnię... Nie z jednéj on chmuryTutaj wypada: każdy wierch wysokiWłasny ma język... Grzmi odpowiedź Jury,Radosny gdy podniosą ryk alpejskie góry...
To w noc się dzieje! Przechwalebna nocy!Czas twój nie na to, aby usnąć, służy:Niech zakosztuję twéj ognistéj mocy,Niech będę cząstką ciebie i téj burzy!Tam snać się całe jezioro zanurzyW blaskach fosforu, a stąd deszcz się zrywa,Tańcząc, na ziemię... Ciemno znów... W tem z wzgórzyNa gór wesele radość się odzywa:Snać gdzieś trzęsienia ziemi poród się odbywa.
Gdzie wartki Rodan rozdarł bieg topieliPomiędzy skały, obraz doli srogiéjDwojga kochanków, których dawny dzieliGniew, że już zejść się nie mogą ich drogi,Choć miłość źródłem téj zawiści wrogiéj —Nienawiść przeszła, ale życia kwiatyNa nagie, zwiędłe przemieniła głogi:I dzisiaj oni, zimowemi latyZgnieceni, toczą walkę w duszy, w żal bogatéj. —
Gdzie bystry Rodan rozdarł się na dwoje,Tu z burz największa ma swój żleb widomy;Bo tu się tłumią tych nawałnic roje,Z ręki do ręki wciąż rzucając gromy,Płonąc i skacząc naokół; gdzie złomyTe rozdzielone, rozszczepił w dwa kleszczeGrom błyskawiczny swój pocisk. Znać z stroméjBezdni, gdzie pustka ma gniazdo złowieszcze —Chce wygnać, jeśli coś tam pozostało jeszcze!
Niebiosa, turnie, rzeki i jeziora!O nocy, wichry, grzmoty, błyskawice!Duszo, coś wszystko to zrozumieć skora,Przez was umieją czuwać me źrenice!Zamierający huk wasz, nawałnice!Po oddźwięk tego, co mi sen odbiera!Ale powiedzcie, gdzie wasze granice?Czyście jak burza, co człeka rozpiera?Czy lot wasz, jak lot orłów, do gniazda dociera?
Gdybym, co we mnie największego gości,Mógł odziać w ciało i wyrzucić z łona;Gdybym dla myśli, uczuć, namiętności,Dla serca, duszy — silna czy zwątlona —Gdybym dla tego, k’czemu dąży ona,Co znosi, czuje, zna, a przecież żyje,Miał jedno słowo — piorun: myśl, zrodzonaWe mnie, byłaby jak ten grom, co bije,I ja nie byłbym mieczem, który pochwa kryje.
Znów się rosisty poranek wyłania —Z wonią w oddechu, z kwiatami na twarzy;Żartowniś, śmiechem obłoki rozgania;Jakby nie było na ziemi cmentarzy,Tak życiem tryska... Już się dzionek jarzy,My znów pójdziemy swoim trybem daléj...Na twoich brzegach duch nasz znów pomarzy,Cichy Lemanie! a wszak u twéj faliDość treści, byśmy tylko treść tę wyzyskali.
Cudna Klarencjo! miłości kolebko!Twoje powietrze to żądz młodych tchnienie!Z miłości drzewa tu swą siłę krzepką,Lodowce czerpią swoje zabarwienie;Zachód je widzi, odziane w promienie,Co tutaj drzemią tak lubo! UrwiskaMiłość tu głoszą, dawszy jéj schronieniePrzed onym światem, który w dusze ciskaNadziei grot i potém ma z nich swe igrzyska.
Niebiańskie kroki zna każda twa ścieżka —Miłość, Klarencjo, siadła tu na tronie,Co ma za stopnie te góry: w nich mieszkaBóg, co skrą życia przenika twe błonie...Ale nietylko na tych gór koronie,Nietylko w lasach i grotach on bawi:Z każdego kwiatka twą źrenicą płonie,W oddechach lata twoje łany pławi,Łagodząc klęski burzy, gdy się moc jéj zjawi.
Tu wszystko jego: ta czarna sośnina,Co cień mu daje; te głośne potoki,Których poszumów on słucha; te wina,Które się wiją po ścianach opoki;Fala, co gnąc się, wita jego krokiI stopy, szemrząc, całuje; las, brudnąZgniłych pniów warstwą pokryty, lecz sokiŚwieżego liścia mający, w swą ludnąSamotność przywołuje boga postać cudną.
W samotność, ludną rojem pszczół, ptakami,Tłumem przebarwnych stworzonek, co głosząOd słów milszemi jego cześć dźwiękami,A których uciech niewinnych nie spłosząŻadne przestrachy... Tu strumienie rosząKrzewy naokół, tu szemrze kaskada,Tu się gałązki gną i znów podnoszą,Pączek o wonném pięknie rozpowiada —To wszystko Miłość w wielki jeden cel układa.
Tu, kto nie kochał k’miłości się nagnie,A kto tajemnéj rozkoszy skosztował,Ten jeszcze bardziéj kochać tu zapragnie!Tutaj się Amor w tém ustroniu schował,Gdy świat mu bole i klęski gotował —Bo miłość naprzód kroczy lub umiera,W miejscu nie stoi; jéj wdzięk się zepsował,Albo się ona ku tym szczytom wdziera,Gdzie światłość nieśmiertelna jéj się nie opiera.
Nie z jakiéjś fikcji Rousseau w onéj dobieZaludniał tłumem uczuć to zacisze:Poznał, że kąt ten upatrzywszy sobie,Żądza dusz czystych tutaj się kołysze.Tu młody Amor zdjął przepaskę PsyszeI grunt uświęcił miłością..! SchroniskoCudne, samotne! twoich czarów słyszęGłos tu i oddech. Tutaj nieba blizkoTron Alp i Rodan usłał swe łożysko.
Lozanno! Ferney! wszak to wasze domyGniazdem tych imion, co wam dały imię —Tych śmiertelników, co po drodze stroméjDoszli, gdzie sława wiekuista drzémie...Duchy potężne, tytany olbrzymie,Co znowu z nieba chcieli ukraść płomię,Na myślach zwątpień pnąc się w pychy dymie:Karę na siebie mogli ściągnąć w gromie.Lecz niebo z ludzkich dążeń śmieje się widomie!
Jeden kapryśny i zapalnéj głowy,Chwiejny — lecz dowcip miał, co się nie starzał:Wesoły, dziki, rozumny, surowy,Dziejopis, mędrzec — a i pieśni stwarzał,Protej w zdolnościach, sam siebie rozmnażałPomiędzy ludźmi... Ale ośmieszanieGłówną w nim siłą: na nic nie uważał:Jak wiatr, co wszystko wywraca na łanie,Wali głupców, to znowu przeciw tronom stanie!
Drugi — głęboki, myśli wyczerpywał,Do źródła wiedzy po swą mądrość chodził,Zastanowienie, tworząc, w pomoc wzywał,Mieczem, powagą wyostrzonym, wodził;W solenny dogmat grotem szyderstw godziłRównie solennym. Arcymistrz ironji,W wrogach gniew wzbudzał, co się z strachu rodziłI wnet go strącał do piekielnych toni,Na wszystkie wątpliwości téj najlepszéj broni.
Spokój ich prochom! już oni w téj chwiliZa swe przewiny doznają pokuty,A my nie to, byśmy ich sądzili...Przyjdzie czas taki, że na jaw wysnutyBędzie czyn wszelki, albo przestrach lutyRazem z nadzieją, jako jedna mara,Zmieni się w popiół, a ten, choć rozsuty,Gdy znów odżyje, jak nas uczy wiara,Łaska spadnie na niego, lub téż słuszna kara.
Lecz od dzieł ludzi pójdę czytać dziełaStwórcy i potém dam już należytąOdprawę pieśni, co treść z snów mych wzięła,Niech się nie ciągnie bez końca... RozwitąWidzę tam chmurę! sunie ku Alp szczytom!Ja ją przeszyję! jak wzrok sięga chyży,Ma być przezemnie kraina przebytą,Gdzie się wierzchołki piętrzą coraz wyżéj,Aż niebo do uścisków ku ziemi się zbliży.
Patrzę na twoje, o Italjo, łanyI oto w duszy blask wieków się pali,Gdy Kartagińczyk giął cię niekiełzany,Aż do tych mędrców i mężów ze stali,Co dziś twych dziejów kartę chwałą zlali:Państw byłaś tronem i grobem; w podróżyKu źródłom wiedzy, duch nasz u twéj faliGasi pragnienie: wieczny zdrój mu służy,Co tryska wciąż z cesarskich twego Rzymu wzgórzy.
Tu przerwa pieśni, któréj dobroczynnaGwiazda snać zgasła! Przeświadczenie miéwać,Że dusza nie jest tém, czém-by powinna,Ni tém, czém była; z serca wydobywaćOstrze, by niém serce krajać; ukrywaćMiłość, nienawiść, zapał, gniew i bole —To co zwykliśmy uczuciem nazywać,Własne swe myśli podawać w niewolę,To straszny trud... Nie szkodzi.... trza przebyć to pole...
Lecz z tych, w pieśń moję wplecionych wyrazówPodstęp, być może, nieszkodliwy bije,Niby koloryt przelotnych obrazów;Może się dla mnie i dla innych kryjeW tém jaka złuda... Młodość rada pijeZ puharu sławy, lecz jam nie tak młody,Abym o śmiechy dbał i gniewy czyje,O sławnych losów korzyści lub szkody,O pamięć lub o zimne zapomnienia lody.
Świat mnie nie kochał, jam nie kochał świata;Tchów jego marnych nie byłem pochlebcą;Bożyszczy jego cześć mnie nie przygniata,Do ich ołtarzy nogi me nie drepcąI w uśmiech wargi ściągnięte nie szepcąW echu ich hołdów... Pośród tłumów stoję,Lecz tłumy dla mnie drogi nie wydepcąI nie z ich myśli idą myśli moje:Piłnję wciąż swój umysł, więc zgiąć się nie boję...
Świat mnie nie kochał, jam nie kochał świata,Lecz się rozejdźmy, jak grzeczni wrogowie;Wierzę, choć tego-m nie doznał, że strataNie wszystkim grozi nadziejom; że w słowieI czyn być może; że cnota na zdrowieBliźniego sideł nie zastawia; wierzę,Że z oczu ludzi człek się prawdy dowie,Że smutkiem drugich ktoś się smuci szczerze,ZeŻe dobroć i szczęśliwość nie ze snów się bierze.
Córko! imieniem twojém pieśń zaczętaNiech twém imieniem będzie zakończona!Nie widzę ciebie, lecz tobą przejętaCała ma dusza, do twojego łona,Ma przyjaciółko, wznoszą swe ramionaCienie lat przeszłych. Dźwięk mój w snach twych, dziecię,Choć mnie nie ujrzysz, będzie brzmiał; gdy skonaTo moje serce, on się w twoje wplecie:Zmarł ojciec, w córce został jego głos na świecie.
Wpływać na rozwój twoich pojęć; w pieczyMiéć złote uciech dziecięcych zaranie;Patrzéć, jak rośniesz, jak w twój umysł rzeczy,Które cię dziwią, wnika poznawanie;Twe wiotkie ciałko trzymać na kolanie,Całunek ojca wyciskać na twarzy —Tego nie stało i dziś mi nie stanie;A jednak we mnie chęć się taka żarzy,Lub coś, co snać z tą chęcią na równi się waży.
Nienawiść do mnie choć ci z cnotą zwiążą,Wiem, że mnie kochać ty będziesz; klątwamiChoć nie nazwisko w twych oczach obciążą,Że jest zniszczeniem i że zdradą plami;Choćby się rozwarł grób pomiędzy nami,Kochać mnie będziesz — wiem o tém niezbicie;Choć krew ojcowską chcianoby strugamiLać z twego ciała i lano obficie,Ty będziesz mnie kochała ponad własne życie.
Dziecię miłości, w goryczy zrodzone,Wzrosłe w konwulsjach: te są elementyTwojego ojca i twemi są one!Lecz żar w twém wnętrzu więcéj powściągnięty,A twe nadzieje górniejszéj ponęty.Niechaj w kolebce słodki sen cię pieści,Ja stąd, gdzie góry, gdzie tych mórz odmęty,Ślę ci życzenia wszak téj saméj treści,Jaka — mniemam — w twém sercu i dla mnie się mieści.
Nota F.„Nie darmo wzgórza dawnych Persów plemięNa swego bóstwa zmieniało ołtarzeBez ścian, na szczytach, wyrosłych nad ziemię,Wznosiło kościół etc. St. XCI.
Nota G.Niebiańskie kroki zna każaa twa ścieżka —Miłość, Klarencjo, siadła tu na tronie.Co ma za stopnie te góry, w nich mieszkaBóg, co skrą życie przenika twe błonie. St. C.
Visto ho Toscana, Lombardia, Romagna,Quel Monte che divide, e quel che serraItalia, e un maro e l’altro, cho la bagna.Ariosto, Satira III.
„Non movero mai cordaOve la turba di sue ciance assorda“.
Na Moście Westchnień, we weneckim grodzieStałem, tu pałac mając, tu więzienie:Z fal wyrastają gmachy, lśniące w wodzie,Jak na czarownéj różdżki uderzenie;Lat tysiąc skrzydeł swych roztacza cienie,A uśmiech sławy, mrąc, ku dniom ulata,Gdy kraj niejeden, ujarzmion, spojrzenieWznosił, gdzie z głazu postać lwa skrzydlata,Gdy władła na stu wyspach, Wenecja bogata.
Majestatycznie ta Cybela morza,Strojna w tyjarę pysznych wież u skroni,W dal powietrznego spogląda przestworza,Królowa fali, pani morskiéj toni,A taką była! — Łup narodów trwoniNa wiano cór swych; płomienne klejnotyWschód dla niéj sypał z nieprzebranéj dłoni;Lśniła purpurą; królów stół jéj złotyŚciągał, dumnych, że uczt jéj dzielili ochoty.
Zmilkły w Wenecji już echa Tassowe,Niemo wiosłują dziś gondoljerzy;Pałace starą pochyliły głowęI ucho rzadko muzyka uderzy!Dni te ubiegły — piękność jeszcze leży,Sztuki zginęły — natura nie pada,Pamięta ona czar Wenecji świeży,Gdy tu biesiadę goniła biesiada,Gdy szalał tu bal świata, Włochów maskarada.
Lecz dla nas jest tu coś, co więcéj znaczy,Niźli jéj imię, które w dziejach słynie,Niż szereg widm tych, co jęczą z rozpaczy,Że znikła świetność w téj dożów dziedzinie!My tutaj pomnik mamy, co nie zginieRazem z Rialtem! — Murzyna, SzajlokaI Piotra, węgły tych łuków! PrzeminieWszystko — brzeg cisza zalegnie głęboka,Oni znów go zaludnią dla naszego oka.
Bo twory ducha nie z gliny pochodzą;W nieśmiertelności suknię przyodziane,Promień jaśniejszy w naszém wnętrzu płodząI dni gotują bardziéj ukochane;To, co nam życie, przez los skrępowaneZiemską niewolą, skrywa w brudne szmaty,Wnet usunąwszy, te duchy wybraneSerca, co pierwsze utraciły kwiaty,Zraszają, by w ich pustce wzrósł ogród bogaty.
Młody i stary ma u nich oparcie:Tamten, że wierzy, ten, że mu się toczyŻycie śród próżni; na niejednéj karciePełno tych uczuć, i moje się oczyKu nim zwracają; lecz nad kraj uroczyMarzeń cudniejszą rzeczywistość bywa;W czar ona kształty i barwy jednoczyNad niebo rojeń, ponad gwiazd tych dziwa,Któremi dziki świat ten muza naokrywa.
Jam o tych dziwach śnił lub patrzał na nie:Przyszły jak prawda, przeszły jak sen hoży...Czémkolwiek były, dziś już ich nie stanie!I dziś, gdy zechcę, duch mój formy stworzy,Wyglądające od tych widm nie gorzéj,Które jam gonił i znalazł na chwilę...Lecz cóż mi po nich? baczny ci wyłożyRozum, że w nikłym przepadają pyle!Dziś innych kształtów głosy nęcą mnie w swéj sile.
Obce znam mowy i obcym źrenicomNie jestem cudzy; żadne téż przemianyDuszy, co zawsze sobą, nie zachwycą...Nie trudno wcale nowe znaléść łany —Kraj, gdzie są ludzie, i niezamieszkany...Jam się urodził w ziemi, z któréj dzieciDumne i słusznie; i choć z nieskalanéjUszedłem wyspy, w któréj wolność świeci,Na krańce gdzieś dalekie choć mój okręt leci,
Możem ją kochał; i jeżeli kościW ziemi, co nie jest moją, kiedyś złożę,Duch mój powróci do ojczystych włości,Gdy swój przybytek duch wybierać może —Z téj ja nadziei wieniec sobie tworzę,Że z mową kraju mego będą pieśniMoje wspominać; lecz jeśli nie w sporzeZ szczęściem ma sława, jeśli tak się prześniJak ono, — wystrzeliwszy ukryje się w pleśni,
Jeśli me imię wyrzucą z kościoła,Gdzie lud czci zmarłe — duch mój nic nie powie!Wawrzyn niech wieńczy znakomitsze czoła,Mnie cześć w nagrobku spartańskiego słowie:„Bywali w Sparcie zacniejsi synowie.“Nie chcę współczucia; kolce z tego drzewaRanią mnie dzisiaj, co się moim zowiePosiewem, serce dziś się krwią zalewa:Widziałem, że człek zbiera to, co sam zasiewa!
Dziś wdowa Hadrja łzy po mężu lejeI do corocznych ślubów się nie stroi;Nienaprawiony Bucentaur próchnieje,On jéj wdowieństwa dziś już nie ukoi;Ma święty Marek swego lwa: on stoi,Gdzie stał, lecz, widać, sam urąga sobieI temu miejscu, gdzie się cesarz w swojéjUginał pysze, króle w przeszłéj dobieZazdrosny wzrok topili w Wenecji ozdobie.
Gdzie Szwab się korzył, Austrji dziś obuchy;Gdzie cesarz klękał, na kark cesarz siada;Prowincjami królestwa, łańcuchyKrępują miasta, co berło nieladaOngi dzierżyły! Narodów gromadaZe słonecznego swéj potęgi pola,Jako lawina z szczytów gór, tak pada!Niech choć na chwilę ślepego Dandola,Bizancjum zdobywcy, zawładnie tu wola!
Przed świętym Markiem spiżowe rumakiPłoną aż w słońcu grzywy złocistemi;Nie sprawdziły się Dorji groźne znaki?Nie w jarzmie one — i Wenecja z niemi?Trzynaście wieków jéj swobody z ziemiZnikło, jak rogóż, co w tém miejscu ginie,W którém nad wody wzrosło błękitnemi.Nie lepiéj skończyć w zniszczenia głębinie,Niż gnuśnieć w jarzmie wrogów, w niewoli godzinie?
Z młodu, Tyr nowy, wszystka była sławą;Z zwycięstw przydomek dały jéj narody,Pianta-leone, bo lwa swego z wrzawąI krwią dzierżyła nad lądy i wody;Wolna, choć brała niejednym swobody,Twierdza Europy przeciwko Osmanom:Rywalki Troi, Kandji, świadczą grodyI ty Lepanto z nieśmiertelną pianą —Imiona, co się czasem oprą i tyranom.
Jak statuy ze szkła, strzaskane na szczęty,Tak szereg dożów dziś na proch już starty,Lecz ich pałacu przepych niepojętyTo wspaniałości dawnéj głośne karty;Złamane berła, miecz ich, rdzą przeżarty,Dziś w rękach obcych. Gmachów puste mury,Próżne ulice, cudzoziemskie warty,Świadcząc, kto w dole tu, a kto u góry,Wenecją piękną w obłok ubrał ponury.
Gdy Aten wojsko zgniotły Syrakuzy,Gdy jarzmo wojny dźwigał tłum rozliczny,Zbawienie wyszło od attyckiéj muzy —Okup zgotował głos gromo-języczny:Patrz! zanuciła ledwie hymn tragiczny,Zwycięsca wstrzymał swéj rydwan i z rękiWypuścił lejce! I miecz błyskawiczny,Wypadłszy z pochwy, przeciął kajdan pęki:Za wolność pieśniarzowi poniesiono dzięki...
Gdybyś wspanialszych uroszczeń nie miała,Zapomnianoby, Wenecjo, twe dzieła:Ta cześć, co w tobie ku bardowi pała,Ta miłość Tassa bodajby rozcięłaTe pęta, któreś od tyranów wzięła;Los twój jest wstydem narodów! Albjonie,Najbardziéj twoim! Bodajeś pojęła,Królowo morza, że w Wenecji zgonieI twój jest, choć cię morskie ochraniają tonie!
Jam ją ukochał, gdym był jeszcze młody;Dziecku jak w baśni rusałek siedliskoBył gród, wyrosły fal słupami z wody,Przybytek uciech, bogactw zbiorowisko.W pierś mi jéj obraz wryli i nazwiskoOtway i Radchff, Szyller, Szekspir stary;Dziś ją znalazłem jakby na igrzysko,Ale jéj boleść większe budzi żary,Niż gdy jéj czci składano i dziwu ofiary.
Dzisiaj przeszłością zaludnić ją mogę;I teraźniejszość dosyć myśl zagrzeje,Ducha powiedzie na rozmyślań drogę —A nawet bardziéj, niż miałem nadzieję.I jeśli mi się jaka chwila śmieje,Wpleciona w życie, to swych blasków zdrojeCudna Wenecja dzisiaj na nią leje...Dla pewnych uczuć bólu się nie bojęNi czasu, bo wszak dziśby zmartwiały już moje!
Najwyżéj rośnie świerk z swojéj naturyGdzieś tam na graniach zaledwie widzialnych;Z korzeniem w głazach, pnie się on do góry,Choć nie ochrania go od wiatrów halnychZiemia u dołu; szydzi z burz nawalnych,Kryje się w zieleń, aż kształtem i szczytemBędzie podobien do wierzchołków skalnych,Aż, skiełkowawszy pomiędzy granitem,Przemieni się w olbrzyma: tak i z ducha bytem.
My jarzmo życia wszak unieść możemy:Ból w opuszczonych piersiach ma korzenieNajgłębiéj wrosłe; wielbłąd dźwiga niemyNajcięższe juki; wilka, gdy ma tchnienieWydać ostatnie, opuszcza milczenie?Nie! i w tém przykład niech będzie: gdy brzemięCierpień znieść umie to nizkie stworzenie,I my się uczmy, szlachetniejsze plemię,Wytrzymać: wszak dzień jeden, a opuścim ziemię.
Boleść zabija lub zabitą bywaPrzez bolejących — więc swój kres znajduje: —Jeden, nadzieją wzmocnion, do przędziwaWraca dawnego, nić tą samę snuje;Inny, złamany, wcześnie zwiędłość czuje,Blaknie, siwieje i wraz z trzciną ginie,Któréj się chwycił; inny znów bojuje,Ulg szuka w dobrym lub zbrodniczym czynie —Jak dusza jego skłonna: w dół czy ku wyżynie.
Ale gdy ciągle trapią nas boleści,To coś, jak gdyby żądło skorpijona,Ledwie widzialne, ale gorzkiéj treści,Znów nam do serca sprowadza brzemiona,Które już chciały pójść na zawsze z łona:Dźwiękiem lub wiewem jest owa katusza,Latem lub wiosną lub kwiatkiem — i onaZnów elektrycznym łańcuchem porusza,Którego ogniwami skrępowana dusza.
Jak i dlaczego, któż zgadnie? Człek marnyDotrze-ż do chmury, skąd grom w niego bije?Cios znów uczuwa, ale sadzy czarnéj,Którą zostawił mu piorun, nie zmyje...Znowu z drobnostek wstaje, znów się wijeCiżba upiorów, znów się przed nim ściele —A czy je spłoszą egzorcyzmy czyje? —Postaci zimne, zmienne, przyjaciele:Żalu po nich tak wiele, przecież jak niewiele!..
Lecz moja dusza się błąka; niech wróci,Niech nad upadkiem poduma, niech stanie,Sama ruina, śród ruin; niech rzuciWzrok na tę wielkość umarłą — na łanieZiemi, co ongi nad światem władanieMiała, i dzisiaj, najmilsza PrzyrodyJest arcydziełem — niechaj spojrzy na nie!Woje zeń wyszli i męże swobody,Waleczni, piękni, władcy i lądu i wody...
Lud Rzymu! królów cna rzeczpospolita! —I dziś, Italjo, w jakiéj lśnisz ozdobie!Ogrodzie świata, w co sztuka obfitaOraz Przyroda, to wszystko jest w tobie!Któż ci wyrówna, choć jesteś jak w grobie?Twe chwasty nawet są piękne, ugoryTwe są bogatsze, niż na ziemskim globiePrzeurodzajne zagony, a wioryTwéj chwały i twe gruzy cudne do téj pory!
Księżyc już zeszedł, choć noc nie zapadła;Zachodnie słońce z nim się niebem dzieli;Morza promieni wspaniałe zwierciadłaKryją fryulskie szczyty w swéj topieli;Niebo, bez plamy, snać wszystkie zestrzeliBlaski w zachodu tęczę niezmierzoną,Dzień na wieczności idzie ledz pościeli;Jak wyspę szczęsnych, drugą znowu stronąLazurów fale grzebień wdzięcznéj Djany chłoną.
Jedyna gwiazda przy boku miesiącaWłada z nim razem nad niebem bez chmury;Świateł słonecznych toń promieniejącaNad retyckiemi jeszcze zwisa góry,Jakby dzień walczył z nocą, aż naturyRozkaz ich waśnie uśmierzy; tu BrentyToczą się ciemne błękity: purpuryPrzewonnéj róży, świeżo rozwiniętéj,Płyną razem z kryształów lśniącemi odmęty.
To niebo schodzi z dala i obliczeKąpie w téj głębi i ogniem ją zlewa;Słońce wraz z gwiazdą swoje tajemnicze,Przemnogie barwy naokół rozsiewa...A teraz zmiana: bledszy zmrok odziewaGóry swym płaszczem; i dzień już zamiera,Jako ów delfin, co, gdy go owiewaŚmierć, coraz inne kolory przybiera. —Ostatni zgasł i wszystko ciemna noc zaciera.
Tutaj grób w Arkwie do góry wystrzela;Sarkofag, wsparty na kolumnach, mieściPopioły Laury kochanka; czcicielaJego gienjuszu i jego boleściUjrzycie tu niejednego. Do częściPodniósł on język rodzimy, kraj zbawiłOd jarzma wrogów — oto jakiéj treściBył jego żywot!... Melodjami łzawiłDrzewo imienia lubéj i sam siebie wsławił.
W Arkwie, gdzie umarł, spoczął téż w mogile —W téj górskiéj wiosce, gdzie mu w lat dolinęOstatnie życia popłynęły chwile.Słuszna ogarnia duma tę wioszczynę,Że-ć może wskazać pieśniarza dziedzinę,Dom i grób jego: poważnéj prostotyJeden i drugi, pomniki — jedyne,By odpowiedziéć jego lutni złotéj,Godniejsze od piramid olbrzymiéj roboty.
I to ustronie, gdzie on wiódł swe życie,Jakby stworzone było dla tych, którzy,Śmiertelność swoję uczuwszy sowicie,Pragną, gdy los im wsze nadzieje zburzy,Znaléść schronisko śród zielonych wzgórzy;Skąd widok rojnych miast się rozprzestrzenia,Lecz pustelnikom urok ich nie służy;Tu słońce siłą swojego promieniaDzień każdy w dostateczną uroczystość zmienia:
Odsłania góry, lasy i ogrodyLeje swe światło na szumne ruczaje;Wraz z niemi płyną, czyste, jak te wody,Ospałe chwile; lenistwem się zdajeTaka bezczynność, lecz tutaj powstajeMorał: jak mamy żyć, uczą nas rojeLudzi, jak umrzéć — samotności kraje;Tutaj czyż próżność ma pochlebce swoje?Tu z bóstwem człek samotny musi staczać boje,
Lub téż, być może, ze swemi demony,Co, gdy się z wnętrza lepsza myśl wyłania,Łamią jéj władzę, zdobyczy w strapionéjSzukąjąc piersi, w ludziach, od zaraniaLubiących strachu i mroku mieszkania,Albowiem sądzą, że przeznaczeń siłąOdstąpić od nich los się wiecznie wzbrania:Krwią dla nich słońce, a ziemia mogiłą,Grób piekłem, co w straszniejszy jeszcze mrok się skryło.
Darń twe ulice porosła, Ferraro,Snać nie na pustą przeznaczone ziemię;Przekleństwo padło na siedzibę starąTwych dawnych wiadców i na Estów plemię,Co śród twych murów swojéj władzy brzemięDługo dzierżyli; a któż nie pamięta,Jak tego człeka, który skrył swe ciemięW wieniec Dantowy, zmienne królewiętaTo łaską otaczały, to kładły nań pęta?
Tasso ich chwałą i hańbą zarazem;Posłuchaj pieśni i spójrz: w takiéj głuszyMieszkał jéj twórca za nędznych rozkazem;Torkwato sławę zdobył śród katuszyAlfonso widząc, że serca nie skruszy,Chciał je przytłumić — i wtrącił pieśniarzaMiędzy szalonych tam! do piekła duszy!Lecz wnet się sława bez końca rozżarza,Rozgania ciemny obłok i wieczystą stwarza
Chwałę i łzami jego imię rosi...Twoje, Alfonso, wszakby zgniło w kałe,W milczącym prochu, który się unosiZ twojego rodu i jest — niczem... AleŻeś w jego losach ogniwem, więc w szaleGniewnym o złości twéj myślim i tobie...Czém ty, w książęcéj nie urodzon chwale —Mogłeś był zostać w swego życia dobie?Sługą człeka, któregoś pogrążał w żałobie!
Ty byłeś na to, by źréć, być wzgardzonymI paść jak bydlę — tylko, że-ś w oborzeStał przestronniejszéj, przy żłobie złoconym:Jemu zaś sławy świeciły się zorzeNa zrytéj skroni, złotych blasków morzeLejąc na przekór tych kruskańskich trutniOraz Boileau’a, co na pieśni hożePatrzy z zawiścią, oddan galskiéj lutni,Skrzypiącéj jak brus w zębach lub jeszcze okrutniéj.
Pokój skrzywdzonym popiołom poety!Żywy i zmarły był on celem gniewu,Lecz strzał zatruły nie dosięgał mety!O ty zwycięsco na arenie śpiewu!Nieustannego pokoleń wylewuPłyną wciąż fale, każdy rok bez końcaPłodzi miljony, lecz czyż z ich posiewuWstanie, jak twoja, dusza gorejąca?Choć złączą swe promienie, nie utworzą słońca!
Wielkim ty byłeś, lecz przed tobą jeszczeNie mniejszych twoje urodziły łany —Powstali Piekła i Rycerstwa wieszcze:Boskiéj Komedyi twórca, syn Toskany,I z Florentczyka potęgą zrównanyÓw Scott południa, minstrel, co wyrzuciłNowe wskroś dźwięki z swéj lutni rozgranéj,Co, jak Północy Aryjosto, nuciłMiłość, wojny, co k’czynom rycerstwa się zwrócił.
Laur ze żelaza, położon na czoleBiustu Arjosta, strącił piorun; kryjeZnak się widomy w niszczącym żywiole:Wawrzyn prawdziwy, jaki sława wije,Jest z tego drzewa, w które grom nie bije —Blichtr zatem marny kaził jego skronie;Lecz niech wie człowiek, co przesądem żyje,Że grom uświęca, więc téż dzisiaj płonieGłowa wieszcza w podwójnéj świętości koronie.
Italijo! Italijo! twe wdziękiOto jest wiano, w którém los katowskiZawarł twe przeszłe i dzisiejsze męki...Na pięknéj skroni głębokie ci troskiCzas i wstyd wyrył płomiennemi głoski,Bogdaj-ś w nagości była mniéj uroczą,Albo silniejszą, by z twéj piersi boskiéjŻywić tych wrogów, którzy, ku twym oczomZwracając się z miłością, krew ci z łona toczą!
Większy-byś przestrach budziła; mniéj luba,Mniéj pożądana, nie lałabyś tyleŁez na te czary, w których jest twa zguba!Nie spadałyby wtedy w dzikiéj sileZbrojne potoki z ciemnych Alp; co chwilęNie mkłyby hufy najeźdźców w twym PadziePić krew i wodę; ach! w tych nieszczęść pyleNie byłby-ć bronią obcy miecz, co w zdradzie,Zwyciężasz czy upadasz, pod jarzmo cię kładzie.
Te same-m przebył w méj młodości tory,Co i druh męża niespożytéj sławy —Tulljusza rzymski przyjaciel. PrzestworyBłękitnéj wody krajał okręt żwawy,Przedemną była Megara, po prawéjWidniał Pireus, za mną brzeg Eginy,Korynt po lewéj; na poręczy nawyWsparty, naokół widziałem ruiny —Nic więcéj, jak Rzymianin zamierzchłéj godziny.
Czas ich nie dźwignął, barbarzyńców domyTylko zbudował między temi szczęty,Aby droższemi stały się te złomy,Te skry światłości dzisiaj rozpryśniętéj,Zgasłéj potęgi ten ostatek święty...W swym czasie widział Rzymianin te grobyMiast, które padły, i podziwem zdjęty,Zostawił karty, przepełne żałoby;Nauka w nich się mieści i dla naszéj doby.
Mam je przed sobą; lecz śród mojéj księgiI jego ziemi upadek widniejeDodan do państw tych zwalonéj potęgi,Po których płakał! i ja dziś łzy leję,Że tak zmarniały! Cóż się dzisiaj dzieje?Rzym — Rzym cesarski ręka burzy gniecie:I on śród prochu i sadzy niszczeje!My po tytana dziś kroczym szkielecie,Resztce świata, co iskry z swych popiołów miecie.
Ale, Italjo! dziś głośno twa mękaPo wszystkich krajów rozbrzmiewa zagonie;Ongi wojn matko a dziś sztuk: twa rękaDziś nam przewodzi, ongiś ją w obronieNaszéj ściągała! Narody w pokłonieSzły tu po klucze do niebios podwoi,O rodzicielko religji! UtonieEuropa w skrusze i rany twe zgoiI łaski będzie błagał wróg u stopy twojéj!
Tu nas w gród biały nęcą Arna fale;Słodsze uczucie w piersi się odzywa:Etruskich Aten zbudziły się hale;Tu ziarna zboża, wino i oliwa!Tutaj ku życia uśmiechom się zrywaObfitość z pełnym swym rogiem... Gdzie szklistyArno wesołe zagony przepływa,Z Handlu się Przepych urodził złocistyI zwiędłéj wiedzy ranek błysnął promienisty.
Tu kocha nawet bogini z kamienia,W powietrze wokół czar swój wlewa ona;Jéj boski widok sączy w nas swe tchnienia,Nieśmiertelności swojéj część; zasłonaNiebios u góry napół odchylona;My siłę ducha w tych kształtach, w téj twarzyWielbim, bo płodzi, czego nie wykonaNawet Przyroda; zazdrościm, że starzyMieli ogień, co tak się w ich posągach żarzy.
Patrzym, odchodzim — lecz dokąd? — pijaniI oślepieni pięknością; jak w młynkuWije się serce, wezbrawszy... związaniZ rydwanem sztuki, idziem w jéj ordynku,Jak niewolnicy, — śpieszym bez spoczynku...Precz marne słowa! Na cóż ten zabawnyŻargon, kwitnący na marmurów rynku?!Serce — a ono wzrok ma zawsze wprawny —Pasterza dardańskiego sąd potwierdza dawny.
Takąż Parysa widziały cię oczy,Lub Anchizesa szczęśliwe źrenice?Lub bożka wojny, którego uroczyWdzięk twéj boskości zwyciężył, że w liceTwoje zapatrzon, jak w gwiazd błyskawice,Klękał przed tobą i, wielbiąc twój górnyObraz, twych czarów rajskie tajemnice,Chłonął całunki ten władca pochmurny,Co lawą nań ściekały z twoich warg jak z urny?
Gdy się miłości skry niewymownemiPrzepełni łono, nawet i bogowieNie mają siły — jak dzieci téj ziemi,Aby ten ogień módz wyrazić w słowie;Niebiańskie chwile ma i ludzi mrowie,Lecz jarzmo ziemskie znowu na nas pada —Nic to!.. w snów naszych wskrzeszonéj osnowieJest treść, co w takie kształty się układa,Jak statua, która tutaj swą boskością włada!
W prawnym zostawiam palcom, dłoniom zręcznym,Kapłanom sztuki i sztuki hołyszom,Niech wam pokażą ci znawcy, jak wdzięcznymJest ten tu zarys, jak te wzdęcia dyszą —Niech, co opisać się nie da, opiszą...Tylko niech brudnym oddechem nie mącąŹródła snów słodkich, w którém się kołysząTe cudne kształty, lustra, co gorącąSkrę niebios śle nam w duszę, w marzeniach tonącą.
Prochy w przybytku Santa Croce leżą,Przez które tum ten jeszcze bardziéj święty,Co same w sobie nieśmiertelność dzierzą,Choć tu przeszłości tylko świat zamknięty,Jedynie cząstki siły niepojętéj,Co powróciła w chaos... Tu w mogileAlfierego i Anioła szczętyI Galilea, który cierpiał tyle —I pył Machjawela tu znów spoczął w pyle...
Cztery to duchy, które, jak żywioły,Świat utworzyły!... O Italjo! szatyTwojéj królewskiéj purpurowe połyCzas ci poszarpał na tysiączne płaty,Lecz gdzież to sprawił, by duchów bogatyTłum, jak u ciebie, z pod ruin wychodził?Grób twéj w boskości przyozdobił kwiaty,Zmartwychpowstania blaskiem weń ugodził:I dziś, wielki jak tamci, Canora się zrodził.
Ale Etrusków trzech gdzież proch się mieści?Gdzie Dant? Petratka? gdzie, niemniejszy wieleOd nich, bard prozy, twórca stu powieści?Gdzież dla swych kości, usiali pościele,Tak od nas różni, wielcy w swym popiele,Jak i za życia?... Czyż ich cześć się chowa,Zamknięta w głazu rodzimego dziele?Czyż tu ich statuy rzeźbiarz nie wykowa?Czyż pierś ich ledz w ojczyźnie nie była gotowa?
O ty niewdzięczna Florencjo! Dant złożył,Jak Scypjo, głowę na cudzym zagonie;Bój twoich stronnictw, co się ongi srożył,Wygnał pieśniarza, który w milijonieWnuków twych wnuków, co go z skruchą w łonieCzczą za stulecia, będzie żył na wieki!I laur, włożony na Petrarki skronie,Wyrósł w krainie obcéj i dalekiéj:Życie, sława, grób barda nie z pod twéj opieki!
Boccaccia popiół wzięły macierzysteŁany... Lecz w rzędzie wielkich czyż spoczywa?Czyliż się nad nim requiem uroczysteW syreniéj mowie toskańskiéj odzywa,W któréj dźwięk każdy melodjami spływa —A on ją stworzył, poezję języka? —Nie! bigoterji hyjena rozrywaMogiłę piewcy i tam proch zamyka,Gdzie nie dotrze westchnienie z piersi wędrownika.
I Santa Croce z popiołów wyzuta,Ale je bardziéj brak ten przypomina:Pogrzeb Cezara bez posągu BrutaWskazał nam Rzymu najlepszego syna!Szczęśliwszą jesteś Ravenno! dziedzinaTwoja, państw twierdzo ginących, to łożeNieśmiertelnego: tu śpi jego glina!I w Arkwie zwłoki spoczywają boże,Florencja zaś wygnańca wyżebrać nie może.
Czém piramidy wszelkich kosztowności?Porfir i jaspis, agat, barwne stosyGem i marmurów, skrywających kościKsiążąt kupieckich? Te kropelki rosy,Kąpiące w blaskach gwiazd zielone wrzosyNa grobach mężów, co z swego imieniaMuz mauzolea wznieśli pod niebiosy,Depcem łagodnie śród głębszego drżenia,Niż marmur, który gniecie książąt pokolenia.
Niejedno jeszcze nęci serce, oczyW gmachu nad Arnem, śród sztuki kościoła,Gdzie bój z tęczową siostrą rzeźba toczy;Ale nie dla mnie te dziwy dokoła!Przyroda myśli me ku sobie woła,Miléj jest dla mnie śród jéj kwietnéj fali,Niż w sztuk galerjach, choć i we mnie zdołaDzieło cześć wzbudzić, lecz bardziéj się paliDuch mój, niż można wyrazić, bo z stali
Innéj jest miecz ten, który jemu dany...Toń trazymeńska! tu przebywać lubię,Gdzie pośpiech w przepaść postrącał Rzymiany,Gdzie Kartagińczyk w wojennéj rachubie —Mam go przed sobą — chytrze oddał zgubieWojska swych wrogów, zwabiwszy ich w jary,Gdzie męstwo legło w rozpaczliwéj próbie,Gdzie się poniki zmieniły w moczaryPosoki, gdzie legjony padły, jak konary
I kłody lasu, gdy wiatr zadmie halny;Taka szalała burza dni owemi!Na wszystko ślepy był orkan nawalny,Rzeź tylko widział! pod ciosy strasznemiNie postrzeżono i trzęsienia ziemi —Gdy grób natura rozwarła: pobici,Padali w niego, płótny całunnemiNie spowinięci — tarczami nakryci!Tak głuchą jest nienawiść, gdy szał ludy chwyci!
Ziemia im była statkiem śród powodzi,Płynącym z niemi, gdzie wieczności góry;Widzieli morze, ale wstrząśnień łodziWcale nie czuli, bo prawo NaturyZmarło w ich wnętrzu, ów przestrach ponury,Co wówczas włada, gdy się trzęsą szczyty,Gdy z gniazd lecących ptak ucieka w chmury,Bydło tratuje błoń swemi kopyty,Gdy niemy z przerażenia, człek staje, jak wryty...
Dziś w Trazymenie z innym się obrazemSpotykasz! Jeziora srebrzyste makaty,Łan, tylko pługa krajany żelazem,Drzewa olbrzymie, jak ci, co przed latyPadli w tém miejscu; tylko niebogatyW wodę strumyczek do dziś wieść ci niesieSwojém nazwiskiem, że ongi krew na téjWładała ziemi! Sanguinetto zwie sięTen zdrój, co się zczerwienił w minionym okresie.
Witaj, Klitumnie! jak błyszczą twe zdroje!Życiem tryskają twoich wód kryształy!Tu nimf przybytek, które członki swojeW jasnem zwierciedle swobodnie kąpały!W trawach nadbrzeżnych brodzi mleczno-białyByk! O najczystszy bożku pięknéj fali!Twoich błękitów, o ty przewspaniałyI przepogodny! zbójce nie skalali!Cór Piękna tu się lustro i kąpiel krysztali!
Jakaś świątynia z brzegów się wynurza,Mała, lecz wdziękiem proporcji wabiąca;Wsparta o skłony łagodnego wzgórza,Pamięć twą głosi... Cicho się roztrącaDołem twa struga; srebrną łuską lśniącaRybka czasami popluszcze, w głębinieTwéj zwierciadlanéj fali mieszkająca;Czasem kwiat wodnéj lilji się przewinie,Gdzie, szepcząc swoje baśnie, płytka woda płynie.
O! stąd nie odchodź, by nie błogosławićDuchowi miejsca! Gdy skroń twą owiejeSłodszy zefirek; gdy twe stopy pławićBędziesz w téj trawie, która zieleniejeTutaj wymowniéj; gdy chłód ci przelejeW wnętrze ta świeżość dokoła, gdy z duszyZmyje-ć proch życia choć na krótkie dziejeTen chrzest Natury — k’niemu niech się ruszyDziękczynny hymn, bo on to troskę w tobie głuszy...
Ryk wód! To na dół z skalnych lecąc złomówVelino czeluść wrzącą falą ryje!Spad wód! Śród huku, ze szybkością gromówPiana gdzieś w bezdniach o granity bije!Żar wód! to piekło, które ryczy, wyjeI wre w torturach bez końca: agonjiPot — ten Flegeton płomienisty — myjeCzarniawe skały, co wokół téj toniUsiadły z bezlitośną groźbą na swéj skroni, —
Strzela ku chmurom, potém znowu ściekaSmugami deszczu, rzuciwszy obłoki;Ta bezustannych mgławic dżdżysta rzekaJest wiecznym kwietniem w téj bezdni, opokiZdobiącym w szmaragd... Jak ten żleb głęboki!Z grani na granię, urągając zwłoce,Olbrzymi żywioł szalonemi skokiRwie się i głazy naokół druzgoceI gniewnie strąca w przepaść, aż fal straszne moce
Wyżłobią sobie drogę; ten słup wodyPodobien raczéj do morza-dzieciny,Co z gór wnętrzności wyszło — gdy porodyŚwiat nowy spełniał — by jednéj godzinyByć ojcem rzek tych, co krają doliny,Wijąc się wężem i szumiąc! Za siebieŚpójrz!... Tam snać wieczność rzuca swe dziedzinyI wszystko wokół w swém łożysku grzebieI wzrok ci każe topić w groźnych czarów niebie —
To katarakta, piękna przeraźliwie!Lecz nad brzegami — ranne błysły zorze —Irys zasiadła w wód piekielnym spływie —Nadzieja siada tak na śmierci łoże —Nic jéj kolorów zniweczyć nie może!Choć wściekła woda wszystko wokół bierze,Ona niezmienna, strojna w blaski hoże;Śród walk żywiołu jéj oblicze świeżePodobne do Miłości, co Szaleństwa strzeże...
Znów w Apeniny droga mnie przywiodła,Do tych Alp dzieci; lecz, żem ich rodziceMężniejsze widział już przedtém, gdzie jodłaNa dzikszych rośnie skałach, gdzie śnieżyceRwą się, jak gromy, ich lesiste liceMniejszą cześć budzi; Jungfrau, w nieprzebytyŚnieg przyodzianą, miały me źreniceI Mont-Blanc mroźny, w lodowce okryty,A takżem słyszał grzmiące chimaryjskie szczyty,
Akrokeraunji góry w dawnym czasie;Niby te duchy, za sławy obłokiemJasnym lecące, orły-m na ParnasieWidział w przestworzu niezwykle wysokiem;Na Idę m patrzał Trojańczyka okiem;Atos i Olimp, Etna, Atlas zgołaUczą, że wzgórza te są czczym widokiem,Oprócz Sorakty, co, że w śnieg dziś czołaNie kryje, liry rzymskiéj do pomocy woła,
By odżyć w naszéj pamięci; jak wzdętaFala, co, nim się rozpęknie, na chwilę;Jeszcze się wstrzyma, tak téż wyrośniętaZ nizin ta góra!... kto w szkolarskim pylePragnie tu grzebać, niech klasyków, ileZechce, przytacza, niech budzi te wzgórzaBehem łacińskiém: mnie bo niezbyt mileByło za młodu mózg, choć się oburza,Naginać do prawideł, i dziś niezbyt duża
Rozkosz wspominać, czém mi w czasy oweTrapiono pamięć. Dzisiaj umiem ważyćNieco inaczéj treść, wpychaną w głowę,Jednak ten przymus nie przestawał smażyćMéj młodéj myśli i choć się wydarzyćMogło, że duch mój, jak to dzisiaj widzę,Miał w czém smakować, nie mógł tego zażyćZ braku wolnego wyboru!... Więc szydzęDziś jeszcze, z czegom szydził, i wciąż się tém brzydzę!
Żegnaj Horacy! moja wina była,Żem cię nie cierpiał... Klątwę mi zgotowałLos, że ma dusza w twą pieśń się nie wżyła,Że jéj nie czułem, tylko-m ją pojmował!Gdzież moralista tak życia malowałNędzę? w opisie swéj sztuki gdzież bardyRówne są tobie? Któż z satyry kowałMiecz, jak twój, ostry przeciw duszy hardéj,Nie raniąc?... Jednak żegnam — z téj Sorakty twardéj!
Rzymie! ojczyzno ma! grodzie méj duszy!Sieroce serca niech się k’tobie garną,Matko umarłych królestw! Niech się ruszyPierś, niechaj pozna, jak jéj nędza marną —Bo czém są nasze bóle?... Spójrz na czarnąSzatę cyprysu, przejdź świątnic ruinę,Państw, dłonią czasu zwalonych bezkarną!Wy, co konacie dzień: w tę tu godzinęStopami świat depcecie, równą waszéj glinę!...
Nijoba ludów, stoi — nie w koronieI bez swych dzieci — śród nieméj boleści!Urnę trzymają jéj powiędłe dłonie,Ale już dawno pozbawioną treści.Grób Scypjona popiołów nie mieści!Gdzie proch z tych mogił, gdzie legły hetmany?O stary Tybrze! po cóż tak szeleściNurt twój śród dziczy marmurem zasianéj?Wstań i nędzę tę zakryj żółtemi bałwany!
Got, chrześcijanin, czas, bój, ogień, falaDali się miastu siedmiu wzgórz we znaki;Patrzało ono, jak mu się przepalaGwiazda za gwiazdą. Kapitolu szlaki —Drogę zwycięsców — zbił swemi rumakiHuf barbarzyńskich monarchów. ZagładaZmiotła świątynie i twierdze — gdzież takiCzłek, co w tych blaskach księżycowych zbadaIch miejsce? Dziś tu wszędzie noc podwójna włada!
Tak! noc podwójna — wieków i téj zmrokuCóry, głupoty, wszystko wokół skrywa,I my czujemy, że błądzim co kroku!Ma swoję mapę przestrzeń migotliwaGwiazd oraz morze — rozwiła ją żywaWiedza przed nami; Rzym tylko ugorem,Gdzie, zawadzając wciąż o nowe dziwa,Klaszczemy w dłonie, krzyczymy z ferworem:Eureka! — omamieni złudnych gruzów borem.
Ach! dumny grodzie! gdzie tryumfów trzysta,Które odniosłeś? Gdzież godzina owa,Gdy sztylet Bruta — cześć nań wiekuistaSpadła — zwycięsców miecze w cieniu chowa?Pieśń Wirgilego i Marka wymowaI Liwijusza, gdzie malowne dzieje?Stąd jednak doba zmartwychwstanie-ć nowa!Ach! już téj ziemi blask nie zajaśnieje,Jak ten, gdy Rzym wolnością znaczył swe koleje.
Ty, co w tryumfie na kołach FortunyPędziłeś, Sullo! co ojczyzny wrogiPierwéj złamałeś, nimeś gniewu łunyNad krzywdy zgasił własnemi; coś drogiWskazał swym orłom na Azji rozłogi,Nim własnéj zemsty chciałeś zbierać plony;Coś wzrokiem senat wyganiał za progi,Ty, Rzymianinie, mimo niezliczonéjIlości wad, coś z śmiechem nad wszystkie korony
Złożył koronę — wieniec dyktatora:Czyś mógł przewidziéć, że ten legnie w dymie,Co-ć nieśmiertelność zgotował? że poraPrzyjdzie, gdy obcy zawładną w tym Rzymie,Który wiecznego nosił wielkie imięI wojowników miał, by — zwyciężali,Ziemię otulił w cień swój i olbrzymieSzumne swe skrzydła topił w niebios fali —On, Rzym, którego wokół wszechmogącym zwali?
Sulla z zwycięsców pierwszy, lecz nasz własnyKromwell najmędrszy śród przywłaszczycieli!I on, buntownik, wieczną chwałą jasny,Rozpędzał senat i z tronów pościeliRobił szafoty!... Obyście pojęli,Ile trza zbrodni, chcąc być wolnym chwilę,A sławnym — wieki!... Niech się wam udzieliStąd i nauka: ten dzień, w którym w pyleDwa państwa on położył, zamknął go w mogile...
Dzień, co go ongi — trzeci był miesiąca —Ukoronował — ten sam go z wyżynyGwałtem wziętego tronu cicho strąca,Aby go złożyć do pierwotnéj gliny.Czyż w tém przeznaczeń nie jest znak jedyny,Że to, ku czemu dążymy w chorobieDuszy i pnąc się śród skalnéj dróżyny,Mniéj u nich znaczy, niźli spokój w grobie?Innym będzie los człeka, gdy to pojmie w sobie!
Stoisz posągu aż do tego czasuW surowych kształtów nagim majestacie!Ty śród morderców widziałeś hałasu,Jak we krwi własnéj padał Cezar na cię,Jak, kończąc, lice krył z godnością w szacie!Na twym ołtarzu złożyła go paniBogów i ludzi, Nemezys... ZatracieUległ, a tobie cóż zostało w dani,Pompeju?... Czém wy? lalki czy wodze wybrani? —
I ty, wilczyco, Rzymu karmicielko,Dotknięta gromem! Twe z bronzu wymionaDotychczas mają zwycięstw karmię wielką,Choć dziś w tym gmachu tylkoś postawionaJako zabytek dawnéj sztuki! Z łonaTwego ssał ongi założyciel świata;Matko, Jowisza rzymskiego rażonaPiorunem, w sadzę skier bogata,Czy strzeżesz swoich dzieci, jak w minione lata?
Strzeżesz; lecz wymarł ród twych wychowańcówMężów z żelaza; z ich grobów budujeŚwiat dziś swe miasta; człek, śród krwawych tańców,Tych, których bał się i dziś naśladuje,Walczy, zwycięża, w ich tory wstępujeW małpich podskokach; jednak nikt na ziemiTakiéj, jak tamci, władzy nie zyskuje;Miał ją człek jeden, co żyje, własnemiZwalon siły, dziś sługa między sługi swemi. —
Kłamnéj potęgi trefniś, zbękarconyCezar, za którym nierówne go wiodłyKroki: Rzymianin mniéj był ulepionyWe wnętrzu swojém według ziemskiéj modły:Ognistszy w żądzach, w wyrokach wychłodły,Miał nieśmiertelny pęd, co okupywałSłabości serca; z niewieściemi godły —Jako Alcydes z kądzielą — siadywałU kolan Kleopatry, lecz wnet sam się zrywał,
Poszedł, zobaczył, zwyciężył... Nie takiBył ten, co chętnie swe orły tresował,By, jak sokoły, mkły galskiemi szlaki,Choć ku zwycięstwom długo je kierował:Człek dziwnéj miary, serce głuche chowałNa własne rady; słabość w wnętrzu dzierzyłNajsłabszą, próżność, któréj wciąż hołdował;W zalotnéj dumie wciąż do celów mierzył —Do jakich? czyż sam wiedział i czyliż w nie wierzył?
Wszystkiém lub niczém — oto jego cele!Nie umiał czekać, aż go w proch mogiłaZmieni! Cezarów, po których tak śmieleDepcem, przeznaczeń nie dzielił lat siła.Więc dłoń zwycięska na to postawiłaŁuk tryumfalny? więc dlatego morzeKrwi i łez ciecze, fala, co się wzbiłaNiby ów potop, rozlany w przestworze?Lecz arki człek nie widzi! Odnów tęczę, Boże!
Z wyschłego bytu, jakież mamy żniwa?Żywot nasz krótki, mózg słabo się jarzy;Prawda to klejnot, co się w głębiach skrywa;Szala zwyczaju wszystko kłamnie waży;Wszechmoc opinji stoi wciąż na strażyI ziemię tuli płaszczem swoich mroków;Złe albo dobre to traf, co się zdarzy;Człek drży przed zbytniém światłem swych wyroków,Swobodna myśl to zbrodnia: nie trza skier potoków!
I tak depcemy te drogi ponure,I tak gnijemy od ojca na syna,Dumni, że ludzką zdeptano naturę,Gniew przekazując, gdy śmierci godzinaPrzyjdzie, na nowych plemię sług, co wszczynaBój za swą nędzę i krew swą przelewaJak gladjator i jak on się zginaNa téj arenie, którą wciąż obsiewaBujne liście, z jednego spadające drzewa.
A nie o wierze mówię — rzecz to międzyCzłekiem a Stwórcą, lecz o téj na świecieZnanéj, sprawdzonéj, a powszedniéj nędzy,O oném jarzmie, co podwójnie gniecie,O téj niedoli, któréj doznajecie,O czynach władców, małpujących dłonie,Co raz ich pychę poniżyły przecie,Co sen spłoszyły siedzących na tronie;Niech rękom tym potężnym za to cześć zapłonie!...
Czyż tylko tyran tyrana przełamie?Wolność czyż znajdzie bojowniki swoje,Na wzór Kolumbji, co ściągnęła ramię,Czysta jak Pallas, choć odziana w zbroję?Czyż takie ducby mają gniazda swojeTylko śród puszczy, co nie przetrzebiona,Pośród katarakt, gdzie natura zdrojeUśmiechów lała na świt Waszyngtona?Czyż ziarn już takich ziemia nie chowa śród łona?
Francja, pijana krwią, rzygnęła zbrodnią;I straszną była chwila saturnalij:Wszak wolność legła na czas długi pod nią...Dni, które myśmy wszyscy oglądali,Pycha, co stawia z nieprzebytych paliWał między człeka a jego nadzeje,Przepych, co wezbrał brudami swéj fali,Oto jest pretekst, że znowu więdniejeKrzew życia, że człek wygnan za raju wierzeje!
Jednak wolności! chociaż na łachmanyZdarty, twój sztandar wbrew burzom powiewa,Jak błyskawica; głos twój popękanyZamierający ponad orkan śpiewa!Opadło wszystko kwiecie z twego drzewa,Korę mu topór poszarpał zawzięty,Lecz sok pozostał... I duch się spodziewa,Że i łan Anglji ma ten powiew święty,Że lepsza wiosna wyda nie tak gorzkie sprzęty...
Tu z innych czasów krągła stoi wieża,By jakiéjś twierdzy potężnéj granity,O które wojsko daremnie uderza.Puste, w połowie rozwalone szczyty,Bluszcz dwóch tysięcy lat, w girlandę zwityNieśmiertelności, swym liściem oplata —Przystraja w zieleń gruz przez czas rozbity...Czém była wieża? w jaki skarb bogata?Kobieta tu spoczęła, zeszedłszy ze świata!
Lecz kim-że pani tego grobu? HożaI nieskalana, była-ż królów godna?Nie! czegoś więcéj — Rzymianina loża?Czyż w bohaterskie syny była płodna?Czy córa po niéj została urodna?Jak ona żyła, kochała, jak zmarła?Więcéj niż ziemskim los jéj — niezawodnaRzecz to — był pewnie, gdy na proch się starłaW mogile, coby kości zwykłych nie zawarła!
Była-ż z tych, pełnych dla swych mężów wiary,Czy z tych, co mężów zabierają żonon?I tych i tamtych Rzym dostarczył stary!Na wzór Kornelji czyż była matroną,Lub, jak Egiptu pani, rozluźnioną,Szczodrą w rozkoszach, czyli téż gotowąWalczyć z żądzami? w cnocie niewzruszoną?Czyż szła otwarcie wprost za serca mową?Czy mądrze kryła miłość pod troską surową?
Może umarła w swego wieku kwiecie,Złamana jarzmem, cięższym, niż mogiła,Która szlachetne jéj popioły gniecie?Może jéj piękność chmura przyciemniła,A w oczach drżała skier proroczych siła,Dana wybrańcom niebios, skon wróżąca:Jak Hesper śmierci, może zrumieniłaSuchotniczego promieniem gorącaJéj lice, niby liście, które jesień strąca.
Może umarła starą — wszystko zgołaPrzeżywszy: krewnych, dzieci, wdzięk uroczy —Z siwizną włosu srebrnego u czoła,Co może dzień jéj przywodził przed oczy,Gdy podziw, zazdrość wzbudzał cud warkoczy,Rząd jéj klejnotów i czar kształtów świeży?Ale mój domysł dokąd się zatoczy?...Metella, żona bogacza, tu leży:Patrz! miłość albo duma jest twórcą téj wieży!
Nie wiem dlaczego, lecz tak mi się zdaje,Jakbym, grobowcze, znał mieszkankę twoją.Szereg dni dawnych przedemną powstajeZ melodyjami, które duszę mojąDźwiękiem mi znanym, acz zmienionym: pojąTak huczą gromy, zamierając w dali!Siądę na głazach, które bluszcze stroją,Aż owa mara, co me wnętrze pali,Wypłynie, w kształt zmieniona, z tych tu ruin fali.
Z blanków rozbitych, leżących po skałach,Małą nadziei barkę sobie złożę,Aby po wzdętych oceanu wałachWalczyć z fal wyciem, które wrzące morzeO brzeg rozbija samotny, to łoże,Gdzie wszystko legło, com ukochał sobie!Lecz choć z tych szczątków łódź surową stworzę,Gdzież mam skierować ster w dzisiejszéj dobie,W któréj życie, nadzieje i dom widzę — w grobie?
Więc niechaj wiatry świszczą! Ich muzykaOto melodja dla mojego ucha!Niech ją łagodzi nocny wrzask puszczyka,Ptaka ciemności, co huczy i słucha,Jak tam brać jego w bladem świetle puha.I z nią rozmowy wiedzie tajemniczeNad Palatynem, skrami z oczu buchaI bije skrzydłem... Ludzkich cierpień biczeCzém są przy tym ołtarzu?... swoich już nie liczę!
Cyprysy, bluszcze, mchy i rozchodniki,W jeden kłąb zrosłe, połamane łuki,Zbite sklepiska, zwalone portyki,Kolumny w drobne potrzaskane sztuki,Freski obmokłe od wyziewów, hukiSów, jakby w nocy — cóż to? — gmach nielada —Łaźnia? — świątynia? Spytaj się nauki!„To mur!“ — tak ona, zbadawszy, powiada...Na wzgórze spójrz cesarskie! Tak potęga pada!...
I ten jest morał wszelkich dziejów człeka —A co raz było, ciągle się powtarza:Wolność i sława, a gdy ta ucieka,Zbytek, zepsucie, w końcu dzikość wraża:Choć wciąż Historya kart sobie przysparza,Ma tylko jednę kartę: tu ją czytać,Tu, gdzie tyranja, strojna w płaszcz cesarza,Zebrała wszystko, o co może pytaćOko, ucho... Precz słowa! trza bliżéj zawitać —
Podziwiać, gardzić, śmiać się, płakać! — TreściDla wszystkich uczuć tutaj ci nie zbędzie,Człecze! wahadło między łzą boleściA między śmiechem! Patrz! tu w jednym rzędzieWieki i ludy! Téj góry krawędzie,Dzisiaj rozpadłe, dźwigały przed latyPaństw piramidę! Sława w swoim pędzieSyciła blichtrem słońca żar bogaty!...Gdzież gmachy te? ich twórców jakież dziś zapłaty?
Tulljusz od ciebie mniejszą miał wymowę.O ty kolumny bezimiennéj złomie!Czem laur, co wieńczył skronie Cezarowe?Bluszcz, co mnie zdobi, wzrósł na jego domie!Ktéż stawiał łuk ten widny w swym ogromie?Tytus czy Trajan? Nie! on twoim, czasie!Łuki, filary w twoizhtwoich szyderstw sromie,A apostołów statuy gniotą zasięTe urny, których prochy cesarskie śpią w krasie
Rzymskiego nieba, w tym powietrznym grobie,Pod gwiazd tych strażą! Tu i duch ten drzemie,Który to miejsce upodobał sobie,Ostatni z owych, co dzierżyli ziemięCałą — glob rzymski! po nim marne plemięPuściło dawną zdobycz! On wzrósł wyżéjNad Aleksandra: cnót królewskich brzemięDźwiga, krwią gardzi i wina nie zbliżyDo warg!... Trajana wielbić, jakże duch nasz chyży!
Gdzież ta tryumfu skala, gdzie półbogiSwoje Rzymianin ściskał, gdzież opokiTarpejskiéj ściana, ten godny, choć srogiKres wszelkiéj zdrady? góra, z któréj skokiLeczyły pychę zdrajców? Czyż tu tłokiZwycięsców łup swój niosły? Tak!... Tam daléjTysiąc lat stronnictw padło w sen głęboki —Forum! Tu dotąd w téj powietrza faliSwym duchem nieśmiertelnym Cyceron się pali.
Pole wolności, stronnictw, krwi i sławy!Tu żądze ludzi miały swe łożyska,Gdy pierwsze państwa wzniosły się podstawy,Aż gdy już nowych zwycięstw chęć nie błyska...Lecz nim swobody zagasły ogniska,Przybrał się tutaj bezrząd w swoje godła.Tu się bezprawny potém żołdak wciska,Przed nim senatu drżała zgraja podła,Lub gorszych najemników ciżba rój tu wiodła.
Do ostatniego trybuna imieniaOd wszech tyranów wróćmy się koleją —K’tobie, coś wieki wyrwał z hańby cienia,Druhu Petrarki, Italji nadziejo,Rienzi, z Rzymian ostatni! PowiejąŚwieże znów liście z zeschłych pniów swobody,To niech się wieńcem nad grobem zaśmiejąSzermierza forum, ludu wojewody —Numo drugi! zbyt krótkie były dni twych gody!
Egerjo, serca przecudowny tworze,Co dla spoczynku nad wszystkie wyboryPrzeniosło ongi twoje łono hoże;Czémś jest lub byłaś — postacią Aurory,Nimfą, leczącą rozpacz duszy choréj,Lub téż — być może — nadobną téj ziemiCórą, dla któréj czci niezwykłe wzoryŻywił kochanek: skąd się ród twój plemi —Piękną-ś myślą i kształty odziana pięknemi!
Mchy twego źródła ciągle jeszcze rosząKrople twéj rajskiéj wody; z twych przezroczy,Którym brózd żadnych lata nie przynoszą,Lśni gienjusz miejsca łagodnemi oczy.Tu dzieło sztuki zieleni nie tłoczyNa twoich brzegach, w marmuru kajdanyZdrój nie zamknięty; wesoło się toczyStrumień z pod głazu statuy roztrzaskanéj,A wokół kwiaty, paproć i bluszcz poplątany
We fantastyczne warkocze; pagórkiPokryte kwieciem wiosenném; w zielonéjTrawie migocą ruchliwe jaszczurki,Ptaki dźwięcznemi witają cię tony,Kwiat świeżobarwny niejeden ochronyŻebrze u stóp twych, a kolorów masąTańczy w wietrzyku ten smug ukwiecony;Nieba fijołek swojem tchnieniem pasą,Że zda się, cały plonie jasnych niebios krasą.
Tu się chroniła tych czarów opieka,Tu w boskiéj piersi jakie czułaś bicia,Słysząc ziemskiego kochanka zdaleka!Tu noc, Egerjo, kryła w gwiazd spowiciaTajemne schadzki: śród takiego życia,Gdy skroń na ręku wielbiciela spocznie,Cóż się nie działo? Téj groty ukryciaByły stworzone dla bóstwa widocznie:Witały świętą miłość — tę pierwszą wyrocznię.
Czyż swoje drżenie łącząc z jego drżeniem —Serce niebianki z sercem syna ziemi,Owéj miłości, co się li z westchnieniemRodzi i kona, skry nieśmiertelnemiNie ożywiałaś? z uciechy ziemskiemiCzy nie spajałaś nadziemskiéj słodyczy?Nie łamiąc strzały, czyś z niéj dłońmi swemiNie starła jadu przesytu, goryczy?Wyrwałaś chwast, co duszy wonnych słów nie życzy?
Ach! by niweczyć, rwie się młoda miłość,Lub tylko skrapia pustynię; życicePośpiechu rosną, zielska, które zgniłośćMają w łodygach, choć nęcą źrenice;Kwiaty, co śmiercią wonieją, żywicęJadu sączące wyrastają drzewa,Kiedy namiętność przebiega ziemicę!Człek się daremnie zdrowych ziół spodziewa:Niebiański tu dla niego owoc nie dojrzewa!
O ty miłości! nie córką-ś ziemicy!Ale, jak seraf, mieszkasz w naszéj wierze,A owéj wiary liczni męczennicy —Złamane serca! Oko nie dostrzeże,Jakie masz kształty! skąd się byt twój bierze?Duch go nasz stworzył, tak, jak widmo tworzy,Z żądz swych i niebios otwiera im dźwierze:Swoje on myśli w taką postać włoży,Jak dusza, w któréj ogień, trud i ból się sroży...
Duch swą pięknością bóle sobie stwarza,Własnemi mary on się niepokoi —Gdzie mieszka kształt ten, spłodzon przez rzeźbiarza?W nim! Czyż Przyroda w równy wdzięk się stroi? —Gdzie te obrazy, które dziecko roi,A za któremi tak się mąż ugania —Niedościgniony cud rajskich podwoi?Niczém opisy, niczém malowania:Ten raj się w swym rozkwicie z książek nie wylania!
Człek jest szalony, gdy kocha — młodościSzał to — leczenie jakie sprawia bóle!Patrząc, jak znika obraz, co w nas gości,Czujem, że piękna mają aureolęTe tylko bóstwa, co są w nas; w swém koleCzar ich nas więzi, rodząc zawieruchę,Choć wiatr sialiśmy... I znowu w mozoleSerce alchemję swą wszczyna, otuchęSkutku mając tém większą, im kardziéj jest kruche.
Więdniemy z młodu — upadamy, słabi —Chorzy, ach! chorzy!... trapi nas pragnienie,Chociaż nas w końcu jakaś mara wabi,Gdy snać już kresu dobiegło zniszczenie!Lecz to zapóźno! Podwójne cierpienieOwłada nami... Miłość, żądza, sława —Złe to i marne jednakowo tchnienie —To meteory: człek im różne dawaNazwiska: w dymie śmierci ginie skra ich krwawa!
Mało kto znajdzie — nikt — co kochać pragnie,Chociaż zbliżenie, ślepy traf, surowaKonieczność żądzy serce k’temu nagnie,Co antypatje obudzą, co chowaTruciznę w sobie — ale próżne słowa!I zbieg wypadków, ten bożek bez duszy,Ten lichy partacz, wnet nieszczęścia snowa,Swém szczudłem spędza na nas tłum katuszyI w proch — depcem go wszyscy — nadzieje nam kruszy.
Całéj Przyrodzie nasze życie kłamie;Niéma w niém owéj wszechrzeczy harmonji;Grzechu to nigdy niezatarte znamię,Upas, przed którym nic się nie obroni —Drzewo, co w niebo konarami goni,A ma za korzeń ziemię; co na człeka,Jak krople deszczu, wszystkie plagi roni —Z niewolą, śmiercią, chorobą nie zwleka,Co rany duszy niezgojone wciąż wypieka.
Lecz miejmy śmiałość rozważać! NiegodnieTen się wyrzeka ludzkiego rozsądku,Kto puszcza prawo, by myśleć swobodnie —Nasz port jedyny wszakże w tym jest wątku,Choć w nas moc boża bywa od początkuBita, w łańcuchów zamykana sploty,Chowana w zmroków najciemniejszym kątku,By nie wystrzelił nazbyt blask jéj złoty!Lecz ducha czas i wiedza wybawią z ślepoty.
Łuki na łukach, jakby Rzym tu stary,Zebrawszy razem wszystkie swe trofeje,W jednym kościele zamknął zwycięstw dary —To Koloseum!... Księżyc blask swój sieje:Własną pochodnię mają w nim te dzieje,Bo tu niech pada tylko światło bożeNa kontemplacji zdrój, co stąd się lejeNiewyczerpany... Lazurowe morzeNocy włoskiéj, co w niebios głębokim przestworze
Czerpie swe barwy, aby ich językiemNiebo nam głosić, mroki chwały snujeNad tym przedziwnym, olbrzymim pomnikiem.Tu ziemskiéj glinie dan jest duch, co czuje;Tu, gdzie dłoń czasu nad gruzem panuje,Choć wyszczerbiła swą kosę, potęgaMieści się wielka, która nas czaruje:Pałac dzisiejszy żaden jéj nie sięga —Czekać musi, aż mury czas mu porozsprzęga.
Ty, co upiększasz nawet śmierć, co w krasiePrzedstawiasz gruzy zwalone, co sokiŚwieże do rannych wlewasz serc, o czasie!Co nasze błędne poprawiasz wyroki!Probierzu prawdy! jedyny, głębokiMędrcze, gdy wszystko wokół to mędrkosze!Co nie przepuszczasz win, nie skąpiąc zwłoki,Czasie, mścicielu! ku tobie dziś wznoszęSwe oczy, ręce, serce i o jedno proszę:
Pośród tych zwalisk, gdzieś wzniósł swe ołtarze,Kościół samotny, lecz témbardziéj święty,Do większych ofiar weź i moje w darze:Lat, pełnych troski, acz nie mnogich, szczęty!Nie słuchaj ty mnie, gdym był zbyt nadęty,Lecz jeślim szczęście znosił ze spokojem,A w dumie broń miał przeciwko zawziętéjZłości: żelazo, skryte w wnętrzu mojem,Niech, godząc, ból wywoła i między ich rojem.
A ty, Nemezys wielka, co na szaliWażyłaś zawsze wszelkie ludzkie winy:Tu, gdzie ci długo starzy cześć składali,Gdzie wywołałaś Furje z ich głębiny,Aby Oresta z sykiem, jak gadziny,Za jego zemstę ścigały wyrodną —Słuszną, lecz z ręki innego, z krainyTwojéj cię wzywam! ty nie będziesz chłodną,Posłuchu swego duszę mą uczynisz godną!
Może to grzechy, które sam-em spłodził,I błędy ojców zadały mi rany!I sprawiedliwy gdyby miecz ugodziłWe mnie, ten strumień ciekłby niewstrzymany;Lecz dzisiaj dość już mojéj krwi wylanéj —Teraz ją tobie poświęcam! méj doliTy bądź mścicielką! Przez cię wyszukanyNiech będzie środek, któregom ich gwoliNie użył... Ja spać idę... niech to ciebie boli!
Lecz gdyby mi się wyrwał krzyk, to zgołaNie z téj przyczyny, że mnie ból przygniata;Kto kiedy widział, abym nagiął czoła,Lub, że cierpienie z słabością mnie brata?Lecz pamięć tego niech się w pieśń tę wplata!Głos mój daremnie nie przebzmiprzebrzmi w przestrzeni,Choć będę prochem! Nadejdzie zapłata!W prawdę proroctwo tych zwrotek się zmieniI ludzie klątw mych górą zostaną zgnieceni!
A przebaczeniem me klątwy! Niebiosy!Ziemio, ty matko moja i obrono!Niedość walczyłem tutaj z memi losy?Niedość cierpiałem, by mi przebaczono?Nie spalon mózg mój? nie rozdarte łono?Gdzież me nadzieje? imię? życie życia?A jeślim w rozpacz nie wpadł, to stąd pono,Że śród innego duch mój jest spowicia,Niż błoto, co w ich wnętrzach szerzy zapach gnicia
Czy nie widziałem, czém to świat nas darzy —Od krzywd tych wielkich aż do drobnéj zdrady?Od wyć rozgłośnych spienionéj potwarzy,Aż do tych syków, gdy pełzliwe gadyBryzgają na cię subtelnemi jady?Czym się nie spotkał z Janusów spojrzeniem,Co bez słów kłamią, chcąc pozorne śladyPrawdy zachować śród głupców — milczeniem:Fałsz swój szerzą wzdrygnięciem ramion lub westchnieniem.
Ale ja żyłem, żyłem niedaremnie!Duch mój niech moc swą, krew niech straci żary,Ból zgryzie ciało: przecież coś jest we mnie,O co się stępią czas i tortur kary,A co nie umrze, choć pójdę na mary;Coś nieziemskiego — zmilkłéj lutni dźwiękiNiezapomniane... ci nie dadzą wiary:Jednak w ich duszy, od tych tonów miękkiéj,Obudzi wtedy miłość swych wyrzutów lęki.
Pieczęć już dana... Witaj, groźna mocy,Tak wszechpotężna, choć nie masz imienia!Ty, co tu krocząc śród cieniów północy,Wstrząsasz, nie budzisz jednak przerażenia!Tu twój przybytek, gdzie grób rozprzestrzeniaSwój płaszcz bluszczowy! Téj świętéj przystaniTyle nadajesz głębokiego tchnienia,Że się czujemy z przeszłością związani,Że tu widzimy wszystko, sami niewidziani!...
Tu się w gorączce tłumiły narody,Z szeptem litości, albo bijąc brawa,Gdy człek z człowieka — zbójcze sprawiał gody!Dlaczego sprawiał? Stąd, że tego krwawaA mądra cyrku żądała ustawa,Że z tego rozkosz cezarów się tworzy...Aby z nas była dla robactwa strawa,Czy paść na scenie, czy w boju — gdzież gorzéj?I tu i tam jest teatr, gdzie giną aktorzy!
Przedemną, widzę, gladyjator leży:Zgadza się czoło, oparte na dłoni.Z śmiercią, choć dumnie z jéj bólem się mierzy.Coraz to niżéj głowa mu się kłoni,A z boku rana krew ostatnią roniKropla za kroplą, jak te pierwsze deszcze,Gdy grom ma wypaść z chmurnéj niebios toni...Scenę mu w oczach tulą mgły złowieszcze —Zakończył, a rozgłośne brzmią oklaski jeszcze...
On-ci je słyszał, lecz na nie nie baczył:Oczy za sercem w drogę słał daleką!Cóż mu już żywot i cóż poklask znaczył?On widział chatkę nad Dunaju rzeką,Tam, gdzie pod dackiéj swéj matki opiekąMłodych barbarząt gronko się ochoci,Gdy tu Rzymianom słodkie chwile ciekąRazem z krwią jego! A czyż zgon mu złociNadzieja waszéj zemsty? O powstańcie, Goci!...
Tu, gdzie mord buchał wyziewem posoki,Gdzie tłum się cisnął śród szmeru i wrzasku,Jak potok górski, gdy spada z opoki,Albo się wije po kamiennym piasku;Tu, gdzie w naganie Rzymian lub oklaskuŻycie, bywało, albo śmierć spoczywa —Tutaj brzmi głos mój, a w gwiazd słabym blaskuPusta arena swe gruzy odkrywa:Śród niéj mych kroków echo głośno się odzywa.
Oto zwaliska! lecz jakie! z ich złomówWzniesiono zamki, pałace, półmiasta!Ale przechodząc obok tych ogromów,Dziwić się trzeba, skąd ten łup wyrasta:Czy dla rabunku tu się człowiek szasta,Czy, by gruz sprzątnąć. Przed twemi oczymaStaje dopiéro ruina strzępiasta,Gdy się przybliżysz... Skier dnia nie wytrzyma:W nich widać, jak człek z czasem obdarli olbrzyma.
Lecz gdy się wspinać zacznie miesiąc sinyNa łuk najwyższy i spocznie u góry;Gdy gwiazdki mrugną przez czasu szczeliny,A wiatr pomuska leciutkiemi pióryPo drzew koronie, co wieńczy te mury,Jak na pierwszego cezara łysinieLaur; gdy blask spływa bez żarów purpury:Zmarli do życia wstają w téj ruinie —Szermierze, których prochy tutaj depcesz ninie.
„Gdy Koloseum stoi, Rzym stać będzie,Gdy ono padnie, i Rzym się powali,A z Rzymem legnie i świat w jednym rzędzie!“Tak tutaj nasi pielgrzymi wołaliW czasach saksońskich, którym myśmy daliNazwisko starych... Oparły się przecieTrzy śmiertelności bijącéj w nie fali:Rzym i Ruina, chociaż czas ją gniecie,I świat, złodziei nora, albo jak tam chcecie!
Prosty, poważny, podniosły, surowy,Kościele wszystkich świętych, wszystkich bogów,Gmachu Jowisza, tumie Jezusowy,Pełen spokoju, gdy u twoich progówPadają łuki, państwa, a śród głogówCzłek ku popiołom pośpiesza! o zgonieSwym ani myślisz! sierp czasu, bicz wrogówZdarł się o ciebie! ty modlitw ustronie!Przybytku sztuk! o dumo Rzymu! Panteonie!
Zabytku doby, która była świętsza,Złupion, lecz cały! w twym kręgu się kryjeBoskość, co ludzkie tak przenika wnętrza,I wzór dla sztuki! Z twéj kopułyBlask dawnéj sławy temu, kto się wżyjeW stulecia Rzymu! ty jesteś kościołemDla tych, co przyszli z różańcem giąć szyję;A kogo gienjusz dumném wabi czołem,Dla tego masz posągi, co tu stoją kołem.
Tu wnętrze kaźni! Między tym półmrokiemCóż ja to widzę? Nic!... O, wytęż oczy!Jakieś dwa cienie wolnym suną krokiem,Snać je narodził mózg, do widm ochoczy!Nie! to postaci dwoje jawnie kroczy —Starzec i młoda, nadobna kobiéta!Matka karmiąca, w któréj krew się toczySłodkim nektarem... Po cóż — tak się pytaMój duch — ta naga szyja i ta pierś odkryta?
Młodego życia czyste źródło wzrasta,Gdy my, na łonie, karm’ czerpiemy z łonaPierwszą, najsłodszą! O wówczas niewiasta,Stawszy się matką, jak uszczęśliwiona,Kiedy zakwili niewinna, pieszczona,A nie znosząca boleści dziecina!Jakąż, nam obcą, radość czuje ona,Gdy pączek w liść się rozwijać zaczyna!A owoc! nie wiem! Ewa zrodziła Kaina!...
Ale tu młodość stare lata siliMlekiem — ich darem; rodzicowi płaciDług krwi, w narodzin zaciągnięty chwili.Nie! on dopóty tchnienia nie utraci,Dopóki w żyłach dziewiczéj postaciNie wyschną zdrowia i miłości zdroje,Ten Nil Przyrody, co wzbiera bogaciéj,Niźli, Egipcie, owe głębie twoje!Pij, starcze, pij! czyż w niebie takie są napoje?!
Baśń, co nam drogę gwiazd opiewa mleczną,Nie jest tak czystą, jak blask téj powieści —Ta konstelacja bardziéj jest słoneczną,I w odwróconych tych przeznaczeń treściWiększy się tryumf dla przyrody mieści,Niźli w tych bezdniach, skąd migocą światy!Do serca ojca, o ty godna cześci!Cieką twe krople, nie doznawszy straty —Z wszechbytem tak się złączy i duch nasz skrzydlaty!
Teraz się zwróćmy, gdzie mur Adryjana,Bezkształtnych gmachów egipskich kopisty;Olbrzymie wzory brała rozigranaJego fantazja, gdzie Nil płynie szklisty,Zmuszając potém ciężki trud artysty —Dla wielkoludów niech budowlę płodzi!A to cesarskich prochów oczywistyGrób! — myślicielom śmiech na wargi schodzi,Że dla tak marnéj treści taki plan się rodzi!
Lecz ten dom boży w jakiéj lśni ozdobie!Przy niém cud Djany wygląda na celę —Ołtarz Chrystusa na wyznawcy grobie!Byłem w efeskim, przedziwnym kościele:Śród zbitych kolumn dzikie szumi ziele,A w niém się gnieżdżą hyjeny, szakale;I chram Sofijski widziałem, w topieleBlasków kryjący swych szczytów opale —Dziś muślim najezdniczy ma tę świętą halę:
Żaden ze starych, ni żaden dzisiejszyPrzybytek z tobą zrównać się nie umie:Tyś prawdziwego Boga najgodniejszy!Od kiedy Syjon leży w gruzów tłumie,Gdy On porzucił dawny gród, czy w dumieI wspaniałości ciebie tu dosięgaJaki gmach, wzniesion dla Niego? W tym tumie,W téj arce wiary, wszystko wraz się sprzęga:I Chwała i Majestat, Piękno i Potęga.
Wejdź, jego wielkość ciebie nie przełamie!Czemu? bo wszakże kościół nie maleje?Nie! tylko gienjusz, co włada w tym chramie,Rozszerza duszę twą, że olbrzymiejeI że świątynię widzi, gdzieś nadziejeNieśmiertelności zamknął! Twe źrenice —Jeżeli-ś godny, czas ten ci zadnieje —W Boga bezgniewne zatopią się lice,Jak dziś w Przenajświętszego patrzą tajemnieętajemnicę.
Stąpasz, a wnętrze rośnie z każdym krokiem —Tak Alpy, gdy się pniemy po ich barach,Łudzą swych cudów olbrzymich widokiem...Ogrom się wzmaga — lecz w harmonji czarach:Jakaś muzyka w tych wszystkich bezmiarach...Zbytek obrazów, ołtarze, marmury,Żar w złotych lampach! w powietrznych obszarachKopuła w sporze z wieżami strukturyNajwyższéj w ziemię wrosła, a chce leciéć w chmury.
Nie wszystko ujrzysz od razu... Tę całośćWielką na części w umyśle rozkładaj...Liczne zatoki wszak tworzą wspaniałośćMorza... I tutaj skup duszę i badajNaprzód szczegóły; lotem myśli władaj:By się składników przejęły wymową,Taki kierunek ich biegowi nadaj!Świetność ogarniesz tą drogą stopniową:A jeśliś nie od razu zżył się z jéj osnową,
Nie jéj, lecz twoja w tém wina: wszak zwolna —Stopniami zmysł nasz rzeczy obejmuje;A jak jest mowa nasza nieudolna,Aby wyrazić to, co serce czuje,Tak siła blasków, co się tutaj snuje,Szydzi z twych oczu, a ogrom kościołaTém bardziéj ludzką nicość wykazuje:Duch nasz ku temu, w czém tonie dokoła,Dopiéro wznieść się wielki tą wielkością zdoła.
Tu się zatrzymaj w zachwycie! Tu więcéjZnajdziesz, niż cuda, co oczy nasycą,Więcéj, niż cześć ta, w pokorze dziecięcéjSkładana wierze; tu nietylko świécąMistrze, jakiemi snać się nie poszczycąWieki dawniejsze, ubogie w polotyI wykonanie: tu ducha źrenicąŹródła wzniosłości żwir dostrzegasz złoty:Tu ucz się, czém są wielkich pomysłów roboty!
Lab ku szlachetnym bólom zwróć swe oczy,Ku Laokona mękom — w Watykanie:Nadludzka tutaj cierpliwość jednoczyMiłość ojcowską, i ludzkie konanie!Daremna walka! próżne odpychanieKręgów wężowych: już ten smok straszliwyOplatać starca wokół nie przestanie;Wpiwszy się w ciało żywemi ogniwy,Przytłumia każdy oddech ten łańcuch zjadliwy.
Lub spójrz na władcę niechybnych pocisków,Boga poezji, światła i żywota,Ten w ludzkiém ciele zamknięty krąg błysków —Słońce, co strzały swe w tryumfie miota!Snać mu pomknęła właśnie strzała złotaOd blasków zemsty nieśmiertelnéj, bożéj,Albowiem w nozdrzach drży wzgardy pięknota,A w oczach siła błyskawic się sroży —Ten jeden wzrok już całą boskość ci wyłoży.
Lecz w tych nadobnych kształtach — gdzieś w ustroniPrzez jakąś nimfę śniony sen miłości,Snać oszalałą z tęskliwéj pogoniZa tym kochankiem, co śród bogów gości —Zamknięty wszelkiéj ideał piękności,Jak ten, co w wnętrze naszéj duszy godzi —Gdy pomysł spłynie z niebios wysokości —Swym nieśmiertelnym promieniem, w powodziSwych skier tak nas nurzając, aż się bóg urodzi.
Jeśli Prometej skradł z niebieskiéj góryOgień, co w nas się dotychczas przechował;To go wypłacił już ten mocarz, któryWieczystą chwałę w ten marmur zakował:Nie z ludzkiéj głowy pomysł się wysnował,Choć statuę ludzkie wykonały dłonie!Sam nawet czas ją uczcił, uszanowałNajmniejszy loczek w tych włosów koronie —Tą skrą, co go spłodziła, posąg dotąd płonie.
Lecz pieśni mojéj pielgrzym gdzież zostaje?Byt, który kroczy! śladem mego pienia?Późno przychodzi i zwlekać się zdaje!Zniknął — to jego ostatnie już tchnienia;Skończył wędrówki, utracił marzenia,Sam stał się niczém: jeśli postać żywaByła mu dana, jeśli czuł cierpienia,A nie był widmem — niech sobie spoczywa —Cień jego w spustoszenia tłumie dogorywa —
Tam, gdzie się ciała gromadzą i życia,Wszystko, co dzierżym w śmiertelnéj powłoce;Gdzie się śród ciemnych całunów pokryciaZmieniają w widma wszystkich bytów moce;Gdzie nas obłoków otulają noce;Gdzie każde światło, a nawet blask sławy,Zaledwie krążkiem wybladłém migocePo brzegach zmroków; blask ten, od czarniawéjNocy jeszcze czarniejszy, wzrok nasz zwraca mgławy —
W głębie przepaści, do tych strasznych cieni,Aby tam badać, czém będziemy w chwili,Gdy się w nędzniejszy jeszcze byt przemieniNasza powłoka; każe, byśmy śniliO sławie, z prochów imię oczyścili,Choć go już nie usłyszymy! To miło,Że nie będziemy tém, czémeśmy byli:Dość to dla serca, co ongi znosiłoCiężary! — tak! dla serca, co się krwią pociło!
Cyt! głos z przepaści wychodzi głębokiéj —Dalekie echo muzyki starganéj,Jakby wylewał naród krwi potokiZ nieuleczalnéj, a olbrzymiéj rany...Śród mgieł i burzy widmami napchanyRozwarł się wądół; tam snać cień królowéj,Choć bez korony, słodki, choć stroskany,Załamał ręce wokół dziecka głowy,Któremu z piersi matki zdrój nie trysnął zdrowy.
Gdzieś jest, monarchów i wodzów odnogo?Zmarłaś, nadziejo ludów i żywocie?Wszak mniéj królewską skroń i nie tak drogąMógł był grób ciemny zamknąć w swojéj grocie?!Matka na chwilę, kiedyś, w krwawym pocieNurzała serce nad dzieckiem, na wiekiŚmierć ci stłumiła twą boleść: w istocieTwéj zgasło szczęście, wyschły uciech rzeki,Co miały zlać te wyspy w chwili niedalekiéj.
Wieśniaczki rodzą bezpiecznie — bez bólów...Dziś płaczą ciebie, ty ongi szczęśliwa,Ci, co łzy żadnéj nie leją za królów!Serce wolności już się dziś nie zrywaZ żalu dla bytu jednego, wypływaZ jéj wnętrza modlitw zdrój także za ciebie,Dla twojéj głowy krąg tęczy przyzywa! —Wdowcze! twa dusza dziś się w rozpacz grzebie:Mężem będąc rok jeden, śmierć wydałeś z siebie!
W wór się twój ślubny zmienił płaszcz; weseleProch miało spłodzić,.. I tak dzisiaj leżyUroczowłosa córa wysp w popiele,Miłość miljonów! W jéj przyszłość jak wierzyDuch nasz, bywało! Choć się zmrok rozszerzyNa nasze kości, płód jéj — tę nadziejęMieliśmy — berło nad dziećmi podzierzy,I naszym wnukom blask gwiazdy rozsiejePasterekiéj: tu meteor przebiegł swe koleje!...
Nam, nie jéj, biada! ona śpi szczęśliwie:Chwiejnych łask tchnienie drżące w ludów duszy,Język rad pustych, co tak niegodziwieKłamne wyrocznie szeptał w władców uszyOd państw zaczątku, aż gdy się poruszyNaród, w szał zbrojny, aż przeciw tyranji,Co się tak w dzikiem zaślepieniu puszy,Podniosą ciężar dotychczas deptaniI prędzéj albo późniéj grób zgotują dla niéj —
To byłby los jéj! Nie! wyrzucam z łonaMyśl tę! — tak piękna! tak wielka bez wroga!Tak bez przymusu dobra! Ledwie żona,Zaledwie matka, a już tu jéj droga!Ileż zerwała węzłów chwila sroga!W kraju, co tak się swą miłością raczy,Wszystkich, od ojca, aż gdzie rzesza mnogaPoddanych, złączył i wstrząs! nie inaczéj,Niż wulkan, elektryczny ów łańcuch rozpaczy.
Patrz! Nemi, skryta między leśne wzgórza,W takiéj oddali, że groźne orkany,Co wywracają dęby — że ta burza,Co morze z granic wyrzuciwszy, pianyAż ku obłokom miece, od jéj szklanéjPowierzchni stronią, choć pełne niechęci...Cichéj, jak zawiść tajona, lustrzanéjPłyty poruszyć nic się tu nie znęci:Tak zwita w kłąb, jak żmija, gdy się we śnie skręci.
Albańskie, ledwie rozdzielone zdrojePłyną przed nami z siostrzanéj doliny;Tam Tybr się wije, morze fale swojeRzuca na brzegi latyńskiéj krainy,Walk opieśnionych gwiazda i dziedziny„Zbroi i męża“, któremu blask nowyZeszedł nad państwem... Tam, gdzie łańcuch sinyGór, ustroń wieszcza, sabińskie dąbrowy!A tu wytchnienia szukał umysł Tulljuszowy!
Lecz jam zapomniał... Pielgrzym przebył trudy;I mnie i jemu trza się żegnać z wami...Dzieło skończone... Lecz pozwólcie wprzódy.Niech się źrenice nasycą falami!Morze Śródziemne huczy tam pod nami,I z gór Albańskich widzą nasze oczy,Jak ten ocean, którego druhamiByliśmy z młodu, pod Kalpą się toczy,Skąd ongi płynęliśmy, aż tam, gdzie się mroczy
Euksyn pośród Symplegad... PrzedługiBieg lat — choć mało ich było — w swém dziele,Aby nas zniszczyć, nie spoczął; lecz strugiŁez nie zmieniły nas obu zbyt wiele...Nie darmo jednak przez życia topieleBrnęliśmy obaj: w tém nasza nagroda,Że blaski słońca płodzą nam wesele,Że rozkosz daje nam ziemia i woda —Jakby nie było człeka, co nam męty poda!
O, gdyby puszcza była nam schroniskiem,Któraś z rusałek do służby mi daną,Abym mógł, z ludzi zerwawszy roiskiem,Bez nienawiści k’tym, kochać wybraną!Czyż wy, żywioły, co szumem i pianąI blaskiem moję uzacniacie duszę,Nie połączycie mnie z ową nieznaną?Że jest byt taki, czyż w to wierzyć muszę,A tylko, że wraz z ludźmi darmo oń się kuszę?
Jaka to rozkosz w niedostępnym borzeJakie u brzegów samotnych zachwyty!Tu towarzystwo, gdzie nikt wejść nie może,Tu, gdzie muzyka fal rwie się w błękity!Ja kocham ludzi, lecz jestem upityŻywą miłością Przyrody! ja do niéjŚpieszę: rzucając to, z czém byłem zżyty,Czuję, w wszechświata pogrążony toni,To, co się z wnętrza w słowie, choć chce, nie wyłoni.
Tocz fale wód swych, oceanie siny!Bicz flot tysiąca darmo cię rozpienia!Na lądzie śladem człowieka — ruiny,U twoich brzegów kres jego niszczenia!Ty sam druzgocesz tu statki! Ni cieniaTu nie zostawia człowiek, gniewem zdjęty —Chyba ślad jeden: piany krótkie wrzenia,Gdy, jak dżdżu kropla, padnie w twe odmętyBez dzwonów, bez pogrzebu, w trumnę nie zamknięty.
Smug twój nie na to, aby go łupiłyRęce człowieka... Spiąwszy się do góry,Strącisz go z siebie... Ty szydzisz z téj siły,Którą on ziemi zadaje tortury —Ze swojéj piersi podrzucisz go w chmury,Albo o ziemię twa moc go uderzy —Śród fal wyjących igraszki ponuréj —W jakiéjś zatoce, u jakichś wybrzeży,W porcie jego nadziei: tam niech sobie leży!
Te pancerniki, co gromami bijąW skaliste twierdze, tak, że drżą narody,Że się w stolicach władce z strachu wiją,Dębowych smoków tok olbrzymie kłody,Że się ich twórców marne, pyszne trzodyZwią wojn panami i twego obszaru,To twa zabawka! Wszak padły w twe wodyJak śnieżne pyłki spienionego waru,Owa duma Armady i łup Trafalgaru.
Państwa twych brzegów — czém są dzisiaj one?Rzym, Kartagina, Asyrja, Hellada!...Zmyły ich wolność twe fale spienione,Lecz i tyranów... Dziś napnad niemi władaObcy, służalce, ciemięzca... ZagładaW puszcze zmieniła dzierżawy — twe skronieZawsze te same: czas im brózd nie zada!Jak w dniu stworzenia, tak i dzisiaj plonieTen lazur, co okrywa igrające tonie.
Chwalebne lustro, gdzie się nawet w burzyOgląda Wszechmoc! ty — cichy-ś czy wrzący,Czy wiew cię muska, czy cię orkan chmurzy,Czyś pod biegunem, czy w strefie gorącéj —Zawsze wspaniały, granic nie znający!Niewidzialnego tronie! pierwowzorzeWieczności! berło wszelkich stref dzierżący!Z twych szlamów płód ten, co w tobie ma łoże!Bezdenny i samotny strasznych wód przestworze!
Jam umiłował ciebie, oceanie!I szczytem uciech w méj młodości lecieByło: jak bąbel płynąć po twéj pianie!Od dziecka-m przywykł do twych fal! Na grzbiecieTwoim spoczywać to rozkosz! ZamiecieBurz twych jam kochał, chociaż wnętrze człekaPrzejmują grozą: ufałem, twe dziecię,Odmętom twoim zblizka i zdaleka,Jak dziś, gładziłem włos twój, co zdrojami ścieka.
Spełnione dzieło! koniec mojéj pieśni!W swém własném echu już mój temat ginie...Czar snu długiego niech już raz się prześni!Gaśnie pochodnia, co w nocnéj godzinieDawała światło méj lampie! Niech płyniePieśń, jak powstała! poprawiać daremnie!Czém byłem dawniéj, nie jestem już ninie;Marzenia nikną i żar, co był we mnie,Drga, słabnie i blednieje i zmienia się w ciemnię.
Bywajcie zdrowi! Niéma na to rady —Smutne to słowo, lecz — bywajcie zdrowi!Wy! co w wędrowca podążając ślady,Z nim razem k’temu doszliście końcowi:Jeśli choć jednę myśl kto z was wyłowiZ tych, co są jego, i w duszy pomieści,To nie był ciężkim sandał pielgrzymowi...Bywajcie zdrowi!... z nim jego boleściZostaną — wam niech morał spłynie z ksiąg tych treści!
„Na moście Westchnień, we weneckim grodzieStałem, tu pałac mając, tu więzienie“.
1. NON TI FIDAR AD ALCUNO PENSA e TACISE FUGIR VUOI DE SPIONI INSIDIE e LACCIIL PENTIRTI NULLA GIOVAMA BEN DI VALOR TUO LA VERA PROVA1607. ADI 2. GENARO. FUI RE-TENTO P’LA BESTIEMMA P’AVER DATODA MANZAR A UN MORTOLACOMO. GRITTI. SCRISSE.
2. UN PARLAR POCHO etNEGARE PRONTO etUN PENSAR AL FINE PUO DARE LA VITAA NOI ALTRI MESCHINI1605.EGO JOHN BAPTISTA ADECCLESIAM CORTELARIUS.
3. DE CHI MI FIDO GUARDAMI DIODE CHI NON MI FIDO MI GUARDARO IOA TA H A NAV. LA S. C. K. R.
„Zmilkły w Wenecyi już echa Tassowe“.
Canto l’arme pietose, e l’capitanoChe l’gran Sepolero liberò di Cristo.Molto egli oprò col senno, e con la manoMolto soffri nel glorioso acquisto;
E in van l’Inferno a lui s’oppose, e in vanoS’armò d’Asia, e di Libra il popol misto,Che il Ciel gli diè favore, e sotto a i santiSegni ridusso i suoi compagni erranti.
L’arme pietose de cantar gho vogia,E de Goffredo la immortal brauraChe al fin l’ha libera co strassia, e dogiaDel nostro buon Gesù la SepolturaDe mezzo mondo unito, e de quel BogiaMissier Pluton non l’ha bu mai paura:Dio l’ha agiuta, e i compagni sparpagnaiTutti ’l gh’ i ha messi insieme idi del Dai.
Św. Mojżesz, opera.Św. Benedykt, komedya charakterów.Św. Łukasz, nie ma przedstawienia.
Ma święty Marek swego lwa: on stoi,Gdzie stał...
QUATUOR· EQUORUM· SIGNA· A· VENETIS·BYZANTIO· CAPTA· AD· TEMP· D· MAR· A· R· S·MCCIV· POSITA· QUAE· HOSTILIS·CUPIDITAS· A· MDCCIIIC· ABSTULERAT·FRANC· I· IMP· PACIS· ORBI· DATAE· TROPHAEUM·A· MDCCCXV· VIOTOR· REDUXIT.
„Gdzie Szwab się korzył, Austryi dziś obuchy; Gdzie cesarz klękał, cesarz na kark siada.
„Niech choć na chwilę ślepego Dandola, Bizancyum zdobywcy, zawładnie tu wola“.
„Nie sprawdziły się Doryi groźne znaki?Nie w jarzmie oneż i Wenecya z niemi?
„Próżne ulice, cudzoziemskie warty,Świadcząc, kto w dole tu, a kto u góry“.
Melodyami łzawiłDrzewo imienia lubéj i sam siebie wsławił.
W Arkwie, gdzie umarł, spoczął téż to mogile.
...Złotych blasków morzeLejąc na przekór tych krushańskich trutniOraz Boala...
„A Malherbe, à Racan, préfère Théophile,Et le clinquant du Tasse à tout l’or de Virgile.“ Sat. IX.
Laur ze żelaza położon na czoleBiustu Arjosta strącił piorun...
„.... Hic illius arma,Hic currus fuit.“
Wawrzyn prawdziwy, jaki sława wije,Jest z tego drzewa, w które grom nie bije.
Lecz niech wie człowiek, co przesądem żyje,Że grom uświęca...
Tu kocha nawet bogini z kamienia
„Przyjdzie czas taki, gdy nie będziesz potrzebował uciekać.“
Prochy w przybytku Santa Croce leżą
...Tu w mogile Alfierego i Anioła szczęty.
I pył Machiawela tu znów spoczął w pyle.
O ty niewdzięczna Florencyo! Dant złożył,Jak Scypio, głowę na cudzym zagonie...
Dant złożyłJak Scypio, głowę na cudzym zagonie;Bój twoich stronnictw, co się ongi srożył,Wygnał pieśniarza etc.
In cosi angusta e solitaria villaEra’l grand’ uomo che d’Africa s’appellePerche prima col ferro al vivo appilla.
I laur, włożony na Petrarki skronie,Wyrósł w krainie obcéj i dalekiéj...
Boccaccia popiół wzięły macierzysteŁany...
„Il flagello de Principi,Il divin Pietro Aretino“,
Czém piramidy wszelkich kosztowności.
...Pod ciosy strasznemi,Nie postrzeżono i trzęsienia ziemi.
Stoisz, posągu, aż do tego czasuW surowych kształtów nagim majestacie.
I ty wilczyco, Rzymu karmicielko,Dotknięta gromem!...
„Geminos hnic ubera circumLudere pondentes pueros, es lambere matremImpavidos: illam tereti cervice reflexamMulcere alternos, et corpora fingere lingua“.
Rzymianin mniéj był ulepionyWe wnętrzu swojém według ziemskiéj modły.
Zamordowano go słusznie.
Egeryo, serca przecudowny tworze,Co dla spoczynku nad wszystkie wyboryPrzeniosło ongi twoje łono hoże.
Thence slowly winding down the vale viewThe Egeriam grots: oh, how unlike the true!
A ty Nemezys wielka, co na szaliWażyłaś zawsze wszystkie ludzkie winy...
Gdy tu Rzymianom słodkie chwile ciekąRazem z krwią jego...
Tu, gdzie mord buchał wyziewem posoki,Gdzie tłum się cisnął śród szmeru i wrzasku.
Tam Tybr się wije, morze fale swojeRzuca na brzegi latyńskiéj krainy.
„Me quotiens reficit gelidus Digentia rivus,Quem Mandela bibit rugosus frigore pagus.
...tu frigus amabileFessis vomere taurisPraebes, et pecori vago“.
Pigmaliou, quanto lodar ti deiDell’ imagine tua, se mille volteN’avesti qnel cho’ i’ sol una vorrei.Sonetto 58, quaiulo giuuse a Simon l’alto concetto.Le Rime, par. I, pag. 189, edit. ven. 1756.
„Hic silvestris erat Romani nominis altorMartia, quae parvos Mavortis semine natosUberibus gravidis vitali rore rigebat,Quae tum cum pueris flammato fulminis ictuConcidit, atque avulsa pedum vestigia liquit“De consulatu, lib II (lib I, Divinat, cap. XII).
„Egeria est quae praebet aquas dea grata Camoenis,Illa Numae conjunx consiliumque fuit.
DEAE NEMESISIVE FORTUNAEPISTORIVSRVGIANVSV. C. LEGATLEG. XII. G.CORD.
Umilkły wiatry; ciche lśnią się falePrzy grobowcowéj Temistokla skale,Która wyniosłém niebo czołem bodzieI z góry patrząc na morza i smugi,Najpierwsza wita lądujące łodzie.Kiedyż się zjawi Temistokles drugi?
Wyspy szczęśliwe, w każdéj porze rokuZarówno miłe i sercu i oku!Gdy was przychodzień z gór Kolonny wita,Wraz nagły urok źrenice mu chwytaI myśl pogrąża w dumy tajemnicze.Tu szklane morza cichego oblicze,Na falach drobnych, jak uśmiechu dołki,Gór okolicznych odbija wierzchołki,Strzegące brzegów, z któremi łagodnieZdają się igrać rajskie wody wschodnie.Jeśli się wietrzyk chwilowy prześliźnie,I złamie szyby na modréj płaszczyźnie,I kwiecie z brzegu przyniesione miota,Jakaż w tym wietrze wonia i pieszczota!Tam, na skał wierzchu, u ścieku poników,Błyszczy się róża, sułtanka słowików;Jéj brzmią pochwały kochankowie leśni,Ona rumieńcem dziękuje za pieśni,Śliczna i skromna królowa ogrodów,Nie tknięta wichrem, nie zwiędła od chłodów,
Nie znając naszych zim niebezpieczeństwa,Kwitnie świeżością wiecznego panieństwa.Balsamy, których niebo jéj udziela,W wonnych kadzidłach ku niebu odstrzela;Niebo wzajemnie codzień jéj użyczaŚwietnych kolorów swojego oblicza.Tam w polu tyle jest kwiecia dla wianków,Tam w lasach tyle cienia dla kochanków,Tam groty dla nich ciosane umyślnie!...Dziś morski zbójca w te groty się ciśnie,I nocą z małéj czatuje galeryNa bezpiecznego żeglownika stery.Skoro miesięczna zabłyśnie pochodnia,Zabrzmi gitara morskiego przechodnia...Zbójca swój rudel zaraz na głąb pędzi:Zakryty cieniem nadbrzeżnych krawędzi,Zahacza statek, zdobycze rozdziela:Wrzask konających miesza pieśń wesela.Dziwna, gdy kraj ten natura obrałaNa ogród bogów, i hojnie nań zlałaTyle bogactwa, piękności tak wiele,Jakby we własném zakochana dziele:Dziwna, że dzieła własnego się zrzekaI dziś natura wpuszcza tu człowieka:Który, odwieczny miłośnik zniszczenia,Ogród Edeński na nowo wyplenia —I jako leśny dzik, kwiecie wytłacza,Niepokropione znojami oracza,Ani znające ręki ogrodnika;Tu kwiecie samo dokoła wynika;Za tyle wdzięków, za taką obfitośćUprasza tylko człowieka o... litość.Dziwna! Tu ziemia oddycha pokojem:A serce ludzkie chucią i rozbojem!Czyż kraje światła na nowo ogarnieNoc namiętności rządzących bezkarnie?Patrząc, myśliłbyś, że tu zbuntowaniWojsko aniołów zwalczyli szatani.I cherubinów trony dziś przywłaszczaTłum, który piekieł wyzionęła paszcza.Tak śliczny kraj ten, ojczyzna rozkoszy;Tak brzydki tyran, co go dziś pustoszy!
Kto na śmiertelném oglądał posłaniuPiękne oblicze zaraz po skonaniu,Nim dzień przeminął — pierwszy dzień nicestwa,Ostatni trudów i bólów jestestwa —Nim śmierć, ostatniém przyciśnieniem ręki,Zgładziła rysy, gdzie chronią się wdzięki;Kto pomni twarz tę anielsko-łagodną,Tak zimno piękną, tak smutnie pogodną!Zda się w letargu zasypiać głęboko?Zda się być żywą — gdyby nie to oko!Gdzie już nie świeci ni łza, ni namiętnośćGdzie mieszka zimna, wieczna obojętność,I straszy widzów i serca im studzi,I z oczu trupa wpada w serca ludzi;Gdyby nie wzrok ten, nim pierwszy dzień minie,Nim ta godzina — w téj jeszcze godzinieŚmierć tak łagodnie, niewidomie władnie,Że jéj tyraństwa nikt zrazu nie zgadnie!Dziś do téj twarzy Grecyja podobna:Martwa oddawna, lecz dotąd nadobna.Jéj widok ziębi, jéj wdzięk do łez wzrusza,Bo już piękności nie ożywia dusza.Jéj wdzięk jest tylko uśmiech pozostałyNa chwilę w ustach, co ducha oddały.A jéj rumieniec chorowita krasa,Która na trupich licach nie zagasa;Ostatni odbłysk zachodnich promieni.Co się wokoło ruiny czerwieni;Ostatnie czucie, co żegna nadzieję,Iskra niebieska, która dotąd tleje,Lecz już swéj miłéj ziemi nie rozgrzeje.
Ojczyzno mężów nieśmiertelnéj chwały!Każda dolina, każdy wierzch twéj skały,Jakże pamiętne! Bo każde z nich byłoKolebką swobód lub sławy mogiłą!Arko potęgi! Dziś, czyliż tak mało,Czyż tylko tyle po tobie zostało?Wstań niewolniku podły, wstań na chwilę,Powiedz: ten wąwóz czy nie Termopile?Ty, z duchów orlich wyrodzony płazieNa Leonida gnieżdżący się głazie,
Przypomnij, nazwij tych opok wyżyny,Zatokę, wyspy: — wyspy Salaminy!Powstań! Te dawne zapomniane bojeOdnów i przywłaszcz: to dziedzictwo twoje!Z popiołów przodków, może wróg rozdmuchaIskrę, zarodek ich wielkiego ducha.A kto z was w boju żywota dokona,Wliczy swe imię pomiędzy imiona,Na których wzmiankę pochlebstwem pijaniZwykli się trzeźwić, zwykli drżéć tyrani.Kto z was ojczyzny z więzów nie wybawi,Zginie — lecz tyle synom swym zostawiSławy, nadziei, że staną się zdolniRozerwać jarzmo i umierać wolni!Walka o wolność, gdy się raz zaczyna,Z ojca krwią spada dziedzictwem na syna;Sto razy wrogów zachwiana potęgą,Skończy zwycięstwem. Grecya jest księgą,W któréj wiekami stoi wypisano:Że klęska wolnych jest świata wygraną.Królowie, sławę kupując u cieśli,Gdzieś bezimienne piramidy wznieśli;Wolni nie dbają, chociaż czasu falaWszystkie grobowce i pomniki zwala;Większe pomniki zostały nad niemi:Zostały góry ich ojczystéj ziemi.Tam muza oczom przechodniów ukażeGroby swobodnych, wolności ołtarze.Długoby mówić, przechodzić okropnieWszystkie od chwały do niewoli stopnie;Dosyć jest wiedziéć, że nikt nie zagrzebieDucha swobody, chyba on sam siebie!Bo własne tylko upodlenie duchaUgina wolnych szyję do łańcucha!
Mieszkańcy ziem tych! Macież wy powieściDawnym podobne i którychby treściNatchnęły muzę do polotów szczytnych,W ślad muzy greckiéj, wieków starożytnych,Gdy ludzie byli ziemi swojéj godni?Dziś, do niczego niezdatni prócz zbrodni,Z ognistą duszą, coby mogła siłyNatchnąć do dzieła godnego pomników,
Dziś, oni pełzną z kolebek w mogiły —Niewolni — gorzéj: słudzy niewolników,Zmazani całą szkaradą, co brudziNiewiele wyższych nad zwierzęta... ludzi.Nie mają nawet téj dzikich odwagi,Piersi gotowéj, przyjąć oręż nagi:Tylko rozwożą przez sąsiednie państwaZ nowym towarem... stare oszukaństwa:W tém tylko widać Greków dowcip dawnyI z tego tylko Grek na wschodzie sławny!Daremnie wolność tylekroć zaklina,Aby skruszyli jarzmo poganina,By kark podnieśli zgięty łańcuchami,Nie, Grecy, nie mam litości nad wami!Przeciéż z Grecyi wziąłem te powieści,Z czasów niedawnych i żałosnéj treści.
Zdala, śród morza pogodnego błyska,Szybko pod cienie nadbrzeżne się wciskaStatek. Rybacy poznali z obrotów:Że to piratów statek lub majnotów:Chcą z barką swoją w cieniach się przewinąć,I brzeg niepewny zdaleka ominąć.Choć im trud dzienny osłabił ramiona;Choć rybim łowem barka przeciążona;Silnie wiosłują, rudel krzywią w stronę,Aż dopłynęli do Porto-Leone,Gdzie ich noc czeka, noc prawdziwie godnaKraju wschodniego, cicha i pogodna.
Kto tam grzmi konno po skalistéj drodze?Wygięty naprzód na wiatr puścił wodze.Kopyt tententy, jak grzmoty po grzmotachWciąż budzą echa drzemiące po grotach.Koń jak kruk czarny, a na bokach piana,Jak gdyby świeżo z morza zszumowana.Wieczór już uśpił fale morskich toni,Ale nie serce téj dzikiéj pogoni.Groźnie na jutro niebo się zachmurza,Ale groźniejsza w sercu Giaura burza.
Nie znam cię, rodu twego nienawidzę:Ale w twych licach takie rysy widzę,Które w pamięci kiedy się raz wrażą,Z czasem się głębiéj werżną, lecz nie zmażą.Tyś młody, blady, lecz namiętne boleGorzały długo na tém smagłém czole!Złe oko twoje, choć mię nie urzekło,Choć jak meteor błysnąwszy uciekło;Zgadłem, że Turek takiego człowiekaPowinien zabić — lub niech sam ucieka.
Tam... tam.. poleciał. Śladem jego bieguSzły mimowolnie oczy me wzdłuż brzegu.A chociaż z taką szybkością prześcignął,Choć jak latawiec tylko w oczach mignął:Jego wzrok, jego twarz nakształt pieczęciWciśnione czułem w głąb mojéj pamięci.I długo w uchu huk kopyt słyszałemCzarnego konia lecącego cwałem.Spiął ostrogami, wbiegł na wierzch opokiOcieniającéj głębinę zatoki;Obleciał wkoło, znowu na dół gonił,Skałą od moich oczu się zasłonił.Zgadłem dlaczego. Temu, co ucieka,Jest obrzydliwą źrenica człowieka;On najpiękniejsze na niebiosach gwiazdyKlnie, że zdradzają ścieżki jego jazdy!Zbiegając z góry, nim konia nawrócił,Spojrzenie straszne, jak ostatnie, rzucił.I wybiegł znowu, znowu w górę skoczył,Wtém, nagle stanął, konia w bok zatoczył,I patrzy z góry, na strzemionach staje...Czegéż on patrzy, tam, w oliwne gaje?Księżyc na nowiu wschodzi z za gór grzbietów,Błyszczą nad miastem lampy minaretów,W mieście wre teraz Bajramu uciecha.Tu, choć nie dojdą ni wystrzałów echa,Ni muzułmanów pobożne okrzyki:Przecież błysk widać każdéj tofaiki,Bo dziś zachodzi słońce Ramazanu,Dziś Bajram święcą wyznawcy Koranu —Dziś. — Lecz ty, Giaurze, kto jesteś? Co znaczyTwój ubiór obcy i twój wzrok rozpaczy?
Co cię obchodzi Bajram? Po co czekaćNaszego święta lub przed niém uciekać? —
On stał. Wtém, nagły strach lica mu ścisnął,I strach ten nagle wściekłością zabłysnął.A blask ten nie był jak rumieniec nikłyGniewów, co wschodzić i przemijać zwykły:Ale jak bladość marmurowéj bryły,Powiększająca ciemnotę mogiły —Brwi nasunione, osłupiałe oko!Wtém rękę dźwignął i podniósł wysoko,I na wiatr miotał, jakby groził gniewny.Stał: czy uciekać czy gonić, nie pewny;A wtém koń zarżał niecierpliwy zwłoki,I rżenie echem odbiły opoki!Giaur za miecz porwał i szczęk rękojeściWybił go nagle z téj nieméj boleści,Jak zbójcę budzi krzyk sowy złowrogi.Znowu koniowi w bok wraził ostrogi:Daléj, w cwał, konin, tu idzie o życie!...Znowu koń czarny zagrzmiał po granicie.Chyży jak dziryt, leci wzdłuż zatoki,Daléj ku morzu, wpadł między opoki.Nie widać twarzy, znikła strusia kita;Na chwilę grzmiące ucichły kopyta.Raz tylko wstrzymał rumakowi wodze,I nieruchomy, chwilę stał na drodze,Chwilę; i znowu opoka zabrzmiała:Giaur poleciał, jakby go śmierć gnała.
Straszna to chwila, w któréj duch rozkręciZa jednym razem cały zwój pamięci,I w jednę drobną kroplę czasu zlejeŻycia bolesne i zbrodnicze dzieje!Kto nienawidzi, kocha się, lub boi,Temu za piekło jedna chwila stoi.Cóż on czuł wtenczas, gdy trapiące duszęWszystkie od razu wycierpiał katusze?Chwila spoczynku, śród potoku zdarzeń,Kto zliczy ile mieści wyobrażeń?Bo choć dla czasu zdaje się nicością:Ona dla myśli jest cała wiecznością.Bo nieskończone, niezmierne cierpienieMoże w myśl jednę zgromadzić sumienie,
I w jednéj chwili wycierpieć od razuBole bez końca, nadziei, wyrazu!
Przeszła godzina. Giaur jak cień przeminął.Uciekł? czy zginął? czy sam tylko zginął? —W czarnéj godzinie przybył, jak zesłanaOd niebios kara za grzechy Hassana;Przyszedł i cmentarz zrobił z Baszy domu;Przyszedł i odszedł, jak wicher symomu,Co wieje bożym obciążony gniewem,I za którego śmiertelnym powiewemCyprys umiera, choć jest śmierci drzewem,Choć wiosną nawet nie zrzuca żałoby,Jeden co wiernie opłakuje groby!
Niémasz rumaków na stajniach Hassana,Komnata jego od sług odbieżana:Pająk samotnik, na ścianach się czepiaI szpary szarym całunem zasklepia;W twierdzy Hassana nie widać żołnierzy;W jego haremach gniazdo nietoperzy;Zamiast strażnika, puszczyk krzyczy z wieży.W ogrody czasem dziki pies przybieży,Spragniony wyje na suchą fontanę;Stoją wód łoża z marmuru usłane.Lecz owdowiałe — bo zdroje wymarły.Zielska się dzikie na dnie rozpostarły,Niegdyś, jak wdzięcznie fontanny tu grały,Łagodząc nieba wschodniego upały;Niegdyś, tryskając srebrnéj rosy tęczeI fantastyczne wirując obręcze,Rozkosznym chłodem rzeźwiły dokołaPowietrze, ziemię i spragnione zioła.Jak było mile, blaski gwiazd pogodnychWidziéć odbite na tych łukach wodnych,Słuchać muzyki tych szemrań łagodnych! —Tu często Hassan w niemowlęcym wiekuBawić się lubił u kaskady ścieku;Tu drzemiącemu w matki swéj objęciuPiastunka woda śpiewała dziecięciu.Hassan młodzieniec na te wodotryskiPoglądał, siedząc obok odaliski,
I śpiew jéj milsze zdawał się mieć tony,Gdy był od szmeru kaskad nastrojony.Lecz Hassan stary nigdy sennéj skroniWieczorem u téj kaskady nie skłoni;Z marmurów woda uciekła chłodząca,Z serca Hassana wyszła krew gorąca.Tu nie usłyszysz już głosu człowieka;Nikt się nie śmieje, nie klnie, nie wyrzeka.Ostatni ludzki głos echem odbity,Był to krzyk na śmierć ciągnionéj kobiéty.Głos skonał. Odtąd milczą te pałace;Wiatr tylko oknem otwartém kołace.Lecz choć wiatr szumi, choć się nieba chmurzą,Już tu nikt okna nie zamknie przed burzą.Cieszy się pielgrzym, gdy w stepach odkryjeŚlady na piasku, chociaż nie wie czyje;Tu gdyby ludzki jęk odbiły echa,W jęku tym jakaś byłaby pociecha,Ten jęk by mówił: — nie wszystko skonało,Jedno tu życie ludzkie pozostało!...Jeszcze w tych gmachach znalazłbyś wspaniałeIzby i sale puste, dotąd całe;Dach jeszcze cały, chociaż ząb zniszczeniaRoztacza ciągle ściany i sklepienia:Lecz zgroza siedzi przed bramą na straży,Sam fakir do wrót zbliżyć się nie waży.Derwisz ubogi nie przestąpi proguZa chleb i za sól podziękować Bogu;Nędza i zbytek uchodzą na stronę,Niepowitane i nieugoszczone.Pałac, gościna wiernego narodu,Stał się jaskinią zniszczenia i głodu.Gość płacze dobrodzieja, plączą słudzy pana,Od czasu gdy miecz Giaura ciął w turban Hassana.
Słyszę dźwięk zdala końskiego kopyta,Jadą podróżni, lecz mnie nikt nie pyta.Już bliżéj: Turcy — już widzę turbanyI w srebrem kutych pochwach atagany.Wódz ich na przedzie w bogatym zawoju,Zapewne emir, bo w zielonym stroju.
„Ho! kto ty?“ — „Salem! Waszéj jestem wiary.Emirze, widzę, że wieziesz towary;Widzę, że wóz twój jest ciężko ładowny,Ostrożnie wieziesz; musi być kosztowny.Może do portu śpieszysz dla noclegu?Jestem przewoźnik: mam łódkę u brzegu“.
„Zgoda, rzekł emir, pośpieszaj, czas nagli.Odbijem cicho; nie rozpinaj żagli,Niech leżą zwite; wiosłami uderzaj,I szybko, cicho, po pod brzegiem zmierzaj,I wieź nas prosto, pomiędzy opoki,Tam, na sam środek najgłębszéj zatoki...Teraz odpocznij. Dobre masz ramiona:Podróż i zręcznie i prędko skończona.Lecz ona... zacznie podróż dalszą, z któréj...“............
Rzucili w wodę...............Ciężko plusnęło i powoli tonie,Rozstąpiły się wkoło szklane błonie.Zważałem ciężar: dziwnie mi się zdało...Ruszył się — pewnie morze nim ruszało.Może to było księżyca błyśnienie,Nagle odbite o morza przestrzenie?Patrzyłem ciągle: i wodne obręcze,W mniejsze i węższe ściskały się tęcze,Jakby ich środkiem kamień przepadł do dna;Nakoniec w środku wyszła bańka wodna,Perłowe kółko... błysnęło... przepadło,Znowu zatoka gładka jak zwierciadłoI tajemnica usnęła w topieli.Gieniuszowie morscy ją widzieli,Lecz drżąc z przestrachu w swych domach z korali,Nic o tém z żadną falą nie gadali.
Jak król motylów, za wiosny powrotem,Na skrzydłach jasnych purpurą i złotem,Z nad szmaragdowéj Kaszemiru błoniWzlatuje, dzieci wabiąc do pogoni,
I z ziół na zioła i z kwiatów na kwiatyCiągnie myśliwców i myli ich czaty,Wreszcie uleci i niknąc w obłokuZostawia żałość w sercu i łzy w oku,Podobnie piękność wabi starsze dzieci,Tak bystro lata i tak wdzięcznie świeci,To łowców trwoży, to nadzieją mami;Gonią wesoło — łowy kończą łzami.Lecz jeśli w ręce myśliwemu wpada,I motylowi i piękności biada!Chcąc uciec, darmo skrzydełka natęża:Igraszka dziecka lub ofiara męża.Cacko, za którém żądza chciwie goni,Straciło urok, gdy je mamy w dłoni;A gdy wdzięk barwy i świeżość przeminie,Rzucim, niech leci... lub samotnie ginie.Gdy skrzydła zranisz, gdy serce zakrwawisz,Czyli ofiarom swobodę zostawisz?Motyl odartym skrzydełkiem czy możeLatać jak dawniéj z fiołków na róże?Z pięknością w jednéj uwiędłą godzinie,Czyż razem pokój na wieki nie zginie?Zgraja motylów, co pod niebem lata,Nie szuka w dole zranionego brata:Płeć piękna dla nas ma litości tyle!Lecz dla płci własnéj ma serce motyle.Piękność nad każdém nieszczęściem łzy leje:Nad sióstr upadkiem... tylko się zaśmieje.
Dusza, brzemienna zbrodni swych ciężarem,Jest jak skorpijon opasany żarem.Krąg coraz mocniéj zwęża się i błyskaI więźnia coraz gwałtowniéj dociska,A gdy go zewsząd na wylot przepieka,Skorpijon cierpi, dąsa się i wścieka.Jeden mu został sposób wyjść z pożogów:Ma żądło, które wyostrzył na wrogów,Które trucizną pewną rany poi;Jeden ból zada i wszystkie wygoi:To żądło więzień topi w głowie swojéj.Podobnie dusza zła kona w cierpieniach;Lub żyje jako skorpijon w płomieniach;
Bo kiedy ludzi zwiążę pamięć zbrodniŚwiatu niezdatni, a nieba niegodni,Rozpacz nad niemi, pod niemi noc gruba,Wkoło płomienie — a w pośrodku zguba!
Ponury Hassan z haremu ucieka,Pieszczot, widoku kobiet się wyrzeka.On w lasach trudy myśliwców podziela,Ale nie może dzielić ich wesela.Dawniéj polować nie miał we zwyczaju,Póki Leila mieszkała w seraju,Dziś, czy Leila uszła? czy nie żyje?Hassan wie tylko, lecz sam w sobie kryje.Różne powieści krążą między gminem:Słychać, że uszła z Wenecyaninem.W dzień Kamazanu, gdy zapadło słońce,A z minaretów jasnych lamp tysiąceBajram na całym obwieściły wschodzie,Leila poszła kąpać się w ogrodzie,I nie wróciła; szukano daremnie.Mówią, że z Giaurem zeszła się tajemnie,Wsiadła z nim na koń za pazia przebranaI w noc Bajramu znikła z państw Sułtana.Oddawna Hassan miał ją w podejrzeniu:Ale w jéj oczach i w jéj uściśnieniuTyle wyczytał miłości i wiary,Że znowu brance zaufał pan stary.Wieczorem poszedł w meczet na pacierze,I w noc Bajramu jadł w kiosku wieczerzę,Tak powiadali czarni niewolnicy,Niewierni pańskich haremów strażnicy.Lecz inni głoszą, że gdy padł mrok szary,Przy bladém świetle wschodzącéj Fingary,Widziano Giaura na czarnym rumakuW cwał lecącego po nadbrzeżnym szlaku,Z cugiem spuszczonym, skrwawioną ostrogą;Lecz nie wiózł panny, ni pazia, ni kogo...
Oko jéj czarne: i któż się ośmieliWzrok ten malować? te oczy gazeliWielkie i słodkie, ciemne i błyszczące!Dusza z nich mówi przez iskier tysiące,
Które ze źrenic lecą przezroczystych,Jako z Dżemszyda rubinów ognistych.Dusza z nich mówi, wbrew słowom proroka:„Że postać niewiast jest ziemi powłoka“Allahu! dusza mówi z tego oka!I choćbym w drodze ku lepszemu światuPrzechodził ostre mosty Alsyratu,Wisiał nad piekła ognistym potokiemI cały rajski ogród miał przed okiemI w nim wabiące hurysy dziewice,Powiem: kto widział Leili źrenice,Ten Alkoranu nauk nie usłucha!Czyż taka piękność jest prochem bez ducha?Jest cackiem, z którém bawi się mężczyzna?Niech na nie spojrzy sam mufty, a wyzna,Że nieśmiertelność wygląda z jéj źrenic!Na jéj obliczu cudowny rumieniecWiecznym i świeżym błyszczy się szkarłatem,Jakby granatów posypany kwiatem.Jéj włosy jako hijacynty płyną,Gdy okolona rówiennic drużyną,Stanie nad wszystkie głową wyniesiona,I da warkoczom płynąć przez ramiona:Włosem zamiata ślad swój na marmurach;Ślad nóżki bielszéj niźli śniegi w górach,Kiedy z rodzinnych obłoków wylecąI ziemią jeszcze nieskalane świecą.Jako monarcha ptaków FrangestanuŁabędź, podnosi głowę z oceanuI pysznie skrzydłem uderza po fali,Skoro spostrzeże podróżnika w dali:Z taką powagą ona zwraca głowę,I śnieżne ramię i piersi perłowe,I z taką piękną dumą wzrokiem miota,Gdy na nią oczy śmie zwrócić pustota,Cofną się, blasku wytrzymać nie mogą;Pochlebiać chciały — upadają z trwogą.
Jak była oczom piękną GruzyjankaTak miała serce czułe dla kochanka.Kochanka?... Któż jéj kochanek?... Hassanie,Ty nim nie jesteś, dziki muzułmanie!...
Ponury Hassan dał rozkaz podróży,Oddział wasalów, co mu w dworcu służy,Jak orszak i straż pojedzie za panem,Każdy z janczarką, z łukiem, z ataganem.Sam Hassan zbrojny jedzie na ich czele,Zwiesił na pasie krzywą karabelę,Wypróbowaną na albańskich głowach,Kiedy raz zbójców napotkał w parowachI tak rozgromił muzułman zwycięski,Że ledwo kilku uszło z wieścią klęski.Za pas dwa zatknął, bogato oprawneW perły i złoto, pistolety sławne:Hassan przed laty dostał je od baszy,Ich widok zbójców i wabi i straszy.Mówią, że Hassan jedzie pojąć żonę,Pocieszyć znowu serce zakrwawioneZdradą Leili, co uszła z haremu,I dziś, o zgrozo! służy niewiernemu.
Ostatnim blaskiem zachodniego słońcaZłocą się góry i kaskada grzmiąca,Żywiona czystym i świeżym gór śniegiem.Tu często kupiec Grek staje noclegiem,Znajdując pokój w ustroniu głębokiemPewniéj, niż w mieście pod swych panów bokiem;Tu się nie lęka o całość swéj skrzyni:W miastach niewolnik, wolny na pustyni;Tu wesół, spróżnia czaszę pełną wina,Którem się brzydzą usta moslemina.
Najpierwszy jedzie Tatar, wódz orszaku,Zdaleka widny po żółtym kołpaku;Opodal konni ciasną jamy szyjąPo krętéj ścieżce na skały się wiją.NndNad niemi sterczą w górę czarne szczyty,Gdzie sępy ostrzą dzioby o granity,I lecą na dół; już zwietrzyli łupy:Nim zajdzie słońce, będą świeże trupy.U spodu rzeka, która w zimie buchaOgromną wodą, a w upały sucha,
Nagie i czarne łono swe odsłania,I kilka kaskad srebrzystych pochłania.Wokoło ścieżki kawały granituLeżą bezładnie, strącone ze szczytu:Czas je pospychał, albo zbiły gromy.Wierzch skały niknie we mgle niewidomy,Bo żaden z ludzi czoła z Liakury,W pogodę nawet, nie widział bez chmury.
Już w gaj wjechali i po kilku chwilachDojdą wierzchołka: już krzyczą „Bismillach!Tu już bezpiecznie, stąd już widać błonie;Wkrótce w dół zjedziem, na wiatr puścim konie“.Gdy czausz tak mówił — ogień z góry błysnął,Nad uchem ołów niewidzialny świsnął:Tatar przewodnik wyleciał z kulbaki.Ledwie czas mając zatrzymać rumaki,Skoczyli z siodeł, janczarki odwiedli —Ale trzech spadło pierwéj, niźli zsiedli.Z rąk niewidzialnych rany odbierająI ginąc, darmo o zemstę wołają.Dobyli szabel, na rumaków karkach,Na odwiedzionych wsparli się janczarkach,Na pół wciśnieni między końskie boki;Inni uciekli pod ścianę opoki,I tam ręcznego czekają spotkania,Nie lubiąc służyć za cel do strzelaniaWrogom, co bronią niewidzialną rażą,A wstępnym bojem spotkać się nie ważą.
Sam Hassan został; z konia zsiąść nie raczy,Spokojnie jedzie, aż z przodu zobaczyBlask ręcznéj broni. Rozbójników zgrajaStrzela wzdłuż drogi, z przodu się zaczaja,I z tyłu słychać z janczarek łoskotu,Że mu przecięto drogę do odwrotu.Więc wściekły brodę od gniewu najeżył;I wkoło wzrokiem ognistym uderzył;„Choć wrogi wkoło, choć gęste wystrzały,Jam z krwawszych bitew nieraz wyszedł cały.“Zbójcy wychodzą, stają na skał szczycie:„Rzucaj broń, krzyczą, komu miłe życie!“
Ale Hassana oczy i rozkazyStraszniejsze, niźli nieprzyjaciół razy:I z garstki szczupłéj, ale wiernéj panu,Żaden nie rzucił swego ataganu,I żaden podle nie krzyknął „amanu!“Nieprzyjaciele coraz bliżéj godzą;Razem ze wszystkich zasadzek wychodzą,A z gęstwi lasu, dowódca orszakuLeci sam przodem, na dzielnym rumakuKtóż ten dowódca? Strój nosi albański,Ale miecz prosty, miecz to chrześcijański...„Znam go, znam Giaura, wściekły Hassan woła,Znam go, poznałem ze smagłego czoła,Poznałem czarne złowrogie źrenice,Jego nikczemnéj zdrady pomocnice;Konia czarnego znam, choć leci pędem,Chociaż nakryty arnauckim rzędem.Podły odstępco twojéj podłéj wiary!Teraz cię turban nie zbawi od kary.Gdziemkolwiek spotkał, w jakiéjkolwiek chwili:Dobrze, żem spotkał zdrajcę méj Leili!“
Jak się wezbrana rzeka w morze lejeI, morską burzę spotkawszy, szaleje;Łamią się fale, drżą opoki brzegu,A nurty ryczą pod pianami śniegu;Tak się spotkały wrogów zgraje obie,Losem i gniewem gnane przeciw sobie;Szable nad uchem grzmią, lecąc w kawały,Huczą po skałach dalekie wystrzały;Starcia się łoskot i karabel dźwięki,Huk karabinów, konających jęki,Echo żałosne po dolinie szerzy,Przywykłéj tylko do śpiewów pasterzy!Liczba niewielka, lecz bitwa straszliwa!Nikt przebaczenia ni daje, ni wzywa...Paro kochanków, mocne są twe sploty,Gdy się ściskacie podzielać pieszczoty:Lecz nie tak cisną miłości ramiona,Gdy w nich spoczywa piękność ulubiona:Jako się barki zwiążą nienawiśnie,Kiedy wróg wroga ostatni raz ściśnie!
Przyjaźń ostygnie, pieszczota się skończy,Objęcia wrogów i śmierć nie rozłączy.
Z szablą po samą rękojeść uciętą,Krwią oyryskanąopryskaną i mocno ujętą,W sinéj, od ciała odrąbanéj dłoni,Co jeszcze drgała, nie puszczając broni;Obok turbana, którego zawojeMiecz Giaura zerwał i przerżnął na dwoje;W delii długiéj, zmiętéj, rozpostartéj,Od mnogich razów na sztuki podartéj,Zaczerwienionéj, jak chmury przed burzą,Gdy po dniu jasnym burzliwą noc wróżą;Krwią zlawszy piasek i gałęzie boru,Gdzie wiszą szmaty jego palamporu;Z piersią przebitą i otwartą ciosom,Barkami na wznak, twarzą ku niebiosom; —Tak leżał Hassan. Oczy już zbielały,Jeszcze otwarte, Giaura wyzywały.Giaur stanął nad nim i w Hassana liceUtopił równie straszne dwie źrenice.
„Tak! Tyś pochował w falach mą Leilę!Jam cię pochował w czerwonéj mogile!Jéj duch kierował mieczem, jéj mordercaUczuł raz pierwszy, co to jest ból serca.Proroka wołał — ale nadaremnie;Prorok twéj głowy nie wyrwie z podemnie!Allaha wołał — wiatr prośbę rozdmuchał...Allah nie słyszał, albo nie wysłuchał...O psie pogański! czyż Opatrzność, głuchaNa krzyk Leili, twych krzyków usłucha?Zbójcą zostałem! Jeździłem na wzwiady,Aż w końcu zdrajca padł ofiarą zdrady.Jam spełnił swoje, zemścił się nad tobą:A teraz, daléj... w świat... jadę sam z sobą!“...
Na polu słychać brzęk dzwonków wielbłąda:Matka w ogrodzie z altany wygląda.
Na łąkach błyszczy już wieczorna rosa,Już ku wschodowi ciemnieją niebiosaI rozniecają drżących gwiazd ognisko.Już wieczór: Hassan zapewne już blizko.Matka stroskana zstępuje i bieżyDo swych haremów, i pogląda z wieży:Nie widać!... Nie zwykł jeździć tak pomału,Nie zwykł popasać nawet w czas upału!..Nie przysłał darów ślubnych: czy się lenił?Czy konie strudził? czy serce odmienił?Skarga niesłuszna! Już Tatar posłaniecWidny z daleka; już na skały kraniecWstępuje zwolna; już zjeżdża z urwiskaI wąwozami na dół się przeciska.Koń nic nie winien; koń pewnie z ciężarem,Zapewne ślubnym objuczony darem;Tatara mile przyjmę i nagrodzęZa prędką jazdę po takiéj złéj drodzeW bramie zsiadł Tatar; od siodła odpinaJuki nie wielkie: czy to dary syna?Na twarzy smagłéj bladość: czy to smutek?Czy podróżnego utrudzenia skutek?Odzież spryskana krwi świeżéj kroplami:Może poranił konia ostrogami?Rozwinął pakę... O aniele święty!O Azraelu! to zawój rozcięty!To syna szaty całe krwią zbroczone!...„Pani, okropną twój syn pojął żonę.Mnie oszczędziły ręce poganina,Bym ci pokazał krew twojego syna.Legł śmiercią mężnych, pokój Hassanowi!Przekleństwo wieczne zabójcy Giaurowi!“
Turban w kamieniu prostym wyrzezany,I słup już dzikiem zielskiem opasany;Na nim z Koranu modlitwa wyryta,Którą dziś ledwie podróżny wyczyta;To cały pomnik, w bezludnéj ustroni,Gdzie Hassan zginął od niewiernéj broni.Zacny Osmanlis! nikt między wiernemiPrzykładniéj świętéj nie nawiedził ziemi,
Nikt bardziéj winem nie gardził wyklętém,I nikt pobożniéj ku przybytkom świętymTwarzy nie zwracał, gdy na świątyń dachu,Słyszał wołanie! Illa-hu, Alla-hu:Z rąk cudzoziemca wziął śmiertelne rany,I śród ojczyzny leży jak wygnany,Zdala od domu, na bezdrożu dzikiem;Ani się pomścił nad swym rozbójnikiem.Lecz duch Hassana już rajskie dziewiceWiodą w rozkoszy wiecznéj okolicę;Okiem błyskają ku niemu jak słońcem,Wiecznie pogodném i niezachodzącem;Biegą — zielone chustki wywijają,Pocałunkami rycerza witają:Bo raj rozkoszy zgotowany temu,Kto zginął, walcząc przeciw niewiernemu.
Lecz ty, niewierny! ciebie anioł śmierciMonkir swą kosą rozerwie na ćwierci,Potém zawlecze na nowe katuszePrzed tron Eblisa twą przeklętą duszę.Tam ogień, wiecznych męczarni narzędzie,Ciało twe palić, w duszy goreć będzie;Słuch nie obejmie, język nie obwieści,Ile się piekła wewnątrz ciebie zmieści!...Lecz wprzód zostaniesz na ziemi upiorem:I trup twój z grobu wyłażąc wieczorem,Pójdzie nawiedzać krainę rodzinną,Powinowatych spijać krew niewinną.Tam, na rodzeństwo własne zajuszony,Wyssiesz krew swojéj siostry, córki, żony;Ścierw twój zasilisz cudzym życia zdrojem,Chciwie pić będziesz, brzydząc się napojem.A twe ofiary rozstając się z światemPoznają, że ich ojciec był ich katem;Przeklną cię, twoje usłyszą przekleństwa,I na pniu wyschnie szczep twego rodzeństwa.Ostatnia twoja ofiara na święcieBędzie twa córka, najmilsze twe dziecię:Ona konając, krzyknie na cię „ojcze!“I krzyk ten ściśnie usta dzieciobojcze,
Ale ssać muszą, dopóki się żarzyOgień w źrenicach, rumieniec na twarzy;Aż ujrzysz w końcu, jak szklana powłokaZamrozi, zaćmi ostatni blask oka.Natenczas ręką przeklętą z jéj głowyOderwiesz włosów warkocz bursztynowy;Z tego warkocza pukiel darowanyMoże na sercu nosi jéj kochany;A ty dziś w pukle złożysz jego szczątki,Jak samobójstwa twojego pamiątki.Krwią twoją własną najmilszą ociekły,Gryząc twe usta i zgrzytając wściekły,Wrócisz się znowu pomiędzy grobowce;A tam upiory, twoi współwędrowce,Gule, Afryty, spotkają cię w mroku;I oni twego zlękną się widoku,I do podziemnych skryją się otworów,Spotkawszy widmo, brzydsze od upiorów.
Jak się ten zowie kalajor ponury?Twarz mi znajoma... Raz go napotkałemW ojczyźnie mojéj. Leciał między góryNa dzielnym koniu, pominął mię cwałem;Leciał, jak tylko zdoła koń wyskoczyć,Oblicze jeźdźca ledwie mogłem zoczyć:Lecz widać było z twarzy i wejrzenia,Że go opętał duch złego sumienia..Nie chciałbym nigdzie zdybać takiéj twarzy,Bo złą jest wróżbą spotkanie zbrodniarzy!I teraz strasznie wygląda ten człowiek,Jak gdyby śmierć mu patrzyła z pod powiek.
Sześć lat minęło, jak przybył w te strony.Wszedł do klasztoru; czy światem znudzony?Czy za grzech jakiś pokutę odprawia,Ale przed nikim grzechu nie objawia.Nigdy on w ławkach podczas mszy nie siedzi,Nie chodził ani razu do spowiedzi,Ani się kłania przed BogarodzicąAni przed ołtarz idzie z kadzielnicą:Dni całe siedzi zamknięty w ukryciu.Nie wiem o jego przygodach i życiu;
Słyszałem tylko, że przybył ze wschoduTureckim statkiem od stron Carogrodu.Żeby był Turkiem, z twarzy się nie zdaje;Zna chrześcijańską mowę i zwyczaje:Pewnie skruszony jaki apostata,Dziś opłakuje przeszłe błędów lata.Tylko, że świętych obrazów się lęka,Przed Pańskim chlebem i winem nie klęka.Dał wielki skarbiec, który może złupił,I tém gościnność w klasztorze zakupił.Lecz gdybym ja był na miejscu przeora,Albo bym wygnał tego kalajora,Albo w pokutnéj zamurował celi,Tak, żeby o nim ludzie nie wiedzieli.Często on marzy, bezprzytomnie gadaO pięknéj pannie, która w morze wpada,Słyszy szczęk mieczów, strzały nad opoką,I widzi Turka konające oko.Ilekroć na tym wierzchu skały stawa,Grozi mu z dołu jakaś ręka krwawa:On sam ją widzi i, czyja, pamięta;Ręka pałaszem od ciała odcięta,Wystaje z ziemi i kiwa nań w dali,Ażeby skoczył ze skały do fali.
Z pod mnichowskiego czarnego kapturaŚwieci jak z grobu źrenica ponura,Czasem z ukosa błyskawice ciśnie,I całą burzą dawnych lat zabłyśnie;Barwa tych oczu co chwila się mieni.Chcą ją uważać widzowie zdziwieniI wnet uczują ten urok spojrzeniaWymowny, trudny do wypowiedzenia,Cechę umysłu, co niezgięty w dumieZna swoję wyższość i pokazać umie.A jako ptaszek, gdy go wąż urzecze,Trzepioce skrzydłem, ale nie uciecze;Tak widz, ujęty w sidła jego wzroku,Chce i nie może rozerwać uroku.Przed nim wpół-trwożny braciszek umyka,Kiedy samego przypadkiem spotyka;Bo on swym wzrokiem i gorzkim uśmiechemZaraża wszystkich boleścią i grzechem.
Przecież zbyt rzadko uśmiechać się raczy;Śmiejąc się, tylko urąga rozpaczy.Poruszy usta i drżące wnet przytnie:Widać, że radość już w nich nie zakwitnie,I że uczucie wzgardy i niedoliJuż nigdy szczerze śmiać się nie dozwoli.I tak téż było. Trupie jego śmiechyNie są poczęte z serdecznéj uciechy.Okropne lica! Jakież być musiały,Kiedy za młodu namiętnie gorzały?Wiek jeszcze wszystkich rysów nie pozgładzał,Tylko szpetnemi piękne poprzegradzał;Jeszcze niekiedy rumieniec w nich pała:Znaczno, że dusza nie całkiem zczerniała.Gmin widzi tylko w tém posępném okuŚwiadectwo zbrodni i pieczęć wyroku:Pilniejszy badacz odgadnie z wejrzeniaWielkość umysłu, zacność urodzenia,Dary niestety zbyt źle umieszczone,Skalane zbrodnią, smutkiem przetrawione.Był to przybytek nie podły, nie mały,Gdy w nim tak wielkie zalety mieszkały;Dziś został pustym, lecz poważnym gmachem:Ludzie nań lubią poglądać ze strachem.Chaty bez dachów w pustkach widzi co dzień,I rzadko do nich zagląda przechodzień:Lecz wieża legła w szturmie albo w burzy,Co się czarnemi ruinami chmurzy,Wzbudza podróżnych dumania i żale,Złamane łuki, opuszczone saleWiele o dawnéj powiadają chwale.
W długiéj kapicy w fałdy obwiniętyZcicha przez kolumn przesuwa się rzędy;Straszy patrzących, i sam strachem zdjętyStaje i patrzy na święte obrzędy;Lecz gdy się ozwał u ołtarza dzwonek,Księża uklękli, cofa się w przysionek.Tam, przy niepewnym pochodni promieniu,Twarz jego blada połyska się w cieniu,Tam będzie czekał, aż się nieszpór skończy;Słucha śpiewania, lecz głosu nie łączy.
Patrz, tam cień rzuca na bielone ściany,Kaptur opadły i włos rozczochrany,Gęsty i czarny bezładnie się wije,Jakby Gorgona swe najbrzydsze żmije,Wyrwawszy z głowy, splotła mu na skronie.Bo ten kalajor, choć mieszka w zakonie,Ślubu nie zrobił, więc nie strzyże głowyI nosi włosy, jak człowiek światowy.Kapicę przywdział jako inne mnichy;Dał skarb na kościół — lecz zapewne z pychyNie z pobożności: hojnie kościół nadał,W którym ni razu pacierza nie gadał.Tam, patrz na niego, w dzwonek uderzono:Wszyscy uklękli, sakrament wzniesiono,Stoi jak posąg, i widać z postawyWyraz rozpaczy, wzgardy i obawy.Ratuj nasz kościół, o święty Bazyli!Bośmy na karę bożą zasłużyli,Żeśmy takiego grzesznika wpuścili.Jeżeli zły duch czasem sobie sprawiaCzłowieczą postać, on tak się objawia.Te oczy jego, na słowo kapłańskie,Nie są niebieskie, ni ziemskie... szatańskie!
Serce zbyt czułe, do kochania skłonne:Lecz nie zna co to kochanie dozgonne;Długie cierpienia dzielić siły niéma,Długich z rozpaczą walek nie wytrzyma.A twarde serce gdy miłość skaleczy,Jéj rany nigdy już czas nie uleczy!Jako rodzimy kruszec od płomieniaWprzód się rozżarza, niźli zaczerwienia,Wrzucony w pieca płomieniste jamyZgina się, miękczy, lecz zawsze ten samy;A potém, wedle sztukmistrza rozkazów,Służy do dania lub odbicia razów,Albo pierś twoję przed śmiercią zastawi;Albo pierś wroga śmiertelnie zakrwawi.Lecz gdy raz śmierci ukuto narzędzie,Ten kto je ostrzy, niech ostrożnym będzie!Tak ogień uczuć i sztuku kobiecaNajtwardsze serce zmiękcza i roznieca:
Lecz raz nagięte, zmianom nie ulegnie,I pierwéj pęknie, niźli się odegnie.
Jeśli cierpiących samotność ogarnie,Przerwa mąk tylko powiększa męczarnie;Pusta pierś, czując otchłanie dokoła,Chce je zaludnić — i o boleść woła.Bo niedzielone każde czucie nudne,I szczęście samo do zniesienia trudne!Serce w cierpieniach, gdy samotność widzi,Chcąc mieć pociechę, wszystkich znienawidzi.I jest to serce, jak człowiek w mogile,Gdyby z letargu zbudził się na chwilę,I czuł z wzdrygnieniem, że robactwo toczyOdżyłe jego oblicze i oczy,I nie miał siły bronić swych wnętrznościOd tych szkaradnych, niespodzianych gości.To serce jest jak pelikan, gdy leciPrzez obszar pustyń, do gniazda, do dzieci,Krew swą gotowy na żywność ich przelać,Życie z głodnemi nie skąpy podzielać,Już dziobem piersi rozranił szlachetneI widzi tylko swe gniazdo — bezdzietne.Nąjsroższe męki, które nędzni znoszą,Samotnéj duszy zdają się rozkoszą,Sierocéj, stepem otoczonéj dzikim,Trawiącéj czucia niedzielone z nikim.Któżby był niebios ciekawy widokuBez słońca i bez żadnego obłoku?Lepiéj jest płynąć, choć się niebo chmurzy,Niż morskiéj nigdy już nie doznać burzy,I gdy żywioły zakończyły wojnę,Być wyrzuconym na brzegi spokojne,W pustą zatokę i bez towarzyszy;Późnego zgonu czekać w wiecznéj ciszy.Lepiéj raz przepaść w zaburzone fale,Niźli żyć, gnijąc po trochu na skale.
„Tyś dni twe przeżył, ojcze spowiedniku,Licząc różańce, prawiąc msze bez liku,Za cudze zbrodnie błagając gniew boski,A sam nie znając zgryzoty ni troski,
Prócz smutków krótkich, zwyczajnych w tém życiu!Siwy, spokojny, jak byłeś w powiciu!Przeraża ciebie walka uczuć dzika,Ilekroć zajrzysz w serce pokutnika,Choć jego skargę, jego łzę żałośną,Przyjmujesz w duszę czystą i litośną.Moje dni krótkie na płaczu padole,Obfite w rozkosz, lecz płodniejsze w bole...Przecież, pomiędzy rozkosze i trudy,Przeszedłem życie nie doznawszy nudy;Na ucztach, w bojach, z kielichem, z kindżałem,Zawsze spokojność gnuśną pogardzałem.Dziś nic nie kocham, ani nienawidzę,Pychy nie czuję, nadziei nie widzę:A dzisiaj jeszcze wolałbym być gademI pod klasztorem pełzać strasząc jadem,Niż być wskazanym w cichym mniszym stanieNa modlenie się i na rozmyślanie...Przecież, spoczynku nadzieja mnie łechce:Chciałbym mieć pokój, ale go czuć nie chcę.„Wkrótce się wszystko skończy, tak jak życzę:Zasnę w mogile, nie marząc czém byłem.Choć moje życie zda się tak zbrodnicze,Gdybym mógł odżyć, żyłbym tak, jak żyłem.Dziś w méj pamięci, jak w ciemnéj mogile,Leżą już zmarłe mych rozkoszy chwile;Lepiéjby dawno leżéć razem z niemi,Niż ciężką włóczyć tęsknotę po ziemi.Nigdy mój umysł nie upadł na męstwieW długiém i straszném żywota męczeństwie;Sam dobrowolnie w grób się nie położę,Jak dawni głupcy, lub dzisiejsi tchórze.Ze śmiercią nieraz spotkałem się zblizka;Chętniebym poległ śród pobojowiska,Gdybym rycerskim mógł oddychać szałemI kochać sławę, jak piękność kochałem.Lecz ja-m nie walczył dla oklasków gminu,Nie dbam o zdobycz, lub stratę wawrzynu:To innych dzieło; niech rżną się żołdacy,Dla wielkiéj sławy, lub nikczemnéj płacy.Ale mnie dzisiaj jeszcze niech poruszyPrzedmiot prawdziwie godny mojéj duszy,Niech mam przed sobą kochankę lub wroga:
Choćby mi groził i miecz i pożoga,Gdy serce mścić się lub bronić rozkaże,Na miecz i ogień jeszcze się odważę,Bo mężny na śmierć ze wzgardą poziera,Nędzarz jéj pragnie, tchórz się jéj wydziera.Kto mi dał życie, niechaj je odbiera:Ja śmierć bez trwogi spotykałem nieraz,Gdym był szczęśliwy i dumny — a teraz?...
„Kochałem, ojcze, o nie, ubóstwiałem,Lecz to są słowa, słowo często kłamie;Ja miłość moję czynem pokazałem;Przypatrz się rdzawéj na tym mieczu plamie:To jest krew dawna, dotąd się nie starła,Przelana dla téj, co dla mnie umarła.Krew ta dobyta z serca mego wroga,Nie trwéż się, księże, nie wznoś rąk do Boga,Za grzech zabójstwa nie lękam się kary;Wróg mój był także wrogiem twojéj wiary.Samo wspomnienie o Maryi synie,Już obudzało złość w tym poganinie.Głupiec niewdzięczny, bo jeżeli rana,Jeśli śmierć ręką chrześcijan zadana,Jest Turkom kluczem rajskiego ogrójca:Tedy do raju wysłał go zabójca,I teraz może Hurys czarnookaWitać Hassana u bramy Proroka.Kochałem. Miłość często drogę znajdzieTam nawet, kędy głodny zwierz nie zajdzie:A miłość taka, śmiała na przygody,Czyliżby miała zostać bez nagrody?Gdzie? kiedy? Po cóż mam głosić przed światem?Byłem szczęśliwy w miłości: dość na tém.A przeciéż często żałuję, daremnie!Wolałbym nie być kochany wzajemnie.Ona umarła... Jak?... o to nie pytaj;Jeśli śmiesz, sam to odgadnij, wyczytaj:Bo tu wyryte noszę na mém czole,Kaima pismem me zbrodnie i bole.Ale mnie nie klnij!... Posłuchaj: ja byłemPrzyczyną śmierci... lecz nie ja zabiłem.Mógłbym i śmiałbym to samo uczynić,Gdyby kochanka śmiała mi przewinić.
Jemu niewierna: więc on ją pochował,Mnie była wierna; ja-m go zamordował.Choć śmierć jéj była zasłużoną karą,Lecz jéj niewierność była dla mnie wiarą.Bo mi oddała serce, skarb sieroty,Jedyny, którym nie rządzą despoty.Ach! późnom przybył, nie mogłem jéj zbawić!Mogłem jéj tylko małą ulgę sprawić...Mogłem w ślad za nią jéj wroga wyprawić.Jego śmierć lekka. — Ale jéj męczeństwoByło dla myśli mych takiém straszydłem,Że w końcu sobie i ludziom obrzydłem.„On zginął słusznie, zrządzeniem wyroków.On wiedział o tém od swoich proroków,Których słuch wieszczy śmierć przeczuwa w daliI słyszy wystrzał wprzód, nim broń wypali;Zginął śród bitwy, zgiełku i hałasu,Bez mąk, bez bólu — cierpieć nie miał czasu.Raz tylko wezwać Mahometa zdołał,Raz tylko w niebo o pomstę zawołał.Poznał mnie w tłumie... lecieliśmy cwałem;On poległ — długo nad leżącym stałem,I duszy jego ujścia pilnowałem...Konał jak tygrys pokłóty od szczwaczy,Lecz nie czuł tego, co czuję... rozpaczy!Szukałem w licu sinem, krwią nabiegłem,Znaków boleści: — żadnych nie dostrzegłem.Rysy, śmiertelną okryte ciemnotą,Jeszcze wściekłością tchnęły — nie zgryzotą.Cóżbym dał za to, gdybym w jego twarzyMógł widziéć rozpacz ginących zbrodniarzy!Widziéć, jak późna, niedołężna skrucha,Z konającego wywołuje duchaZbrodnię — i nie chce zbrodniarza rozgrzeszyć,Nie może zbawić, a nawet pocieszyć.
„W krainach zimnych i serca są chłodne,Uczuć prawdziwéj miłości niegodne;W mojém gorącém sercu czucia mojeWrzały jak w Etnie płomieniste zdroje.Nie umiem nucić w żałosnych piosenkachO lubych więzach i okrutnych wdziękach.
Jeśli krwi burza, oczu błyskawica,Ust nieme drżenie, mieniące się lica,Serca katownia i głowy szaleństwo,Śmiałość w zamiarach i w spełnieniu męstwo,Pierś chciwa zemsty, dłoń zbrojna kindżałem,Wszystko, co czułem i co dokonałem,Jeśli to znakiem kochania — kochałem!Nie wiem, co wzdychać i skargi wywierać;Wiem, jak wzajemność zyskać i umierać.Umrę, lecz pierwéj rozkoszy użyłem;Niech co chce będzie, szczęśliwy już byłem.Mamże kląć losom? — Jam sprawca méj doli:Ja chciałem cierpieć, nie zmieniłem woli.Dziś wróć mi dawne trudy i rozkosze,Ja-m gotów znosić, co zniosłem, co znoszę,Gotów żyć znowu, jakeśmy z nią żyli,Gotów na wszystko — prócz śmierci Leili.Życia mojego żałować nie warto,Żałuję życia, które jéj wydarto.Ona śpi, falmi nakryta chłodnemi...Ach! czemuż grobu nie miała na ziemi!Czemuż to serce schorzałe nie możeZnaléść i dzielić jéj podziemne łoże?Ach! był to anioł życia i światłości!Widzę go dotąd w oczach moich gości,Krąży wkoło mnie, wabi mnie i nęci.Moja zaranna jutrzenka pamięci!
„Zaiste, miłość jest świętym pożarem,Iskrą zatloną w ogniach nieśmiertelnych,Aniołów dobrem, Wszechmocnego daremBalsamem rajskim dla serc skazitelnych.Pobożność duszę w niebiosa porywa:Ale z miłością niebo w duszę wpływa!Uczucie, które bóstwem zapalamy,Które wytrawia wszystkie myśli plamy.Jest to promyczek wszechtwórczego słońca,Korona duszę wokoło wieńcząca.Wyznam, że moja miłość była inna;Była zbyt ziemska, ludzka, nawet gminna.Ja-m grzesznik, ojcze — lecz ona niewinna.Ach! ona była mą gwiazdą polarną!Zgasła... Któż teraz oświeci noc czarną?
Ach! gdyby jeszcze weszła mi pogodnie,Wiodła mię znowu, chociażby na zbrodnie!Bo cóż dziwnego, że kto wraz postradaI całe szczęście i wszystkie nadzieje:Pokornie głowy pod wyrok nie składa,Ale klnie losom i z bolu szaleje —I w zbrodniach szuka męczarniom ulżenia,A zwiększa tylko winy i cierpienia?Ach! serce chore na wewnętrzne rany,Nie dba na żaden cios zewnątrz zadany!Kto raz spadł z niebios, już się nic nie lęka:Mniejsza, gdzie spadnie, wie, że wszędzie męka.„Widzę, kapłanie, że tobie obrzydłem;Drżysz i odwracasz oczy pełne trwogi.I tegom dożył, żem stał się straszydłem!Jestem dla ludzi jako ptak złowrogi!Prawda, że miałem drapieżność jastrzębia,Żem latał niszcząc i lejąc krwi strugi;Alem się uczył kochać od gołębia —Umrę, nie znając co kochać raz drugi.Dobrzeby było nieraz ludzi dumnychUczyć przykładem ptaków bezrozumnych!Słowik, co w gajach nuci z wiosny porą,Łabędź, co zdobi błękitne jezioro,Małżonkę sobie jednę tylko biorą.Niechaj trzpiot z licznych miłostek się chwali;Niech tych wyśmiewa, co w miłości stali,Niech sobie cacek szuka coraz innych:Ja mu nie zajrzę tych uciech dziecinnych.Lecz u mnie człowiek lekki i przewrotny,Mniéj wart niżeli ów łabędź samotny,Stokroć mniéj niźli nieszczęsna dziewczyna,Którą uwiódłszy zdrajca, zapomina.Nie, ta na sercu mém nie cięży wina!Leilo! byłaś myśli moich treścią,Moją rozkoszą i moją boleścią;Tyś była cnotą, ty zbrodniami memi,Nadzieją w niebie — i wszystkiém na ziemi!Tak piękna jak ty nie była stworzona;A jeśli jest gdzie, już nie dla mnie ona.Nie chciałbym widziéć na ziemi i w niebiePodobnéj tobie, chyba samę ciebie.Życia mojego okropne wypadki,
Łoże śmiertelne, przyzywam na świadki,Że ciebie dotąd kocham jak kochałem...Ty jesteś lubym serca mego szałem.
„I jéj nie było... a ja-m z nią nie zginął!Żyłem; lecz ból mi oddychać nie dawał;Wąż pierś mą ścisnął, serce me obwinął,Myśli nie kąsał i zemstą napawał.Odtąd świat cały miałem w obrzydzeniu;Nie śmiałem zajrzeć w oczy przyrodzeniuNa wszystkie jego wdzięki i ozdobyPadł całun mojéj wewnętrznéj żałoby!Resztę, kapłanie, wiesz z mojéj powieści,Wszystkie me grzechy i część mych boleści:Ale mi nie mów więcéj o pokucie!Już późno!... blizkiéj śmierci mam przeczucie.Chociażbym przyjął wiarę objawioną,Czy to odrobisz, co już raz zrobiono?Za łzy pociechy wdzięczen jestem tobie.Ksiądz nie pomoże nic w mojéj chorobie;Tajnie méj duszy sam w milczeniu badaj,Jeśli masz litość nade mną, nie gadaj.Gdybyś mógł wrócić życie méj Leili,Jabym pokutę zaczął od téj chwili,Kupiłbym zaraz i msze i odpusty,I modliłbym się stygnącemi usty.„Pójdź do jaskini, gdy strzelcy wychwycąZ gniazda lwię małe, i rozmów się z lwicą,Spróbuj ukoić jéj żałosne jęki:Mojéj nie ulżysz, nie rozdrażniaj męki....
„W młodości latach, w szczęśliwych godzinach,Gdym lubił dzielić smutki i wesela,W mojéj ojczyzny kwitnących dolinachMiałem — czy mam go dotąd? przyjaciela...Daj mu ten pierścień. Przysięgliśmy na nim,Wspomniéć o sobie choć raz przed skonaniem.Wiem, żem nie kochał; chcę, by się dowiedział...O moim zgonie. On mi przepowiedział...Dziwno! on wzrokiem przeniknął proroczymPrzed laty, wszystko, co ma ze mną stać się!Śmiałem się... wtenczas mogłem jeszcze śmiać się...
Gdy on ostrzegał — nie pamiętam o czém!Lecz teraz, myślą wyzywam na nowoWzgardzone niegdyś każde jego słowo.Powiedz, że zgadnął... Będzie mu niemiło,Że się proroctwo tak na mnie spełniło.Powiedz, że chociaż w tym wieku namiętnym,Gdyśmy wesołe przeigrali chwile,Lecąc pospołu w niebezpieczeństw tyle,Wtenczas bywałem często niepamiętnymI roztargnionym — może obojętnym...Powiedz, że dzisiaj językiem zdrętwiałymZa jego szczęście pomodlić się chciałem;Ale cóż taka modlitwa pomaga,Gdy winowajca za niewinnym błaga?...Przed ludźmi niech on sławy méj nie broni;On, wiem, że dobry: przebaczy — a oni,Niech, co chcą, mówią... Sława! — Cóż mi po niéj?Nie będę prosił, aby zgonu megoNie opłakiwał — nie jestem tak dumny —Niemasz piękniejszéj ozdoby dla trumny,Jak łza żałosna brata kochanego.Pierścień ten — niech go z rąk twoich otrzyma,Wręcz mu i opisz, coś miał przed oczyma:Ciało uwiędłe, duszę zagaszoną,Łódź, falą uczuć na step wyrzuconą,Zwój pism zatarty, liść z dalekiéj stronyWichrem przygnany i mrozem zwarzony.
„Tylko mi nie mów o snu przywidzeniach...Nie — to, mój ojcze, nie było w marzeniach!Kto marzy, ten śpi; ja wtenczas nie spałem...Jak teraz nie śpię — i zapłakać chciałem:Ale nie mogłem. Źrenica łez głodna,Czułem, że była wysechła aż do dna:Chciałem wydobyć z niéj łzę, łzę jedyną:Byłaby dziwną i miłą nowiną...Chciałem i teraz chcę — lecz rozpacz wzbrania,Rozpacz silniejsza, niźli chęć płakania!Nie mów pacierzy, w skutek ich nie wierzę;Silniejsza rozpacz, niż twoje pacierze.Zbawienia nie wart jestem — i nie żądam;Nie raju, ale spoczynku wyglądam.
Wtenczas — widziałem ojcze — tak — tu była!Widziałem dobrze... Powstała — odżyła!Białą, świecącą obwiana symarą:Jak widzę teraz, tam nad falą szarą,Gwiazdę błyszczącą przez obłok zachodni:Ona świeciła jaśniéj i łagodniéj.Dziś, gwiazda świeci słabiéj i tajemniéj;Jutro, wieczorem, wnijdzie jeszcze ciemniéj;Ja, nim doczekam jéj promieni drżących,Nieczuła bryła i postrach żyjących,Ja — umrę, ojcze. Już, kończąc cierpienie,Zbiera się dusza w ostatnie westchnienie...Tu ją widziałem, ojcze — i powstałem,I wszystkich naszych nieszczęść zapomniałem,I porwałem się z łoża i objąłem —I cóż do mego serca przycisnąłem?Cień był w objęciu bez tchu i bez życia,Sercem nie czułem wzajemnego bicia!Lecz to Leila! — to jéj postać była!Kochanko moja, jak się ty zmieniła!Spojrzałaś tylko, słowa nie wyrzekłaś,Byłaś tak blizko, i z rąk mi uciekłaś!...Lecz choć tak zimna, tak dla mnie zmieniona:Obym cię tylko przycisnął do łona,Całe me szczęście ująłbym w ramiona.Niestety, marę ująłem ulotną!Ręce opadły na mą pierś samotną.Lecz patrz! to ona! to jéj szata długa,Jéj ręka śnieżna! — Patrz, jak na mnie mrugaTém czarném okiem — włosy rozpostarła —Nie — jam nie wierzył — ona nie umarła!Ale on umarł — ja go sam obalił —Ja-m go pochował, kamieniem przywalił:On tu nie wróci, bo ciężka mogiłaCiśnie go z góry. — Ty! po coś wróciła?Oni mówili, że ta twarz jak zorze,Ta postać śliczna już zapadła w morzeI że się nad nią fala szumna leje!Rybacy mówią — szkaradne to dzieje —Chciałbym powiedziéć — język mi drętwieje.Ach! jeśli prawda, że ty wyszłaś z morza,Szukać dla siebie spokojnego łoża:Ach! przesuń mokrą dłoń przez me powieki —
Niech już ostygną, zamkną się na wieki,Lub rękę połóż na me serce wdowie!Czy ciebie marą, czy duchem świat zowie:Zostań, oświecać chorego węzgłowie,Odchodząc, weźmij z sobą mego ducha —Potém niech wyje szturm, niech morze bucha!
„Takie me imię, takie są me dzieje.Samemu tobie powierzam wyznania,Wdzięcznie przyjmuję łzę politowania;Suche me oko już łez nie wyleje!Gdy skonam, pogrzeb ubogi mi sprawisz,Krzyż tylko prosty na grobie postawisz —Bez żadnych liter — nie chcę, by wędrowiecNapisy czytać szedł na mój grobowiec“.
Umarł. Nie doszedł nikt po jego zgonie,Jak się nazywał, w jakiéj świata stronieJego ojczyzna. Ostatnie wyznaniaMnich tylko słyszał we chwilach skonania.
Tyle zostało o Giaurze podania,I o Leili, którą on postradał,I o Hassanie, któremu śmierć zadał.
Had we never loved so kindly,Had we never loved so blindly,Never met, or never parted,We had ne’er been broken hearted.BURNS.
Znacie kraj, gdzie laur chwały i cyprys żałoby,Godłem są dni obecnych i wieków minionych?Gdzie żałośna turkawka, i sęp krwawo-dzioby,Powtarza dzikość panów i jęk zwyciężonych?Kraj cedrów w niebo rosłych, i winnic nektaru;Kraj niewiędnącéj wiosny, i wiecznéj pogodyKędy skrzydła Zefirów, od woni ciężaruSłabieją, przelatując różane ogrody?Gdzie śród gajów zieleni błyszcząca cytryna,Dziś jeszcze hesperyjskie sady przypomina;W jagodach złoty balsam oliwy dojrzewa,A w cieniu drzew jéj słowik nie przestając śpiewa?Kraj, gdzie ziemi zieloność i niebios lazuryWalczą o piękność barwy przed słońcem bez chmury,A ocean gra ogniem najżywszéj purpury?Gdzie dziewice jak kwiaty, co noszą do tańców?Gdzie wszystko piękne, boskie — oprócz serc mieszkańców?Kraj to Wschodu! kraj słońca, co mu naprzód świeci! —Możeż się tak uśmiechać na zbrodnie swych dzieci? —Dzikie, jak krzyk wiecznego rozstania boleści,Są ich serca — i czyny — i o nich powieści.
Otoczon tłumném niewolników gronem,Lśniący od złota, i z kornym pokłonemGotowych służyć dworaczo czy zbrojnie,Za orszak w domu, lub za straż na wojnie,Jak się podoba ich Baszy i Panu:Zasiadł Giaffir śród swego Dywanu.Z brwi nasępionych i groźnego oka,Znać, że go trapi jakaś myśl głęboka.I choć nie łatwo z twarzy muzułmanaWyczytać duszę — nawykłą przed tłumyKryć wszystkie swoje uczucia, prócz dumy —Twarz Giaffira mroczna, zadumana,Zdradza coś więcéj, niżby wydać żądał,Więcéj, niż ścierpi, aby dwór oglądał,
„Chcę być sam!“ — skinął — skinieniu pańskiemuPosłuszni tłumem ku drzwiom się cofali. —„Zawołać do mnie dozorcę haremu!“ —Już w głębi sali, sam na sam zostali.Basza z swym synem: i w progu zdalekaWezwany murzyn na rozkazy czeka.„Słuchaj, Harunie! skoro tłum ten cały„Wyjdzie z pałacu za bramę i wały —„Bo biada głowie, którejby źrenice„Śmiały wzrok podnieść na Zulejki lice! —„Córkę tu moję przywiedziesz z haremu.„Dziś chcę na przyszłość ustalić jéj dolę. —„Mów, niech pośpiesza: lecz nie mówiąc: czemu? —„Sam chcę jéj pierwszy objawić mą wolę.“ —— „Baszo! mém prawem są rozkazy twoje!“ —Niewolnik innéj odpowiedzi niéma. —I już wychodził za sali podwoje,Kiedy go ramię wstrzymało Selima.Selim z potrójnym, głębokim pokłonem,
Wrócił ku Baszy, i z okiem spuszczonem,Nieśmiałym głosem rzekł, stojąc przed tronem:Bo muzułmana nie ośmielić niczem;Aby śmiał usieść przed ojca obliczem.„Bojąc się, ojcze! abyś się nie gniewał,„Czy na Haruna, czy na siostrę moję,„Jeśli tak rychło, jakbyś się spodziewał,„Nie zdąży przybyć na rozkazy twoje;„Wyznam mą winę — jeśli w tém jest wina,„Że we mnie jednym téj zwłoki przyczyna.„Słońce dziś rano wschodziło tak jasno,„Że — chyba starcy ujrzawszy to, zasną —„Jam zasnąć nie mógł; — lecz w tak pięknéj porze,„Patrzéć samemu na niebo, na morze,„Gdy nikt nie słucha i nikt nie podziela„Natchnionych myśli i uczuć wesela,„Smutno jest — zwłaszcza mnie, com od powicia„Nie nawykł znosić samotności życia. —„Zulejkę zatém namówiłem z sobą. —„Tyś sam dozwolił, aby każdą dobą„Wstęp do haremu był dla mnie otwarty. —„I w nim wpół senne ocknęły się warty,„Już my ukryci w cyprysowym gaju,„Pojąc się wdziękiem natury i kraju,„Zapominali o obecnéj chwili„W rymach Sadego i pieśniach Leili!„Aż usłyszawszy głos bębna, postrzegłem„Że się zbliżyła godzina Dywanu,„I wnet pamiętny twéj woli, przybiegłem„Złożyć cześć winną i ojcu i panu.„Ale Zulejka dotąd błądzi w gaju. —„O! przebacz, ojcze! nie nasrożaj czoła!„Wszakże prócz niewiast i stróżów seraju,„Nikt się tam przedrzéć, ni zajrzéć nie zdoła.“ —
Gniew zawrzał w baszy: „Synu niewolnika,„Z niewiernéj matki! — bo próżno od młodu„Szukałem w tobie, godnych mego rodu,„Uczuć człowieka albo wojownika! —„Ty zamiast wprawiać do boju twe dłonie,„Zawstydzać strzelców, wyzywać szermierze,
„Ciskać dzirytem, lub ujeżdżać konie:„Ty, Greku w duszy, jeżeli nie w wierze!„Gotów iść wzdychać całe dni i noce,„Gdzie jakaś woda w strumieniu bełkoce,„Kwiat jaki pachnie, albo ptak świergoce!... —„Niechbyż przynajmniéj to słońce promienne,„Co tak twe oczy zachwyca bezsenne,„Wlało ci swego choć iskrę płomienia,„By i twą duszę obudzić z uśpienia! —„Lecz nie! ty okiem patrzałbyś nieczułem,„Choćby tu przyszły psie wojska pogańskie;„Choćby ich działa grzmiały pod Stambułem;„Nie! choćby wszystkie państwa Ottomańskie„Załeżéć miały od wsparcia twéj dłoni:„Nie śmiałbyś dotknąć zaostrzonéj broni!... —„Precz! — niech twa słabsza od niewieściéj ręka,„Kręci wrzeciono, gdy się szabli lęka! —„A ty, Harunie! śpiesz do córki mojéj!„Ten raz przebaczam — dla starości twojéj.„Lecz niech Zulejka raz jeszcze na nowo„Wyjdzie z nim kiedy — odpowiesz mi głową!“ —
Selim nie wyrzekł słowa — ale z twarzy,Lecz z oczu jego łatwo myśli dociec. —Wyrzuty Baszy i słowa szyderczePrzebodły duszę jak włócznie mordercze; —„Syn niewolnika! — O podłość mię skarży! —„Chce mię poniżyć! — najgrawać się waży! —„Syn niewolnika! — Któż więc jest mój ojciec?“ —Temi myślami wrzał w duszy, a licePałały ogniem, a groźne źreniceBłysły z pod powiek jak dwie błyskawice. —Giaffir spojrzał — i zląkł się widokuGniewnego syna; — poznał, jak go drasłoUrągowisko — i w tym jego wzrokuDostrzegł, lub przeczuł pierwsze buntu hasło.„Pójdź, chłopcze! — Cóż to? nie chcesz odpowiadać?„O! ja znam ciebie, umiem myśl twą zbadać —„Szkoda, żeś bronią nie uczył się władać.„Lecz niechno męska urośnie ci broda,„A wiek odwagi, albo siły doda:
„Doczekam jeszcze pociechy, jak wróżę,„Ujrzéć cię zbrojnym — albo spotkać może!“ —I gdy to mówił z szyderczym przyciskiem,Wzrok dumnéj wzgardy utopił w Selima. —Selim nie zadrżał — i z urągowiskiemTak go nawzajem przejmował oczyma,Że Basza z trwogą obejrzał się wkoło,I ogniem wstydu oblało się czoło.Dlaczego? — Basza dobrze czuł i wiedziałPrzyczynę trwogi — lecz jéj nie powiedział.„Nie próżne, myślał, przeczucia, jak widzę,Żem nigdy jego nie ufał przyjaźni!Zrozumiał, odgadł, że go nienawidzę, —I... — lecz dłoń jego nie warta bojaźni!Na łowach ledwo można go ośmielićPotkać się z sarną, lub strzelbę wystrzelić;Cóż gdyby z ludźmi miał toczyć bój krwawy,Narażać życie dla zemsty lub sławy?...Tak! — gdyżbym zwierzchniéj nie ufał pokorze,Tém mniéj krwi związkom — krwi, co kiedyś może... —Ha! lecz on nie wié o tém!... — Nic nie znaczy!Muszę podwoić czujność dostrzegaczy! —Giaur, pies pogański, Arab memu okuZnośniejszy stokroć od jego widoku!“ —
„Lecz otóż słyszę głos Zulejki mojéj! —On mi wzburzoną duszę uspokoi:Miły mym uszom jak hurysek pienia! —W niéj widzę moje najsłodsze wspomnienia,Pierwszéj, jedynéj miłości zadatki:Droższa mi nawet, milsza od swéj matki!Moja nadzieja, chluba, szczęście moje!Jedna, co kocham — i co się nie boję!“ —
„Witaj, ty moja! ty Peri, bogini!Chłodna fontanna w piaszczystéj pustyniMniéj miła ustom spragnionym pielgrzyma,Niż tyś jest zawsze przed ojca oczyma! —Pielgrzym nie może czuć wdzięczności więcéj,Ni Prorokowi dziękować goręcéj,Jak ja dlań w duszy za ciebie ją czuje,Jak ja mu zawsze, i teraz dziękuję.“ —
Piękna, jak pierwsza ze stworzonych w raju,Gdy z zaufaniem, z weselem dziewiczém,Śmiała się patrząc w zakazanym gaju,Jak ją wąż okiem urzekał zwodniczém,I blask swych oczu zaszczepiał w jéj wzroku —Źródło obłudy jéj płci, i uroku! —Miła — jak sennéj pociechy widzenie,Co łzy na jawie płynące osuza,Gdy w nieśmiertelne ubrana promienie,Duszę płaczących cieszy zmarłych dusza;Tkliwa — jak pamięć miłości niewinnéj;Czysta — jak wiara modlitwy dziecinnéj;Była dziewica, cel ojca miłości;Który ją witał ze łzami — radości.
Któż nie doświadczył, jak trudno słów dźwiękiemDać uczuć piękność, z jéj blaskiem i wdziękiem?Kto nie czuł patrząc — nim niesyte oczyMgła upojenia albo łza zamroczy —Jak wzbudzający cześć, i jak zwycięskiJest niewinności urok czarnoksięski! —Ona je łączy: — w niéj jednéj zebrane,Kwitną powaby — jéj tylko nieznane:Niebieskiéj łaski świętość tajemnicza,Pogoda myśli, swoboda dziewicza,Dusza — muzyka tchnąca z jéj oblicza!I czułość, którą lada myśli wzruszą —I ach! oko, co samo już zda się być duszą! —
Skromnie na piersiach krzyżując ramiona —I pierwszém tkliwém słowem ośmielona,Na szyję ojca zarzucając ręce,Co jéj wesołe pieszczoty dziecięceDzielił i wzajem odpłacał, słowami,Błogosławieństwy i całowaniami —Zulejka przyszła. — Giaffir czuł w duszy,Że zamiar jego miękczy się i kruszy.Nie, by się troskał o przyszłém jéj szczęściu,Czy je miéć może w wybraném zamęściu;Lecz myśl rozstania zamysłem zachwiała —Miłość ją wlała — Duma pokonała.
„Zulejko moja! dziecię méj miłości!Dziś się przekonasz, jak cię kochać muszę,Gdy niepamiętny tęsknot samotności,W jakiéj twa strata pogrąży mą duszę,Sam się ojcowskiéj pociechy wyrzekę,Aby ci męża zapewnić opiekę:Męża — którego, prócz chyba Padyszy,Nikt w państwach jego w niczém nie przewyższy. —Bo choć moślemin mało o ród bada,Godna jest względu krew Kara-Osmana,Któréj potęga, z przodków przekazana,Dzierżonym krajem, jak dziedzictwem włada,I w razie wojny ma na swe skinienieTymaryjotów dzielne pokolenie. —Z téj krwi Osmana wybrałem na zięcia;Dziedzic i blizki Oglu-Beja krewny. —O wiek nie będziesz dbała — jestem pewny —Dzieckubym mego nie zwierzył dziecięcia!Bogactwo twemu odpowiada wianu;A temi śluby złączona moc nasza,Urągać będzie ze śmierci firmanu,Którego widok tak drugich przestrasza!I gdy najśmielszy, najmożniejszy basza,Śmie wprzód dać szyję, niż się oprzéć Panu;My uczyć będziem sułtańskie Tatary,Jakiéj nagrody warte takie dary! —Teraz, Zulejko! wiesz o woli mojéj,Wiesz wszystko, co płci twéj wiedziéć przystoi. —Do posłuszeństwa ojciec córkę skłania;Sam mąż niech żonę nauczy kochania!“ —
Zulejka milcząc skłoniła oblicze —Czy żeby ukryć zmieszanie dziewicze,Czy łzy, któremi czuła, że nie władła,I twarz, co w kolej płonęła i bladła:Gdy słowa ojca, jak strzały, przez uszyŚwiszcząc leciały i więzły w jéj duszy? —Lecz ten rumieniec, ta bladość, ta żałość,Co oznaczają? — czy wstręt? czy nieśmiałość? —
Łza w piękném oku tak słodko porusza,Że nawet miłość z żalem ją osusza;Skromny rumieniec tak twarz piękną krasi,Że nawet litość niechętnie go gasi! —Czy to Giaffir czuł, czy nie obaczyłŁez i rumieńca; czy zważać nie raczył: —Trzykroć w dłoń klasnął — konia podać każe:Rzucił z rąk cybuch oprawny w klejnoty,I szedł, gdzie zbrojne czekały go straże:Jańczarów, spahów, mameluków roty.I śród nich śpieszy na pole gonitwy,Widziéć ich zręczność i wprawiać do bitwy. —Sam Kizlar-Aga, na czele rzezańców,Został na straży haremu i szańców.
Selim na dłoni wsparł czoło, i okiemZdawał się toczyć po morzu szerokiem,Gdzie prąc się między Dardanelskie skałyZ szumem w pieniste popiętrza się wały.Nie widział jednak ni morza, ni brzegów,Ni nawet baszy wojennych szeregów,Co bliżéj przed nim tocząc bój udany,To z koni twarde płatają turbany,To na dwie zręcznie rozbiegłszy się roty,Biją na siebie stępionemi groty,A wrzask ich „Ollah!“ powietrze rozdziera: —Selim nie słyszy, nie widząc spoziera —W myśli mu tylko — córka Giaffira.
Zulejka nie śmie przerywać milczenia,Lecz smutek myśli zdradzają westchnienia.Selim wciąż z okna patrzał zamyślony,Niemy, i blady, i nieporuszony.Próżno nań siostra spogląda ciekawie:Nic nie wyczyta w téj zimnéj postawie!Smutek jéj równy, ale go pokrywa.W sercu dla brata tchnie miłość tak tkliwa,Że wstyd dziewiczy, sama nie wie czemu,Nie dał jéj dotąd wyznać — nawet jemu.
Terazby chciała — chce mówić — daremnie!„Tak smutny! tak się odwraca odemnie! —Nie tak bywało za każdém spotkaniem;Czyż się raz pierwszy tak zimno rozstaniem?“ —Trzykroć komnatę obeszła dokoła,Patrząc na niego; — on nie zwrócił czoła,Ledwo nie płacząc, pochwyciła dłoniąUrnę stojącą z róż arabskich wonią,I wonnym deszczem prysnęła z niéj wkołoNa strop, na ściany — i Selima czoło!... —Krople po twarzy stoczyły się zbladłéj,I z szat złocistych na pierś jego spadły;On się nie wzruszył, nie zwrócił baczenia,Jak gdyby lice i pierś miał z kamienia.„Co? jeszcze smutny? — ach! któż to wytrzyma!Taka nieczułość — i to od Selima!...“ —Wkrąg gmachu kwiaty najrzadsze na Wschodzie,Kwitły w naczyniach, jak w sztucznym ogrodzie.„On lubi kwiaty! — może z rąk mych przyjmie?... —Musisz się rozśmiać, mój luby Selimie!“ —Ledwo dziecinna myśl przyszła do głowy,Kwiat był zerwany, i bukiet gotowy:Z nim się po cichu zbliża niewidziana,I u stóp brata ugięła kolana.„Słowik tę różę przysyła za posła,By ci pociechę i radość przyniosła;I sam prócz tego, jak jéj obiecywał,Będzie noc całą dla Selima śpiewał.I z wszystkich piosnek, co umie na wiosnę,Wybierze same wesołe i głośne,Z miłą nadzieją, że jak on swe tony,Odmieni myśli Selim zasmucony.“ —
„Co? nie chcesz nawet przyjąć mego kwiatu? —Jest-że gdzie siostra bardziéj nieszczęśliwa,Coby nie mogła ulgi przynieść bratu,Którego smutek serce jéj rozrywa? —„O! nie patrz na mnie oczyma takiemi! —Ktéż cię nademnie kocha na téj ziemi? —Bracie mój drogi! — obym droższe imięWynaléźć mogła! — mój luby Selimie!
Podziel twój smutek ze mną! — lub przynajmniéj,Jeśli się gniewasz — powiedz, że nie na mnie. —Pójdź, usiądź! głowę skłoń na piersi moje!Ja całowaniem twą boleść ukoję,Gdy cię ni płochy żart mój nie rozśmieszył,Ni mój zmyślony słowik nie pocieszył. —„Wiem, że nasz ojciec niekiedy zbyt ostry:Aleś ty takim nie bywał dla siostry!Wiem, wiem, że ciebie nie kocha jak syna:Ale czyż Selim o mnie zapomina?... —„Ach! może zgadłam? — tyś jest nie rad z planuOwego związku z Bejem Karasmanu?... —Może ku niemu masz powód urazy?... —Powiedz mi tylko! pomimo rozkazyOjca — przysięgam na Mekki ołtarze,Jeśli się na nie przysięgać odważę —Że bez porady, bez woli Selima,Nikt mnie — sam nawet sułtan nie otrzyma! —„Myślisz, że zniosę oddalenie twoje,Lub mogę serce rozedrzeć na dwoje? —Któżby nam został — jeśli się rozdzielem,Mnie przewodnikiem, tobie przyjacielem? —Nie, nie! dzień taki nie błyśnie na niebie,Coby mą duszę oderwał od ciebie!Nie! — sam Azrael — on, którego ramięWszystko na świecie rozrywa i łamie.Gdy się na jedno z nas dwojga zamierzy,Uczuje litość — oboje uderzy!“ —
Ożył — odetchnął — z lic ogień wytrysnął —Podniósł dziewicę — do piersi przycisnął.Gniew, boleść znikła — z oczu niezwykłaRadość, jak jasność, błysła spojrzeniem,Myśli promieniem, uczuć płomieniem.Jak woda z gór lecąca,Gdy ją ciasny brzeg zwęzi,Wyrywa się iskrząca,Z pod wierzbowych gałęzi;Jako piorun, gdy z góryOgniem błyśnie w obłoku;Tak z pod brwi téj ponuréj,Dusza błyszczy w tém oku. —
Na dźwięk trąby koń wrzący,Na wrzask łowów lew śpiący,Na krzyk buntu szalonyTyran ze snu zbudzony,Mniéj gwałtownie się wzruszy,Mniéj uczuje sił w duszy,Jak Selim, słysząc przysięgę dziewicy,Słysząc wyznanie uczuć tajemnicy! —
„Teraz tyś moją! tyś na wieki moją!Bóg sam nas chyba, nie ludzie rozdwoją.Mojąś na wieki! — ta święta przysięga,Coś ty wyrzekła, oboje nas sprzęga. —Dobrze zrobiłaś! bo przez to wyznanieNiejedna głowa na karku zostanie! —Lecz ty się nie trwóż! — póki miecz w méj dłoni,Żaden włos nigdy nie spadnie z twéj skroni;Strwożyć cię nawet nie miałbym zamiaru,Za wszystkie skarby pieczar Istakaru!...„Z innych się przyczyn gniew w sercu mém warzył.Giaffir dzisiaj zelżył mię, znieważył,Nikczemnym prawie nazwać się odważył!...Ha! teraz pora okazać mu w czynie,Jaka krew w synu niewolnika płynie! —Drżysz? — On tak nazwał! — lecz serce Selima,Choć się nie chełpi przed ludzi oczyma,Jeszcze mu w słowach i czynach dotrzyma! —„Ja synem jego?.. — Lecz ukój twą trwogę! —Przez ciebie jestem nim — albo być mogę, —Tymczasem, pomnij! by przysięgi naszéjNiebaczne słowa nie zdradziły baszy! —„Znam ja nędznika, co u GiaffiraRęki się twojéj i wiana napiéra;Podlejszéj duszy, i skarbów niezmiernych,Gorzéj zebranych, niéma kraj niewiernych,Chciwszy od Greka, trwożliwszy od Żyda!Gorszego nadeń Egripo nie wyda!... —„Lecz dosyć o tém! — Okiem ni językiemPomnij, tajemnic nie zdradzić przed nikim!Na resztę środek znajdziemy w potrzebie.Osmana Beja ja biorę na siebie! —„Słuchaj, Zulejko! — raz pierwszy wyznaję —Słuchaj! — nie jestem, czém się być wydaję.
Tyś mi do szczęścia otworzyła drogę —Mam broń, przyjaciół — zawady znieść mogę!“ —
— „Co? ty nie jesteś, czém się być wydajesz? —Dziwne mi dzisiaj zagadki zadajesz! —O! mój Selimie! skąd ci ta odmiana? —Byłeś tak dobry, tak wesół dziś z rana! —Czém cię tak mogły wzruszyć moje słowa? —Że ja cię kocham — czyż to rzecz ci nowa? —Kocham! jak kochać nie można goręcéj,Zawsze jednako — bo nie umiem więcéj! —Innego szczęścia nie wystawiam sobie,Jak by cię widziéć, słyszéć, być przy tobie —I stąd dzień lubię, a nocą się brzydzę:Że noc nas dzieli, a we dnie cię widzę. —I gdybym mogła na przyszłość wybierać,Z tobą chcę tylko i żyć i umierać;Ciebie pocieszać, doglądać, piastować,Bawić, usypiać, uściskać, całować...Tak, tak! jak teraz — jak teraz!... — Już dosyć!Dosyć, Selimie! — w twych ustach żar tleje! —Nie, nie! nie mogę! — ach! przestań mię prosić! —Ja sama nie wiem, co się ze mną dzieje!.. —Obym tak zawsze być mogła przy tobie:Strzedz twego zdrowia, doglądać w chorobie,Rządzić twym domem — nie trwoniąc ci mienia,Lub dzielić nędzę — bez łez, bez cierpienia:I wszystko czynić i pełnić z pośpiechem,I wszystko cierpieć i znosić z uśmiechem!... —Jednéj ci tylko nie oddam posługi:Oczy twe kiedyś niech zamknie ktoś drugi!... —Bo wiem, że umrę, mając to oglądać, —Mogę-ż co więcéj — ja zrobić — ty żądać?... —
„Lecz, mój Selimie, powiedz mi, dlaczegoTy się tak ojca obawiasz naszego,Aby się naszych uczuć nie dowiedział? —Ja milczéć będę — boś ty mnie powiedział;Lecz czemużbyśmy ojcu nie ufali? —I to mi także powtórz zrozumialéj,
Coś wprzód namienił o sobie — o broni —O przyjaciołach. — Kto są? gdzie są oni? —
„Jabym wolała ojcu się otworzyć!Gniewby mię jego nie zdołał zatrwożyć. —Lecz za cóż gniewy? — Ach! nie! on pozwoli,On mię zostawi panią mojéj woli! —Cóż w tém dziwnego, jeślibym życzyłaByć dla cię zawsze, jak-em dotąd była?Że odłączona od ludzi i świata,Świat i mąż obcy przeraża mnie trwogą?Że nieznająca nikogo prócz brata,Prócz niego kochać nie mogę nikogo?.. —Czyżby te dotąd uczucia bez winy,Grzechem dziś były? — lub z jakiéj przyczynyMybyśmy dzisiaj prawdy się wstydzili,Cośmy jak cnotę kochali i czcili?... —
„Wiesz sam, Selimie! jak za fraszkę ladaOjciec wnet na cię w zapalczywość wpada:Cóż, gdybyś słuszne dał do niéj powody?...Strzeż nas, Allahu! od takiéj przygody! —Ta tajemnica, nie pojmuję czemu,Jakby grzech jaki cięży sercu memu!...Tyś ją narzucił — miéj litość nademną!Zdejm ją — lub rozwiąż tę zagadkę ciemną!Lecz nie zostawiaj w tych myślach i trwodze!... —
„Ach! Czokadera już widzę na drodze;Ojciec nasz wraca!... — Jak mi serce bije! —Czuję, że wszystko z méj twarzy odkryje. —Nigdym nie drżała na spotkanie jego —Dziś drżę — i nie wiem — ty powiedz, dlaczego?!“ —
— „Odejdź! ja sam tu spotkam Giaffira.Będziem jak zwykle rozmawiać przy świadkachO dżumie, wojnie, firmanach, podatkach,I o złych wieściach z obozu Wezyra:Jak stojąc mężnie nad brzegiem Dunaju,Czas nieczynnością, a lud głodem traci;Za co mu kiedyś giaur złotem zapłaci:
Jeśli wprzód jeszcze, za tę miłość krajuSułtan mu stryczka nie przyśle z seraju... —To zwykły przedmiot rozmów — i w téj chwiliO niczém inném nie będziem mówili. —
„Ale pamiętaj! że skoro o zmrokuBęben na hasło spoczynku uderzy,Selim cię czeka u drzwi twojéj wieży! —Zakryci nocą od dozorców wzroku,Możem bezpiecznie do jutra, do wschodu,Błądzić samotnie śród wałów ogrodu.Strome — szpieg na nie nie wedrze się snadnie,A choćby wdarł się — mam sposób, że spadnie.Wtedy się dowiész o losach Selima,Czego nikt o nim ani wié, ni mniéma. —Ty się mnie nie bój! zawierz sercu memu!Wiész, że mam klucze tajnych drzwi haremu...“ —— „Ja się bać ciebie? — Z twych ust taka mowa?.. —„O! mój Selimie!...“ —— „Nie trać chwil na słowa!Mam klucz haremu — straż rygle odsunie.Umiałem wzbudzić przychylność w Harunie.On nas nie zdradzi — zaufaj mu śmiele! —Dziś ci odkryję mój los, moje cele. —Ale, Zulejko! — pomnij, że nie taję,Żem rzekł — nie jestem, czém się być wydaję.“
Wiatr hucząc wzdyma Hellespontu wody,Jak w owéj strasznéj i pamiętnéj nocy,Gdy urągając z fal i niepogody,Piękny, szlachetny, odważny i młody,Kochanek w bogów zaufał pomocy,I sam zwiedziony nadzieją opieki,Nadzieje lubéj omylił na wieki!
Lecz ach! gdy ujrzał, że z wieży jéj wierzchu,Hasło jéj, lampa połyska się w zmierzchu:Cóż, że mógł widziéć, jak niebo się chmurzy,Że go krzyk ptastwa ostrzegał o burzy?Że wiatry w górze, ryk wałów u dołu,Zdały się grozić i radzić pospołu?On, pełen uczuć i nadziei błogich,Nie baczył znaków, ni głosów złowrogich;Na światło tylko kochanki spoglądał,Gwiazdę miłości! — i innych nie żądał,Kochanki tylko śpiew słyszał z daleka:„Śpiesz się, mój luby! kochanka cię czeka!“Stara to powieść, lecz zawsze i wszędzieMiłość ją lubić i powtarzać będzie.
Wiatr dmie od morza, i w paszczę ciaśninyPrze wał po wale, pieniący się, siny,I noc ponurą rzuciła zasłonę,Na pola niegdyś tylą krwi zbroczone,Gdzie stare grody Pryjama świeciły: —Dzisiaj pustynia, gruzy i mogiły!Jedna znikłéj potęgi i chwały oznaka —Prócz nieśmiertelnych marzeń ślepego żebraka!
Oby mi jeszcze dano na te brzegi wrócić,Gdziem raz już proch ich święty deptał stopą młodą;Łamać się, jak-em łamał, z Hellespontu wodą,I z tobą, wieszczu grecki! cieszyć się i smucić!We wszystkiém widziéć ślady dzieł dawnych rycerzy,Wierzyć, że w każdym grobie proch półboga leży;Myśléć, że jako przed ich, przed memi oczyma,Też góry błękitnieją, toż może się wzdyma;Żyć ich myślą, ich czuciem, ich wiekiem! — któż z ludziRaz tak marząc, dla wieszcza wiecznéj czci nie wzbudzi?
Pomrok okrywa ziemię i morze — nim wznidzie,Jako dziewicza jego bogini na Idzie,Ów księżyc, co stąd niegdyś patrząc skróś ciemnoty,Przeglądał mury Troi i Greków namioty. —
Nie klną mu dziś na zdradę śpieszący rycerze;Lecz błogosławią dotąd spokojni pasterze.Na zielonym pagórku pasą się ich trzody —Grób to jest Achillesa! ołtarz jego chwały!On, przed którym bił czołem Macedończyk młody!Który króle wieńczyły, sławiły narody!Grób, pomnik bohatera! — jak ciasny, jak mały!...Dzieł jego i imienia zapomniał lud płochy;Przez rozpadłe kamienie wiatr wydmuchał prochy;Obcy chyba przychodzień, dumając w milczeniu,Westchnie nad nim — i ducha wezwie po imieniu! —
Późno dziś, poźno księżyc rozweseliSmutny pasterza nocleg, i ośmieliBłędną rybaka łódź — który inaczéjBrzegów, ni drogi do nich nie zobaczy.Chmurą się gwiazdy zakryły przewodnie,Wzdłuż brzegów morskie pogasły pochodnie;Z Zulejki tylko samotnéj komnatyMdle światło lampy miga się przez kraty.W złotym kagańcu ta lampa się pali,Z góry u stropu zwieszona śród sali,Na sofach z tkani perskiego przędziwa,Leżą w nieładzie, ale pełnym wdzięku,Tu bursztynowe różańca kaliwa,Z których woń cudna rozlewa się w ręku;Ówdzie, w szmaragdów promienie objęty —(O! jak zła wróżba, że go zapomniała!)Z tekstem Koranu amulet jéj święty,Co go jéj matka przed skonaniem dała,By słów wyrytych mocą tajemnicząŚwiecił jéj duszy gwiazdą przewodniczą,I bliżéj przy nim, Alkoran otwarty,Złotem barwnemi połyska się karty;I daléj nieco, zwoje lżejszéj treści,Perskich poetów pieśni i powieści;I na nich wsparta, brzmiéć niemi lubiąca,Spoczywa lutnia — rzadko tak milcząca.Śród izby, kwiaty świeżą tchnące wiosną,Z japońskich naczyń, jak ze śniegu rosną,I wszystkie zmysły czarują od razuBarwą Kaszmiru i wonią Szyrazu. —Wszystko, co tylko natura i sztukaPięknego stworzy, miłego wyszuka,Wszystko się zbiegło w téj wdzięków świątyni —I wszystko tylko smutniejszą ją czyni,Gdy w niéj nie widać kapłanki — bogini! —Gdzież ona? — mogłaż rzucić ją w téj porze,Gdy taka noc, wiatr taki, i burza na dworze? —
W szacie czarniejszéj niż téj nocy cienie,(Żadna z cór gminu równéj nie używa),Którą ramiona i pierś swą okrywa,Pierś, Selimowi droższą nad zbawienie:Po krętych ścieżkach, krzewami zarosłych,Drżąc na świst wiatru, na szum drzew wyniosłych,Co wkoło z skrzypem chylą się ku ziemi;W ciemności, mgłami zwiększonéj morskiemi,Z wytężonemi przed siebie oczyma,Niepewnym krokiem szła obok Selima.I chociaż serce do powrotu radzi,Choć w niém złych przeczuć potłumić nie może:Czyż go samego zostawi w téj porze?Czyż się ma lękać, gdy on ją prowadzi?
Doszli do groty, którą w łonie skałySztuka z naturą wspólnie wykowały;Gdzie nieraz w chwilach wieczornych lub rannych,Lub w skwar świeżego szukając powiewu,Słuchała morza harmonij szklannych,Lub głos swéj lutni budziła do śpiewu;Albo się ucząc z Koranu miejsc świętych,W marzeniach, wiary prostotą natchniętych,Roiła obraz rozkoszy niezmiernych,Jakie raj przyszły gotuje dla wiernych. —Gdzie duszom niewiast przybytek oznaczył,Prorok im o tém powiedziéć nie raczył;Lecz jeśli Selim miejsce w nim otrzyma,Czyż raj ten byłby rajem dla Selima,Czyżby go przyjął, i w nim się weselił,Gdyby z nią jego rozkoszy nie dzielił?... —Jest-że huryska, któraby zdołała,Kochać go tyle — jak ona kochała? —
Od ostatniego niewidzenia grotyZda się w niéj jakąś postrzegać odmianę;
Może to ciemność odmienia przedmioty,Przy świetle tylko dnia dotąd widziane? —Z wpół przygasłego na środku ogniska,Mdłe ledwo światło na ściany odbłyska.Patrzy ciekawie; — lecz czegóż tak zbladła?Na dziwny widok źrenica jéj padła!W głębi stos broni! — nie broń muzułmanów!Zamiast jańczarek, łuków, ataganów,Znać strzelbę obcą z kształtu i oprawy!Proste pałasze — przebóg! jeden krwawy! —Blask się od niego odbija czerwono. —Na stole widzi czarę postawioną,Ach! nie sorbetem zda się napełnioną!... —Strach ją ogarnął — chce pytać Selima,Zwraca się — Onże to przed jéj oczyma? —
Szat swych zasłonę rzucił na stronę —Na skroniach jego, zamiast turbanu,Szal okręcony, jak krew czerwony,Dwoma końcami zwisa do stanu.W pasie z rzemienia, z obojéj strony,Zamiast nagłowia złotych sztyletów,Zdobnych w kamienie godne korony,Błyszczy żelazo dwóch pistoletów.U boku prosty miecz przypasany;Z ramienia krótki, w fałdy zebrany,Z rozwieszonemi na dół wyloty,Powiewa śnieżny płaszcz Kandyjoty.Na piersiach kaftan — lecz z pod kaftana,W srebrzyste łuszczki zręcznie łamana,Zbroja od pasa sięga kolana;Dalsza w poziomém świetle ogniska,Greckim koturnem stopa połyska. —Gdyby nie wyraz oczu i twarzy,Gdyby nie ogień, co się w nich żarzy,Rzekłbyś, że prosty galjongi greckiLub, że na lądzie Arnaut zbójecki.
„Widzisz! nie jestem, czém się być zdawałem! —A teraz mojéj posłuchaj powieści! —Jeżeli smutna, nie ja ją pisałemOgniem mych wstydów i łzami boleści;Moja rzecz tylko — prawdę jéj okazać,I krwią mych wrogów dopisać — i zmazać! —„Tyś pierwsza na jéj słuchaczkę wybrana. —Przysięgłaś nie być małżonką Osmana;Lecz gdyby usta twe dziś nie zdradziłyTajemnic serca, jak ci jestem miły:I jabym strasznych nie rozwarł skrytości. —Nie bierz słów moich za dowód miłości! —Nie! — ja-ć jéj czynem dowiodę w potrzebie,Życiem dla ciebie, lub śmiercią za ciebie! —Tyś mi przysięgła nawzajem — dość na tem! —Ja — ja, Zulejko! — nie jestem twym bratem!“ —
— „Ty nie mym bratem? — Boże! — O! ja biedna!...Lecz nie! — ty możesz... — jeszcze czas zaprzeczyć!...Milczysz? — Więc mamże pozostać tak jedna,I żyć, by płakać, bo nie śmiem złorzeczyć,Że się sierotą na świat narodziłam?... —Ale się zlituj nad niedolą moją!Mnie pozwól zostać przynajmniéj, czém byłam,Siostrą, Zulejką, przyjaciółką twoją!... —„Lecz ty mnie kochać nie zechcesz już dłużéj! —Zdawna mi serce coś jakby śmierć wróży. —Może ty nawatnawet masz zemsty zamiary?Może mię zabić chcesz śród téj pieczary?Ach! dobrze! zabij! — lepiéj raz być w grobie,Niż żyć tak obcą, nienawistną tobie!... —Ach tak! — bo teraz pojmuję, dlaczegoGiaffir zawsze był z tobą tak ostry;On cię obraził, a jam dziecię jego! —Nie! ty nie możesz kochać mnie jak siostry.Ale miéj litość nad biedną dziewicą!Pozwól przy sobie być choć niewolnicą!“
— „Ty niewolnicą? — O! nie! mnie to raczéjTwym niewolnikiem pozostać na wieki! —Ale pohamuj ten zapęd rozpaczy!Klnę się na świętość Medyny i Mekki,Nikt cię, nikt z mojéj nie wydrze opieki! —I niech tak święty tekst na mém żelazie,Na twą obronę, w niebezpiecznym razie,Kamieniu memu dodaje potęgi,Jak ja téj święcie dochowam przysięgi. —„Tak! bądź spokojna! — choć odmieniam imię,Które tak było sercu twemu drogiem,Miłości brata nie tracisz w Selimie.Choć ojca twego zwać muszę mym wrogiem,Bliższe, niż myślisz, łączą nas ogniwa:Słuchaj, i zadrżyj! — bo powieść straszliwa.„Abdalla było imię mego ojca,Giaffir jego brat — i bratobójca!Brat zajrzał bratu potęgi — i zabił,By urząd jego i skarby zagrabił!Lecz mnie sierotą zrobiwszy w powiciu,Mnie — nie wiem czemu — zostawił przy życiu,I dotąd zdradą uwodząc nikczemnie —Czegóż prócz zdrady ma czekać odemnie? —Kazał mi zwać się — i sam zwał mię synem,Fałsz słowa każdym okazując czynem.Strzegł mię, jak gdyby potomka Kaima,Lub jak lwię młode, co kto w klatce trzyma,Upokorzeniem gnębiąc siłę ducha,By ją uczuwszy nie zerwał łańcucha! —„Krew ojca mego wre we mnie, i wołaO pomstę w duszy, jakby głos anioła!Mógłbym się pomścić, lecz uśmierz twą trwogę!Dla ciebie mciebie-m przebaczyć gotowy,Wszystko — krew ojca, i moje okowy —Lecz już w nich dłużéj pozostać nie mogę.Nie! — Lecz wprzód słuchaj! — choć wbrew twéj boleści,Muszę dokończyć ciąg strasznéj powieści. —
„Skąd się w nich bratnia zawzięła nienawiść?Co ją zrodziło? — łakomstwo czy zawiść?Nie wiem; — lecz często pożar nieprzyjaźniW gwałtownych sercach lada skra rozdrażni.„Abdalla w męstwie nie znalazł równego.W Bośni dotąd brzmi sława dzieł jego,Gdzie mieczem jego zwycięsko ścigana,Pierzchała przed nim dzicz Oglu-Paswana.Lecz o tém zinąd możesz się dowiedziéć —Śmierć tylko jego ja muszę powiedziéć,I jak to rodu mojego odkrycieDało mi wolność — choć zatruło życie.
„Gdy Paswan Oglu, z buntownemi tłumy,Naprzód z obawy śmierci, potem z dumy,Wszczął bój z Padyszą: i po latach wieluMorderczych bitew, bez skutku i celu,Twierdze Widdynu owładał nareście:Bracia baszowie oblegli go w mieście.Równi znaczeniem i z władzą podobną,Każdy swém wojskiem dowodził osobno.Z dwóch stron do szturmu iść miały ich roty;Już obu wojskom plac bitwy wskazano;Dla obu wodzów rozbito namioty:Lecz ach! napróżno Abdalli czekano!Céż mówić więcéj? — Puhar z ręki brata,Z jadem ukrytym, jak myśl jego serca,Posłał Abdallę do lepszego świata —Dóbr tego tylko zazdrościł morderca!„Abdalla nie czuł podejrzeń bojaźni,Znać, że o bratniéj nie wątpił przyjaźni.I gdy po łowach, po dniu skwarnéj spieki,Wieczorem w łaźni orzeźwiał się z znoju;Brat przysłał czarę chłodnego napoju,Skosztował kroplę — i zasnął na wieki!Jeśli ci trudno zawierzyć méj mowie,Spytaj Haruna! — on świadek! on powie!
„Czyn raz spełniony — i władza PaswanaZachwiana z gruntu, choć niepokonana:Urząd, paszalik, i skarby Abdalli,Mordercy brata, jak bratu oddali!...„Nie wiész, co w naszym Dywanie niecnotaDokaże mocą intrygi i złota!Wprawdzie zbyt drogo tę łaskę opłacił:Rozsypał wszystko, czém go mord zbogacił,Ale wnet umiał odzyskać, co stracił!Jak? — spytasz może! — Patrz na te pustynie,Patrz na te ludy konające z nędzy!Z krwi, z łez ich tyran ładuje w swe skrzynieStosy klejnotów i wory pieniędzy!Ale dlaczego mnie życie ocalił?Czemu nie wygnał? z ócz swych nie oddalił?...Nie wiém — i nawet zgadywać daremnie.Może zgryzota dręcząca tajemnie,Może nadzieja przebaczenia winie,Gdy krzywdę ojca poprawi na synie,I wzięte jemu, mnie wróci bogactwa,Może cel jaki, lub powód dziwactwa,Złączone z małém ważeniem méj siły,Uśpiły bojaźń, i mnie ocaliły:Nie wiém. Lecz przyszedł dzień zdawna żądany,Że nas łączące czas zerwać kajdany!Mściciela we mnie czuć musi zabójca,I ja nie mogę przebaczyć krwi ojca!
„W pałacu jego, śród haremu progów,Z między tych nawet, z któremi chleb łamie,Znam wielu tajnych Giaffira wrogów:Mógłbym do zemsty uzbroić ich ramię.Dość, bym rzekł słowo, i ród mój powierzył,Każdyby mieczem lub nożem uderzył.Lecz Harun dotąd jeden wié, lub wiedziałTę tajemnicę; — on mi ją powiedział —
Nie dość — o prawdzie słów swoich przekonał.Z młodu w pałacu Abdalli sprawowałTen co tu urząd. Harun mię wychował,Kochał Addallę — widział go, gdy konał!Lecz cóż mógł biedny niewolnik poradzić?Zemścić się pana? — czyn już był spełniony.Czy mnie ocalić, chronić i prowadzić?Wybrał ostatnie; — i gdy otoczonyNiewolnikami, którzy przed nim drżeli,Lub pochlebcami, co łask jego chcieli,Giaffir łupy rozdzielał zbrodnicze;Przyniósł mię dzieckiem przed jego oblicze.I nie napróżno znać, że się domagałŁaski, o którą na kolanach błagał.Przysięgą tylko związał się wzajemną,Kryć mnie przed światem, i ród mój przedemną.
„Wkrótce Giaffir paszalik swój zmienił,I z Rumelji, z nad brzegów Dunaju,Gdy ją swém zdzierstwem wyssał i wyplenił,Jak sęp przeleciał do świeżego kraju,Tu, gdzie jesteśmy, w ten ogród rozkoszy,Co go dziś własny lud klnie, on pustoszy!Sam Harun, z dawnéj niewolników zgrai,Przybył z nim tutaj — zyskał ufność pana:Widząc, jak święcie tajemnicę tai,Przestał się lękać, że mu była znana.Lecz tajemnica zbrodniarza i zbrodniCięży jak łańcuch na sercu człowieka;By się jéj pozbyć, pory tylko czeka.Skorom wzrósł, Harun uwolnił się od niéj.Tak Allah nieraz zbrodniarzom udzielaSług, wykonawców — nigdy przyjaciela.
„Com rzekł, Zulejko! dziko razi uszy,Lecz dzikszą jeszcze być musi ma powieść.Nie radbym głębiéj rozraniać twéj duszy,Ale ci muszę szczerości méj dowieść.
„Widziałem drżenie, gdyś strój mój spostrzegła;Noszę go zdawna, długo muszę nosić!Ten, komuś dzisiaj na wiarę przysięgła,Co cię o trwałość przysięgi śmie prosić:Jest — hordą morskich korsarzów dowodzi;Bez praw — prócz miecza: bez domu — prócz łodzi;A których czyny i o nich powieści,Nie są dla uszu i duszy niewieściéj!„Broń tę, co widzisz, ich dłoń tu przyniosła,Na znak mój blizko czekają ich wiosła:I na nich czeka ta czara na stole.Z niéj krzepią męstwo — mniejsza! jakim płynem —Pijąc, nie pomną na Proroka wolę: —Ach! gdybyż tylko kalali się winem!
„Jestem ich wodzem; — czémże miałem zostać?Gnębiony w domu niewolą i sromem,Znikąd pociechy niemogący dostać,Wyśmiany, gdym jéj chciał szukać za domem:W gnuśnéj się nudzie młody wiek mój trwonił.Giaffir miecza i konia mi wzbronił!Choć nieraz — Allah! ty wiész, ile razy! —W pełnym Dywanie śmiał tyran urągać,Jakbym ja ostrza lękał się obrazy,Lub nie miał siły wędzidła zawściągać!Na wojnę nawet brać z sobą nie raczył,Na wieczną nicość, na wzgardę przeznaczył.Bym bez nadziei, bez siły, bez chwały,Śród niewolników przegnuśniał wiek cały!Gdy ty — ty! któréj przychylność i wdzięki,Choć słabiąc duszę, słodziły jéj męki —Na zamek Brusy zasłana spokojny,Gościć w nim zwykłaś do skończenia wojny!...„Harun naówczas, widząc, jak mię nękał,Jak mię bezczynny każdy dzień przywalał,Wzruszył się — kary, śmierci się nie lękał,Więźniowi użyć swobody pozwalał;Puszczał samego — ufny memu słowu;Że wprzód niż basza — w pęta wrócę znowu.
Próżnoby mówić, com czuł, com doświadczył,Gdym po raz pierwszy na wolnym przestworze,Wolném powietrzem odetchnął — obaczyłBłękitne niebo i szerokie morze!Nawskróś ich dusza leciała jak strzała,Wszystkie ich cuda pojęła, zbadała!...Do czegóż wtedy nie czułbym się zdolny? —Silny, szczęśliwy, równy bogom — wolny! —Znikł z myśli obraz cierpień i katuszy —Świat — o! nie! Niebo czułem w mojéj duszy!
„Harun naraił sternika murzyna,Biegłego w sztuce i wiernego panu,Ster nasz zwabiła wysp greckich drużynaPas szmaragdowy szaty oceanu!Każdą z kolei zwiedziłem tajemnie.Lecz gdzie, jak hordę spotkałem, i kiedy,Obrany wodzem, przysiągłem wzajemnieŻyć nim lub zginąć? — opowiem ci wtedy,Gdy wszystko dzisiaj zamierzone skończym.Odetchniem wolno, i z niemi się złączym.
„Wprawdzie, Zulejko! są to rozbójnicy.Równie w uczuciach, jak zwyczajach dzicy;I każda wiara, i różne plemiona,Mają, lub mogą miéć wstęp do ich grona.Lecz dzielna ręka i otwarta mowa,I dusza śmiała, na wszystko gotowa,Co na nic strachu nie spójrzy oczyma,I przyjaźń, którą jeden z drugim trzyma,I wspólna ufność, i wierność bez skazy,I posłuszeństwo na wodza rozkazy,Łatwoby mogły otworzyć im drogęDo wyższych celów, niż ja wskazać mogę.Wielu z nich nawet — a wszystkich zbadałem,Znaczniejszych czucia lub myśli zapałem:Chociaż do rady tych raczéj przyzywam,W kim większą Franków przebiegłość odkrywam;
Wielu z nich nawet roi wyższe cele:Są to greckiego Lambra przyjaciele.Dusza ich, zamiast używać swobody,Jakiéj im żadne nie dadzą narody,Niewolą tylko Grecyji zajęta:I czy wkrąg masztu legną na pokładzie,Czy wkrąg ogniska zasiądą w gromadzie,Rozmowa zawsze: jak skruszyć jéj pęta?Jak wskrzesić z grobu ducha dawnych Greków,I w krwi tyranów zmyć wstyd tylu wieków?...Pozwalam gwarzyć i słucham zdaleka,Jak rozprawiają o prawach człowieka,I o wolności, któréj świat wygląda,I o równości, któréj próżno żąda!...Słucham z uśmiechem, i marzę sam w sobie:Ach! i ja kocham wolność, choć w różnym sposobie!
„Obym mógł bujać, jak ów patryarcha morza,Lub koczować jak Tatar śród pustyń przestworza!Lekki namiot na brzegu, lotna łódź nad wody,Milsze mi są nad wszystkie pałace i grody.Na grzbiecie wzdętéj fali, na dzikim rumaku,Na otchłaniach bez brzegu, na stepach bez szlaku,Nie dbam gdzie wiatr popędzi, gdzie koń zwróci wodze,Ty tylko, gwiazdo moja! przyświecaj méj drodze!Ty, gołąbko pokoju! przodkuj mojéj łodzi,I gałązkę oliwną przynieś z nad powodzi!Lub, gdy dla niéj pokoju niéma prócz rozbicia.Świeć mi przynajmniéj tęczą w burzach tego życia!Promieniem, który pomrok nocnych chmur rozgania,I proroczo jutrzejsze zwiastuje zarania!
„Święte, jak muezzina wołanie z wież Mekki,Na które ze czcią pielgrzym przyklęka daleki:Miłe, jak nuta pieśni znana z lat dziecinnych,Wspomnieniem ich słodząca gorycz wszystkich innych:Drogie, jak wygnańcowi dźwięk ojczystéj mowy,Będą mi wszystkie twoje słowa i rozmowy!Dla ciebie na tych wyspach wynajdę schronienie,Kwitnące jako w nowo stworzonym Edenie;Tysiąc rąk, tysiąc piersi, tysiąc serc uzbroję,By cię strzegły, służyły na skinienia twoje!
Na ich czele, przy tobie, zbiegłszy ląd czy morze,Łupy krajów i ludów u stóp twoich złożę!Czyż się pieszczot haremu gnuśnych i jednakich,Zrzec nie warto dla trudów, dla rozkoszy takich?Cóż, że patrząc w mą dolę, widzę, lecz nie blednę,Niebezpieczeństw tysiące, szczęście tylko jedne,Miłość twoję? — ach! ona wszystko mi nagradza!Niech mię los prześladuje, niech przyjaciel zdradza,Najczarniejszy mrok duszy ta myśl rozpromieni:Wszystko się odmieniło. Jéj nic nie odmieni;Niech tylko moc twa — mocy duszy méj dotrzyma,Niech twa miłość dorówna miłości Selima,Potrafim zdwoić rozkosz, smutek rozweselić,Pokonać, lub znieść wszystko, byle się nie dzielić!„Raz stargawszy me pęta, z przyjacioły memi,Bez trwogi wojnę całéj wypowiemy ziemi,Wojnę ludziom! bo wojna przeznaczeniem ludzi;Bo sama w nich natura żądzę wojny budzi.Patrz! gdzież się nasycili łupem i rozbojem?Kraj zamienią w pustynię, i to zwą — pokojem!A ja-ż nie miałbym ufać méj sztuce lub sile?Nie, by ziemie zdobywać! — dość, gdy jéj mam tyle,Ile mi wkrąg potrzeba na zamach méj broni,Lecz, by nie być ich łupem, muszę być jak oni!Chcę władzy — nie co z trwogą przez niezgodę włada,Któréj dwoistém berłem jest moc albo zdrada:Nie! — ja w moc tylko ufam! — podstęp przyzwiem wreścieJeśli się kiedy w ludném zniewolniczym mieście.Tam to niebezpieczeństwo godne naszéj trwogi!Tam twa nawetby dusza mogła zboczyć z drogi.Ileż serc nierozdzielnych w niebezpieczeństw fali,Obłudnicy zwaśnili, zdrajcy rozerwali!A niewiasta im łacniéj niźli mąż ulegnie.Gdy los lub świat kochanka poniży i zegnie,Gdy szyderstwo lub potwarz utopią weń miecze:Trwożna o siebie próżność wyprze się go, zrzecze,I wstydzić się go będzie! Precz te podejrzenia!Nie skażą one mojéj Zulejki imienia!„Lecz życie jest grą losu! — Po cóż zwlekać dłużéj,Tu, gdzie nam nic wygranéj, wszystko zgubę wróży:Tak, zgubę! — czyż mi jutro nie masz być wyrwanaWyrokiem Giaffira, przemocą Osmana?
Lecz dziś jeszcze na wieki zbędziem téj obawy.Niech tylko wiatr swe skrzydła przypnie do méj nawy!Raz złączonych na zawsze o cóż bojaźń wzruszy?Błądząc bez odpoczynku, pokój znajdziem w duszy.Przy tobie, silny w czynach, śmiały w przedsięwzięciach,Ląd, morze dla mnie jedno! — świat mój w twych objęciach!
„O! niech wre wściekła fala, niech grom w maszty bije,Skoro ty mi tém tkliwiéj rzucisz się na szyję!Każda myśl, każde słowo, każde me westchnienieBędzie tylko modlitwą za twe ocalenie!Najdziksza waśń żywiołów mniejszą trwogę wzbudzi,Niżbyśmy tu drżeć mieli przed przemocą ludzi.To skały, wpośród których nie ujdziem rozbicia;Tam chwile niebezpieczne — tu każdy dzień życia! —Precz złowrogie przeczucia! — ta chwila rozstrzygnie,Czy nas los wtrąci w przepaść, czy miłość podźwignie?...„W niewielu słowach skończę powieść mojéj doli,Twoje jedno — wnet z mocy wrogów nas wyzwoli.Tak! wrogów! — Czyż Giaffir nie jest wrogiem moim,Lub Osman — co nas chciałby rozłączyć — nie twoim?“
„Głowę Haruna by ustrzedz od kary,Wróciłem na czas, wierny słowu memu;Mało kto wiedział, nikt nie złamał wiary,Żem się śmiał wykraść za progi haremu.Odtąd choć zdala od wiernéj gromady,Rzadko omylić mogę czujne straże,Wszystkie ich czyny, zamysły i radyJa rozporządzam, kieruję i ważę:Ja daję plany, ja wskazuję cele,Ja godzę spory, i zdobycze dzielę.Czas, bym sam wreszcie walczył na ich czele! —„Skończyłem powieść. — Zulejko! czas nagli;Łódź moja blizko — w chwili ją miéć mogę;I wnet pod skrzydłem opiekuńczych żagliRzucim za sobą nienawiść i trwogę!Jutro przybywa Osman — my téj nocyUjść stąd musimy — lub uledz przemocy.
Jeśli więc pragniesz oszczędzić krwi beja,Krwi droższéj może — nie zwlekaj daremno!W pośpiechu dla nas jedyna nadzieja:Zulejko moja! bądź moją! pójdź ze mną!... —„Lecz jeśli słysząc tajemnic wyznanie,Żałujesz przysiąg wyrzeczonych z rana:Zostań! — lecz wtedy i Selim zostanie,Ale cię żoną nie ujrzy Osmana!“
Rzekł — ona blada, bez ruchu i tchnienia,Jako ów posąg i pomnik cierpienia,Gdy wszystko tracąc, wszystko czując razem,Matka z rozpaczy skamieniała głazem: —W równéj postawie i lica żałobie,Stała i sercem podobna Niobie.Lecz wprzód nim usty, nim nawet oczyma,Wydać zdołała myśl — wyrok Selima:Brzękły wrzeciądze u bramy ogrodu —I z mrocznéj głębi sklepionego wschodu,Wybiegła jasność pochodni iskrząca;Druga, i trzecia — i szereg bez końca!W różne się strony rój ogniów rozlata: —„Uchodź, mój! — ach! nie bracie! — lecz droższy od brata!“
Śród drzew, w ciemnościach, iskrzące czerwono,Rozpierzchłe światła migają się, wioną:Nie same światła; — w każdéj prawéj dłoniLśni od ich blasku ostrz dobytéj broni.Dzielą się, plączą, zbiegają się razem,Świecący ogniem, grożący żelazem.Wśród nich Giaffir zżyma się i dąsa,Miecz bratobójczy nad głową potrząsa. —Już w głąb jaskini sięgają oczyma...Maż ona stać się grobem dla Selima?
On czekał śmiało: — „Co ma stać się, stanie! —Zulejko! uścisk i pocałowanie!Może ostatnie nasze pożegnanie! —
Blizko gdzieś jednak łódź mych towarzyszy;Może da pomoc, gdy hasło posłyszy! —I tak nas mało! — lecz ujrzym, co znaczyZłączona siła męstwa i rozpaczy!“Rzekł, i ku wyjściu groty skoczył śmiało.Echo wystrzału w powietrzu zagrzmiało.Zulejka z żalu jak martwa opoka,Ani zadrżała, ni zmrużyła oka! —„Nie słyszą może — lub chociaż przybędą,Śmierci méj chyba mścić się tylko będą! —Strzał zwabił ku mnie nieprzyjaciół roje.Teraz, mój mieczu, pokaż dzielność twoję!Ty ojca mego spuścizno jedyna,Dziś za krew jego daj pomstę dla syna!„Bądź zdrowa, luba! — uchodź! albo raczéjSchroń się w głąb groty! — Chroń się! już są blizko. —Ojciec cię kocha, i wszystko przebaczy. —Chroń się! na krwawe nie patrz widowisko:By czasem kula zbłąkana lub strzała,Niewinnéj piersi za cel nie obrała! —„Nie drżyj o niego! — choć mego zabójca,Wolałbym zginąć, niż ci wydrzéć ojca!Nie! — choćby z mieczem sam na mnie nastawał,Choćby mi podłość na nowo zadawał!Ale się zgrai nie poddam tak snadnie;Prócz głowy jego — każda inna spadnie!“
Skoczył ku morzu; — jak błysk piorunowy,Miecz jego z pochew na powietrzu błysnął.Drgająca głowa i tułów bez głowyPadł mu pod nogi, z tłumu co się cisnął,Padają drudzy — lecz nakształt mrowiska,Ruchoma ciżba otacza go, ściska.On w lewo, prawo, tnąc ścieżkę krwawą,Z falą już prawie spotyka się w biegu:O strzał już ledwo towarzysze z nawą —Łódź bliżéj jeszcze: — jak szybko, jak żwawo,Z rozpaczną siłą wiosłują do brzegu!Ach! chwila jeszcze — a zbawić go mogą!... —On już fal morskich dotyka się nogą —
Korsarze z czółna rzucają się w morze,Z szablami w zębach, ze strzelbami w górze:Zapamiętali, rozżarci, zajadli,Już skaczą na brzeg — na bitwę przypadli... —Ach! — Zemsta chyba teraz sił im doda! —Krwią serca jego rumieni się woda.
Śród kuł, i mieczów, i grotów miotanych,Bez ran, lub wcale nie czując zadanych,Przedarł się Selim — i ku morskiéj toniBiegł spotkać odsiecz, lub ujść od pogoni.Już wpław ku łodzi miał rzucić się bratniéj,Już podniósł ramię na zamach ostatni —Czegóż się wstrzymał? — nieszczęsna przewłoka!Próżno w głąb groty chciał sięgnąć oczyma. —Ta jedna chwila, ten jeden rzut oka,Może go zgubić, lub w więzach zatrzyma!O! smutny dowód, jak serce człowiekaTrudno ostatniéj pociechy się zrzeka!!..U stóp się jego już fala rozpryska —Pomoc tuż przed nim — już widna, już blizka!... —Wtém razem wystrzał i głos zagrzmiał srogi:„Tak giną wszystkie Giaffira wrogi!“ —Czyj głos, czyj wystrzał? czyja, śród tak wielu,Kula, zbyt blizka, by chybić do celu,Świsła w powietrzu, i plusła do fali? —Twoja to, twoja, morderco Abdalli!W mękach trucizny ojciec życie kończył;Prędszą z nim śmiercią sierota się złączył! —Wrząca krew pluszcząc wylewa się z rany,Śnieżne nią wkoło zbroczyły się piany.On padł bez jęku — próżno usty ruszył,Głos śmierć stłumiła, lub szum fal zagłuszył.
Ranek — wiatr w kłębach rozwiewa mgły nocne. —Gdziéż ślady bitwy, co tak krwawą była?
Strzały, co echa budziły północne,Groźby, błagania, jęki niepomocne.Ścichły — dym opadł — krew woda obmyła —Powietrze, morze spokojne.Na piasku tylko gdzieniegdzie rzuconeSzczątki orężów, lub w nim wytłoczone,W rozpacznéj z wrogiem czy ze śmiercią walce,Ślady stóp zbrojnych, i rąk krwawe palce,Świadczą człowieka czyn — wojnę.
Z brzegu na wodzie — znać ledwo co zniosła —Pływa pochodnia i łódka bez wiosła,I daléj nieco, w zielska zaplątany,Okryty pleśnią i morskiemi piany,Z falą się biały płaszcz wznosił:Z rozrzuconemi na wodzie wyloty,Zwykła greckiego odzież Kandyjoty —Gdzież jest ten, który ją nosił? —Widzisz tę plamę? — czerwona, straszliwa!Morze jéj dotąd nie zmyło — nie zmywa!...Lecz kto chcesz płakać nad ciałem ofiary,W kim los jéj litość ocuca:Idź, kędy płócząc Sygejskie pieczary,Podwodnym nurtem morze swe ciężaryNa brzegi Lemnu wyrzuca! —Tam czarne ptaki nad swoją zdobycząCiężkiemi skrzydły podlatują, krzyczą,Ilekroć fala, co ku brzegom dysze,Leżącą na niéj głową zakołysze;Ilekroć, jakby strasząca ptastw chmury,Stężała ręka, dłoń blada,Z silniejszym wałem wzniesie się do góry,I znów z nim razem opada!Cóż ma obchodzić, czyli go w swém łonieZiemia pogrzebie, czy morze pochłonie?Czy, że szarpiące już go dzioby ptakówPozbawią pastwy ryby lub robaków?...Jedyne serce, coby się krwawiło,Jedyne oko, coby łzę wylałoNad jego ciałem, lub jego mogiłą:Serce to pękło, oko się zaćmiłoWprzód, niż śmierć jego ujrzało! —
W haremie Giaffira płacz i narzekanie;Oko niewiast zroszone, i mężczyzn twarz blada.Czyjże to okrzyk rozpaczy?„Zulejko! córko moja!“ — daremne wołanie!Biada ci, tyranie, biada!Ona ci nie odpowie — ba! i nie przebaczy!
Zapóźno, oblubieńcze, przybywasz na gody!Nie widziałeś, nie ujrzysz narzeczonéj wdzięków!Czyżeś nie słyszał, wjeżdżając w te grody,Smutnych pieśni derwiszów i płaczennic jęków,Że się przybliżasz tak śmiele?Czyż te skupione przy bramach haremuTłumy niewieście:Ta niewolników postać nieruchoma,Z założonemi na piersiach rękoma:Żal w mieście:Nie dosyć jeszcze mówią sercu twemu,Jakie cię czeka wesele?
Pokój sercu dziewicy! — Allah twemu oku,Duszy twéj, najsroższego oszczędził widoku:Śmierci twojego Selima!W chwili, gdy z objęć twoich wydarł się, i w mrokuZnikł przed twojemi oczyma:Rozpacz twe serce strętwiła.On ci był wszystkiém! — szczęściem, nadzieją i chlubąMyśl, że go tracisz, ustrzedz nie możesz przed zgubą:Ta myśl — zabiła!Usłyszano krzyk jeden — głośny, niedaleki —Czyj? — On zgadł! — wstrzymał się chwilę;Słucha, próżno! — Już wszystko ucichło — na wieki.Pokéj dziewiczéj duszy, i wczesnéj mogile!
Szczęśliwaś! — jak kwiat w pełni rannego rozwicia,Serce zwiędło, nie piło gorzkich mętów życia!
Ból ten, srogi, śmiertelny, był pierwszy, jedyny!Nie doznałaś, co gorycz żalu, wstydu, winy,Pychy, zemsty, zgryzoty! ach! ni téj katuszy,Co jak wieczne szaleństwo wre w mózgu i w duszy:Jak robak lęgnie w sercu, i nawskroś je wierci,I nie śpiąc sam, nie daje zasnąć, prócz snem śmierci;Każdą myślą, jak żądłem zatrutém kaleczy,Obawia się ciemności, a światłu złorzeczy;Jak ogień w suchém oku i we krwi się pali,I aż w popiół obróci, wprzód się nie oddali!
Biada tobie, morderco! na dni i na lata,W życiu, i w wieczności biada!Darmo tarzasz się w prochu, i sinemi ustyKlniesz siebie, i z przestrachem błagasz o odpusty —Pokuta, rozpacz nie nada!Dłoń, z któréj legł Abdalla, Selim, brat, syn brata,Próżno będzie targała włos i szaty darła:Zbrodni nie minie zapłata!Chluba twoja, rękojmia przyjaźni Osmana:Godna, gdyby ją poznał, dzielić tron Sułtana,Córka twoja — umarła!
Zgasła u wschodu gwiazda dziewiczéj czystości,Któréj blask noc twéj chmurnéj duszy rozweselał:Jutrzenka twych nadziei, zorze twéj starości!Któż ją zagasił? Krew, którąś Ty przelał! —Biada ejcu-zabójcy! tyranowi biada!Słyszysz ten okrzyk rozpaczy?„Gdzie dziecię moje?“ — Echo mu „gdzie?“ — odpowiada.Ona mu nie odpowie — ha! i nie przebaczy!
Między pomników i grobów tysiące,Lśniących się spodem, gdy z boków i z góry,Cyprysy mroczne, choć zieleniejąceZimą i latem, ścielą cień ponury,Jak myśl rzucona na groby:
Jest jedno miejsce, osobne, kwitnące.Wiecznie zielone, rozweselająceNawet te gaje żałoby.Tam jedna tylko, tchnąc samotną wonią,Róża rozkwita, posępna i blada,Rzekłbyś, rozpaczy zasadzona dłonią:Tak mdła, tak słaba, że zda się wiatr ladaLiść jéj po polu rozproszy;Jednak choć wicher, choć burza się wścieka,Kwiat jéj trwa cało; choć ręka człowieka,Co wszystko piękne w tym kraju pustoszy,Kwiat jéj oberwie: niepojęta władzaKwiat ten nazajutrz na nowo odradza:Jakby duch jaki miał ją w swojéj pieczy,Który jéj rany łzami niebios leczy,I czarodziejską mocą swego śpiewu,Co noc kwiat nowy wykołysze z krzewu!
Nie dziw, że dotąd helleńskie dziewiceWierzą, że kwiat ten nie jest z tego świata,Co mu ni szkodzić nie śmią nawałnice,Ni szrony zimy, ani skwary lata;On zawsze smutny, lecz piękny jak w maju,Zdaje się tęsknić po kraju swym — raju.
Nad kwiatem co noc ptaszek jakiś śpiewa,Ukryty w liściach poblizkiego drzewa:Sam dotąd ludzkiém okiem niedojrzany,Lecz głos ma wdzięczny, jak hurysek lutnie.Nie jest to słowik w róży zakochany —Słowik nie śpiewa tak czule, tak smutnie!Ci, którzy słyszą śpiew ten tajemniczy,Doznają w duszy tak rzewnéj słodyczy,I czują w sercu taką tęskność tkliwą,Jak gdyby czuli miłość nieszczęśliwą,I choćby chcieli, łez wstrzymać nie mogą.Lecz te łzy same tak słodko im płyną,Żal ten tak z żadną nie zmieszany trwogą,Że się im zdaje rozkoszą jedyną,Że się lękają promienia poranku,Chcieliby słuchać, płakać bez przestanku...Taki jest urok w tym śpiewie!Lecz skoro pierwszy świt niebo zapłoni,
Ptaszek, nie wiedzieć, znika, czy się chroni,I śpiew zamilka na drzewie.
Są nawet — może urok przesłyszenia —(Lecz ci, co czują, nie będą się śmieli),Są, którzy mówią, że śród jego pienia,W najtkliwszéj jego nucie dosłyszeliBrzmienie Zulejki imienia!Bo dla niéj zda się ten ptaszek tak śpiewa,Z cyprysowego nad jéj grobem drzewa;Bo z jéj to właśnie mogiły dziewiczéjWykwita róży ów kwiat tajemniczy.
Niegdyś kamienny grób stawiać jéj chciano —Lecz postawiony wieczorem, znikł rano.Ni dłoń to ludzka, co go w nocnéj porze,Wyrwawszy z miejsca, przeniosła nad morze!Bo go tam właśnie ujrzano o świcie,Gdzie Selim w boju dał za nią swe życie,I skąd go fale uniósłszy, zbawiłyCzci pogrzebowéj i ziemskiéj mogiła.
I odtąd co noc, gdy księżyc lśni w górze,Widać na białym pomnika marmurze,Wspartą, jak gdyby dumającą z żalem,Głowę czerwonym okręconą szalem.Powieści o niéj lud z trwogą powtarza,I pomnik zowie „Wezgłowiem Korsarza.“A na Zulejki mogile, jak pierwéj,Zakwitła róża — i kwitnie bez przerwy;Smutna i blada, jak lice piękności,Gdy słucha dziejów nieszczęsnéj miłości!
— „I suoi pensieri in lui dormir non ponno.Tasso. Canto. X. Gerusalmme Liberata.
— „Nessun maggior dolore,„Che ricordarsi del tempo felice„Nella miseria........Dante.
„Na modrych głębiach jasnéj morskiéj wody,Jak ona z wiatrem, buja duch swobody;Jak burza nad nią, grzmi nasza potęga.Gdzie wiatr, gdzie fala, gdzie miecz nasz dosięga,Tam dom nasz, państwo, łup naszéj odwagi!Mórz i flot berłem jest maszt naszéj flagi.„Nam w dzikiem życiu czuć wciąż, niespodzianie,W każdym dniu nowość, rozkosz w każdéj zmianie!O! i któż pojmie? — nie ty, zniewieściały!Cobyś mdlał patrząc na wzburzone wały,Nie ty, pieszczochu! co wiek w zbytkach trawisz,Śpiąc nie spoczywasz, bawiąc się nie bawisz;O! i któż pojmie? — prócz tych samych, którzyPląsali z falą rozigranéj burzy:Tę pełność życia, ten war krwi, co paliSerce żeglarza na bezdrożnéj fali;Tę żądzę bojów, tę pewność zwycięstwa,Ten szał, tę rozkosz śród niebezpieczeństwa?...Gdzie trwożni rozpacz — my tryumf znajdujem;Gdzie słabi mdleją — my żyjem i czujem:
Czujem, jak w piersiach krzepi się i wzmagaDuch i nadzieja, siła i odwaga!...„Nie strach nam śmierci — byle wprzód lub razem,Wróg u stóp naszych skonał pod żelazem:Byle wprzód z życia rozkosz wyssać w życiu!Gdy ginąć — cóż stąd, w bitwach czy w rozbiciu?Niech bojaźliwy zakochaniec świataWoli w niemocy długie jęczeć lata,I w puch przed śmiercią kryje się, nim skona!Nam łożem piasek lub trawa zielona.Gdy strach zeń duszę dzień po dniu wywleka:Nam cios, strzał jeden — duch wolny ucieka!„Jemu niech dziedzic pyszną złoci trumnę,Radzi, że umarł, niech stawią kolumnę;Po nas łzy płyną — krótko, ale szczerze,Gdy nas w swe głębie ocean zabierze.Nam ku czci nawet w biesiadniczém kolePuhar pamięci zaiskrzy na stole;Nagrobkiem dla nas zabrzmi chwała męstwa,Gdy pozostali dzieląc łup zwycięstwa,Wspomną poległych, i rzekną ze łzami:Szkoda, że mężni nie dzielą go z nami!“
Taka pieśń brzmiała na wyspie korsarzy,Wkrąg przy ogniskach ponadbrzeżnéj straży,I bijąc echem o chropawe głazy,Jak one twardy był ton i wyrazy.Leżąc na piasku rozrzuconą zgrają,Ci ostrzą bronie, ci piją lub grają,Próbują strzelby, handlują łupami;Nie patrząc nawet na krew, co je plami.Brzmią szczęki siekier ciosających łodzie:Ów marząc patrzy po dalekiéj wodzie,Ów czyha, rychło ptak mu w sidła wleci.Mokre na słońcu rozwieszają sieci:A każdy coraz pogląda ku morzu,Czy gdzie nie dojrzéć żagla na przestworzu,Lub wspominając ostatnią wygraną,Radzą, skąd znowu świeży łup dostaną.
Skąd? wódz niech myśli! — im tylko przystałoUfać, iść za nim, i uderzać śmiało.Któż jest tym wodzem? Od brzega do brzegaImię się jego jak piorun rozlega,To dość — o resztę nie troszczy się rzesza.W bitwach on tylko z ich tłumem się miesza;Zresztą sam zawsze; — krótkie jego słowa,Lecz wnet, co wyrzekł, dłoń spełnić gotowa.Nie lubi gwaru; nigdy z niemi społemNie zasiadł wesół za biesiady stołem,Śmiech ni żart nigdy ust mu nie umili:Lecz mężny — męstwu hardość wybaczyli.Próżno go koléj pełnego kielichaWabi w przechodzie: on z wzgardą odpycha;A jego uczta! — najlichsi z czeladziWzajem by z wzgardą odepchnąć ją radzi.Jadło — chleb suchy; napój — czysta woda.Zbytkiem nie częstym — owoc lub jagoda,A i tych nawet ze wstrętem dotyka,Jakby związany ślubem pokutnika.Ale im żądze zmysłów trzyma srożéj.Rośnie w nim dusza, i siła się mnoży.„Płyń tam!“ — wnet płyną; — „rób to!“ — wnet zaczęto;„Za mną, i naprzód!“ — poszli, i łup wzięto.Tak skory rozkaz, skorsza jego ręka:Każdy drżąc słucha, lecz pytać się lęka.Szyderczy uśmiech, wzrok i twarz surowa,Karcą zuchwalca za niewczesne słowa.
„Patrz! żagiel, żagiel! — Nastawcie lunety! —„Skąd? — czyja flaga? — czy zdobycz?“ — niestety!Nie zdobycz — jednak cieszą się weseli:Z masztu czerwoną chorągiew ujrzeli.„Nasza łódź, nasza! powraca z wyprawy!Dmij w pełne żagle, dmij, wietrze łaskawy!Nim słońce zajdzie, zawinie do brzegu. —„Patrz, patrz, jak lekka! zda się pląsa w biegu.Jak wzdyma skrzydła! — jak buja wspaniale!Z szumem przed sobą prze kipiące fale.
Weszła w zatokę — patrz! idzie jak żywa.Zda się żywioły do walki wyzywa!Możeż się lękać burz, bitew, lub trudu,Pan takiéj łodzi, wódz takiego ludu?“
Skrzypią powrozy, krzyczą robotnicy,Opadły żagle — łódź drga na kotwicy.Spuszczają czółno: — w podwójnym szereguSiedli wioślarze i pędzą do brzegu.Wkoło na piasku tłum zebrany czeka,Poznaje, woła, i wita zdaleka.O! słodkie głosu przyjaznego dźwięki!O! słodki uścisk przyjacielskiéj ręki!Gdy wita w porcie żeglarza z wyprawy,Gdy na bezpieczny brzeg wiedzie go z nawy;Słodkie łzy, uśmiech, słodkie zapytania,Gdy pocałunek odpowiedzi wzbrania!...
Wieść się rozbiegła, tłum rośnie z pośpiechem,Gwar, ciżba, wrzawa, przerywana śmiechem,I głosy kobiet znać w cichszéj rozmowie:Imię kochanka, męża, w każdem słowie.„Czy zdrów? czy żyje? czy na brzeg wysiądzie?Czy dziś, czy jutro zabawi na lądzie?Gdzie był? co robił? czy bił się walecznie?Mniejsza, co zyskał? gdy wrócił bezpiecznie;Lecz czy nie ranny? dlaczego nie z wami?Czyż on nie wiedział, że czekam ze łzami?“
— „Gdzie jest wódz? — ważne przywozim nowiny.Śpieszmy! czas nagli, drogie są godziny. —Dzięki wam, bracia, żeście braciom radzi!Lecz niech nas Żuan do wodza prowadzi.Wrócim za chwilę — zostańcie tu blizcy,Wnet, co kto zechce, dowiecie się wszyscy“. —I poszli, kędy na najwyższéj górzeZamek ich wodza wzbija się nad morze,
Śród bujnych krzewów i kwiatów pachnących,Gdzie tysiąc zdrojów, świeżością dyszących,Srebrzy się szemrząc po złomach granitu.Poszli pod górę — dochodzą do szczytu.Któż to nad brzegiem przepaścistéj skały,Wsparty na mieczu, spogląda na wały? —To on! wódz! Konrad! — sam, jak zwykle — myśli.„Idź naprzód, Żuan! powiedz, żeśmy przyszli.Okręt nasz widzi; — powiedz, że go prosimO posłuchanie, ważną wieść przynosim.Idź! my nie śmiemy; wiesz, jak się wnet zżyma,Gdy mu kto nagle stanie przed oczyma.
Przystąpił Żuan — Konrad spojrzał srogo,Wysłuchał, skinął, że się zbliżyć mogą.Przyszli — ukłonem witają zdaleka.Powitał wzajem — na słowa ich czeka.„Wodzu! przynosim list od Greka szpiega,Co nas o łupach i wrogach ostrzega.Ważność tych wieści sam wódz niech oceni.My téż...“ — „Już dosyć!“ — Zmilkli zawstydzeni.Wziął list — ciekawi poglądają z boku,Wrażenia wieści dojrzéć w jego oku.Zgadł myśl — czytając twarz zwrócił na stronę,Może, by ukryć uczucia wzburzone.Skończył — na świstku coś pisze. — „Żuanie!Gdzie jest Gonzalwo?“ — W łodzi. — „Niech zostanie!Nieś mu ten rozkaz! — Wy nie stójcie dłużéj,Każdy na miejsce, gotów do podróży!Na waszéj nawie sam z wami dziś płynę“, —— „Dziś, wodzu? w nocy?“ — „Dziś w dzień, za godzinę.Wiatr będziem mieli. — Minuty nie zwlekać!Wziąć mój płaszcz, pancerz — u portu mię czekać!„Ty weź mą trąbkę i strzelbę opatrzyj!Zamek źle spuszcza — oczyść go i natrzyj!Wezwać płatnerza! niech mój miecz bojowyNatoczy ostro i da mu bart nowy.Rękojeść zwłaszcza niech szerzéj rozkuje:Ta broń mię gorzéj niż bitwa morduje.
Śpieszcie! na hasło, że czas już odpłynąć,Dać ognia z działa i żagle rozwinąć!
Kazał — posłuszni odeszli w pokorze.Nie w smak im znowu puszczać się na morze,Gotowi jednak: — Konrad sam prowadzi.Dokąd? — któż pyta, gdy on co uradzi? —Dziwny ten człowiek dumy i milczenia,Którego nigdy śmiechu ni westchnieniaNikt z nich nie słyszał; którego zdalekaSam widok, twarz ich bladością powleka:Rządzi ich duszą, z tą sztuką władania,Co zmusza, mami, lecz sądzić zabrania.Cóż jest ten urok, że mu nikt z korsarzy,Choć szemrze, zajrzy, oprzeć się nie waży?Co w nich dlań wzbudza tę cześć, posłuszeństwo?Potęga myśli, duszy czarnoksięstwo!One go wzniosły, gdy i los mu sprzyja.Tém on ich wolę pod rząd swój podbija.Walczy ich ręką, sam jak mistrz sprężyny:Gmin dziełem jego własne mniema czyny.Jest, było, będzie — to bieg świata tego,Wielu pracować musi dla jednego.Lecz niech nieszczęśnik, co w trudach umiera,Nie zajrzy temu, co owoc z nich zbiera!Niechby znał ciężar, co wielkość nań zwala —O! jakże lżejsza niższych cierpień szala!
Nie na wzór świata dawnego mocarzy,Szatanów w czynach, lecz bogów na twarzy,Konrad nic w sobie nie ma nad człowieka.Blask czarnych oczu ćmi smutna powieka.Twarz ogorzała, skroń wzniosła i blada,Włos kruczy bujno pierścieniami spada,Krzepki w ramionach, lecz kształt nie olbrzymi,Ani się wzrostem wyniósł nad innymi.
We wszystkiém jednak biegły wzrok badaczaZnajdzie coś, co go od gminu odznacza.Patrząc nań, wszyscy dziwią się i śledzą,Że tak jest, czują; lecz czemu? nie wiedzą.Nieraz z brwi groźnnychgroźnych, z drżenia ust, lub z czoła,Znać dumę, któréj poskromić nie zdoła.Głos jego wdzięczny, serce jednak ziębi:Więcéj niż mówi, znać, że tai w głębi.Szybka gra rysów nagle się mieniących,Wabi ciekawość, lecz miesza patrzących,Jakby w tym duszy posępnym pomrokuKryły się czucia zbyt straszne dla wzroku. —Tak o nim sądzą — prawdy nieświadomi.Wzrok jego śmiałość dostrzegacza gromi,A i któż wzajem oka mu dotrzyma,Gdy nań raz w pełni zaiskrzy oczyma?Umie on sztukę — gdy ciekawość skrytaMniema, że z twarzy myśl jego wyczyta —Umie on sztukę, że wnet zamiar zgadnie,I sam w ciekawca duszy brodzi na dnie,Aż zadrżéć musi, by go wzrok KonradaNie przejrzał całkiem, niż on coś w nim zbada.W szyderczym jego, chociaż głośnym śmiechu,Jakby sam szatan śmiał się w jego echu,Jest coś, co w sercu słyszących go ludziI gniew, i trwogę, i nienawiść budzi.Wzrok jego gniewny zabija Nadzieję,Przed groźbą jego, Miłosierdzie mdleje.
Wstręt ma iść na jaw złéj myśli katusza,Wewnątrz to, wewnątrz — tam pracuje dusza!Miłość jest szczera, śmieje się, czy wzdycha:Ale nienawiść, lecz zbrodnia, lecz pycha,Drgnieniem ust chyba, uśmiechem goryczy,Zdradzą ci przepaść głębi tajemniczéj.Z gry chyba rysów, z mieniącéj się twarzy,Poznasz namiętność, gdy się w piersiach żarzy.Lecz kto chcesz dojrzéć jéj pełnię lub zmiany,Wtenczas patrz chyba, gdyś sam nie widziany! —
Patrz! gdy wódz w nocy, z rozognionem czołem,Załamał ręce, szybkiém chodzi kołem,I nagle stanie, i zadrży — czy w ciszyŚledzącéj zdrady kroków nie dosłyszy? —Patrz, jak się dziko groźna brew nachmurza,Gdy każdym nerwem wnętrzna miota burza.Patrz w jego wzroku na szaleństwo ducha!Iskrzy, mgli, krzepnie, i znów ogniem buchaPatrz — jeśli zniesiesz widok téj katuszy,Jaki los jego! jaki pokój duszy!Jak cel zawiści gminu, śród ukryciaPożywa owoc występnego życia!Patrz! tam go poznasz; — lecz któż tak z badaczyPrzejrzy człowieka? — kto ducha obaczy?
Lecz nie natura stworzyła w KonradzieSrogiego wodza zbójeckiéj gromadzie.Zmienił on duszę, wprzód nim czyny swemiWyparł się nieba, wojnę wydał ziemi.Z młodu pan siebie, więzów świata jeniec,Mędrzec w swych słowach, lecz w czynach szaleniec,By drżéć, zbyt mocny; by uledz, zbyt hardy;Za chęć być dobrym — cel szyderstw lub wzgardy:Zamiast nawzajem wzgardzić zgrają podlą,On przeklął cnotę, jak swych cierpień źródłoZ urągowiskiem wbrew stając obłudzie,Choć znał, zapomniał, że są lepsi ludzie,Dla których lepiéj darów swych używszy,Znalazłby szczęście, i stał się cnotliwszy.Lżony, gardzony, bez zgryzot nawzajemSerce swe z ludzkim rozbratał rodzajem,I obrał sobie, za swój cel na ziemi —Za winy kilku, mścić się nad wszystkiemi.Czuł się występnym — lecz dumny, rozumiał,Że nikt nie lepszy, choć nim zdać się umiał,I gardził dobrym, jak tym, co w obawieCzyni to skrycie, co mężny na jawie.Nienawidzony, wiedział, że u ludziNienawiść jego strach i zgrozę budzi:
Przestawał na tém; — zimny, dziki, hardy,Nie dbał o miłość, gdy nie bał się wzgardy.Stronić, drżéć przed nim, potępiać go, skarżyć,Kląć, może każdy — lecz nikt lekceważyć!Depcą robaka — lecz któż bez bojaźni,Kto nie pomyśli, nim węża rozdrażni?Robak się zwinie, i nie mszcząc się kryje,Wąż zginie, ale i wroga zabije.Sam się nań rzuci — łamie się, pasuje,Choć nie pokona, krew jadem zatruje.
Nikt nie zły całkiem: — i w duszy KonradaJedno tajemnie słodsze czucie włada.Szydzi on z drugich, że ich wikła w sieciNamiętność godna szaleńców lub dzieci;Sam, próżno rozum przeciw niéj wytęża —W nim nawet miłość wolę przezwycięża.Tak! jest to miłość — wzajemna — płomienna.Jedyna dotąd i niczém niezmienna! —Tłum się mu branek na oczy nawija;On ich ni stroni, ni szuka — lecz mija.Nie jednę piękność w mocy swojéj trzyma,Żadnéj słodszemi nie uczcił oczyma.Tak, jest to miłość! — jeżeli myśl tkliwa,Stateczna w próbach, w każdéj chwili żywa,Któréj samotność, świat, szyderstwo ludzi,Ani, co większa, sam czas nie ostudzi;Któréj ni zmienne fortuny igrzyskoNie zaćmi smutkiem — póki Ona blizko;Która w boleści, w gniewie, ni w niedoli,Cierpkiego na Nią słowa nie dozwoli,I bez pociechy woli znieść katusze,Niż ich podziałem zasmucić Jéj duszę;Jeśli myśl taka, niezmienna, nie płocha,Jest tém, co zowią kochaniem — on kocha!Występca, zbrodzień, z każdéj cnoty zboczył,Przeciw téj jednéj w niczém nie wykroczył;Ona, gdy wszystkie zgasły po kolei,Świeci mu jeszcze, jak gwiazda nadziei.
Zaczekał nieco — brew marszczy ponuro,Aż śpiesząc z braćmi Żuan znikł za górą.„Straszna wieść! — tylem niebezpieczeństw przebył,Cóż jest, żem nigdy jak dziś smutny nie był?Źle wróży serce, ale się nie boi,Ni mnie tak ujrzą towarzysze moi. —„Idziem śmierć spotkać: — lecz gdybym tu zwlekał,Pewniejbym śmierci i hańby doczekał.Dziś, gdy plan pójdzie, los wzmoże w potrzebie,Przybędzie płaczu na naszym pogrzebie! —„O! niech spokojnie, niech śpią rozmarzeni,Przyśpieszę dla nich świt takich promieni —Wiej tylko, wietrze! — tak jasnych i ciepłych,Że aż krew zawre w ich sercach zakrzepłych!„Czas do Medory! — Milcz, milcz, serce moje!Nie mogąc siebie, czyż ją uspokoję?Jednak ja-m śmiały! — Lecz tu wszyscy śmieli,Gad, gdy się broni, równą śmiałość dzieli.Zwierząt, nie ludzi godna jest odwaga,Gdy ją strach śmierci lub chęć łupu wzmaga.Gardzę jéj chwałą! — Cel godny méj dumyBył, uczyć garstkę, jak zwyciężać tłumy.Wódz ich, nie dałem krwi ich marnie płynąć. —„Lecz dziś! — dziś trzeba zwyciężyć lub zginąć. —Ha! to los wojny! — i nie to mnie smuci. —Lecz wieść tam wszystkich, skąd żaden nie wróci,Albo tu drzemiąc dać się ująć w pęta?...„Czyż pamięć wodza nie będzie przeklęta,Co przywiódł na to: że, aby się zbawić,Na jedne kartę trzeba wszystko stawić?... —Losie méj, losie! czuję dłoń twą groźną;Zbaw, jeśli możesz — jeszcze nie za późno!“ —
Tak dumał w sobie, aż idąc ponuryDoszedł do wieży na wierzchołku góry.
Wstrzymał się u drzwi: — głos się ozwał w ciszy,Głos, co choć często, zawsze on rad słyszy;I taką piosnkę posępnéj czułościNucił z za kraty jego „Ptak piękności“.
„Żyje w méj duszy myśl-tajemnica,Drży mi na ustach, gore w spojrzeniu,Gdy obok ciebie patrzę w twe lica,I znów się w dawném kryje milczeniu.
Jak lampa w grobie, skryta przed okiem,Myśl ta w mém sercu błyska i tleje.Smutek jéj blasku nie ćmi swym mrokiem,Choć sam jéj blaskiem nie rozjaśnieje.
Przyjdź, gdy ja umrę, do méj mogiły,Pomódl się za mnie, łzę wyléj po mnie!Téj tylko myśli znieść nie mam siły,Że ty, mój luby, zapomnisz o mnie!
Nie wstyd jest płakać zeszłych ze świata.Raz pierwszy proszę — łzy i wspomnienia.Będzie to pierwsza, jedna zapłata,Mojéj miłości, mego cierpienia!“
Porwał się Konrad, pchnął drzwi, i z pośpiechemWszedł — struny arfy brzmiały jeszcze echem.Smutna, Medoro, jest twoja ballada!“ —— „Chciałabyś wesołéj, gdy niéma Konrada? —Gdy ciebie niéma, a żal miota duszą,Tęskne się myśli w pieśniach zdradzić muszą.Każdy ton — serca uczucia wydaje;Lecz choć pieśń milczy, boleść nie ustaje.„Ach! ileż nocy, na bezsenném łożu,Marzę jak we śnie, o skałach, o morzu!Zmierzcha — ja myślę, że niebo się chmurzy;Wiatr ledwo szemrze — mnie słychać szum burzy.Cóż, gdy posępném odezwie się wyciem?Zda się, że jęczy nad twojem rozbiciem! —
Zrywam się, patrzę, czy stróże niekarniNie dali zgasnąć portowéj latarni,I o pogodę gwiazd pytam oczyma.„Nastał poranek — ciebie jeszcze niéma!...Jak wtedy zimno na me serce wiało,Jak przez łzy słońce mgliste się zdawało! —Patrzę i patrzę dzień cały — daremnie.Konrad gdzieś jeszcze daleko odemnie! —Wreszcie — postrzegam maszt, okręt — tu płynął,Witam go, czekam; — zbliżył się — i minął.Znów drugi! — twój był. — Powróciłeś z boju.„O! mój Konradzie! mam-że w niepokojuZawsze tak czekać? — nigdyż serca twegoNie ujmie powab szczęścia spokojnego? —Masz dosyć skarbów — ach! więcéj, niż trzeba;Znajdziem kraj milszy, pogodniejsze nieba,Pójdźmy! — O siebie wiesz, że się nie boję.Lecz twoje szczęście — lecz ach! życie twoje!...Dziwne twe serce! gdy dla mnie tak tkliwe,Tak razem srogie dla drugich, tak mściwe!...“ —— „Tak, moja luba! dziwne jest to serce.Zwiedli je zdrajcy, zelżyli oszczerce,Jak płaz zdeptane, lecz mści się jak żmija:Ludzie w nie wleli jad, co ich zabija! —
„Bez żadnéj znikąd pociechy, prócz ciebie,Bez celu w życiu, bez nadziei w niebie,W duszy się mojéj tak wiąże i splataMiłość dla ciebie z nienawiścią świata,Że gdy się jedna, wnet druga ostudzi:Przestałbym ciebie, gdybym kochał ludzi!
„O to się nie bój! — przeszłość moja całaRęczy, że przyszłość nie będzie się chwiała.Lecz uzbrój serce! — raz jeszcze, Medoro!Dziś — muszę jechać ale wrócę skoro“. —— „Jechać! dziś jeszcze? — ach! jam to przeczuła!...Tak znikły wszystkie sny, com sobie snuła,Sny moje złote!... — Lecz dziś? — być nie może!Łódź ledwo przyszła, maż znów iść na morze?Nie czekać drugiéj?... Znużeni jéj ludzieMuszą choć chwilę odpocząć po trudzie!...Nie! ty, mój luby, chcesz przez to udaniePoznać, nauczyć, jak mam znieść rozstanie.
Igrasz z mém sercem! — ono ci wybaczy,Lecz z takich żartów blizko do rozpaczy! —
„Milcz, milcz, Konradzie! — nie jedziesz dziś — wierzę.Pójdź dzielić ze mną twą skromną wieczerzę!Nikt prócz mnie nie śmiał tknąć jéj, ni zastawić.Lekki trud wprawdzie ucztę ci przyprawić!Owoc ten rwałam z najwyższego drzewa,Im bliższy słońca, tém prędzéj dojrzewa.Trzy razy górę obiegłam, nim w cieniuNajświeższą wodę znalazłam w strumieniu.Pójdź! niech cię sorbet orzeźwi po skwarze:Patrz, jak się iskrzy w kryształowéj czarze!Wina ty nigdy skosztować nie raczysz,Drżysz jak muzułman, gdy puhar obaczysz.Nie sądź, że ganię — o! nie! — to mnie cieszy,Że i w tém nawet różnisz się od rzeszy.
„Lecz pójdź! stół gotów; ja okna zasłonie.Srebrna ta lampa, patrz, jak jasno płonie!Wezwę mych dziewic — niech zaczną wokołoLub raźny taniec, lub piosnkę wesołą! —Lubisz mą arfę — czy chcesz? — wnet nastroję.Lub jeśli wolisz, będziemy obojeCzytać z Arjosta Olimpii żale,Gdy zdrajca śpiącą zostawił na skale.Po tobie jednak mnie byłoby smutniéj!Gdybyś dziś jechał, zrobiłbyś okrutniéj,Okrutniéj nawet niż Tezeusz zdradny!„Wiem, ty się śmiejesz, gdy ci AryadnyWyspę niekiedy wskazuję z wysoka,A mnie myśl smutna łzy pędzi do oka:Gdyby mnie kiedy Konrad tak porzucił?Aleś ty lepszy! tyś do mnie powrócił!“ —— „Wróciłem, luba, i powrócę znowu,Zawierz miłości i Konrada słowu.Wrócę, i rychło; — lecz teraz już chyżaChwila rozstania na skrzydłach się zbliża.Gdzie? po co jadę? — szkoda chwil na słowa,Gdy je ma skończyć najgorsze: bądź zdrowa!Odkryłbym jednak, lecz już czas zbyt drogi,Nie bój się! wcale nie straszne są wrogi.Tu ci zostaje straż silna, podwójna,Będziesz bezpieczna — o mnie bądź spokojna!
Nie baw samotna, gdym ja oddalony.Jadących ze mną poruczam ci żony.W tém miéj pociechę, że po tém zwycięstwie,Nagrodę trudów znajdziem w bezpieczeństwie. —„Słyszysz! dźwięk trąbki? — ha! łódź już gotowaJeden wzrok, uścisk! — raz jeszcze! — bądź zdrowa!“
Łkając na szyi zawisła rękami,Drżące w nim serce czuje pod ustami.On nie śmiał podnieść, nie śmiał znieść widokuBladości w twarzy i rozpaczy w oku.W całéj dzikości bezładnego wdzięku,Włos jéj po jego rozesłał się ręku;Stłumiony oddech i mdłe serca bicieŚwiadczą w niéj tylko cierpienie i życie...Zagrzmiał huk działa — odjazdu godzina!Słońce zachodzi — on słońce przeklina.Strzał drugi, trzeci; — ścisnął z uniesieniemNiemą od żalu, proszącą milczeniem,I drżącym krokiem zaniósł ją na łoże.Spojrzał z rozpaczą — raz ostatni może!Dreszcz przebiegł serce: — uczuł, że dla niegoPrócz niéj na świecie nic niéma miłego.Dotknął ust, zimne; — spotkał wzrok, wpół zgasły.Zwrócił się nagle — drzwi z łoskotem trzasły.
„Co? już go niema?“ — straszliwe pytanie,Gdy kto tak nagle samotnym zostanie!Myśl nie śmie wierzyć, że oczy nie mylą —Przed chwilą jeszcze tu stał — był przed chwilą —Gdzież jest? — Wybiegła obłąkanym krokiem,Aż łzy jéj wreście lunęły potokiem,Bujne, gorące; — myślą za nim woła:„Bądź zdrów!“ — wymówić nie śmie i nie zdoła.Ach! bo w tém słowie — choć się chcą uśmiechaćWiara, Nadzieja — Rozpacz tylko słychać.W bladych jéj rysach, jak w twarzy z kamieniaTchnie dziki wyraz wiecznego cierpienia;
Oczy jéj modre, szkliste, bez promieni,Jak gwiazdy we mgle błądzą po przestrzeni.I ach! dostrzegły — to on! — już daleki!...Wtedy raz jeszcze z pod łzawéj powiekiBłysły, jak słońce z za deszczowéj chmury.Próżno! nie spojrzał, znikł w zaroślach góry.„Poszedł!“ — Jak posąg blada, nieruchoma,Łkające piersi przyciska rękoma.Spojrzała jeszcze — port przed jéj oczyma:Bielą się żagle i morze się wzdyma.Nie patrzy więcéj — w drzwiach błysła jéj postać —„Prawda więc! — jedzie! — saméj kazał zostać!“
Szybko wprost z góry, na głaz skacząc z głazu,Biegł Konrad — nazad nie spojrzał ni razu.Lecz drżał ilekroć ścieżka przed nim boczy,By na zakręcie nie wpadła mu w oczySamotna jego, lecz miła mu wieża.Zawsze go pierwsza witała z nadbrzeża,Jak on ją z morza! — i ona w niéj, ona!Burzliwéj duszy gwiazda niezamglona! —Jeden wzrok jeszcze — a moc w nim rozbroi.Nie śmie go ujrzéć; pomyśleć się boi,Że mógłby zostać; — chciałby — któż mu broni? —Zostać? — by zginąć od katowskiéj dłoni?Nie, nie! — Raz jednak, chciał stanąć, chciał wrócić,Na los zdać wszystko, zamiar na wiatr rzucić.Nie! — myśl niegodna! — nie! — prawego mężaPłacz niewiast miękczy, ale nie zwycięża.
Ujrzał swą nawę — zważa wiatr przychylny,Zwrócił myśl ku nim — i znów w sobie silny,Znów chyżéj naprzód; — i gdy z brzegu słyszyWesołą wrzawę mężnych towarzyszy,I łoskot fali, co pod wiatrem rosła,I hasła majtków, i szybki szum wiosła:Gdy widzi okręt — maszt niebu urąga,Rozskrzydlił żagle, kotwicę wyciąga: —
Gdy widzi czółna, w których ludzie zbrojniPłyną na okręt — jak wszyscy spokojni!Choć jak śnieg biało i gęściéj od śnieguChustki żon ku nim powiewają z brzegu;Gdy widzi zwłaszcza, jak z masztu zwieszonaIgra z wiatrami chorągiew czerwona:Sam się zadziwił, że był słabym tyle,W wielkim zamiarze zachwiać się na chwilę.
Żar w jego oczach, dzikość w jego duszy,UszułUczuł sam siebie — nic go już nie wzruszy.Pośpiesza, bieży — aż zbiegł, gdzie równina,Co skałę kończy a brzeg rozpoczyna.Tam zwolnił kroku; — świeżość blizkiéj głębiKrzepi znużenie, ogień lica ziębi;Lecz stanął, raczéj, by zimną odwagęWrócić swéj twarzy, swym krokom powagę,Wprzód nim go ujrzą. — Konrad sztukę umie,Jak tając dumę, tłum zhołdować dumie.Wyniosłość lica, i zimną postawę,Co stroniąc niby obudza obawę;I wzrok, i uśmiech, co choć serc nie zraża,Hamuje płochość i śmiałość przeraża;Wszystko ma w mocy, by zgraję zaślepić,Rozbroić opór i władzę ukrzepić.Lecz gdy chce ująć — z ufnością przyjaźniKażdy wnet pierwszéj zapomni bojaźni.Niewolnik, z duszą na rozkaz gotową.Nad dary drugich, droższe jego słowo,Gdy jakby z serca głębi tajemniczéjZagra do serca głos tęsknéj słodyczy.Lecz rzadko słodycz w parze z jego duszą:Nie dba, czy zechcą, gdy, co każe, muszą.Czy podłość drugich, czy dumy szaleństwo,On depce miłość, by miéć posłuszeństwo.
Wkoło broń straży brzękła czcią wodzowi.Zbliżył się Żuan. — „Czy wszyscy gotowi?“ —— „Już są w okręcie; ostatnie przy lądzieCzółno to czeka, póki wódz nie wsiądzie“. —
„Miecz mój, płaszcz, trąbkę!“ — Miecz przyjął z niechcenia,Trąbkę ma w dłoni, płaszcz zwiesił z ramienia.„Zawołać Pedra!“ — Przyszedł — Konrad wita,Pierwszemu z wodzów grzeczność należyta.„Weźmij ten papier! — zawiera rozkazyWażne — bacz pilnie na wszystkie wyrazy.Anzelmo także, jak skoro przybędzie,Ma je wykonać. — Straż podwoić wszędzie!Za trzy dni, jeśli — jeśli wiatr posłuży —Powrócę. Bądź zdrów!“ — i nie zwłócząc dłużéj,Podał dłoń, ścisnął — skinął na wioślarzy,I skoczył w czółno z wyniosłością w twarzy.Ruszyły wiosła — jak gwiazd droga mlecznaIskrzy za niemi jasność fosforyczna.Dopłynął nawy — stoi na pokładzie,Gwiznięto z góry — ruch w całéj gromadzie.On zważa okręt, jak lekki na fali,Jak słucha steru — uważa, i chwali.„Gdzie jest Gonzalwo?“ — Zbliżył się młodzieniec,W skłonionéj twarzy radości rumieniec.Uprzejme słowo wódz już w ustach trzyma.Czegóż się wezdrgnął? czy się gniewem zżyma?Ach nie! — on ujrzał swą wieżę na skale,Wspomniał rozstanie, zgadł Medory żale,Jeśli na okręt spogląda w tę chwilę, —Nigdy on, nigdy nie kochał jéj tyle! —Lecz nim noc minie, wiele zrobić trzeba.Odwrócił oczy, spojrzał w błękit nieba,I wnet z Gonzalwem zszedłszy na spód nawy,Odkrywa cele i środki wyprawy.Przed niemi mapa i lampa na stole,I kompas; w ręku cyrkiel i półkole.Północ — czuwają; twarz obudwu groźna.Bezsennym oczom któraż chwila późna? —Tymczasem w żagle dął wiatr pożądany,Okręt jak sokół leci przez bałwany;Sto wysp minęli sterczących granitem:Cieszą się — celu dopłyną przed świtem.Już przez szkła nocne liczą bez obawy,W ciasnéj zatoce natłoczone nawyBaszy Seida; widzą, jak niedbaliStróże przy ogniach gasnących czuwali!...
Okręt ich koleni obiegł czaty przednie,Wszedł, gdzie bezpieczny skryłby się choć we dnie,Przy pustym brzegu, za skałą wysoką,Straży ni szpiega nie dojrzy go oko. —Konrad na pokład zgromadził swych ludzi,Do powinności — lecz nie ze snu, budzi.Wsparł się na poręcz, rozkazy objawia,Rozmawia zimno, choć o krwi rozmawia.
„Conosceste i dubiosi desirit“Dante.
W zatoce Koron las masztów się jeży,Na zamku Koron lampy błyszczą z wieży,Tam Seid basza częstuje żołnierzy.Święci swój tryumf — jutro spodziewany,Gdy zbójców zgromi i pojma w kajdany.Tak na Allaha przysiągł swemu Panu.Wierny przysiędze i słowom firmanu,Zwołał swe nawy; — coraz w liczbę rosną,Tłum coraz większy tryumfuje głośno.O łup, o branki, przed wzięciem się kłócą.Jeszcze nie wyszli, już pewni, że wrócą.O świcie dosyć niech pod żagle wsiędą,Przed zmrokiem zbójców port i łup zdobędą!Tymczasem straże mogą spać bezpiecznie.Nie dość jest bić się — niech marzą walecznie!Lub gdy sen komu nie cięży w powiekach,Może ramienia próbować na Grekach!...O! godne czyny barbarzyńskiéj dłoni!Katować więźnia, gdy się sam nie broni;Napaść dom Greka, sprzęt skruszyć pod nogą, —Bić — byle tylko nie zabić nikogo! —Dziś są łaskawi — nie chcą, czy nie mogą.
Gdzieniegdzie tylko słychać jęk i razy.Lecz to żart! — Basza zakazał obrazy.Wzdłuż brzegu wszędzie śmiech, muzyka, wrzawyKto kochasz głowę, śmiéj się, dziel zabawy!Bo dziś muzułman wesół — choć bez wina,Wytężył dowcip — łaje i przeklina.
W biesiadnéj sali, w lśniącym złotogłowiu,W białym zawoju, wsparty na węzgłowiu,Seid śród gości spogląda wesoły.Skończona uczta, odstawione stoły.Twarz jego płonie, ogień iskrzy z oka:Pije on, mówią, napój nie Proroka.Nie śmieją drudzy; prawowierni, trzeźwi,War wonnéj mokki myśl w nich tylko rzeźwi.Z długich cybuchów dym bucha w około,Gdy almy w środku tańcują wesoło.Jutro na bitwę! — lecz dziś, w nocnéj porze,Nie dość bezpiecznie puszczać się na morze!Na wzdętych falach sny nie tak powabne,Jak gdy ich łoże kołysze jedwabne!Więc się dziś bawią; — jak błyśnie świtanie,Pójdą, bo muszą — nadzieja w Koranie!Choć widok floty i gwar tłumnéj rzeszy,Ziemską nadzieją niemniéj dumę cieszy.
Ze czcią bojażni, od wnętrznych podwoi,Idzie niewolnik, co w nich stróżem stoi.Schylił się, czołem uderzył podłogę,Nim w drżących ustach głos rozwiązał trwogę.„Derwisz podróżny, zbieg z więzów korsarzy,Przybył, i czeka, czy się wejść odważy?“ —W skinieniu baszy zgadł znak jego woli.Odszedł. — Wszedł derwisz — zbliża się powoli,Skromnie na piersiach krzyżuje ramiona,Krok jego słaby, źrenica spuszczona.
Trudów, nie wieku, starość znać z postawy,Twarz jego blada z postów, nie z obawy.Poświęcon Bogu włos spada szeroko,Okryty czapką okrągłą, wysoką.Długa, powiewna, rozpuszczona szataObwija piersi — oziębłe dla świata.Pokorny, jednak pan siebie, bez strachuSpotyka oczy iskrzące wzdłuż gmachu.Nikt nie śmie pytać, lecz wszyscy ciekawi,Co wnet spytany przed baszą objawi.
„Skądeś derwiszu?derwiszu?“ — „Przez zbójców pojmany,Uszedłem z więzów“. — „Gdzie? kiedy zabrany?“— „Do wyspy Scio z portu SkalanowyPłynął nasz okręt, wiózł towar handlowy.Nie szczęścił Allah — wola jego święta!Napadli zbójcy, nawa nasza wzięta,Towar złupiony — myśmy poszli w pęta.Nie miałem bogactw, śmierci się nie bałem,Lecz tracąc wolność, straciłem, co miałem.Długo mię gniotła przemoc świętokradzka;Aż dziś noc ciemna i łódka rybackaTu mię zbawiły — tu, w opiece twojéj,Potężny baszo! któż się zbójców boi?“ —— „Jakże ci zbójcy? jak zbrojni? czy śmieli?Myślisz, że opór stawićby mi chcieli?Czy wiedzą o mnie, że z jutrzejszą gwiazdąMam zniszczyć ogniem skorpijonów gniazdo?“ —— „Baszo! wzrok we łzach niewiele dostrzega,Trudna więźniowi przenikliwość szpiega.Słuchałem tylko morskich fal łoskotu,Ptastwu morskiemu zazdroszcząc przelotu;Widziałem tylko — ach! przez kraty ciasne,Niebo — zbyt czyste, słońce — zbyt mi jasne;I żeby inném czém zająć mą duszę.Czułem, że wolność wprzód odzyskać muszę.Lecz z méj ucieczki znać, że się nie strzegą,Że się nie muszą obawiać niczego.Sposobność ujścia próżnoby mi znikła,Jeśliby brzegów strzegła czujność zwykła.
Niebaczność straży, jak mojéj podróży,Równie zbliżeniu twéj floty posłuży.„Lecz baszo! głosu i sił mi już braknie,Trud odpoczynku, głód posiłku łaknie.Pozwól, bym odszedł. — Pokój, pokój z wami!Odchodzę za was modlić się ze łzami“.— „Stój, stój, derwiszu! mam cię jeszcze badać.Stój! — słyszysz? każę — musisz odpowiadać.Usiądź! wieczerzę przyniosą ci słudzy,Nie będziesz pościł, gdzie ucztują drudzy.Powiesz mi potém, jak naoczny świadek,Krótko i jasno; nie lubię zagadek“.
Nie wiedziéć czemu, derwisz drgnął — i srogoZ pod brwi zmarszczonych spojrzał jakby z trwogą.Łaska w nim baszy nie budzi wdzięczności,Ni go snać wzrusza cześć obecnych gości,Bo przygryzł wargę, i bladość niezwykłaJak błysk po licu przebiegła i znikła.Usiadł w milczeniu, i wrychle na nowoPrzybrał wzrok zimny i postać surową.
Przynieśli ucztę — wykwintne potrawy.Jakby w nich jadu lękał się zaprawy,Zadrżał na widok, ze wzgardą odpycha —Dziwna w zgłodniałym wstrzemięźliwość mnicha! —— „Co ci, derwiszu? — jedz! — ust ci nie splamiPsie jadło giaurów; tuś nie ze zbójcami.Co? sól odpychasz? — zgody zakład święty,Co podzielona koi gniew zawzięty,Sprzysięgłe na się łączy pokolenia,I serc nieprzyjaźń w braterstwo przemienia?...“— „Sól jest przysmakiem; — pożywieniem mojem,Są polne zioła, woda mym napojem.Prawa zakonu i ślub mój przed BogiemBronią mi łamać chleb z bratem, czy z wrogiem.To cię zadziwia — i może obruszy,Lecz względy ziemskie nie zbawią méj duszy.Ty, ni sam sułtan nie zmusi mię niczem,Bym dotknął uczty przed ludzi obliczem,Bo gdy raz zgrzeszę, gniew mi MohammedaDo świętéj Mekki pielgrzymować nie da“. —— „Dobrze, derwiszu! gdyś tak bogobojny,Powiedz mi tylko — odejdziesz spokojny —
Ilu ich? — Cóż to? ha! to nie jest zorze!Co za meteor? co za blask na dworze!Patrzcie! nad portem jakby ognia morze! —Pożar! do broni! spieszcie! pożar! zdrada!Flota się pali! a jam tu — o! biada!Przeklęty derwisz! — przyszedł w sidła zwabić,Giaur, szpieg przebrany! — pojmać go i zabić!“
Porwał się derwisz na wybuch płomieni,Nagłą w nim zmianą zbledli przerażeni.Porwał się derwisz — nie już w mniszym stroju,Lecz jak wojownik gotowy do boju.Rozdarł swą szatę, czapkę zerwał z skroni:Pancerz na piersiach, szabla błyszczy w dłoni!Hełm nizki, lśniący, nad nim czarne pióro.Twarz się zczerniła, oczy ogniem gorą.Jak na zjawisko piekielnego duchaPierzchły z serc Turków męstwo i otucha.Tłoczą się, biegną, śród zgiełku, śród gwaru —Tu blask pochodni, tu łuna pożaru!Krzyk, hałas, groźby, przekleństwa i jęki,Huk trąb i bębnów, i oręża szczękiGrzmią po powietrzu — jakby z mocą wściekłąCałe na ziemię wyparło się piekło,Zlękłe, zdumione, obłąkane straże,Patrząc na morze, na niebo w pożarze,Nie widzą pana — nie słyszą, co każe.Próżno wre baszy wściekłość rozdąsana:„Pojmajcie szpiega! pojmajcie szatana!“ —On ujrzał popłoch — cofnął krok rozpaczny,Którym się na śmierć miotał nieobaczny,Gdy pośpiech braci, wcześniéj niż zalecił,Niż wydał hasło, pożarem zaświecił.On ujrzał popłoch — trąbkę do ust złożył,Dźwięk krótki, ostry, trzykroć się powtórzył.Odpowiedziano. — „Wy tu, bracia mili!Mógłżem posądzać, w niebezpiecznéj chwili,Że mię umyślnie samym zostawili?...“ —Rzekł, miecz i ramię puścił w krąg szeroki,Jakby chciał pierwszéj powetować zwłoki.Przestrach we wrogach męstwo w nim podwaja. —Pierzchła przed jednym rozpłoszona zgraja.
Toczą się głowy po krwawéj podłodze,Nikt nie śmie dostać: żołnierze i wodze,Nieufni w dłoni, zaufali w nodze.Seid ostatni w pierzchających tłumie,Grozi, klnie, błaga — wstrzymać ich nie umieMężny — sam jednak spotkania unika:Strach uolbrzymił siłę przeciwnika.Spojrzał z rozpaczą, gdzie flota się pali.I rwąc swą brodę, wściekły wybiegł z sali.Nie czas już czekać; — przełamano wartę,Bramy pałacu runęły wyparte.Wpadają zbójcy. — Próżno trwoga blada,Próżno pokora na kolana pada,U nóg zwycięzców próżno składa miecze:Przeszli — krew wrząca strumieniami ciecze.Pędzą, gdzie znowu brzmi trąbka Konrada,I jęk ginących tryumf zapowiada.Wpadli — okrzykiem witają weseli:Śród stosu trupów zwycięzcę ujrzeli!Miecz trzyma w górze, ogniem iskrzą oczy,Jak syty tygrys w krwi rozlanéj broczy. —Krótka rozmowa: „Flota już w perzynie!“ —— „Dobrze! Lecz Śeid musi zginąć“. — „Zginie!“ —— „Za mną, i naprzód! z ogniem i żelazem!Płonie port — czemuż i miasto nie razem?“
Skorzy na rozkaz — każdy żagiew chwyta,Miasto i zamek jedną łuną świta.Z dziką rozkoszą Konrad się uśmiecha:Wzdrygnął się nagle — jakież słyszy echa?Ha! to jęk niewiast! — jak dzwon na pogrzebieWstrząsł sercem jego — tak twardém w potrzebie,„Harem się pali! — za mną! do obrony!Spieszcie! pomnijcie — i my mamy żony.Na nie, ach! spadnie krew niewiast: — pomnijcie!Nie krzywdzić żadnéj, kto stoi o życie!Śmierć nieść mężczyznom — lecz pomoc kobiécie! —Ach! jam zapomniał! — lecz czyż Bóg przebaczySprawcy niewinnych śmierci i rozpaczy? —
Idź kto chcesz za mną! ja choćby sam, idęOdeprzéć od nas téj zbrodni ohydę!“ —I skoczył w ogień po wschodach runących.Wyłamał otwór we drzwiach gorejących;Po rozpalonych kamieniach podłogi,Śród kłębów dymu i iskier pożogi,On, i w ślad za nim śpieszący bez trwogi,Wpadli — porwali — każdy na swych rękachUnosi jednę — nie myśląc o wdziękach.Ośmiela, cieszy, błaga, uspakaja.Zna cześć piękności Konradowa zgraja.Nie iść w ślad wodza najdzikszy się sroma,Ratuje słabość, krwawemi rękoma.Lecz któż jest? któż jest ta piękna i blada,Ta najpiękniejsza w objęciach Konrada?Postać niebianki, tronu godne lica,Anioła godne! — Któż jest ta dziewica? —Pani haremu, baszy niewolnica.
Krótko wódz spojrzał na wdzięki Gulnary,Krótko ośmielał niosąc przez pożary,Krótko pożegnał; — nie czas stać spokojnie!Gdy litość chwilę sfolgowała wojnie,Wróg nieścigany zaczął się ozierać.Zwalniać krok, stawać, zwracać się, opierać,Widzi to Seid, widzi i poznaje,Przed jaką garstką pierzchły jego zgraje.Wstydzi się błędu — wstyd wściekłość w nim drażni,Gdy widzi dzieło zbyt skoréj bojaźni.„Alla il Alla!“ okrzyk zagrzmiał w gminie,Każdy jak wściekły, pomści się, lub zginie.Ogień za ogień, krew za krew niech płaci!Lecą do boju, po trupach swych braciZnów szczęk, wrzask, ciżba, wre bitwa straszliwa.Szczęście, jak nagle wezbrało — odpływa.Zwycięzcy tłuszczą ściśnieni zuchwalczą,Już nie o tryumf, o swe życie walczą.Ujrzał wódz — pojął, zgadł niebezpieczeństwo.Słabnie przed tłumem siła — choć nie męstwo.
„Jeszcze raz, za mną! rozbić zgraję trwożną!“Kupią się, biegną, uderzyli, próżno!Wszystko stracone! — wróg ciaśniéj otacza,Nikt ujść nie zdoła, lecz nikt nie rozpacza.Jeszcze są w szyku! — ha! już przełamani,Już rozpierzchnieni, ujęci, zrąbani!...Kto został, milcząc pasuje się w gminie,Aż z trudu raczéj niż z rąk wroga zginie;Aż choć raz jeszcze, w konwulsyjniéj pięści,Na czaszce wroga mściwy miecz zachrzęści.
Lecz nim tłum dziki wszcząwszy bój zażarcie,Sam się na wstępne odważył natarcie,Wraz ze swą panią, dziewice Gulnary,W domu mieszkańca jednéj z niemi wiary,Z rozkazu wodza umieszczone skrycie,Przestały bać się o sławę i życie.Z łez i Gulnary oschło czarne oko,Lecz smutna, milczy i duma głęboko.Tkwi w jéj pamięci wybawca z płomienia,Dźwięk jego głosu, blask jego spojrzenia.Dziw jéj, że zbójca, śród boju dzikości,Zdał się być czulszym, niż Seid w miłości.W pieszczotach nawet baszy niewolnicaCzuć musi łaskę, jaką pan zaszczyca;Korsarz niósł pomoc, osłodę boleści,Jak hołd należny godności niewieściéj!...„Źle jest — co gorsza — wiém, że próżno żądać.Chciałabym jednak — muszę go oglądać,Winnam mu życie moje i tych branek.Zapomniał o niém mój pan — mój kochanek!“
I wnet go widzi, gdzie bój najzaciętszy,Jęk najgłośniejszy, i tłok coraz gęstszy.Sam wpośród trupów szczęśliwszych już braci,Cofa się, groźny w licu i postaci.
Każda piędź ziemi krwią za nim przesiękła.Miesza się pogoń, ustaje zalękła —Aż w krwi ślizgocie krok się jego zwinął.Zachwiał się, upadł — chce zginąć, nie zginął,Wzięty! — Ha! zbrodnia nie ujdzie bezkarnie,Niech tylko zemsta wymyśli męczarnie!Tamują rany, śmierć nie czyni zadość.Kroplą po kropli przelać krew, to radość,Jęki po jękach słyszéć, gdy je wyda,To będzie rozkosz dla baszy Seida!Obyż mąk rodzaj wynaléść, wykonać,By wciąż w nich konał, nigdy nie mógł skonać!
Widzi Gulnara — tenże to syn męstwa,Przed chwilą jeszcze wódz i pan zwycięstwa,Którego słowo lub ręki skinienieTysiącom niosło śmierć lub przebaczenie?On to! — bezbronny, lecz mężny w złéj doli,Życie go tylko, że je ustrzegł, boli.Rany ma lekkie, choć sam ciosy wabił,Choćby całował miecz, coby go zabił.Nikt-że z tysiąców, jednego potrzeba,Nie chce go posłać, mniejsza! czy do nieba?Sam-że on z braci ma zostać na ziemi,On, co śmierć spotkać śpieszył przed wszystkiemi!..Czuł on, co człowiek czuje, gdy na czołoZe szczytu upadł pod Fortuny koło:Czuł złe, co zbroił; czuł blizkie katownie,Czuł hardość wroga, czuł gorzko, gwałtownie;Ale taż duma, co go w głąb strąciła,Wzmogła w nim serce, i boleść pokryła.Wzrok pogardliwy i twarz obojętna,W jeńcu, zwycięzcy jeszcze noszą piętna.Ranny, znużony, lecz gdziéż są w téj chwili,Coby spokojniéj i mocniéj patrzyli?Słucha bez gniewu, jak stojąc zdalekaPodła nań tłuszcza urąganiem szczeka;Mężni, co zblizka w boju go widzieli,Szanują w więzach dłoń, przed którą drżeli.Ledwo nań który z wiodącéj go straży,Żaden beze czci spojrzéć się nie waży.
Posłany lekarz, nie litość posyła —Ma rzec, co w mękach zniesie jeńca siła.Znalazł jéj dosyć, by dźwigać kajdany;Znalazł dość czucia, by czuć ból zadany;Jutro więc, jutro, gasnąc na gór szczycie,Słońce obaczy pierwsze na pal wbicie,A rano z morza w zwykłéj wstając mocy,Ujrzy, jak dotrwał w mękach całéj nocy.Z mąk to najsroższa, najdłuższe z cierpienia;Z bólem konania łącząc żar pragnienia,Śmierć, jednę ulgę, z dnia na dzień oddala,Gdy już ćma sępów kracze wkoło pala.„Ach! wody! wody!“ — Zemsta się naśmiewa,Wskazuje puhar, zbliża, i rozlewa.Próżno nieszczęśnik usta ku niéj kwapił:Skończyłby cierpiéć, gdyby się raz napił.To wyrok jego. Odeszli strażnicy,On został — jeden, w kajdanach, w ciemnicy.
Któż uczuć jego pojąłby męczarnie,Gdy on, ofiara, sam ich nie ogarnie?Noc, wojna, zamęt, w myślach jego duszy:Wszystkie w niéj siły mdleją od katuszy,Wszystkiemi jego uczuciami miotaNieżałująca, rozpaczna zgryzota,Ów wróg nasz mściwy, co milcząc w potrzebie,Po czasie woła: „ostrzegałem ciebie!“ —Próżno! — pierś mężna, jadem jéj zatruta,Klnie albo milczy, dla słabych pokuta!Przed chmurą ciosów, czyż obwód téj tarczyOkryciu serca wielkiego wystarczy?W téj nawet chwili, gdy nawpół jak w grobie,Całe swe życie czuje, widzi w sobie,Żadna w niém zbrodnia nad inne grożąca,Żadna namiętność, ni myśl panująca,
Nie ćmi się przed nim tak, aby swém cieniemResztę przynajmniéj skryła przed wspomnieniem.Nie! — okiem ducha patrzy on od razuNa całą przestrzeń dzikiego obrazu:Widzi rozpierzchłe sny dumnéj wielkości,Skażoną chwałę, łzy, rozpacz miłości,Znikłe nadzieje szczęścia, czcze zamiary,Tryumf swych wrogów, kaźń swéj blizkiéj kary!...Przeszłość się czerni, jak otchłań bezdenna,Przyszłość, jak chmura gromami brzemienna;Czyny i słowa, złe myśli i chęci,Co jak ćma nocna kryły się w pamięci:Błędy wesołe lub miłe w swym czasie,Lecz z których dzisiaj każdy zbrodnią zda się;I wszystkie krzywdy, któremi przewinił,Co choć utaił, sam wie, że uczynił,Których naprawić nie ma już sposobu:Wszystkie, jak duchy z otwartego grobu,Wznoszą się z serca, okryte żałobą,I groźnym palcem wołają za sobą...Wszystko on widzi, nim zwierciadło duszyOckniona duma porwie i rozkruszy,Tak! duma pokryć, odwaga znieść śmiałoPotrafi wszystko, wszystko, co się stało;Lecz któż bez trwogi? — cóż stąd, że ukryta?Godzien jest tylko chwały hipokryta:Nie nędznik, co się wprzód chełpiąc, ucieka,Lecz ten, co nawet widzi śmierć — i czeka;Lub gdy weń godzi grot niechybny losu,Bieży w pół drogi na spotkanie ciosu.
W warownéj izbie, na najwyższéj wieży,Okuty Konrad na posłaniu leży.Pałac spalony, ta wieża zamykaBaszę, kobiety, dwór i niewolnika.Nie wini Konrad o srogość zwycięzcę,Sam mu los równy gotował po klęsce.Duma sam w sobie: — strach, zgryzotę przemógł;Lecz jest myśl jedna, któréj uśpić nie mógł,
Któréj pomyśléć nie śmiał: — jak te wieściPrzyjmie Medora? jak zniesie boleści?...Wtenczas, raz tylko wtenczas, z cichym jękiemPorwał się z miejsca, i z kajdanów brzękiemWzniósł nagle ręce, jakby zerwać żądałWięzy, na które z wściekłością poglądał.Lecz udał męstwo, czy się w nie uzbroił:Zaśmiał się gorzko, i gniew uspokoił.„Teraz niech przyjdą! niech znajdą katuszeGorsze! niech znajdą!... Lecz odpocząć muszę.“Rzekł, padł na łoże, zamknął skrzące oko,I co bądź marzy, znać, że śpi głęboko.
Noc jeszcze, północ już była minęła,Gdy pożar floty i bitwa się wszczęła.Jak Konrad w planach, godna wodza rzeszaSkora w pełnieniu i w pracy pośpiesza.Nie było złego, choć w tak krótkiéj chwili,Coby go mogąc, wrogom nie zrobili.W godzinie Konrad, korsarz na pokładzie,Na lądzie rycerz, derwisz na biesiadzie,Odkryty, blizki śmierci, ocalony,Zwycięzca, tyran, zbawca, zwyciężony,Jeniec, w kajdanach, jak zbrodzień po wojnieSkazany na śmierć — i usnął spokojnie!
Śpi — uśmiech w ustach, łza lśni z pod powiekiOddycha lekko — oby spał na wieki!Któż się to zbliża z łzawemi oczyma?Wrogi odeszli, przyjaciół tu niéma!Seraf-li, niebios utaiwszy blaski,Niesie mu we śnie zwiastowanie łaski?Nie! — choć anielska w licu piękność świta,Ziemski to tylko jest anioł — kobiéta!Wzniesioną lampę w jednéj trzyma dłoni,Drugą jéj światło przed uśpionym chroni,By blask niewczesny nie padał na oczy,Co z snu otwarte, wnet znów śmierć zamroczy.W powiewnéj bieli, postać jéj w milczeniu,Jak duch wiejący, posuwa się w cieniu.
Lekka, wysoka, pierś tylko i licaMdłe światło lampy zaledwo oświéca.Włos rozpuszczony, na białéj odzieżyJak smug ciemności, wpół na piersiach leży,Wpół spływa z ramion; stopa jak śnieg biała,I jak śnieg cicho na ziemię spadała.Któż ona? Sama, w nocy, mimo straży,Jak tu wejść mogła? jak się wchodzić waży?O! spytaj raczéj, przed jaką przeszkodąZadrży kobieta, gdy jéj duszę młodąCzułość i litość, jak Gulnarę wiodą?Nie mogła usnąć, i gdy basza we śnie,Marząc o klęsce, klnie, jęczy boleśnie,Marząc o jeńcu, nakazuje męki:Wstała, i sygnet zdjęła z jego ręki,Znak jego woli, który gdy okaże,Wszelkie wnet przed nią rozstąpią się straże.Przeszła bezpiecznie, nikt o nic nie bada.Znużeni bojem strażnicy Konrada,Zazdroszcząc więźnia spoczynkowi, samiWpół senni ziemię zalegli przed drzwiami.Ujrzeli pierścień, mało się kłopocą,Kto go przynosi, gdzie idzie i po co?
Patrzy zdumiona — „On śpi? — gdy z rozpacząTysiące po nim, lub na niego płaczą?...Ja sama nawet!... — Jakaż czarów siłaTak mi go nagle drogim uczyniła?Zbawił mi życie, poświęcił sam siebie;Mamże go wzajem opuścić w potrzebie?Nie! chcę mu pomódz, nie dbam o sąd ludzi.Lecz cicho! westchnął, poruszył się, budzi!“Podniósł wzrok, blaskiem zaślepione oczyZdają się wątpić, czy sen ich niemroczy.Lecz ruszył ręką, głuchy brzęk okowuDowiódł, że żyje, i cierpieć ma znowu.„Któż jest ta postać? Anioł stróż z wejrzenia!Zbyt zda się piękny na stróża więzienia.“— „Nie znasz mnie? jestem z tych, co czują wdzięcznośćZa czyn, do jakich rzadkoś miewał zręczność.
Patrz! czyż nie pomnisz, żeś sam swą odwagąWyrwał mię z ognia, ustrzegł przed zniewagą?..Przyszłam — nie pytaj po co? lecz nie szydzić.Ja cię nie mogę, nie chcę nienawidzić.“— „Jeśli tak, pani! jesteś więc tu jedna,Któréj śmierć moja uciechy nie zjedna.Tem gorzéj! smutku nie radbym ci sprawić.Lecz dziś ich pora! chcą, mogą się bawić.Słuszna im jednak wdzięczność niewolnika,Że tak pięknego ślą mu spowiednika.“Z najgłębszym smutkiem niekiedy się mieszaDziwna wesołość: serca nie pociesza.Choć błyszczy w oczach, łza z nich nie osycha;Uśmiech jéj gorzki, jednak się uśmiécha,I nieraz światu, zamiast pożegnania,Żart płochy rzuca z wierzchu rusztowania,Co choć nie radość, jak zda się, go budzi,Ułudza drugich, lecz któż siebie złudzi?Co bądź czuł Konrad, jak łuna z ogniska,Dzika wesołość w rysach jego błyska.Mówił z uśmiechem, z szyderstwem na poły:Wesołe słowa, i ton ich wesołyZnać, że mu obcy: w burzliwém swém życiuRzadko miał porę miewać go w użyciu.
„Korsarzu! pal twój gotów, lecz ma władzaCzęsto gniew baszy i wyrok złagadza.Chciałabym, tak jest, chcę, muszę cię zbawić.Dziś nie! dzień blizki mógłby nas wyjawić.Lecz dość zyskamy, jeżeli, jak wróżę,Czas twojéj kaźni do jutra przedłużę.Dzisiaj nic więcéj nie żądaj odemnie,Gdyżbyśmy tylko zginęli daremnie.“— „Ja nic nie żądam, niech się kres mój zbliży!Spadłem zbyt nizko, bym się bał spaść niżéj.Więc oszczędź sobie trudu, mnie życzenia,Bym jak zbieg podły uchodził z więzienia.Gdym nie zwyciężył, mamże z braci całéjSam, nieśmiąc umrzéć, powracać bez chwały?..
„Jest wszakże jedna, o któréj duch marzy,Któréj łzę, zda się, że czuję na twarzy!...W życiu mém dotąd jedyne pociechyByły: mój okręt, mój miecz, jéj uśmiechy,I Bóg mój niegdyś! przeszłość to daleka!Jam się Go z młodu, dziś On mnie wyrzeka.Za niecześć ojca mściwy karze sędzia.Zwycięzcy moi Jego są narzędzia!Nie czas już wszakże, bym rozpacznik podłySamolubnemi znieważał go modły!Nie! nie mam prawa prosić, i nie proszę;Co zesłał, cierpię; co znieść mogę, znoszę.Miecz mój z niegodnéj wytrącono dłoni,Niegodnéj dźwigać jak on wiernéj broni.Okręt méj wzięty, lecz ta, tak mnie droga!..Ach! za nią jeszcze chciałbym prosić Boga.Ona jest wszystkiém dla mnie, a te wieściSkruszą jéj serce ogromem boleści!Ta myśl jest dla mnie nad śmierć sroższą karą.Ona tak tkliwa, tak piękna! — Gulnaro!Nimem cię ujrzał, przeszły lata długie,Żem nie pomyślał, czy są piękne drugie.“ —„Ty więc już kochasz? — ty już kochasz inną?Cóż mi to znaczy? nic, nic nie powinno!Jednak — ty kochasz! — ach! ja zajrzeć muszęDuszy, wzajemną kochającéj duszę,Która nie czuje i nigdy nie czułaTéj czczości serca, co moje.“— „Twoje? — sądziłem, że z ogniów haremuJam cię ratując, zachował lubemu.“— „Seid mój luby? — ach! nie! nie mój luby!Niegdyś to serce, dziś już wzięte w kluby,Długo się niegdyś ubijało we mnie,By czuć wzajemność, niestety! daremnie.Pragnęłam kochać, kochać jestem zdolną,Lecz czułam, czuję, wprzód trzeba być wolną:Jam niewolnica, cóż, że z łaski panaNa panią innych niewolnic wybrana?Gorzkie pieszczoty, gdy je przyjąć każą,Podląca wierność, pod dozorców strażą;Lecz trudniéj jeszcze, gdy wstręt serce mrozi,Udawać czułość, bo pan gniewem grozi!
Stokroć w dzień muszę w duszy méj złorzeczyćZimnym „czy kochasz?“ — nie śmiejąc zaprzeczyć.Bierze mą rękę; ni daję, ni bronię,Krew w niéj jak martwa, ni krzepnie, ni płonie.Patrzy mi w oczy, niezmieszana stoję;Ust jego żarem nie palą się moje.Sama się sobą muszę tylko brzydzić.Nie dość kochałam, by choć znienawidzić.Nie, nic nie czuję! — Odchodzi — nie pytamGdzie? kiedy wróci? — Powraca — nie witam,Nie widzę prawie. Straszliwa rozwaga!Czuje, jak coraz wstręt i sytość wzmaga,O! gdybyś wreszcie nasycon wzajemnie,Chciał sobie milszą wynaléźć odemnie,I mnie zostawił, przed godziną bojuMogłabym jeszcze powiedziéć: w pokoju!Lecz już się stało! Dzisiaj jeszcze muszęUdawać czułość, nim twe więzy skruszę.Za smutne życie ocalone brance,Zbawcę mojego chcę wrócić kochance;Wrócić jéj sercu szczęście i wesele,Jakiego sama z nikim nie podzielę.Bądź zdrów! dzień świta, straże zejść nas mogą,Nie umrzesz dzisiaj, okupię cię drogo.“
Rzekła, i ręce okute KonradaZ tkliwą pokorą do serca przykłada.Poszła, jak przysyła, jako sen przelotny.Byłaż tu ona? — znówże on samotny?Jakaż to kropla, jak brylant promienny,Lśni na okowach od jasności dziennéj?Łza to najświętsza, niewieściéj czułościNajdroższa perła, co z morza litości,Nim tkliwa dusza na świat ją uroni,Już wygładzona w cherubina dłoni!O! jak urocza, jak silnie zwycięska,W oczach kobiety, jéj łza czarnoksięska!Broń jéj słabości, razem miecz i tarcza.Jak do obrony, do zwycięstw wystarcza.
O! nie patrz na nią! Cnota z drogi boczy,Mądrość się zbłąka, gdy w nią wlepi oczy.Jedna łza w oku egipskiéj królowéj —Pierzchnął bohater, świat poszedł w okowy.Lecz nie potępiać błędu tryumwira!Tylu się nieba na ziemi wypiéra,Rzuca się w piekło, wieczność w mękach pędzić,By zalotnicy kilku łez oszczędzić!
Ranek; przez kraty na twarz więźnia padaDzień, co kres wszystkich dni mu zapowiada.Dzień już bez jutra! a w nim pamięć wczora,Straszniejsza stokroć, niż widok upiora!Wczora pan morza, wódz dzielnych zastępów!Dziś, jeniec wrogów, może pastwa sępów,Kiedy to słońce, co wschodzi tak jaśnie,Okiem już jego niedojrzane zgaśnie,Gdy wkoło świeżość chłodu wieczornegoOżywi wszystko — wszystko, oprócz niego!...
„Come vedi — amor non m’abbandona. —Dante.
Zwolna — piękniejsze niż w dziennéj kolei,Zniża się słońce za wzgórza Morei,Nie w mgle, jak indziéj, blade, bez promieni,Lecz jak ognisko żyjących płomieni.Po śpiącéj głębi smugiem złota ciska,Wre zda się woda, gdy z drżeniem połyska.Nad wyspą Hydry, nad Eginy czołem,Bóg wesołości, spojrzeniem wesołém,Po raz ostatni luby kraj swój darzy,Choć w nim już dawnych nie widzi ołtarzy.Słupem z gór wierzchu cień zstępując siny,Port niepodbitéj zaległ Salaminy.Przez głąb wąwozów, we zwierciadłach fali,Krwawą purpurą horyzont się pali,Gdy na gór szczycie, jak złota korona,Lśni jeszcze słońca jasność zawieszona;Aż wreszcie blaski zagarnąwszy całe,Utonie do snu za delficką skałę.
Taki był zachód dnia, w którym przed wiekiNajmędrszy z Greków miał zawrzeć powieki.Jak wtedy jego uczniowie płaczącyDrżeli o każdy promień konający,
Gdy jak to słońce, z niém razem, przed niemiMądrość ich mistrza zajść miała na ziemi!„Jeszcze nie! — jeszcze! — słońce zachód zwleka,Chwila rozstania jeszcze jest daleka!“ —Lecz słońce patrząc w konające oczy,Blask swój przed niemi i swe barwy mroczy;Żałobę zda się po kraju rozlewać,Gdzie dotąd Febus nie umiał się gniewać.I nim Cytery zakryła go skała,Puhar stał próżny — duch uleciał z ciała —Duch, co dla prawdy śmierć i trwogę przemógł,Co żył, i umarł — jak nikt drugi nie mógł.
Lecz patrz! milcząca z za Himetu szczytówWzbija się nocnych królowa błękitów.Ni mgła, ni obłok, zapowiednik burzy,Nie ćmi jéj kształtu, ani lic nie chmurzy.Ówdzie śród ruin, pełnym wzrostem dumna,Blaskiem jéj dawna bieleje kolumna;Tam z okrągłego minaretów wierzchu,Młody jéj obraz połyska się w zmierzchu.Gajem oliwne rozsadzone drzewa,Gdzie skromny Cefiz wązki nurt przelewa;Między cyprysy gronami stojące,Letnich kijosków wieżyczki błyszczące;I owa palma, samotna stróżyniPrzy Tezeusza zwalonéj świątyni,Wszystkie koleją przynęcają oczy —Ślepą ma duszę, kto idąc nie zoczy!
Wojną z wiatrami Neptun zmordowany,Do snu Egiejskie uciszył bałwany.W pręgach jasności złota i błękitu,Leżą zwierciadłem u stóp ścian granitu.Prócz gdzie cień wysep czerni się na wodzie,Wszystko się w nocnéj uśmiecha pogodzie!
Czas do méj treści — czyż myśl od niéj boczy?O! ziemio grecka! o kraju uroczy!
Któż, gdy cię poznał — o czémkolwiek pienia.Nie rad w nich twego uświęcić wspomnienia?Kto widząc z Aten zachód twego Feba,Ich wieczornego mógł zapomniéć nieba? —Nie ten, co z gościa, jakby syn twéj ziemi,Niezmienny miejscy, ni laty długiemi,Myślą po tobie dawne licząc ślady,Żyje zaklęty między twe Cyklady!Ni hołd ten obcym pieśni swéj uważa.Twą była wyspa mojego korsarza —Wyzwól ją z jarzma, którem wróg znieważa! —
Słońce już zaszło — i jak wyspa cała,Z ostatnim jego blaskiem pociemniałaDusza Medory; — trzeci dzień przeminął.Dziś on miał wrócić: — zbłąkał się? czy zginął? —Burzy nie było, wiał wciąż wiatr łaskawy.Anzelmo wczoraj powrócił z wyprawy,Lecz wieść jedyna, którą opowiada,Jest, że nie spotkał okrętu Konrada.O! gdyby spotkał! — chociaż krwawszych w treści,Innychy w skutku doczekano wieści! —Noc, wiatr dmie zimny: — ona przez dzień całyZ okna swéj wieży patrzyła na wały,Łudząc się widmem to masztów, to żagli.Nie może dłużéj — niespokojność nagli.Zbiegła nad morze, i w lekkiéj odzieżyBłądzi niebaczna wzdłuż płaskich wybrzeży.Próżno ją fala pryskająca z brzegaOblewa rosą, o burzy ostrzega:Nie dba, nie zważa, w tył kroku nie ruszy,Nie czuje zimna — jéj zimno w jéj duszy! —Aż straszna pewność tak myśl jéj obległa,Że gdyby wtedy kształt jego postrzegła,Lub-by ją rozum, lub dusza odbiegła.
Wtém łódka jakaś weszła do przystani.W niéj kilku ludzi — wszyscy krwią oblani,Wszyscy Konrada towarzysze śmieli.Uszli — jak? — sami prawie nie wiedzieli.
Widzą Medorę, poznali zdaleka. —Zbliża się — milczą — każdy zda się czeka,Aż drugi zacznie, sam w duszy niewieściéjBojąc się zbytniéj obudzić boleści.
Ona nie pyta — ona wszystko zgadła,Jednak nie blednie, nie drży, nie upadła.W dziewiczéj piersi wielkie czucia żyły,Dotąd swéj własnéj nieświadome siły:Póki nadzieja — bała się, płakała;Straciwszy wszystko — czułość skamieniała.I głos się w sercu z dziką ozwał mocą:Kto wszystko stracił, bać się nie ma o co!Nadludzkie męstwo! jakie w sercach ludziSzał chyba tylko, albo rozpacz budzi!„Milczycie? — dobrze! — ja nic nie chcę wiedziéć.Nic — jedno tylko — ktoby mógł powiedziéć?...Nie patrzcie na mnie z twarzą obłąkaną!Prędko i krótko, gdzie go pochowano?“— „Pani! nie wiemy; — zaledwośmy samiZ życiem ujść mogli. Lecz jest między nami,Co utrzymuje, że wódz nie zabity,Że jest w niewoli; że go sam ukrytyWidział pod strażą: — ranny, ale żywy“.Nie słucha więcéj — wieści przerażliwéjNie zniosło serce: — przytomność i siłaRazem krzepnącą duszę opuściła.Chwieje się, padła — i nawpół umarłąMożeby morze mogile wydarło,Lecz wnet ze łzami, choć dłońmi twardemi,Skorzy w ratunku podnieśli ją z ziemi.Nie ma sił stąpić — na rękach ją niosą —Skroń, piersi, morską oblewają rosą,Aż barwa życia wróciła na lice.Posłali zbudzić śpiące służebnice,I wnet, matrony zostawiwszy przy niéj,Odchodzą szukać Anzelma jaskini,Smutnéj wyprawy oznajmują skutki:Zbyt długa powieść na tryumf tak krótki?
Złożono radę — słowa się zatliłyGroźbą i zemstą; — nie patrzą na siły,Powinność woła! — zda się, że KonradaDuch jeszcze z niemi na radzie zasiadaCo bądź go czeka, poprzysięgli zgodnieAlbo go zbawić, albo pomścić godnie.Biada niewiernym! — bo jeszcze zostaliŚmieli na wszystko i o nic niedbali!
W haremu swego głębi niedostępnéjZamknął się Seid, i duma posępny.Miłość, nienawiść naprzemian nim włada,Gdy lub Gulnarę wspomni, lub Konrada.U stóp mu siedzi piękna niewolnica,Wzrokiem obawy patrząc w jego licaMroczne; — daremnie jéj piękność i sztukaIskry uczucia w sercu jego szuka;On licząc niby kaliwa różańca,Kroplami w myślach przelewa krew brańca.
„Baszo! dniem chwały dziś cię Allah darzy,Bitwa wygrana, w więzach wódz korsarzy.Ma umrzéć — słusznie! — wart twéj nienawiści.Lecz czyżbyś większych nie osiągł korzyści,Gdybyś pozwolił — sam to rozważ ściśle,Ja radzić nie śmiem, lecz mówię, co myślę,By on wszystkiemi skarby, które złupił,Ten raz, na krótko z więzów się wykupił.O skarbach jego wieść cuda rozgłasza,Radabym, żeby posiadł je mój basza!On znów, osłabion klęską poprzedniczą,Z resztą swych łatwą stałby się zdobyczą.Lecz gdy tu zginie, tamci zdjęci zgroząUciekną z wyspy i skarby uwiozą“.
— „Słuchaj, Gulnaro! gdyby mi za każdąKroplę krwi jego, dyamentu gwiazdąZapłacić chciano; za każdy włos jegoDawano sztabę złota dziewiczego;Gdyby, jak plotą arabscy bajarze,Skarb w Salomona zamknięty pieczarzeU stóp mi sypał: — za te wszystkie daryJednąbym chwilą nie zwlókł jego kary,Gdybym nie wiedział, że raz w mojéj mocy,Ujść z niéj nie zdoła, ni znajdzie pomocy.Tymczasem myśleć kazałem w seraju,Nad wynalazkiem nowych mąk rodzaju,I sam rozmyślam, jakich środków użyć,By ból powiększyć, a życie przedłużyć“.— „Źleś sobie, baszo! myśl mą wytłómaczył.Nie chcę, nie radzę, abyś mu przebaczył.Nie! — chciałam tylko wskazać ci sposobyZyskania skarbów; — gdyż co do osoby,Choćbyś go puścił — w tym, w jakim jest stanie,Nigdy on całkiem wolnym nie zostanie.Sam ranny, banda zmniejszona połową,Byleś chciał, pojmać mógłbyś go na nowo“.— „Mógłbym go pojmać? — i chcesz, bym dlategoMiał go dziś puścić? — dziś już pojmanego?Puścić psa giaura, zbójcę, wroga mego?...Puścić? — i może powiedzieć, na czyjeProśby? i komu zawdzięcza, że żyje?...Chcesz, bym go może nagrodził, pochwalił,Że mnie chciał zabić, lecz ciebie ocali!?...Mądrze doradzasz! Słuchaj, ja téż radzę,Co powiem, zapisz w sercu i uwadze.Nie wierzę tobie, kobieto! — w téj chwiliStwierdziłaś sama, co drudzy mówili.Mów! czy gdy ciebie unosił z pożaru,Ujść z nim natenczas nie miałaś zamiaru?...Lecz nie! — milcz raczéj! — ten ogień na twarzy,Sam już cię więcéj, niżbym żądał, skarzy.Więc strzeż się, piękna! rada innych zbawiać,Patrz, czy za tobą będzie się kto wstawiać?„Rozumiesz? — dosyć! — Przeklęta godzina,Gdy cię uniosło ramię poganina!..,Wolałbym, gdybyś!... — Lecz nie! wtedy pewnieŁzami kochanka płakałbym cię rzewnie.
Dziś pan ostrzega. — Próżne twe mamidła!Wiesz, że zbyt lotne umiem obciąć skrzydła;Nie w słowach tylko grożę, i nie próżno!Wejdź w siebie dobrze! — pomnij! bądź ostrożną!“Powstał, i dumnym oddala się krokiem,Szyderstwo w ustach, gniew wisi nad okiem.Nieznany jemu bart niewieściéj duszy,Że go surowość ni groźba nie skruszy.Nie zna Gulnary — nie wiedział, co onaCzuje, gdy tkliwa — śmie, gdy obrażona.W niewiarze mniema, że krzywdę poniosła;Nie wié, skąd litość w sercu jéj tak wzrosła.Zbawca — więc słusznie, że wdzięczność dlań czuje;Branka — nad losem więźnia się lituje.Nie śledzi daléj; — niepomna na groźby,Na niebezpieczne znów się waży prośby:Znów pogardzone; — aż w głębi jéj duszyZawziął się zamiar — nic go już nie wzruszy:Ujdzie z nim z więzów — lub zginie w katuszy!
Tymczasem długie, tęskne, jednostajne,Dzień i noc przeszły. Konrad męki tajneZniósł — w strasznéj walce zwątpień i bojaźni:Gdy każda chwila zda się chwilą kaźni,Gdy się krok każdy, co u drzwi rozlega,Zdaje być krokiem oprawcy lub szpiega,Kiedy głos każdy, co się ozwie w ciszy,Mniema ostatnim, co przed śmiercią słyszy;On zniósł to wszystko — mężnie i spokojnieDotrwał w najsroższéj z sobą samym wojnie.Gorącość bitwy, groza, wściekłość burzy,Dręczącą wewnątrz myśl tępi lub nuży:Lecz być samotnym, wtrąconym w okowy,Być, czuć się pastwą każdéj myśli nowéj;Patrzéć w swe serce, i drżéć, lub przed marąZbrodni swych przeszłych, lub przed przyszłą karą:Tamtych naprawić, téj nie módz odwrócić;Kląć każdą chwilę, po każdéj się smucić;Bez przyjaciela — coby słabość wspierał,Coby rzekł ludziom, żeś mężnie umierał;
Śród nieprzyjaciół — co wiesz, że potwarzą,Jak całe życie, śmierć twoję znieważą;Wobec mąk, które choć duch widzi śmiało,Nie wiesz, nie zgadniesz, jak je zniesie ciało,A jednak czujesz, że jęk, że łza jedna,Skazi twe męstwo, wrogom tryumf zjedna:Gdy ci zbyt sroga surowość człowieczaNadziei nawet zbawienia zaprzecza,A raj twój ziemski, pewniejszy niż w niebie,Ta, którą kochasz, daleko od ciebie:Oto są myśli, w których duch KonradaMiota się, błąka — ale nie upada!To są męczarnie, które musiał znosić —Zniósł — źle czy dobrze? nie uległ — już dosyć.
Przeszedł dzień pierwszy — on miał być dniem kary;Zszedł drugi, trzeci — nie widać Gulnary.Lecz co przyrzekła, stało się; — nie wróżył,By w mocy baszy jutra nawet dożył.Idzie dzień czwarty — przeminął, a z nocąCiemność i burza przyszły z całą mocą.O! jak mu luby szum, ryczenie morza,Gdy zapienione wre u ścian pudnoża!Porwał się — słucha — jakby z wiatry społemDuch jego bujał nad dzikim żywiołem.W takich on nocach, na wzdętych bałwanach,Po rozhukanych latał oceanach,Zawisał w chmurach i z dumnym uśmiechemSpadał w otchłanie — ciesząc się pośpiechem!...Dziś, głos tak znany, jak na pośmiewisko,Woła, niestety! próżno, choć tak blizko!Świszcząc dmie wicher; po nad dachem domuToczy się w chmurach huk ciągłego gromu,Bucha nań łuna błyskawic tysiąca:Blask ich dla niego weselszy od słońca!Wdarł się ku oknu — przez kraty wyciągaOkute ręce — błaga czy urąga?Wzniósł je ku niebu, ku chmurom — i razemPrzyzywa gromu klątwą i żelazem.
Próżno! — kłębami chmura się przewala,I poszła daléj. Ucisza się fala,Huk coraz słabszy, oddala się, głuszy,Ustał — ucichło — martwość w jego duszy!Uczuł samotność, i serce zatwardził,Jakby ostatni przyjaciel nim wzgardził.
Północ — przed drzwiami usłyszał stąpanie.Krok lekki — coraz pomknie się, i stanie,Skrzypła pod kluczem klamka zardzewiona.„Ona!“ — przeczuło serce — tak, to ona!Anioł stróż jego! jakiebądź jéj grzechy,Miła mu, piękna, jak anioł pociechy!Lecz dziś w niéj zmianę widzi wzrok Konrada.Krok bardziéj drżący, twarz jéj bardziéj blada.Spojrzała dziko — w tym wzroku wyczytałTo słowo „umrzesz!“ — i o nic nie pytał.„Tak! dziś masz umrzéć — lecz jest sposób, który...Który nie gorszy niż pal i tortury!“— „Ja go nie widzę — umiem znieść cierpienia,Com rzekł, powtarzam — Konrad się nie zmienia.Lecz skąd chęć w tobie ocalić zbrodniarza,Gdy go świat cały potępia, spotwarza,Gdy, jakbądź srogie ma być ukaranie,Sam wiem, że słusznie zasłużyłem na nie?“— „Skąd ta chęć we mnie? — ty mię pytasz o to?Któż mię wybawił, ustrzegł przed sromotą?Skąd ta chęć we mnie? — tak ci więc z mąk długichOślepła dusza na uczucia drugich,Że chcesz, bym sama, chociaż wstydem płonę,Zrywała z serca skromności zasłonę?Tak jest! — pomimo twych zbrodni, ja czujęWielkość twéj duszy; dziwię się, lituję,Kocham cię! — Nie mów! ja wiem, że daremnie,Że kochasz drugą, że kocha wzajemnie,Że może czulsza, piękniejsza odemnie!Lecz gdzież jest? — czemu cierpień twych nie dzieli?Czemu się na to, co ja, nie ośmieli?Gdybym ja była twoją — o téj dobie,Byłbyś już wolny, albo ja przy tobie!
Żona korsarza! samym go wyprawić!...Czémże ta pani ma się w domu bawić?„Nie marszcz brwi! nie czas gniewać się za słowo,Gdy miecz na włosie wisi nad twą głową.Jeśli chcesz działać — jeśliś działać zdolny,Masz, weź ten sztylet — pójdź, a będziesz wolny!“— „Mam iść? — zaprawdę, w brzęczących okowachPiękniebym stąpał po ich sennych głowach!Patrz! zapomniałaś widzę o mym stroju.A z tém narzędziem cóżbym zrobił w boju?“— „Nieufny człeku! — przekupiłam straże;Chciwe zapłaty, uczynią, co każę.Dość wyrzec słowo, a więzy twe spadną.Myślisz, że sama przyjść tu mogłam snadno?Czas choć był krótki, użyłam go godnie.Na twój ratunek — choć może na zbrodnię.Zbrodnię? — nie! — nigdy zbrodnią się nie wydaŚmierć prześladowcy. — Pójdź, zabij Seida!„Cóż to? tyś zadrżał? — skąd ci ta obawa?Jam téż nie była ni dzika, ni krwawa,Aż on sam jadem zatruł moje duszę!Skrzywdził mię, zelżył — pomszczoną być muszę.Obwinił o to, czém dotąd gardziłam,Tak, choć pod strażą, ja mu wierną byłam.Śmiej się! ty możesz — on nie miał przyczyny,Nie! — jam się jeszcze nie czuła do winy.Chciałam cię zbawić, krwiąbym okupiła,Lecz nie wiedziałam, że to miłość była.On to rzekł pierwszy — zawistny szyderca!Sam on myśl zdrady wrzucił mi do serca.Jam nie kochała jego, lecz nikogoKochać nie śmiałam. — Kupił mię — zbyt drogo,Bo niekupione serce biło we mnie.Znosiłam jednak — aż mi sam nikczemnieUrągać, wmawiać nie zaczął zamiaru,Żem chciała z tobą ujść podczas pożaru.To fałsz, wiesz dobrze; — lecz wróżby zawiściSkrzywdzone serce prędzéj — późniéj ziści.„Nie sądź, że dla mnie spóźnił twe męczarnie,Nie! — prosić nawet nie mogłam bezkarnie.Na to on tylko czas téj zwłoki łożył,By tobie cierpień, mnie żalu przymnożył.
Mnie téż on grozi! — czas jakiś łaskawieKu swéj mię pańskiéj zatrzyma zabawie,Lecz nasycony, dość by skinął wzrokiem,Wór się rozdziawi — śmierć w morzu głębokiem!„Jaż mam za cacko służyć do pieszczoty,Nim czas łudzącéj nie zetrze pozłoty?Nie! kocham ciebie — poprzysięgłam zbawić,By ci choć wdzięczność w pamięci zostawić.Lecz gdyby Seid nie był mię znieważał,Nie krzywdził sławy, życiu nie zagrażał,A wiem, do czego okrutnik jest zdolny,Wtedy!... — i wtedy musiałbyś być wolny,Tak! — lecz krwi jego nie chciałabym przelać.Teraz, jam twoją! — chcę twój los podzielać,Słuchać, co każesz, i pełnić w pokorze.„Ty mię nie kochasz, nie znasz, gardzisz może;Nie przetom jednak gorsza, żem jest szczersza!Pierwsza to miłość — i nienawiść pierwsza!O! gdybyś kiedy wiary méj doświadczył!Wtenczasbyś może pojął, i obaczyłMiłość, co plunie w sercach niewiast wschodnich!„Ona ci świeci blaskiem gwiazd przewodnich,Ona wskazuje wolność! — Jeśliś gotów,Pójdź — w porcie na nas czeka łódź majnotów.Lecz w izbie, którą przejść nam trzeba właśnie,Śpi Seid — uderz! niech na wieki zaśnie!Bledniesz?“ —„Gulnaro! przed śmiercią nie bladłem,Nie czułem dotąd, że tak nizko spadłem!Seid jest wróg mój — mściwe i zażarcieŚcigał nas, szkodził — lecz walczył otwarcie.Myśmy téż przyszli moc jego osłabić,Pomścić się braci, i zabójcę zabić.Przyszliśmy z mieczem, nie z nożem; — ten, czyjaDłoń niewiast broni, śpiących nie zabija!„Nie na tom, pani, z ognia cię ratował;Nie chciéj, bym czynu dobrego żałował!Odejdź! — bądź zdrowa! — uspokój swą duszę!Dzień wnet zabłyśnie — ja wprzód spocząć muszę“. —— „Śpij, śpij! o wschodzie ockniesz się na palu!Umrzesz jak zbrodzień: cel wzgardy, nie żalu.Słyszałam rozkaz, widziałam zebranyLud, rusztowanie, pal już zaciosany.
Reszty nie ujrzę — nie zdołam cię przeżyć.„Korsarzu! trudnoż wznieść dłoń, i uderzyć?Rozmyśl się! — miłość, nienawiść, zniewaga,Twe bezpieczeństwo téj śmierci wymaga.Bez niéj ucieczka na nic się nie przyda,Ujść nie zdołamy pogoni Seida.„Pójdź! niech go słuszna nie minie zapłata,Za moje młode, pohańbione lata,Za krzywdy twoje, za krew braci twojéj!Pójdź, pójdź — cios jeden wszystko zaspokoi.„Co? — jeszcze nie śmiesz? — Więc ja się odważę!Ujrzysz, co ręka kobiety dokaże.Straż przekupiona — wychodź stąd czémprędzéj!Ujrzym się wolni — albo nigdy więcéj!“
Rzekła — nie czeka, nie chce odpowiedzi.Znikła — on drżący oczyma ją śledzi.Wlokący łańcuch w węzeł zebrał w ręku,By i szedł wolno, i nie wydał brzęku.Drzwi otworzone — wyszedł; — straże zdjęte,Pusto i ciemno — przejście wązkie, kręteNie wie, gdzie idzie; ręką ścian się trzyma.Blask jakiś mglisty mignął przed oczyma;Czy światło dzienne? — wierzy i nie wierzy.Iść czy nie? — poszedł; — chłód rzeźwiący, świeży,W twarz mu powionął: — czuje woń poranku.Wnet na otwartym ujrzał się krużganku.Odetchnął wolno, spojrzał wkoło siebie.Ostatnie gwiazdy bledniały na niebie,Wschód się zajmował brzaskiem; — wtém z uboczyBlask, jakby lampy, uderzył go w oczy.Z samotnéj izby blask się ten przeciska,Drzwi wpół przeniknięte — wpatruje się zblizka:Światło jest wewnątrz, lecz przy niém nikogo.Usłyszał szelest, i cofnął się z trwogą.Szybkiemi kroki, bielą otulona,Postać wybiegła — stanęła — to ona!Dłoń jéj bezbronna, krew szat nie plamiła,Dzięki jéj sercu, dzięki! — nie zabiła!
Spogląda na nią: obłęd w jéj spojrzeniu,Jakby je w jakiemś utkwiła widzeniu!...Stanęła — baczném nasłuchuje uchem:Cichość dokoła! — kouwulsyjnym ruchemW tył odrzuciła włosy, co po całéjTwarzy i piersiach w nieładzie spadały:Znać, że musiała nachylać się nizko,Na jakieś straszne patrząc widowisko.Zwraca się — wzrok jéj spotkał się z Konradem.Cofnął się przed nią. Na jéj czole bladém,Nad brwią — nieznaczna — któréj pewno samaDojrzéć nie mogła — jedna mała plama!Ujrzał jéj barwę — mdłość mu wzrok zaćmiła,Pojął, zgadł wszystko, to kropla krwi była!
Bywał on w bitwach — w niewoli bezbronnéjCzuł blizkie męki śmierci nieuchronnéj;Wykraczał, cierpiał, i jeszcze nie zgadnie,Czy to okucie z rąk jego opadnie:Lecz nigdy bitwa, niewola, zgryzota,Która nim kiedy miotała lub miota,Żadne cierpienie w całéj swojéj sile,Nie przeraziło, nie wstrzęsło go tyle,Jako ta plama, ta kropla zbrodnicza!W niéj zgasł mu urok pięknego oblicza.Widok krwi nieraz męstwo w nim zagrzewał,Lecz gdy ją w boju, mężczyzna przelewał!
„Stało się! — pójdźmy!“ — Porwał się był z trwogą.„Lecz już się stało! — kosztujesz mi drogo!Pójdźmy stąd, pójdźmy! — nie tu czas na słowa!Patrz! dzień już świta — łódź czeka gotowa.Kupione straże wnet za mną pośpieszą,Wszyscy chcą z twoją połączyć się rzeszą.Czyn mój w wolniejszéj uniewinnię porze,Gdy już bezpieczni wypłyniem na morze“.
Klasnęła w dłonie: skryci, niedalecy,Wbiegli jéj słudzy, Murzyni i Grecy,Zdjęli okowy na rozkaz władczyni.Znowu on wolny jak wiatr na pustyni!Lecz w sercu jego taki smutek cięży,Jakby z rąk na nie przełożono więzy.Skinęła — drzwi się otwarły tajemne,Wiodą ku morzu przez przejścia podziemne.Wyszli za miasto, przyspieszają biegu,Gdzie fala szemrząc srebrzy się po brzegu...Konrad szedł zwolna, nie dba i nie bada,Co go ma spotkać? swoboda czy zdrada?Czuje, że opór na nic się nie przyda,Jak gdyby jeszcze był w mocy Seida.
Łódź czeka, wsiedli; rozdęły się żagle,Pękł sznur, łódź w pianach zaryła się nagle,I poszła z wiatrem. Cieszy się gromada!Ileż tu wspomnień dla duszy Konrada!Dumał sam w sobie, aż głaz nad zatoką,Gdzie wysiadł na ląd, spotkał jego oko.Ach! od téj nocy, on, choć czas tak krótki,Wiekowe przeżył trwogi, zbrodnie, smutki!I gdy cień głazu posępny, olbrzymi,Sięgając łodzi, czernił się nad niemi,On wzrok odwrócił, twarz płaszczem obwinął,I stał dumając, aż ten cień przeminął.Przypomniał wszystko, Gonzalwa, swą nawę,Braci swych, tryumf, klęskę, więzy krwawe,I onę, tkliwą, kochaną jedynie!...Wzniósł wzrok, i ujrzał — Gulnarę, zbójczynię.
Długo w milczeniu spoglądała z trwogąNa odwróconą twarz, zimną i srogą.
Spojrzał — nie zniosła oczu jego mroźnych.Dzikość jéj wzroku zgasła w łzach, zbyt późnych!Uklękła przed nim, dłoń łamie w rozpaczy:„Przebacz mi! Allah może nie przebaczy:Aleś ty sądzić powinien łagodniéj!Cóżby się z tobą stało bez méj zbrodni?Karz mię, gdy zechcesz, lecz ach! nie w téj chwili,Nie dzisiaj jeszcze! dziś pozór cię myli.Nie jestem taką, jak-em się być zdała.Ta noc straszliwa, ta mię obłąkała!Gdyby nie miłość, niewinnąbym była,Lecz tybyś nie żył! karz, gdym przewiniła!“
Krzywdzi go: siebie, a nie ją on winił.On źródłem zbrodni, choć jéj sam nie czynił!Lecz mroczne, nieme, w duszy tylko na dnieKrwawią te myśli, któż myśl jego zgadnie?
Pod lekkim wiatrem pełny żagiel wzdycha,Mknie łódź swobodna: woda jasna, cichaNa widnokręgu, z trwogą niespokojną,Widzą punkt, plamkę, maszt, żagle, łódź zbrojną!Znać, że ich łódkę postrzegła zdaleka:Wszystkie swe żagle z pośpiechem nawleka,Olbrzymia, nakształt morskiego straszydła,Pędzi, nadbiega, nastawiwszy skrzydła.Półkolem w pianach zarywszy się chyżo,Iskrzącą ku nim zawróciła spiżą.Błysnęło, kula świszcząc przeleciała,Plusnęła w wodę, woda zasyczała.Porwał się Konrad na znajome echo,Oczy się jasną zaśmiały pociechą:„Mój strzał! mój okręt! widzę flagę moję!Jam znów pan morza, i nic się nie boję,“Dał znak, poznali; z okrzykiem, weseli,Spuszczają czółno, i żagle zwinęli.„To Konrad! Konrad!“ — ciżba na pokładzie.Próżny głos wodzów! w niesfornéj gromadzieTłoczą, się, patrzą, jak z dumną postaciąWchodzi na okręt, stanął między bracią!...
Każdy go wita usty i oczyma,Dłoń się ich ledwo od uścisku wstrzyma.On, wpół niepomny swéj straty i klęski,Wita nawzajem jakby wódz zwycięski;Ścisnął Anzelma dłoń, i znowu czuje,Że może walczyć, i że rozkazuje.
Umilkła radość, żal im nie pomału,Że wódz na wolność wrócił bez wystrzału.Szli szukać zemsty, i gdyby wiedzieli,Że dłoń kobiety spełniła, co chcieli,Cześć jéj królewską niosłaby gromada.Mniéj oni trudni, niż duma Konrada;Wszystkie im drogi dobre, gdy u celuŁup albo zemsta na nieprzyjacielu.Kryjąc uśmiechy, z podziwieniem w oku,Szepcą, i ku niéj spoglądają z boku:A ona, wyższa, niższa od płci swojéj,Krwi się nie bała, ich wzroku się boi!Milczy — i na dół spuściwszy źrenice,Gęstą zasłonę nawlokła na lice.Ręce na piersiach złożone z pokorą.Konrad bezpieczny, w piersiach tych nie gorąGniew ni nienawiść, i co bądź w nich wrzało,Serce kobiety tkliwém pozostało.
Pojął to Konrad, i czuł mimowoliWstręt dla jéj zbrodni, lecz żal dla niedoli.Co uczyniła, żadna łza nie zmaże,W dzień gniewu swego niebo ją ukarze.Lecz już się stało! on karać niezdolny.Wielka jéj zbrodnia, lecz on przez nią wolny!Ona dla niego poświęciła siebie,Wszystko na ziemi, i wszystko swe w niebie!...Z żalem ku brance spojrzał czarnookiéj.Skroń jéj schylona od myśli głębokiéj,Bladość marmuru piękną twarz okrywa:I tylko jedna ta plama straszliwa,
Krew zabitego, co barwy nie mieni,Śród téj bladości jedna się czerwieni!...Ujął jéj rękę, drżała, już za późno!Tak trwożna teraz, mogłaż być tak groźną?Ścisnął jéj rękę, drżała, i dłoń jegoOsłabła; uczuł drżenie głosu swego.„Gulnaro!“ — milczy — „kochana Gulnaro!“Podniosła oczy, z bojaźnią, z niewiarą,Wzrok jéj rozjaśniał, i jakby zemdlonaNagle się w jego rzuciła ramiona.Gdyby odepchnął, on, jedna opieka!Byłby coś więcéj lub mniéj od człowieka.Pozwolił zostać; i gdyby nie ciemnePrzeczucia serca, straszne, choć tajemne,Może w téj chwili ostatnia na ziemiCnotaby jego poszła za drugiemi.Lecz przed nią nawet grzechem się nie stanie,Jedno tak pięknych ust pocałowanie!Pierwsze, co płochość wykradła wierności;Jedna nagroda, tak wielkiéj miłości!
Brzegi swéj wyspy ujrzeli o zmroku.Każda się skała uśmiecha ich oku!U portu słychać zgiełk, wrzawę stłumioną,Strażnicze ognie na swych miejscach płoną.W zatoce szybkie ślizgają się łodzie,Skacząc delfiny igrają po wodzie;Krzyk nawet ptastwa, co się w krąg rozlega,Brzmi dla nich wdzięcznie zwiastowaniem brzega.Przy każdém świetle chcą dojrzéć postaci,Każdy swéj żony, kochanki lub braci!...Ach! któż tak czuje wdzięk własnéj ustroni,Jak błędny żeglarz na burzliwéj toni?
Palą się światła wzdłuż całych wybrzeży,Lecz Konrad światła nie widzi na wieży.Dziwią się wszyscy, i patrzą, daremno!W jednéj Medory oknach tylko ciemno!
W nich zwykło jaśniéć powitania hasło:Może i teraz śćmiło się, nie zgasło!...Rzucił się w łódkę, leniwo zbyt niosłaZ niecierpliwością pogląda na wiosła.Ach! onby pragnął sokolemi pióry,Wiatrem zaleciéć na wierzchołek góry!...Słabną wioślarze; znużenie ich zoczył,Nie czeka dłużéj, i w morze wyskoczył.Łamie się z falą, dopłynął do brzegu,I biegł, na chwilę nie zwalniając biegu.U drzwi zamkniętych wstrzymał się, i słucha:Wszystko uśpione, wkoło ciemność głucha!Puka, i głośno, echo się rozlega;Nikt nie otwiera, i nikt nie przybiega.Puka, lecz zcicha, bo dłoń jego drżąca,Bo w duszy jego myśl przerażająca!...Drzwi się otwarły, lecz przy nich nie ona,Na któréj uścisk gotował ramiona!A sługa milczy: on dwakroć probował,Dwakroć chciał spytać, i słów nie znajdował.Porywa lampę, w pośpiechu i trwodzeZ rąk mu wypadła i zgasła przy nodze.Poszedł w ciemności, lampa tylko drugaZ głębi mrocznego kurytarza mruga,Rozemknął izbę, wszystko się odkryło,Co serce jego czuło, nie wierzyło.
Nie wyszedł, nie padł, nie płakał, wzrok wlepił,Zimny dreszcz serce ścisnął, nie pokrzepił.On patrzał, boleść wzrastała tajemnie;Czuł, lecz pomyśléć nie śmiał, że daremnie!...Za życia ona piękniejszą nie była.Śmierć ją jak dziecię do snu otuliła.Zimny kwiat, tkwiący w jéj zimniejszym ręku,Trzyma z ujęciem tak żywego wdzięku,Że zda się żartem utaiła we śnie,Że jeszcze budzić i płakać zawcześnie!Śnieżne powieki rzęsami długiemiĆmią, myśl się wzdryga na to, co pod niemi!...
Tam to się naprzód pastwi śmierć niszcząca.Gdy duszę z tronu światłości wytrąca,I promieniste gwiazdy życia gasi:Choć blask ich jeszcze, jak w niéj, usta krasi!Zda się z uśmiechem zmordowane mile,Drzemią, nim znów się uśmiechną za chwilę!...Lecz biała, lekka, przejrzysta zasłona,Żadnym na piersiach tchem nieporuszona;Lecz włos jéj długi, utrefiony, lśniący,Martwo na śnieżnych ramionach leżący,Co kiedyś w pasma rozwiany promienneWonnością wiatry napawał wiosenne;Lecz twarz jéj blada, nieruchoma postać!...Ona umarła! — Maż on sam tu zostać?
Nie pytał o nic, cóż nada pytanie?Umarła, widzi, wie, że nie powstanie.Miłość lat młodych, nadzieja następnych,Źródło chwil miłych, osłoda posępnych,Jedyna, którą między żyjącemiNie nienawidził, kochać mógł na ziemi:Wszystko mu wzięte! — On zasłużył na to.Ach! i tem srożéj czuł boleść nad stratą:Czuł bez pociechy. Cnota ulgę znajdzieTam, kędy zbrodnia ni dojrzy, ni zajdzie.Źli, dumni, cel swój co tu założyli,Tracąc go, wszystko tracą w jednéj chwili,Choćby rzecz błahą, lecz wszystko, co mieli!Któż się bez żalu z swém szczęściem rozdzieli?Niejedno czoło stoickie i okoMaskują tylko ranę zbyt głęboką;Niejedna rozpacz stroi się w uśmiechy,Aby daremnéj nie żebrać pociechy,Na niewetowne straty, albo grzechy!
Któż z tych, co czują, wysłowi katusze,Gdy chaos cierpień zwali się na duszę?
Gdy tysiąc myśli plącze się i miesza,A wszystkie dręczą, żadna nie pociesza?Gdy sercem coraz szarpią czucia nowe,A ból ich ustom odbiera wymowę?..Któż to wysłowi? Pod takiém brzemieniemDusza Konrada łamie się z cierpieniem;Aż zda się czułość straconéj na świecieW serce mu weszła, i płakał jak dziecię!...Słabość to tylko, nie pociecha była,Wydała boleść, ulgi nie sprawiła.Nikt łez nie widział, i w téj nawet porzePrzy świadku z serca nie wyszłyby może.Sam je wnet otarł; znów długo spoglądał,Wyszedł, pociechy ni szukał, ni żądał.Czy słońce wejdzie, ciemny mu blask słońca;Czy noc zapadnie, noc jego bez końca!Niéma ciemnoty, jak smutku pomroka,Niéma ślepoty, jak ponurość oka,Co na nic patrzéć nie chce, i unika,I idzie w ciemność, ach! bez przewodnika!
Serce w nim było tkliwe: lecz skrzywdzone,Strute zbyt wcześnie, zbyt długo drażnione,Poszło ku złemu; czucia były czyste,Lecz jako rosy krople przezroczyste,W głębi grot zimnych, niedostępnych słońcu,Ścięły się, skrzepły, skamieniały w końcu.Grom kruszy skały: serce w nim jak skała,Śmierć je Medory jak piorun strzaskała.W cieniu się skały jeden kwiat rozwijał,Cień groźny innym, jemu służył, sprzyjał;Nadeszła burza, grom zniszczył od razuLilii piękność i wytrwałość głazu.Żadnego liścia nie zostało z kwiatu,By jego życie, śmierć przypomniéć światu;A strzaskanego głazu zimne szczątkiLeżą, już tylko grobowe pamiątki! —
Ranek, południe, nie widać Konrada.Samotność jego szanuje gromada.Poszli nakoniec. — Pusta była wieża,Wódz znikł! Przebiegli wyspę i nadbrzeża.Noc — jego niéma; szukali noc całą,Imię Konrada echa zmordowało.Góry, doliny, jaskinie przebiegli,Próżno! Dzień nastał, przy brzegu postrzegliZerwany łańcuch, gdzie barka stać zwykła.Uszedł! z nim piękna niewolnica znikła.„Ha! a więc w pogoń! wiatr ten sam co wczora!“Żeglują w pogoń. Mylna, czy nieskora!Minęło wiele tygodni, miesięcy;Konrad nie wrócił, nie powróci więcéj!Śladu ni wieści, gdzie swój żal tułaczyUkrył przed światem, lub zginął z rozpaczy.
Długo się wierna smuciła gromada;Świetny grób wznieśli kochance Konrada;Jemu nikt grobu, pomnika nie święci:Zostało tylko długich lat pamięciImię Korsarza i powieść smucąca,Jedynéj cnoty, a zbrodni tysiąca.
Niewolnik w państwach Lary swobodny do woli,W połowie zapominał swéj lennéj niewoli.Pan ich niespodziewany, lecz niezapomniany,Powrócił, — i weselem brzmią zamkowe ściany.Na baszcie sztandar błyska, a puhar na stole,Gościnny płomień w szersze roztoczon półkole.Po szybach malowanych migocąc połyska,Weseli goście gwarzą wokoło ogniska.
Lara znów się rozgościł na ojczystym dworze;Lecz po co Lara zwiedzał i lądy i morze?Gdy go ojciec odumarł, jeszcze nadto młody,Pan swéj woli na życia ważył się przygody;Smutne dziedzictwo władzy! a kto ją posiadał,Nieraz własne swe serce z pokoju okradał.Nikt mu widać nie wskazał przy świetle pochodni,Tysiąca błędnych ścieżek wiodących do zbrodni.Właśnie gdy mu konieczną rada drugich była,Już wrząca młodość Lary drugiemi rządziła.Małéj wagi, z lat młodych jak, gdzie był i kędy?Pośledzać wszystkie morskie i zamorskie błędy;Choć krótkie jego były wędrówek przegony,Dość długie, by był przez nie w połowie zgubiony!
Lara młodo porzucił swego ojca progi,Lecz od chwili, pielgrzymi gdy wziął kij do drogi,Z dniem, tygodniem, miesiącem, ci, co go żegnali,Zapomnieli odjazdu, wspominać przestali.
Ojciec Lary był prochem, jeden wasal trzyma,I to wszystko, co wiedział, że Pana tu niéma!Cały zamek zapomniał o Lary imieniu,Jego portret na ścianie czerniał w zapomnieniu.A ta, którą był poznał, pokochał na żonę...Inny mąż już pocieszał Lary narzeczonę.Młody o nim zapomniał, stary już był w grobie,A dziedzic niecierpliwy rozmawiał sam w sobie:„On żyć musi!“ choć radby głos ten w duszy przemógł,I wzdychał do żałoby, któréj nosić nie mógł.W części zamku, gdzie Lara miał komnaty swoje,Z posępnym wdziękiem ściany poubierał w zbroje.Lecz jednéj zbroi niéma, stąd go zawiść pali,Bo radby dziś ją witał w téj gotyckiéj sali.
Lara przybył — i wasal pańską twarz ogląda,Skąd? nikt nie wie, dlaczego? nikt śledzić nie żąda.Po skończonych witaniach każdy się zdumiéwał,Nie że przybył, lecz czemu dotąd nie przybywał?Jeden paź służby pańskiéj cały orszak składa,Cudzoziemskiéj postaci, twarz dziecinna, blada.Lata lecą i równą pędzą czas pogonią,Tym, co siedzą, i dla tych, co po świecie gonią;Lecz z krajów zagranicznych brak wieści zapasuOpóźnił rącze skrzydło zdrożonego czasu.Widzą go i poznają, lecz wszakże złudzeniemTeraźniejszość być sądzą, a przeszłość marzeniem.On żyje, choć styrany trudami i latem,Jeszcze męskością wieku słynąć mógł przed światem.Jego błędy, występki, jakiekolwiek były,Różnym losem zwikłane w zagadkach się kryły,Gdy znudzona wieściami czujna zawiść drzémie,Sprostać sławie ojczystéj mogło Lary imię.Z dumną duszą w młodości, wszakże jego grzechy,Jak rozkosze cel miały swawolnéj uciechy;A dla tych, jeśli w zbrodni nie płużył z kolei,Wymodlić rozgrzeszenie mógł nie bez nadziei.
Jakkolwiekbądź, widz bystry łacno odgadywał,Jakim dziś jest, że nie jest tém, czém kiedyś bywał.
Czoło coraz wyraźniéj marszczki mu zorały,Ślad przeszłych namiętności; niedbałość pochwały,Zimna postać, chód pewny, gdy oczyma ciskał,Dumą, lecz już nie ogniem lat młodzieńczych błyskał.Wzrokiem bystrym, któremu żaden wzrok nie sprostał,Drugich myśli do razu aż z głębi wydostał.I szczypiąca języka lekkość, jaką bawił,To żądło serca, które wprzódy świat zakrwawił;Co zwykle, grając humor wesela udany,Rani tych, co nie radzi przyznać się do rany.Wszystko to w nim i jeszcze coś w nim więcéj było,Czegoby głos nie wybrzmiał, oko nie wykryło.Honory, sława, miłość, cel społeczny ludzi,Jaki niewielu zgoni, w wielu żądze budzi;Zda się, że z piersi swojéj wszystkie wygnał szały,Choć widać, że niedawno jeszcze nią wstrząsały,I jakieś czucie, czego usta nie wyrażą,Czasami przełyskało nad wybladłą twarzą.
Zapytań o przeszłości słuchać nie ochotny,O krajach, ziemiach, które przebłądził samotny,O cudownych pustyniach, stepach, co zwędrował,Nic nie mówił, jak gdyby na to słów żałował.Wszakże czasem, być może skutkiem nieuwagi,Rozpowiadał podróżne dzieje małéj wagi.Lecz gdy drugich ciekawość ostrzyła ta mowa,Spostrzegał się i rzucał coraz rzadsze słowa;Zbyt śledczo badających skroś okiem przenikał,Wnet mu czoło ciemniało i usta zamykał.
Choć przyjazd Lary żywéj radości nie budzi,Przecie żądanym gościem był dla ciżby ludzi.Wysoko urodzony, szczodry, z obyczaju,Wiązał się ze wszystkiemi magnatami kraju.Czasem licznił ich tłumne uczty i zabawy,I widział ich uśmiechy i nudzące wrzawy;Tylko widział, bo Lara sercem nie podzielaGminnéj, powszechnéj troski, wspólnego wesela.Lara za tém nie goni, za czém wszyscy gonią,Zwodzeni nadziejami, męczeni pogonią;
Za nic miał ziemskie zyski, honory, urzędy,Gminną zawiść, rywali i piękności względy.Od świata tajemniczém odgrodził się kołem,Nudził z ludźmi, samotność była mu żywiołem.W nim jakaś myśl szydząca wygląda oczyma,Co karci śmiałą płochość i z daleka trzyma.Bojaźliwsze stworzenia z trwogą nań patrzały,Szepcąc wzajemną bojaźń, w głos mówić nie śmiały;Drudzy mędrsi łaskawiéj o Larze mówili,Niż postać wyrażała, lepszym go sądzili.
To rzecz dziwna! w młodości cały czynny, żywy,Polujący rozkosze, do walk nie leniwy;Kobieta, oręż, morze, wszystko to, co dajeNiebezpieczeństwo grobu, obiecane raje,Naprzemiany doświadczał! W nadziejach bez skutkuSzukał nagrody w saméj radości lub smutku.Gardzący gminną miarą rozkoszy, cierpienia,W nieskończoności uczuć chciał zbiedz od myślenia.Burzą serca i duszy wstrząsany pospołu,Z wzgardą patrzał na burze słabszego żywiołu;Często w niebo posyłał zachwycone oko,I pytał, czy Wszechmocny mieszka tam, wysoko!Uwiązany do zbytku, niewolnik zapałów,Jakże Lara się zbudził z tak marzących szałów?Sam nie mówił, lecz z duszą zbudzony wylękłą,Musiał kląć zwiędłe serce, że dotąd nie pękło.
Książki, bo wprzódy żywą księgą był mu człowiek,Odtąd podobał czytać do znużenia powiek,A często, jak zamkowi słudzy mówią sami,Zamykał się od ludzi nocami i dniami,I nieraz wielkim krokiem, kiedy wszystko spało,Po ciemnych kurytarzach błąka się noc całą,Gdzie jego przodków długi szereg malowany,Żałobny na podłogę rzucał cień ze ściany.Czasem była słyszana północna rozmowa,Lecz w niéj był głos nie Lary i nie ziemskie słowa.Ci coś słyszą, ci widzą, jedni z drugich szydzą,Że nad to, co być mogło, oni więcéj widzą.
Po co swój wzrok tak często w trupią czaszkę wraża,Gdzieś świeżo wykradzioną z trumny lub cmentarza?Która wciąż przy otwartéj jego książce leżyI patrzącym prócz Lary włos na głowie jeży.Czemu nie śpi, gdy drugich noc usypia głucha,Czemu gości nie sprasza, muzyki nie słucha?Wszystko to źle w nim widzą! — co ma pan ze sługą?Gdzie obraza? lecz powieść byłaby przydługą,Gdyby chcieli coś wiedziéć, mogli: — tam za stołemSiedząc Lary wasale rozprawiali społem.
Noc była — strumień Lary szumi po ogrodzie,Gwiazdy patrzają w strumień i kąpią się w wodzie.Tak cicho! żadnéj fali zda się wiatr nie wzruszy,A przecież upływają, jak szczęśliwość z duszy.I nieśmiertelne światła, co wzdłuż nieba żyją,Naokoło z traw, z liści nocne rosy piją.Bieg dzierzgany krzewami, najpiękniejszym kwiatem,Na jakich pszczoła lubi bankietować latem;Takie dzieckiem Dyjana wplatała w swój wianek,Takie chciałby dać w darze kochance kochanek.Tak strumień wciąż ubrany schodząc ku dolinieW lśniących skrętach, zakrętach, jak wąż jaki płynie.A tak cicho, spokojnie na ziemi i w niebie,Że nie zadrżałbyś, gdyby sam duch spotkał ciebie.Pewny, że złe podobać nie miałoby mocyPrzechadzki w takiem miejscu, ach i w takiéj nocy!Taką chwilę, noc taką Bóg dla dobrych sprawił,Tak Lara myślił w duchu, dłużéj tam nie bawił,I ku bramie zamkowéj zwracał krok powolny;Lara na takie sceny patrzéć już niezdolny,W nim pamięć dni minionych budzi myśl marząca,Nieba więcéj słoneczne, mniéj zamglone słońca,Noce, serca piękniejsze, co kochał namiętnie,A teraz — dziś-by Lara patrzał obojętnie,Czy nad nim burze huczą, czy huragan głuszy,Lecz noc piękna dziś z takiéj urąga się duszy.
Lara powrócił w swoje samotne mieszkanie,Za nim cień jego wielki przemknął wzdłuż po ścianie,
Na któréj malowane wciąż jeden za drugimGiermki, damy, barony stoją rzędem długim.Cnota, zbrodnia, niesława przemieszana z chwałą,To wszystko, co nam po nich z ich życia zostało,Przytém ciemne podania, nagrobne kolumny,Kryjące ich popioły, ich słabości trumny.I pół karty zmieszanéj nagany, pochwały,Którą w późną potomność brzmi ich żywot cały;Gdzie historya zwykle swoje pióro łamie,Kłamstwo ubiera w prawdę i jak prawda kłamie..Lara chodził i marzył, tylko światłość bladaKsiężyca kratą okien na podłogę pada;Oświecając gotyckie sklepienia i szyby,Na których święci klęczą i modlą się niby.Kształty ich w fantastyczne przechodzą postaci,Żyją, lecz każdy z twarzy barwę życia traci.Włos ich czarny, zjeżony, twarz ciemna, ponura,I szeroko rozwiane migające pióra,Ich postać strojąc w całą okropność mogiły,Jako godła upiora straszliwie świeciły.
Już północ, wszystko spało — stojąc gdzieś na bokuJedna lampa się pali i ćmi się we zmroku.Słyszysz! czy kto wybija drzwi z Lary mieszkania,Łoskot, dźwięk, krzyk, i za nim straszliwe wołania,Znów jęk głośny, przeciągły, to znów cicho, głucho,Czy to echo zbudziło ich zaspałe ucho?Słyszą, budzą się ze snu, bojaźliwie śmieli,Bez tchu, gdzie jęk ich wzywał, na pomoc lecieli.Z rapirami bez pochew, z pochodniami w rękuPrzychodzą, wytężają ucho na głos jęku.
Zimny, jak marmur, blady, jak światło księżyca.Co w téj chwili igrało wkoło jego lica,Lara, pan ich, jak długi leży na podłodze,Przy nim pałasz dobyty w nadzwyczajnéj trwodze.Dość silny, choć go nagłe domęczyły bole,Jeszcze wzgarda brwi Lary marszczyła na czole.Mdłość zmieszana z przestrachem, choć sam jak bez życia,Na ustach jego żyje jakaś chęć zabicia;
Jakaś klątwa zranionéj dumy, i w połowieWidna groźba, przed chwilą co skonała w słowie.Oko jemu ściemniało — lecz jeszcze uderzaW samych męczarniach dumném spojrzeniem szermierza.Służba chwyta z podłogi i podnosi Larę.Czy słyszycie? oddycha, przemówił słów parę.I rumieniec twarz, usta sine zarumienia,Oczy patrzą mu dziko; iskrzą się spojrzenia;Członki rzeźwią się z mdłości, ale dziwne słowaBrzmią z ust Lary, w nich zda się nie ojczysta mowa.Ci, co słyszą, poznają głos nie swojéj ziemi,I rzeczywiście były te słowa obcemi.Pocóż niemi przemawia Lara na swym dworze?Gdy ten, z kimby rad mówić, słyszeć ich nie może!
Wtém paź Lary przychodzi, i paź jeden umiałPojąć pana i słów tych całą treść zrozumiał,Choć, coby w drugiéj mowie mogły one znaczyć,Ni Lara chciałby wyznać, ani on tłómaczyć.Przecie z mniejszém zdziwieniem od tych, co tam wkołoStali, paź nań poglądał, przechylił mu czoło,I swym własnym językiem Larze odpowiada;Lara dźwięków téj mowy pilném uchem bada,Ta mowa łagodziła okropność marzenia,Jeśli mogły marzeniem być Lary cierpienia.Ach! kiedy rzeczywista męczy nas katusza,Czyż idealnych cierpień potrzebuje dusza?
Co bądź marzył w gorączce, lub widział oczyma,Wszystko to, jak zaklęte, na dnie serca trzyma.Zwyczajny ranek przyszedł, z nim wstał zdrowszy Lara,Ni księdza, ni lekarza rady się nie stara.I znów ten sam, jak zwykłe w ruchach i w rozmowie,Ni mniéj zimny w uśmiechu, ni mniéj skąpy w słowie,Ni więcéj zamyślony: choć noc nadchodzącaDziś mniéj mu się podoba i klnie zachód słońca;Śledzenia gminnych oczu uchodzi ta zmiana,Wasale nic nie zgadną z twarzy swego pana.Przytém sami wylękli od téj strasznéj nocy,Poosobno na zamek chodzić nie są w mocy;
I tylko w drżących parach snują się tam czasem,Ściskając się i blednąc za lada hałasem.Szum chorągwi na baszcie, okna, drzwi skrzypiące,Głośne echo podłogi, obicia wiejące,Wielki cień drzew, co zamek wokoło obiegły,Dziki świst wiatru, łoskot spadającéj cegły;Co słyszą, widzą, wszystko mnoży przestrach nowy,Zwłaszcza gdy zmrok zaczyna czernić mur zamkowy.
Czcza chęć! druga noc taka nie przyszła po chęci,Lub sam Lara grał tylko pozór niepamięci;Co budzi więcéj dziwu między wasalami,Czy mu pamięć zwietrzała z zdrowszemi zmysłami?Czy im kłamał niepamięć téj pamiętnéj pory,Tych marzeń gorączkowych jego duszy choréj?Byłże to sen? czy była własna jego mowa,Gdy z ust wyrzucał dzikie, jakieś dziwne słowa?Byłże to własny Lary ów wzrok obłąkany,Kłócący sen wasali krzyk i jęk słyszany?I serce, co do walki z własnym bólem staje,Aż walką spracowane w końcu bić przestaje.Mógłże ten, co tak cierpiał, zapomniéć cierpienia,Gdy ci, co je widzieli, dziś drżą od wspomnienia.Czy tém ciągłém milczeniem sam Lara próbowałUwięzłą pamięć w słowach, jakie radby chowałW trawiącéj go skrytości, co serce przejada;Gdzie widny skutek, lecz nikt przyczyny nie zbada.Lara jedno i drugie krył, zamykał ścisléj,Gminny wzrok nie wypatrzy ziarna wszystkich myśli,Na jakie często niéma głosu w żywéj mowie,Jeśli się wyrażają, to ledwie w połowie.
O nim wciąż sprzeczne sądy ścierają się, dwoją,Ci go lubią, szukają, drudzy się go boją.Dziwne zdania o Lary tajemniczym losieW pochwałach lub naganach krążą w ludzkim głosie:Jego skrytość podaje treść bajania drugim,Ci śledzą — nic nie wiedzą po śledzeniu długiém.Czém on jest, czém był kiedyś — radzi wiedziéć przecie,Co to za nieznajomy chodzi po ich świecie?
Wróg, nieprzyjaciel ludzi, wszakże na téj ziemiCzasem wesół ucztował, śmiał się z wesołemi.Lecz ten uśmiech widziany, uważany z blizka,W wesołości miał jakiś pozór pośmiewiska.Nie był to uśmiech, w którym świt wesela dnieje,Co całą twarz oświeci i oczy rozśmieje.Wszakże czasem uderzał słodyczą spojrzenia,Dając znać, że ma serce miękkie z przyrodzenia.Lecz jeśli jaką słabość drugim okazował,Jak niegodną swéj dumy zaraz ją strofował.Wątpliwych zdań o sobie gardząc odkupieniem,Wymykał się sam sobie, dręczył się myśleniem.I sam pokuty cierpień na swe serce wkładał,Które niegdyś czułością z pokoju okradał;I duszę zmuszał gonić nienawiści cele,Za to tylko, że niegdyś kochała za wiele.
W nim samym jest na wszystko jakaś wzgarda żywa,On sam wiąże stworzenia i życia ogniwa:Cudzoziemiec w tym świecie, z nikim się nie brata,Zbłąkany duch strącony aż z drugiego świata.Twór dzikich wyobrażeń, co tworzyć przywykaNaumyślnie nieszczęścia, którym sam umyka.I napróżno, bo często płacił mimo chęciPół rozkoszą, pół smutkiem haracz ich pamięci.Z większém czuciem miłości od żyjących wielu,Zacność ludzi za nadto może miał na celu;Jego sny często prawdę za piękniejszą brały,Tak młodość oszukaną zajął wiek dojrzały.Na pogoni widziadeł lata mu schodziły,Do lepszych skłonne celów własne trwonił siły.Namiętne burze duszy, ogniste marzenia,Co na młodość wywarły cały szał zniszczenia;Wszystkie lepsze uczucia w polu walk zostawił,A sam ich przypomnieniem dręczył się i bawił.Lecz dumny, od skarżenia siebie będąc zdala,Swój błąd i podział wstydu na naturę zwala;A w cielesnéj powłoce, jaką śmierć nam kruszy,Widzi karm dla robaków lub klatkę dla duszy.Tak dobre i złe biorąc za jedno, powoliZ dziejami przeznaczenia zmieszał dzieje woli.
Wyższy nad samolubstwo gminnego człowieka,Swego dobra dla drugich czasem się wyrzeka.Lecz nie, że był powinien, nie przez współuczucie,Raczéj przez dziwne myśli zwichnienie, zepsucie,Czém wciąż tajemną dumę duszy swéj sposobiłRobić to, co niewielu — coby nikt nie zrobił.I taż skłonność, gdy w żyłach krew gorętsza wrzała,Na rozdroża występku nieraz go zbłąkała.I stąd wyżéj się wznosił, albo niżéj spadałLudzi, z któremi wspólny dar życia posiadał.Wszystko, co żyje, żądze w nim rozdziału budzi,Dobrém czy złém, by tylko różnił się od ludzi.Dusza gardząc tym światem z myślami wszystkiemiZamknęła się w świat własny, zdaleka od ziemi.Wszystko zimno przechodząc, co po ziemi chodzi,W nim krew coraz to więcéj ziębi się i chłodzi.Szczęśliwszy! gdy w nim nigdy zbrodnią nie paliła,Jeśli wciąż równie chłodną, równie zimną była!Wprawdzie napozór z ludźmi chodził ich drogami,Robi, co drudzy robią, mówi ich słowami.Ni szał jemu rozumu więzi w swe okowy,Jego szaleństwo było serca, lecz nie głowy,Obłąkać się w rozmowie rzadko mu się zdarza,Myśli bijących w oczy słowem nie wyraża.
Przy całéj tajemniczéj, ziębiącéj postaci,Pozornéj wesołości Lara nic nie traci.On zna sztukę, gdy nie był to dar przyrodzenia,Jak wiązać, jak narzucać na drugich wspomnienia.I ci, co jego widzą, nie darmo widzieli,I raz widząc, już o nim wciąż-by pytać chcieli.A ci, do których mówił, rozmową ujęci,Wszystkie słowa rozmowy mają na pamięci.Gdy w domysłach się gubi ciekawość prostacza,On gwałtem obejmował za duszę słuchacza:W niéj za pierwszém spotkaniem, co bądź z dwojga zyskał:Miłość, albo nienawiść, swój obraz wyciskał.Choć krótko przyjaźń, litość lub jéj wstręt podziela,On tam w najgłębsze myśli nazawsze się wciela.Ktokolwiek jego duszę bliżéj zbadać żąda,Jak naprzekór w badacza duszę sam zagląda.
Ciągle myśli przytomny, w piersi drugich ludzi,Musowy mimowolny wzgląd na siebie budzi:A jeśli raz uwięznął w czyję sieć myślenia,Ten nadaremnie będzie wołał — zapomnienia!
Brzmi uczta, ciągle płyną przez zamkowe bramy,Dumne krwią i bogactwem rycerze i damy.W końcu gość pożądany, pan szerokiéj ziemi,Lara w zamku Otona zawitał z drugiemi.Tysiąc świateł, pochodni na zamku się pali,Wszyscy goście wesoło ucztują po sali:W tańcu orszak piękności zwinnym, lekkim ruchem,Wdzięku i harmonii wiąże się łańcuchem.Szczęśliwe młode serca i młodzieńcze dłonie,Co się łączą, zbiegają w tanecznym przegonie!Jest to widok, co może zgładzić troskę z twarzy,Patrząc starość z uśmiechem młode lata marzy,I młodość zapomina, że swój wiek uroni.Tak chciwie myśl wesoła za uciechą goni!
I Lara wpół wesoły wzrok na wszystko trzyma,Każdą piękność pośledza pilnemi oczyma,Jak ta lekkim poskokiem w tańcu latająca,Nawet echa nie budząc podłogi potrąca.Wsparty o słup stojący na pośrodku sali,Ręce na pierś skrzyżował — i poglądał daléj.Ni uważał, jak ktoś go trzymał wciąż na oku,Że nie połknąłby Lara tak śledczego wzroku.Wtém spostrzegł — był to jakiś nieznajomy człowiek,Zda się, jakby szpiegował tylko jego powiek:Cudzoziemiec z postaci, stojący od ściany,Wciąż aż dotąd na Larę patrzał niewidziany,W końcu z sobą wzajemne spotkali spojrzenia,Natrętnéj ciekawości, niemego zdziwienia.I Lary w słup stanęła szydząca powieka,Jakby wzgardzał spojrzeniem cudzego człowieka.Cudzoziemca od głowy aż do stóp rozmierza,Spojrzał mu oko w oko — i wzrokiem uderza.
„To on!“ na całe gardło cudzoziemiec woła,Głos ten w ustach słyszących rozległ się dokoła.
„To on!“ — „Kto on?“ — wtórzony głos po sali głuszy,Daléj, bliżéj, aż obił się o Lary uszy;Tak dziko, że nie wielu z tłumu było w stanie,Ukryć przestrach powszechny, powszechne zmieszanie.Lecz Lara niewylękły, choć zdziwienie w okuZrazu błysło, wnet zmierzchło w nieruchomym wzroku,Na tłumy obojętnie pogląda z wysoka;Ale wciąż cudzoziemiec nie spuszcza go z oka,I poskoczywszy bliżéj z urąganiem pytał:„To on! co on tu robi? skąd on tu zawitał? —“
To zawiele i darmo ukryć się sam stara,Tak widnego szyderstwa nie mógł ścierpiéć Lara.Z wzrokiem pewnym, choć w ruchach, w mowie zimny cały,Więcéj łagodnie męski niż gorąco śmiały,Odwrócił się i wołał — „Groźby się nie boję,Na imię jest mi Lara! — gdy dasz poznać twoje,Mam gotowe żelazo, co słuszność domierzy,Za odpowiedź dworności podobnych rycerzy.Jam Lara! dalszych badań oszczędzaj mi, proszę,Ja pytań nie unikam, ja maski nie noszę!“— „Ty pytań nie unikasz! — jest jedno pytanie,Choć uchem stronisz, w sercu masz odpowiedź na nie.Ty mnie zwiesz nieznajomym! spójrz i wpatrz się we mnie,Przynajmniéj twoja pamięć dana nie daremnie,Nigdy twa chęć w połowie długu jéj nie zmaże,A zapomnienia nawet wieczność ci zakaże.“Lara po nieznajomym pociągnął oczyma,Lecz w tych oczach wyrazu, żadnéj myśli niéma.Nie raczył odpowiedziéć obojętnym wzrokiem,Tylko głową potrząsa i powolnym krokiemPo przed tłumem przechodząc ku drzwiom sali kroczył,Ale wtém nieznajomy drogę mu zaskoczył.— „Słowo! stój i odpowiedz mi zaraz, któremuByłbyś równy, jeśli masz równą zacność jemu.Czém byłeś, jesteś? — niech cię nie gniewa ta mowa,Gdy ja kłamię, wszak łatwo zabić kłamne słowa.Czém byłeś, jesteś? spojrzyj sam w siebie — na nowoKłam drugim swe uśmiechy, lecz nie wstrząsaj głową.Ty sam, którego czyny!“.. — „Czém ja jestem, byłem?Twe słowa, groźby twoje zadługo znosiłem.
Nie słucham dłużéj! drudzy, których nowość pieści,Mogą dosłuchać końca cudownéj powieści,Jaką im bez wątpienia język twój dopowie,A którąś dla mnie zaczął w tak zalotnéj mowie.Niechaj Oton ucztuje gościa tak grzecznego,Cześć moja Otonowi a wzgarda dla niego!“I wtém Oton im przerwał omawiając zdala:„Cokolwiekbądź was obu do gniewu zapala,Nie czas, miejsce po temu, by ucztę spokojnąI wesołość jéj mieszać gadatliwą wojną.Jeśli baron Ezzelin ciskane potwarzeDowieść i udowodnić chce hrabiemu Larze:Jutro, tu, lub gdziekolwiek rano, z wschodem słońcaCzekam obu, życząc waszych sporów końca.Ja sam jak za znajomym, za ciebie się ręczę.Chociaż i hrabia Lara swe lata młodzieńczeSpędził w dalekich krajach, z nich jak obcy wrócił,Lecz Lara od swych przodków krwi się nie odrzuciłI nie zechce sam przeczyć sławie swego domu,Powinności rycerskiéj chybiąc aby komu.“— „Jutro! odrzekł Ezzelin, dobrze, jutro razem,Będziem siebie doświadczać słowem i żelazem.Ja w zakład życie daję, że mój miecz w potrzebiePoświadczy słowa moje, tak jak chcę być w niebie!“Co Lara odpowiedział? dreszcz go wzgardy ziębił,I w oderwaniu myśli duszę swą zagłębił.Tymczasem wszyscy goście zebrani na sali,Słowami i oczyma na Larę rzucali.On milczał, zda się, jakby myślą i powiekąZbłąkał się w niepamięci daleko, daleko!Ta niedbałość na wszystko, wszystkiego niechcenie,Niestety! zdradza czegoś silne przypomnienie.
— „Jutro! — tak, jutro.“ Lara tylko dwa te słowa,Wyrzekł, i na nich cała skończyła się mowa.Żadnéj myśli nie wydał twarzą i źrenicą,Ani w oczach zaiskrzył gniewu błyskawicą.Ale w tych słowach brzmiała jakaś myśl niezłomna,Ważenie się na wszystko i śmiałość przytomna.Płaszcz na siebie narzucił, zlekka głową skinął,Szedł koło Ezzelina i wśród tłumu zginął.
Lecz przechodząc z uśmiechem spotkał mars barona,W czém była ni wesołość, ni duma gwałcona,Co się zgina, gdy siebie długą walką zmoże,Do pogardy wściekłości, któréj skryć nie może.Raczéj pycha człowieka, co pewny jest w duszyWszystkiego, co zrobił, wytrwał dla katuszy.Maż-li to być spokojność i ta cisza cnoty?Lub zbrodnia zestarzała z rozpacznéj zgryzoty?Niestety! często obie człowiek w dobréj wierze,Ze wzroku i ze słuchu za podobne bierze.Z czynów, i z czynów tylko szukaj prawdy klucza,Co serce nieznajome czytać nas poucza.
Lara skinął na pazia — i paź w okamgnieniu,Zbiegł posłuszny pańskiemu słowu lub skinieniu.On z nim z krajów dalekich jedynym był gońcem,Gdzie dusza rośnie, gore pod gorętszém słońcem.On dla Lary porzucił rodzinne zagrody,Cierpliwy w służbie, cichy, choć jeszcze tak młody.Jak pan jego milczący, wiarą swą u świata,Słynął nad stan swéj służby i nad swoje lata.Choć mowa kraju Lary nie obca dla ucha,Paź w niéj pańskich rozkazów mniéj ochotnie słucha.Lecz wnet nogi uskrzydlał ochotniejszy cały,Kiedy słowa rodzinne z ust Lary zabrzmiały.Dźwięk tych słów jak ojczyste góry miły w duchu,Ich echa nieprzytomne budzi w pazia uchu.Nieraz mu przypomina dźwięk rodzinnéj mowy;Dawne przyjaciół, krewnych, rodziców rozmowy;Dziś to wszystko! swych wszystkich związków, swojéj wiaryWyrzekł się i odprzysiągł dla jednego Lary.Paź prócz pana nikogo nie widział na ziemi,Co za dziw, że mu wierniéj służył przed drugiemi.
Sam kształtny, smukły, z czoła barwa płci bijąca,Przypalona promieniem ojczystego słońca;Lecz słońcem nie nadpsuta białość lica świeci,Gdzie często niewołany rumieniec się kwieci.Lecz nie był to rumieniec, jakim zdrowie darzy,Gdy całą serca barwę maluje na twarzy;
To raczéj skrytéj troski róża chorowita,Co w chwilowéj gorączce na licu wykwita.Dziki połysk spojrzenia wzięty gdzieś wysoko,Wciąż elektryczną myślą oświecał mu oko.Wszakże bijącą czarność swych powiek czasami,Łagodził i ocieniał długiemi rzęsami.Był to smutek czy duma, którą w oko wcielił?Raczéj tęsknota, jakiéj niktby nie podzielił.Jego żadne zabawy nie wyciągną w pole,Gry, zalecanki chłopców i paziów swawole.Lecz czasem radby z Lary nie zdjąwszy spojrzenia,Poić się niepamięcią w szale zachwycenia.Gdy się z zamku wychylał, rad chodził samotny,Zwięzły w swych odpowiedziach, pytać nie ochotny;Jego przechadzką lasy, zabawą czytanie,Darniony brzeg strumienia stawał za posłanie.On jak ten, komu służył, zdał się żyć zdalekaOd wszystkiego, co łechce wzrok i myśl człowieka;Żadnych darów od ziemi nie przyjąć z powicia,Prócz jednego gorzkiego daru — oprócz życia!
Jeśli mógł sercem przylgnąć — to tylko do Lary,Czcią jedną i czynami dowodząc swéj wiary,Jego troska chęć pańską lubiąca pośledzać,Wprzód nim w słowach zabrzmiała, zwykła ją uprzedzać.Lecz w tém, co robił, była jakaś duma mała,Jakaś myśl, coby groźby ścierpiéć nie umiała.Choć pilniéj niż niewolnik wolę wykonywał,Czynem tylko jéj służył, twarzą rozkazywał.Jeśli pańskie rozkazy wypełniał z ochotą,Łatwo zgadnąć, że Larze służył nie za złoto.Lekką służby powinność pan na pazia wkłada,Miecz nosić, trzymać strzemię, gdy konia dosiada;Stroić lutnię, lub z panem w chwili wolnych wczasówŚlepić wzrok nad księgami starożytnych czasów.Lecz sam nigdy nie licznił domowników tłumy,Wszakże im znać nie dawał ni wzgardy, ni dumy.Lecz dobrze wzgląd użyty, czém chciał dać dowody,Że sercem lgnąć nie umiał do służalców trzody.Jakibądź stan, ród pazia, mógł się sercem zbliżyć,Duszą zgiąć się do Lary, nie do nich się zniżyć!
Mógł miéć przeszłość szczęśliwszą, żyć w lepszym orszaku,Z jego rąk gminnéj pracy nie pośledzisz znaku;A tak niewieścio białe, że przy wdzięku lica,Podobieństwem płci drugiéj uderza, zachwyca.Lecz z ubioru, ze wzroku, co sam udać żąda,Więcéj dziko niż oko piękności wygląda.Surowość, z jaką drugim wydawać się boi,Więcéj krajom gorącym, niż jemu przystoi.Wprawdzie nigdy z ust pazia gniewami nie wrzała,Lecz jego własna postać zgadnąć ją kazała.Paź miał Kaled na imię, choć rozgłos wieść rzucił,Że inne imię nosił, nim swój kraj porzucił.Bo czasami to imię, choć go zblizka słucha,Niesłyszane, jak obce, wpadało do ucha.Czasem nagle się zrywał, jakby mimo chęci,Dźwięku tego imienia szukał po pamięci.Przynajmniéj tém imieniem wołał go głos Lary,Co mu słuch, wzrok i serce więził swemi czary.
Kaled rzucił oczyma, wzdłuż biesiadnéj sali,Spostrzegł nagłe zmieszanie i gniewem się pali.I gdy tłum wkoło pazia zdaleka i zblizka,Gwarzył, dziwił się, ciskał żarty, pośmiewiska,Jak mógł ścierpiéć spokojnie Lara dumny, hardy,Pógróżki cudzoziemca i szyderstwo wzgardy?Twarz młodego Kaleda naprzemian się mieni,To mu usta sinieją, lice się czerwieni,I na czole ściemniałém zimna rosa świta,Kropla chorego serca, wilgoć chorowita,Co wschodzi, gdy upada czynna pierś człowieka,Pod myślami, od których rozwaga ucieka.Są rzeczy, które musim lęgnąć, marzyć w głowie,I działać, nim myśl nasza przewidzi w połowie.Lecz cobądź Kaled dumał, coś takiego było,Co mu usta zamknęło i czoło ściemniło.Właśnie na Ezzelina poglądał z uboczy,Gdy mu Lara przechodząc, rzucił śmiechem w oczy,Lecz, gdy śmiech taki spostrzegł, opuścił źrenice,Jakby poznał, rozwiązał śmiechu tajemnicę.Pamięcią w pańskiéj woli, zda się, czytał z trwogą,To, czego drudzy w Larze wyczytać nie mogą.
Skoczył naprzód — paź z panem ucztę pożegnali,I wszystkich jak samotnych rzucili na sali.Każdy wraził wzrok w Larę, z czujnością niemałą,Wszystko tak swe uczucia z tą sceną zmieszało,Że, gdy cień jego długi przemykał wzdłuż sieni,W świetle lampy ze stropu bijących promieni:Ich pulsa żywiéj biły, w gorączce zdziwienia,Za prawdę brali widmo czarnego marzenia.W każdéj trwodze rojonéj jest bojaźń prawdziwa,Bo zwykle, co najgorsze, bliższe prawdy bywa!Wszyscy goście odeszli, Ezzelin z natłoku,Jeden tylko pozostał, z zamyśleniem w oku.Po co dłużéj miał bawić, gdy uczta skończona?W końcu ręki ściśnieniem pożegnał Otona.
Wszystkich noc nadchodząca do spoczynku skłania,Każdy się rad wykrada na senne posłania;Gdzie wesołość gwarzącą ciche więzi łoże,Gdzie smutek wzdycha do snu — i zasnąć nie może.A człowiek dniem zmęczony, rad ze snu przybycia.Cofa się w to rozkoszne zapomnienie życia.Tam drzemią gorączkowe nadzieje miłości,Nienawiść, wola dumy, wybiegi chytrości;Nad oczyma ich wieje skrzydło niepamięci,I byt kona pod godłem grobowéj pieczęci.Dla snu łoża, któż nada jakie lepsze imię?Mogiła, cmentarz nocy, gdzie świat cały drzémie.Słabość, siła, występek i zbrodnia leniwieW puch tonie i w niemocy nagiéj śpi szczęśliwie.Tak ludzie snu oddechem na chwilę weseli,By walczyć z trwogą śmierci, budzą się z pościeli.Choć każdy dzień im nowe oświeca cierpienia,Stronią od snu, że może być snem bez marzenia.
Noc pierzcha, mgły poranne wkoło gór wiejąceTopią się w dziennym blasku, i świat budzi słońce.Ciągle jutrem powiększa swoję przeszłość człowiek,Choć już ostatni świeci dzień dla jego powiek.Lecz natura wciąż młoda, jak wyszła z powicia,Na niebie i na ziemi tyle światła, życia!Kwiaty na błoniach, ciepło w słonecznym promieniu,Wiatr w powietrzu i napój rzeźwiący w strumieniu.Człowieku! wpatrz w jéj wdzięki swoich oczu dwoje,I wykrzyknij z radości: „oto wszystko moje!“Póki możesz, poglądaj żywemi oczyma,Jutro przyjdzie, lecz może tobie jutra niéma,I sam naucz się płakać na swoim pogrzebie,Jednéj łzy nie zasłużysz u ziemi i w niebie,Wiatr w dzień zgonu nie westchnie za wszystkich, za ciebie,Nie więcéj chmur się zbierze, silniejsza ulewa,Nie więcéj jak zwyczajnie, spadnie liści z drzewa.Dla jednych gadów ucztę twoję sprawią zwłoki,Nim je ziemia rozrobi w swoje żyzne soki.
Już ranek — już południe — na zamkowéj sali,Zwołani przez Otona, rycerze czekali.Właśnie w zamku godzinę wybiły zegary,Która miała rozstrzygnąć śmierć lub życie Lary,W niéj Ezzelin miał zeznać, co mógł o nim wiedziéć,I jakabądź jest powieść, musi ją powiedziéć.Swoję wiarę dał w zakład, i Lara przyrzekaSpotkać go tutaj w oczach nieba i człowieka.Gdzież on jest? kto miał drugim prawd powiedziéć tyle,Nie zniosą, by miał zwłoką spóźnić aby chwilę.
Już godzina wybiła i Lara przybywa;Postać jego spokojna i zimno cierpliwa.Gdzie Ezzelin? czy taka jego słowność była?Szmer powstał i Otona twarz się zasępiła.— „Ja znam mojego druha! wiarę ma na względzie,I jeśli jest na ziemi, wkrótce tu przybędzie.Jego dachy błyszczące na dolinie stojąPomiędzy włością Lary a dzielnicą moją.Gość taki zawsze zaszczyt robił w moim domu,I mnie baron Ezzelin nie przyczyni sromu.Będę ręczył za druha, póki tylko żyję,Lub mu rycerską plamę sam krwią własną zmyję“.Wtém Lara głos mu przerwał: — „Rano z wschodem słońca,Jak kazałeś, przychodzę dosłuchać do końcaPowieści cudzoziemca, jaką wczora prawił,Choć już dość jego język serce mi zakrwawił.Widać zmysły niezdrowe w słowach go uwiodły,Lub co gorsza, wróg z niego nieszlachetny, podły.Ja go nie znam... on może znał mię w krajach... kędy...Lecz po co nam te słowa jałowéj gawędy;Jak widzę, język słabo zakład ubezpiecza,Dowiedź mi jego wartość ostrzem swego miecza“.Dumny Oton na ziemię rękawiczkę cisnął,Zczerwienił się — i nagim mieczem z pochwy błysnął.„Rad cię chwytam za słowo ostatnie, albowiemW nieobecności gościa ja ci sam odpowiem“.Niezmieniony na twarzy, choć gniew był w ich obu,Choć niemniéj blizki swego, jak drugiego grobu;Z ręką, którą pokazał od szabli ujęcia,Że równie do odbicia wprawna, jak do cięcia;Z okiem chociaż spokojném, lecz co w krwi podoba,Lara pociągnął miecza — i zwarli się oba.Nadarmo ich ściskają i wołają w tłumie,Nikt wściekłości Otona oprzéć się nie umie;Jeszcze sam, jak na wzgardę te słowa powiada:„Tego miecz u mnie lepszy, kto nim lepiéj włada!“
Niedługa była walka — próżny, ślepy, wściekłyOton w pierś szablą cięty, upadł krwią ociekły.
Lara zręczném podejściem podciąwszy mu nogęZranionego Otona rzucił na podłogę.„Proś o życie!“ — Ten milczał — i padłszy na nogi,Już odtąd ze skrwawionéj nie powstał podłogi.Lara pali się w gniewie i twarz jego całaW swojéj szatańskiéj barwie na węgiel zczerniała.I wściekléj blaskiem miecza okrążył go wkoło,Niż wtedy, gdy jak śmiałek wręcz mu stawił czoło.Całéj sztuki szermierstwa doświadcza niezwłocznie,Kryty wstręt jego serca budzi się widocznie.A tak zapamiętale z wroga się urąga,Że gdy go tłum zbliżony za ramię odciąga,Z szału ostrze spragnione ku tym mierzy, celi,Co przez litość odciągnąć, oderwać go chcieli.Po chwili ich zamiaru niechętny się ima,Lecz na niego wciąż patrzy takiemi oczyma,Jakby walka bez skutku jakiś wstręt w nim sprawia,Co wroga po zwycięstwie przy życiu zostawia.Jakby w ranę śledzącą zaglądał powieką,Jak ofiarę do grobu zbliżyła daleko?
Rzeźwią, niosą Otona — i lekarz zamkowyZakazuje mu wszelkich pytań i rozmowy.Ciekawy tłum się zbiera do przyległéj sali.Lara tłumem gardzący szedł za niemi w dali;Po walce ze zwycięską palmą zapaśnikaW dumném milczeniu zwolna ku drzwiom się pomyka.Dosiadł konia i drogą, jak strzała puszczonaLeciał — i ani spojrzał na zamek Otona.
Lecz gdzie był ów meteor nocy, który sennymOczom przegraża, aby zniknął z blaskiem dziennym?Gdzie Ezzelin? czy przyszedł, poszedł — i nie wrócił,Aby sam żadnych śladów za sobą nie rzucił?Ezzelin jeszcze ciemno, gdy dzień w zmroku świtaRzucił zamek Otona — droga prosta, bita,Nie mógł zbłądzić — a przytém blizkie miał mieszkanie,Przecie zbłądził, i ledwo dniało na świtanie,Zaczęto śledzić, goniec za nim w trop wysłanyNic nie wie, prócz, że zginął gdzieś ich pan szukany.
Zamek pusty, nieczynny stoi koń przy żłobie,Giermki płaczą po panu i chodzą w żałobie.Ci rozbiegli się szukać po drodze, za drogą,Krwawych znaków morderstwa — i znaléść nie mogą.Ani kropla krwi świeci przez ciernie i wrzosy,Płaszcz pański poszarpany, ni wyrwane włosy.Wciąż po błoniach powiewa niezdeptana trawa,Ani śladu, czy była jaka walka krwawa.Ni palce czyjéj ręki, gdy krew tryska z żyły,W mękach zgonu murawę zgniotły lub splamiły;Gdy ręka nawpół trupia słaba do obronyCały gniew swój wywiera na trawnik zielony.Takie znaki być muszą, kto gdzie krew przeleje.Lecz tych niema — zostały wątpliwe nadzieje,I dziwne podejrzenia, poszepty i gwaryMiędzy tłumem czerniły codzień sławę Lary.Gdy Lara się pokaże, wnet zawiść oniemi,Ci życzą, pragną, aby dłużéj nie był z niemi,By z nałogu znów szerzyć czerniące go zdanie,I czarniejszym kolorem barwić domniemanie.
Dni lecą, i Otona zgoiły się rany,Ale nie jego duma; zawiścią wstrząsanyBył pan możny, bogaty, zawziętszy niż Lara,Przyjaciel tych, kto temu wręcz szkodzić się stara;I w imię prawa kraju sam wołać poczyna:„Niech Lara zda na gardło sprawę z Ezzelina!“Któż jeżeli nie Lara trwogi mu użycza,Że tak stroni od jego i drugich oblicza?Samby cierpiał, więc winien, że Ezzelin zginął,Gdyby nań swoje skargi szeroko rozwinął?Zwykle rozgłos powszechny niewiadomość szerzy,Ciekawość gminu rada tajemnicom wierzy.Widoczna obojętność, zimny wstręt do ludzi,Co stroni spoufaleń, miłości nie budzi;Duma pomiatająca i zręczność nielada,Z jaką ostrém żelazem po szermiersku włada.Gdzie swe ramię przyuczył do bitwy rzemiosła,Gdzie i kędy ta duma w sercu mu urosła?Bo nie była to wściekłość przypadkowa, cudza,Jaką słowo zapala i słowo przystudza.
Lecz właściwa, głęboko wyrobiona w duszy,Co gdy raz w co uwięźnie, samę litość zgłuszy.Podobnie długa władza i szczęście zbyt głośneZestrzela się w to wszystko, co jest bezlitośne.Te więc budząc nagany, raczéj jak pochwały,Z czasem na Larę wielką burzę zgromadzały.Lara musi dać gardło, tak się chmury zwarły,Temu, co go wciąż ściga żywy lub umarły.
W kraju wszyscy wasale zniechęceni żyli,I przeklinali władzę, któréj czołem bili.Ziemia długo jęczała pod rózgą niewoli,Gdzie w imię prawa rządził humor pańskiéj woli.Częsty w domu niepokój i wojna za domemSerce do krwi i zbrodni robiły łakomem.Ludzie tylko czekają hasła albo słowaI wnet mordem, zniszczeniem wre wojna domowa.Ta nie zna, kto nijaki, cały kraj rozdzielaPomiędzy dwa nazwiska — wroga, przyjaciela.Zamknięty w lennym zamku każdy sam był panem,Czynem, słowem poddany, z sercem niepoddanem.Tak Lara odziedziczył swoje właści nowe,Z niemi ręce leniwe i serca tchórzowe.Lara długo za krajem będąc, to miał w zysku,Iż był wolny od plamy ciemięstwa, ucisku.W jego rządach łagodnych wasale powoliJęli odwykać jarzmu ciężącéj niewoli.Jedna służba domowa w dawnéj trwodze trwała,Chociaż więcéj o niego niż o siebie drżała.Dziś nad nim się litują, chociaż z pierwszéj chwiliZłe sądy tworząc o nim na gorsze wróżyli;I niemy humor pana, każdą noc niespaną,Zwyczajnie za chorobę samotności brano.A choć w pańskiém mieszkaniu żyła cichość sama,Ponurość — lecz wesoła jego zamku brama,Od niéj nędzarz nie odszedł nigdy bez ofiary,Dla nędzy litość przecie znała dusza Lary.Zimny z równym, na dumnych patrzący z wysoka,Wieśniak obojętnego nie uchodził oka:Mało mówił, lecz skoro wszedł pod dach zamkowy,Często znalazł przytułek a nigdy obmowy.
I codzień, co godzina do zmroku od ranaJakiś nowy przybylec licznił orszak pana.Od straty Ezzelina, częściéj jak się zdarza,Lara grał gościnniejszą grzeczność gospodarza.Może Oton w nim budził wciąż bojaźni noweZasadzki zgotowanéj na zbrodniczą głowę.Cobądź myślił, ze swojéj gościnności plonówWiększy wzgląd zyskał ludu niż swych współbaronów.Wasal, grozą barona z swych siedzib wygnany,Przyszedł, wołał przytułku! — i wnet mu był dany.Żaden wieśniak nie płakał zagrabionéj trzody,A niewolnik zaledwo tęsknił do swobody:Stara chciwość bezpiecznie swe skarby zbierała,Przy nim wzgarda z ubóstwa urągać nie śmiała.Obiecanéj nagrody nie zmylił nikomu,Gość na zamku rad gościł, jak w swym własnym domu.Nienawiści gdy niemoc tępiła sztylety,W pomoc zemsty spóźnionéj ciężkie niósł odwety.Miłość wciąż pomiataną przez nierówne ślubyCieszył, i w jéj objęcia wracał przedmiot luby!Wszystko gotowe — Lara tylko chwili czeka,W któréj ma zdjąć lenniczą niewolę z człowieka.Przyszła chwila — i Oton, co mu groził, fukał,Stronił od zemsty, któréj wprzódy sam tak szukał.Tłocząc się tysiącami lud na zamku gwarzy,Między tłumem jest wielu odważnych zbrodniarzy;Radzi jarzmo baronów że zrzucili z siebie.Z wzgardą chodzą po ziemi, z nadziejami w niebie.Lara wolność ogłasza, nastręcza sposoby,Już nie kraj dla tyranów, lecz jak kopać groby!Taki krzyk, takie hasło brzmiąc na wojnę krwawąMusi szerzyć nieprawość, a hamować prawo.Wiara, wolność i zemsta — co chcesz? dosyć słowa,A ludzkość wzajem siebie zabijać gotowa!Jedno zdanie stronnictwa wtórzone w zapaleDa tron zbrodni, nakarmi gady i szakale.
Tak wasal swym baronem pomiatał po kraju,Rządzącego następcy słuchał ze zwyczaju;W stronnictwach do obłowu szukając sposobu,Niewolnik gardził jednym, nienawidził obu.
Czekają tylko wodza z imienia, ze sławy,Znaleźli, — wódz się wiąże sercem do ich sprawy.Przypadkowo zmuszony we własnéj obronieWalczyć i znowu z ludźmi wspólne krwawić dłonie;Dziwnym losem od wszystkich odcięty téj chwili,Co mu po krwi i sercu wrogami nie byli;Od téj nocy przeklętéj dla siebie, sam LaraZ najgorszém, choć niejeden, wręcz spotkać się stara.Choć gorąco poczynał, sam go rozum skłaniaW czynach zdala snowanych unikać badania.Nim sam ze swoją własną sprawą wszystkich zmieszał,Gdy upadał, przynajmniéj swój upad zawieszał.Troska, co długo w myśli więziona czuwała,Burza, co sama siebie strawiła i spała,Budziła się, a ciągnąc na wypadków pole,Zda się gwałtem zbliżała jego czarną dolę.Znowu Larę po świecie tenże sam los żenie,Znów ten sam — tylko mała zaszła zmiana w scenie.On mało dba o życie, mniéj jeszcze o sławę,Niemniéj ważyć się zdolny na rozpaczną sprawę,Stworzony, by na siebie klątwę drugich ściągał,By ktobądź z nim los dzielił, nieszczęściu urągał.Co mu z wolności tłumu, cel, nagroda jaka?On, by tylko zgiąć pana, podźwigał żebraka.Myślał, że w swéj zagrodzie spędzi dni spokojne,Lecz mu tam los i człowiek wypowiedział wojnę.Nawykły łowom, nie mógł siebie trudem słabić,Kto chce zdobycz ułowić, wprzód go musi zabić.Surowy a nie dumny, milczący z powicia,Aż dotąd był spokojnym widzem sceny życia.Lecz znów pchnięty do szranków stanął w walce nowéjJak wódz nieporównany do wojny domowéj.Głosem, twarzą, postacią, gdy wzrokiem uderza,Oczyma zdradza dzikość i męstwo szermierza.
Co dadzą walk tak często powtarzane dzieje,Każdéj bitwy i wojny tak zmienne koleje?Uczta sępów, krwi przelew, szczęk i dźwięk oręża,Ten słaby, że przegrywa, dumny, że zwycięża?Wciąż dymiące ruiny, w gruz runące mury;I ta była jak wszystkie podobnéj natury.
Prócz, że biorąc szał siły za rycerską cnotę,Z piersi swojéj wygnali litość — i zgryzotę.Nikt nie błagał, bo litość już nie miała ucha,Na trupie zabitego jeniec zionął ducha,A dla obu zwycięzcy równie wściekli byli;I ci, co się za wolność lub za władzę bili,Rozmyślali, że było im zabitych mało,Gdy jeszcze do zabicia więcéj pozostało.Daremnie ktoby szałom wojny się opierał,Mord i głód naprzemiany cały kraj pożerał:Palą ognie — i pożar szerzyć się zaczyna,Nad swym czynem codziennym śmieje się ruina.
Zrazu wszystkich do bitwy świeży popęd żenie,Szło za tłumami Lary pierwsze powodzenie.Lecz wygrana sprawiła ich zagubę całą,Rozpasane żołnierstwo wodza nie słuchało.Bez szyku nacierają na wroga bezładnie,Myśląc, przy tym wygrana, kto pierwszy napadnie.Łakomstwo krwi, łupieży, nieporządek szyków,Nadawały żołnierstwu postać rozbójników.Darmo, co wódz powinien robić, robi Lara,Darmo wściekłość walczących zawściągnąć się stara.Głos wodza nie przystudzi w nich do krwi pragnienia,Ta ręka, co zapala, nie zgasi płomienia.Przezorny nieprzyjaciel szkodząc niepomału,Otwiera obłąkanym ślepe oczy szału.Zmyślony odwód, nocne wycieczki na stronę,Zasadzki, trud codzienny i bitwy spóźnione;Brak zapasów, stąd częsty głód i niewygody,Obozy bez namiotów, nieba niepogody,Wał twierdzy, co związkowym urąga z kolei,I drażniona cierpliwość zwodzonych nadziei;O tém oni nie myślą: — kiedy wróg uderza,Oni walczą z odwagą starego żołnierza;Lecz wolą śmierć obecną, całą wściekłość boju,Niż powolnie się męczyć od trudów i znoju.Głód dokucza, skwar pali gorącego lata,W szeregach tysiącami gorączka wymiata.Zrazu tryumf niewczesny nowe budzi wstręty;Jeden Lara klęskami zda się być niezgięty,
Ale niewielu idzie w swego wodza ślady,Tysiące podrobniały na szczupłe gromady.Mężni chociaż nieliczni, najlepsi zostali,Sami gardząc porządkiem, teraz go płakali.Jeden środek pozostał — granica dość blizka,Umknąć nieprzyjaciela, który ich naciska.I muszą wstyd i rozpacz ponieść w kraj sąsiedni,Pomiatane włóczęgi, lub wygnańce biedni!Smutnie żegnać, porzucać swe ojczyste pola,Lecz ginąć lub się poddać — to smutniejsza dola!
Uradzili — już idą — zakrytych mrokamiNoc prowadzi i z góry przyświeca gwiazdami.Już widzą, jak ich promień zimny i dalekiŚpi spokojnie na falach pogranicznéj rzeki.Już widzą — co tam świeci? czy porzeczne brzegi?Nie — to wrogów nad rzeką czernią się szeregi.Odwrót albo ucieczka! z poza drzew szumiącychŚwieci sztandar Otona i włócznie goniących.Czy to płoną na wzgórzach pasterskie ogniska?Niestety! ognia łuna za dziko im błyska.Widzą — i wszystkich zrazu owiał przestrach trupi,Może mniéj krwi bogatszy choć raz łup okupi.
Wstrzymali się — znużona wytchnęła gromada,Czy mają naprzód pomknąć, czy im stać wypada?To mniejsza: — gdy uderzą na nieprzyjaciela,Co im broniąc przechodu od rzeki przedziela,Jakich niewielu mimo wspólną obietnicęMoże złamie szeregi i przejdzie granicę.„Natarcie będzie nasze! ich napadu czekaćJedno co po tchórzowsku mężną śmierć odwlekać“.Każdy koń okiełzany, każdy miecz dobyty.Na łękach siodeł błyszczą tarcze i dziryty.W tych kilku słowach Lary brzmiących w nocnéj ciszyNiejeden może tylko głos śmierci posłyszy?
Miecz ma w ręku — twarz Lary jakiś smutek znaczy,Lecz zanadto spokojna na wyraz rozpaczy.
Ziębiąca obojętność wciąż mu duszę chłodzi,Jakiéj mężni nie mają, gdy krew lać przychodzi.Pogląda na Kaleda, w jego oczach badaJakiéjś troski; twarz pazia zasępiona, blada,Może nocą przyćmiony sam promień księżyca,Rzucał bladość niezwykłą na Kaleda lica?Bladość strasznéj białości, jak kość od cmentarza,Co wiarę jego serca, lecz nie strach wyraża.Lara spostrzegł — i ręki pazia dotknął dłonią,Lecz mu ręka nie drżała, oczy łez nie ronią,Usta były milczące, serce ledwo biło,Lecz „my się nie rozdzielim“ spojrzenie mówiło.„Lud wyginie, związkowi odbiegną w potrzebie,Życie moje pożegnam — ale nigdy ciebie.“Wtém cwałem się kopnęli — śmiało, naprzód, daléj!Uderzają w kolumnę, — szeregi złamali.Każdy koń dobrze słuchał kolącéj ostrogi,Skrzyżowały się miecze — i był pobój srogi!Mniéj liczni, lecz mężniejsi, wśród kolumny skaczą,Rąbią się, pomagając odwadze rozpaczą.I krew była w strumieniu z falami zmieszana,I strumień wciąż czerwony, płonął aż do rana.
Sam na czele walczących, całą bitwą włada,Gdzie więcéj wróg naciska lub przyjaciel pada,Grzmi głos Lary; wciąż miecza błyskawicą wieje,I choć sam bez nadziei obudzał nadzieję.Nikt nie pierzcha, bo wiedzą, że pierzchać daremnie,Chwiejącego się, śmielszy zachęca wzajemnie;Tam, gdzie ogień najgęstszy nieprzyjaciel trzyma,Rzucają się i walczą, pod wodza oczyma.Wódz, tłumem okolony, sam jeden się ściera,To łamie ich szeregi, rozproszone zbiera,Nie szczędzi siebie — wszędzie strach lub śmierć roznosi,Właśnie był czas — do cięcia rękę w górę wznosi,I ciął — wtém na szyszaku kita się zachwiała,Pocisk celu nie chybił, w bok uwięzła strzała.Ten giest odkrył na ranę miejsce mniéj bezpieczne,A śmierć z szyi strąciła ramię tak waleczne!Jeszcze słowo tryumfu na ustach mu kona,Ręka dzielna, a teraz tak martwo zwieszona!
Przypadkiem zatrzymany miecz, po pochwie dzwoni,Cugle słabo ujęte wyciekły mu z dłoni.Wtém Kaled miecz i cugle pochwycił do ręku,Wpół omdlały, na siodła pochylony łęku,Lara ani spostrzegał, że paź cały w znoju,Uprowadza go pilnie z krwawego poboju.Goniących za nim straszy, odbija, naciera,I śmierć niesie w obronie tego, co umiera
Nad rannym i zabitym świeci gwiazda dniowa:Tu pancerz porąbany, tam bez hełmu głowa;Tu koń bez jeźdźca pada, pod nim ziemia jękła,Odetchnął tchem ostatnim — i popręga pękła.Tuż przy nim ostatkami jeszcze życia drgała,Noga, co go bodła, ręka, co kiełznała.Drudzy z gorączką w ustach, leżą przy strumieniu,Co szmerem konających urąga pragnieniu;To pragnienie pierś pali, gorączkę rozszerza.Tym, co śmiercią gwałtowną konają żołnierza,I zmusza nadaremnie szukać dla ochłodyUst spalonych — ostatniéj, jednéj kropli wody.Wciąż konwulsyjném drganiem, odrętwieli prawie,Swoje członki skościałe wleką po murawie.Ostatki życia trwoniąc mocowaniem siły,Już dopadli strumienia — usta się schyliły,Czują świeżość nadwodną, chłód rzeźwiący zdroju,Czekają! — widać, że już nie pragną napoju.Pragnienie niezgaszone — skądże ta odmiana?Ach, była to męczarnia — lecz już zapominana!
Pod lipą, na trawniku, ponadbrzeżnym rzeki,Leży rycerz, od sceny poboju daleki,Leży Lara i śmierci wygląda godziny.Niegdyś jego towarzysz, a dziś stróż jedyny,Kaled klęczy przy panu i ze łzami w okuPogląda, jak krew tryska z rany jego boku.Radby ją zatamować szarfy swéj ściśnieniem,Co z każdém drganiem lała czarniejszym strumieniemA gdy słabszym oddechem pierś robić zaczęła,Powolniéj, lecz wielkiemi kroplami płynęła.
Sam ledwo mówić może, lada jedno słowoDech więzi, boleść rany powiększa nanowo.Ściska dłoń, coby chciała umniejszyć mu męki,I paziowi ponuro wyśmiechnął swe dzięki.Paź nic sercem nie czuje, nie widzi oczyma,Prócz czoła, które pilnie na kolanach trzyma.Prócz oczu, co choć zaszły mrokami ciężkiemi,Jeszcze świecą mu światłem jedyném na ziemi.
Nieprzyjaciel nadbiega, goniący od rana,Póki Lary nie schwycą, niczém ich wygrana.Nadaremnie z rąk pazia oderwać go żąda,Lara na nich ze wzgardą spokojną pogląda,Co na surowość swojéj doli nie narzeka,W prost z żywéj nienawiści, do śmierci ucieka.Oton z konia zeskoczył, pogląda na wroga,Co w krwi jego się broczył — i pyta, przez Boga,Jak się ma rana? Lara nic nie odpowiada,Jak na twarz nieznajomą, zimne oko pada.Przemówił do Kaleda — przerywać nie śmieją,Wyraźnie słyszą słowa, słów nie rozumieją.Jego głos konający brzmi w téj drugiéj mowie,Do któréj dziwną pamięć wiązał w swéj rozmowie.Rozmawiają — lecz o czém? tylko Kaled umiałZgadnąć — i słów znaczenie sam jeden rozumiał.Kaled mu odpowiada, Lara ciągnie daléj,A wszyscy wkoło z niemém zdziwieniem patrzali.Oni zdają się swoją przeszłością zajęci,W połowie teraźniejszość gubić w niepamięci;Między siebie podzielać jakiś los oddzielny,Za któryby nie przejrzał żaden wzrok śmiertelny.
Rozmowa była długa, cicha — z tonu mowy,Kto słyszał, mógłby sądzić ważność ich rozmowy.Lecz wierzyłbyś z oddechu, z mdlejącego tonu,Że Kaled a nie Lara, więcéj blizki zgonu.Tak smutny, przerywany, drżący był głos cały,Że blade usta słowa zaledwo jąkały.Głos Lary czysty — słuchacz rozpoznać był wstanie,Nim pierś zaczęła dziko chrypać na skonanie.
Lecz z twarzy mało zbadasz, tak wciąż obojętna,Tak ni żałująca i tak beznamiętna!Prócz, gdy czasem przedśmiertny jego ból obejmie,Uśmiechał się, na pazia spoglądał uprzejmie;Gdy Kaled tak odpowiada, giestem mu dziękuje,Podnosi rękę w górę — i na wschód wskazuje!Może, właśnie gdy słońce wschodziło z za góry,Złowił okiem blask dzienny, z przedporannéj chmury.Może ręką krajobraz wskazał przypomniany,Gdzie był ten sam, podobny, prócz miejsca odmiany.Kaled załedwo widzi i patrzy niechcący,Jak gdyby wstręt w nim budził ten dzień nadchodzący,I od słońca odwrócił źrenice omdlałe,By patrzeć w oczy Lary, gasnące, ściemniałe.Lecz jeszcze zmysł widzenia nie zamierał w oku,Choć lepiéj gdyby umarł: — bo gdy jeden z bokuŻegnał go i rozgrzeszał świętym znakiem krzyża,I święcony różaniec do ust mu przybliża;Śmiał się i patrzał na to jak bezbożnik hardy;Boże przebacz! jeżeli był to śmiech pogardy!Kaled, choć nic nie mówił i łzawe źreniceWciąż zatapiał w zmartwiałe swego pana lice;Gwałtownym giestem rękę odpychał od Lary,Jak gdyby miał go mieszać dar świętéj ofiaryW ostatnich chwilach zgonu: nie wiedział widocznie,Że właśnie odtąd Lara drugie życie pocznie;To życie nieśmiertelne, gdy zgon ciało skruszy,Obiecane wierzącym w nieśmiertelność duszy.
Lary oddech był ciężki — wtém westchnęł głęboko,Martwą błoną ściemniałe zamgliło się oko.Członki się wyprężają, twarz siniała, bladła,Zimna głowa paziowi na kolana spadła.Pochwycił rękę pazia i do serca ciśnie,Serce nie bije, stygnie; — Kaled jak umyślnie,Choć czuje zimno, w sercu życie bada,Lecz dłoni serce biciem już nie odpowiada.Marzący! precz uciekaj z żywemi oczyma,Pan, na którego patrzysz, skonał — już go niéma!
Wciąż nań patrzał, jak gdyby jego duch wysokiJeszcze nie uszedł z swojéj cielesnéj powłoki.Obecni z obłąkania budzą pazia z trwogą,Lecz wpatrzonéj źrenicy oderwać nie mogą.I gdy z kolan bezwładne podnosili ciało,Co już w jego objęciach zastygło, schłodniało;Pańska głowa, co widział oczyma własnemi,Stoczyła się na piasek, jak ziemia do ziemi.Nie rzucał się, swéj piersi nie zadawał ciosów,Ani szarpał swych lśniących, swoich kruczych włosów,Starał się stać i patrzéć — ale padł zachwiany,Zaledwo więcéj żywy, niż pan ukochany.Kochany! nigdy w piersi ludzkiéj nie spoczywaMiłość podobnie szczera, podobnie prawdziwa!Ta chwila próbująca zarazem wykryła,Tajemnicę, co długo wpół tajoną była.Gdy rzeźwiąc omdlałego, rozpięto ubrania,Zdradzając płeć nie swoję, śnieżną pierś odsłania;Kaled rzeźwi się — z wstydu nie spuszcza źrenicy;Czém dla niéj teraz sława lub honor kobiecy!...
Z prochami ojców Lary nie spoczęły zwłoki,Lecz grób ma wykopany zarówno głęboki.I śpi snem nie mniéj twardym, życia współ-wędrowca,Choć ksiądz nie żegnał, marmur nie pokrył grobowca.I płakał go żal jednéj choć mniéj głośny może,Lecz ten przetrwał żal ciżby na barońskim dworze.Daremnie była ciągle o przeszłość pytana,Daremne były groźby — milczała jak ściana.Gdzie powód? wszystko swoje, serce mu oddała,Taki zimny, ponury! za co go kochała?Ciekawy głupcze! — zamilcz — korz się przed powodem,Czyliż jest ludzka miłość ludzkiéj woli płodem?Dla niéj mógł on być czułym! zwykli są surowi,Głębszych uczuć mniéj widnych gminnemu wzrokowi;I gdy kochają, myśli nie pojmą niczyje,Choć ich usta mniéj mówią, jak ich serce bije!...Łańcuch był niepowszedni wzajemnéj ofiary,Wiążący mózg i serce Kaleda do Lary.
Do wykrycia tych dziejów, niczém jéj nie zmogli,A ci w grobie, co o niéj powiedziećby mogli.
Spuszczają go do ziemi — lecz na jego ciele,Prócz rany świeżéj, widzą blizny i ran wiele!Rany w ciało wszczepione, nie w ostatniéj wojnie;Widać, że młodość życia spędził niespokojnie.Choć ich sława lub zbrodnia zakryta, nieznana,Dość świadczą, że gdziekolwiek była krew przelana.Ezzelin, coby jeden ich prawdę rozwinął,Od téj nocy jak poszedł, nie wrócił — i zginął.
Téj nocy (taka powieść krążyła po gminie),Niewolnik przechodzący jak świt po dolinie,Właśnie, gdy księżyc pierzcha przed idącym rankiemI twarz wybladłą kryje mglistym wschodu wiankiem:Niewolnik w gęste bory śpieszył, jako trzeba,Drwa rąbać, za co dzieciom swym dostawał chleba.I przechodząc wzdłuż rzeki, marząc zysk zdobyczy,Która ziemię Otona i Lary graniczy,Słyszy tentent; — koń, jeździec przemknął poza drzewa,Od łęku jego siodła czarny płaszcz powiewa;Tym płaszczem jakiś ciężar obwijał wokoło,Głowę miał pochyloną i zakryte czoło.Tknięty nagłym widokiem w tak niezwykłéj porze,I wróżąc, że bądź jaka w tém zbrodnia być może;Ciekawy, co to będzie? w ślad za jeźdźcem kroczył,Jeździec stanął nad rzeką i z konia zeskoczył;Z siodła ciężar pochwycił i w naglonym biegu,Potoczył na brzeg rzeki — i cisnął go z brzegu.Staje, patrzy i pilnie wciąż oczyma tropi,Kędy jaki wir rzeki ciężar ten zatopi:I ciągle szedł za falą, co z nurtem płynęła,Gniewny, że fala ciężar nie dobrze ujęła.Nagle zadrżał — i stanął: — z zimowych strumieni,Zwalone wkoło stosy sterczały kamieni:Z nich, co najcięższe zbiera, a sam co miał mocy,Za ciężarem do wody cisnął je jak z procy.Wtem niewolnik przypełznął po pod krzak nadrzeczny,By niewidziany, wszystko mógł widziéć bezpieczny:
I schwycił okiem białość płynącego ciała,Na sukui niby jakaś gwiazda przełyskała.Lecz nim dojrzał wyraźniéj, już wir ciężar schłonął,Legł pod ogromnym głazem i na dno utonął.Znów wzniósł się na powierzchnię, robiąc krąg daleki,Nurt za sobą czerwienił i znikł w wirach rzeki;Jeździec w wodę poglądał drżący i wybladły,Aż ostatnie jéj kręgi znikły i przepadły.Odwrócił się, w téj chwili poskoczył na konia,Bodąc ostrogą, pędził przez góry i błonia.Twarz jeźdźca maskowana — oblicze zmarłego,Jeśli to był umarły, umknęło od niego.Lecz jeśli z trupiéj piersi widać gwiazdę było,To jest znak, jaki zawsze rycerstwo nosiło:I taki pierś barona zdobił, jak wiadomo,Téj nocy, gdy z Otona uczty znikł kryjomo.Jeśli tak zginął — Panie, świeć nad jego duszą!Jego zwłoki spoczywać w oceanie muszą.Oby litość krzepiła nadzieję niewiary,Ezzelin taką śmiercią nie zginął z rąk Lary.
Kaled — Lara — Ezzelin zniknęli pospołu,Kamień, marmur nagrobny nie krył ich popiołu.Pierwszy, sam nadaremnie oderwać się staraOd miejsca, gdzie był ranny, kędy skonał Lara.Dumną duszę domęczył smutek bezlitośny,Jéj łzy były liczone, jéj płacz nigdy głośny.Jéj z miejsca niktby ludzką nie odciągnął siłą,Gdzie zaledwo wierzyła, że już go nie było!Żywy ogień rozpaczy błyskał z jéj źrenicy,Jaki w gniewie niesilnym gra w oczach tygrzycy.Godzinami czas trawiąc na żal pogrobowy,Z postaciami powietrza wdaje się w rozmowy,Jakie czynny mózg tworzy w obłąkania szale,I wzywa ich uwagi na swe czułe żale.I pod tém samém drzewem wciążby siedzieć chciała,Gdzie głowa Lary na jéj kolanach leżała.I jakim był, gdy konał, w pamięci go chowa,Z nim uścisk konający, jego wzrok i słowa.Choć swój warkocz ostrzygła, dziś go nieszczęśliwa,Często przez zapomnienie z za piersi dobywa;
Zwija, ciśnie do ziemi — tak w szaleństwo wpadła,Niby ranę tamując jakiegoś widziadła.Pyta go i za niego sama odpowiada,Czasem zrywa się, w drżenie konwulsyjne wpada.I ucieczkę mu radzi skinieniem swéj dłoni,Od rojonych widziadeł w rojonéj pogoni.To pod tą samą lipą znów siada na ziemi,I twarz swoję zakrywa rękoma chudemi.Lub dziwne charaktery wciąż na piasku kréśli,Lecz długo trwać nie mogła ta gorączka myśli.Jéj zwłoki spoczywają, gdzie jéj leży Lara.Życie jéj tajemnicze — doświadczona wiara.
Tysiączne lata i wojny i burzePrzeszły ryjące po korynckim murze,A przeciéż dotąd mimo tylu wiekówStoi ta twierdza, dzieło wolnych Greków.Wśród trzęsień ziemi, wśród szturmów nawałyNie zadrżał nawet gmach téj wzniosłéj skały,Klucz téj Grecyi, którą jarzmo tłoczy,Przecież wzrok dumny po téj górze toczy,Dwóch mórz granicy. Przy niéj to gotoweZ dwóch stron się zetrzeć fale purpurowe,Jakby téj groźnéj zlękły się przegrody,U stóp jéj kornie gniewne ścielą wody.Gdyby od krwawéj śmierci TymofanaAż do ucieczki perskiego tyranaWszystka krew, która kraj ten zalewa,Z głębi tych lądów znów wytrysnąć miała,I wszystkie kości w jeden stos się zbiegły,Co w tylu wojnach ziemię tę zaległy,Całe to sławne Grecyi przestworzeNowe i krwawe zalałoby morze,I wyższy kolos przebódłby lazuryNiźli ten ogrom Akropolis góry,Któréj wierzch, w groźnéj tylu baszt koronie,Piętrzy się dumnie i w obłokach tonie.
Na ciemnym szczycie Cyteronu lśniąceWznoszą się, sterczą liczne lanc tysiące:
Niżéj oparte o mórz obu brzegiBielą się różnych namiotów szeregi.Wojska szykami stanęły długiemi.Mnogie księżyce jaśnieją nad niemi,Czernią się spahy, ciągną, a na przedzieKażdego z hufców basza brodacz jedzie,I jak daleko oko sięgnąć zdoła,Same turbany wszystkie kryją czoła.Tu wielbłąd pod swym przyklęka ciężarem,Tam koń pod zwinnym pieni się Tatarem,Turkoman rzucił swoje trzody, stada,W broń się uzbroił i znów szablą włada.Ciągle grzmiącemi zagłuszane strzałyGładzą się morza uciszone wały.Przykop gotowy. W szybkim jak błysk locieŚmiercią brzemiennych kręgów świszczą krocie,Liczne od murów odpadają łomyCiągle ciężkiemi wybijane gromy:Ale i twierdza odpowiadać umieWyzywającéj muzułmanów dumie,I śmierć im za śmierć odsyła bez zwłokiPrzez gęste kurzu i dymu obłoki.
Któż to w tych trudach najśmielszym przywodzi?Kto codzień bliżéj pod ten wał podchodzi?Nikt nie ma z wszystkich tam synów prorokaJego wśród boju zręczności i oka;Żaden wódz wyższém nie słynie tam męstwem,Ani téż krwawszém pyszni się zwycięstwem.Z czynu do czynu i z pola na polePędzi i konia spienionego kole,A gdy wróg nagle na przykop uderzyI najcelniejszych wytnie mu żołnierzy,Lub gdy obrońcę groźnéj działobitniSzturmowi jego stawią opór zbytni,Zsiada z rumaka, stawa na wojsk przedzie,Krzepi zachwianych i sam na bój wiedzie.On wśród tych wodzów pierwsze miejsce trzyma,Któremi dumny sułtan się nadyma,
On to najzręczniéj prowadzi żołnierzaI lancą włada i działo wymierza,Miecz jego w boju głów tysiące zmiata,Alp mu na imię — z wiary, apostata.
Z świetnego niegdyś szczepu on pochodził,W swéj się ojczyźnie — w Wenecyi zrodził,Lecz gdy go za jéj wygnano granice,Podniósł przeciw niéj tę same prawicę,Którą do boju wprawiali ziomkowie,I odtąd turban na swéj nosi głowie.Po licznych zmianach całe państwo greckiePrzeszło z Koryntem pod prawo weneckie,I teraz widzą tu pod mury temiWspólnych swych wrogów — widzą Alpa z niemi,Alpa, co w takim zaciął się zapaleMłodych zaprzańców gorejącym szale,Że ciągle w swojéj obrażonéj dumieI mścić się tylko i w krwi broczyć umie.Nie — już téj, co się dumnie — wolną — mniema,Nie — już dlań staréj Wenecyi nie ma!Miał on w niéj wrogów swego szczęścia, chwały,Co bezimienną skargę nań podały,Skargę — wśród nocy — w Lwiéj paszczy złożoną,A któréj nie mógł swoją zbić obroną.Dciekł on wcześnie i z życiem się schronił,Lecz na to, by je późniéj w wojnach trwoniłI swéj ojczyźnie dowiódł straty męża,Co wszystkich zwalczył, co sam krzyż zwycięża,Świetne księżyca stwierdza panowanieI lub się zemści, lub téż żyć przestanie.
Ten sam — co późniéj w karłowickiéj klęscePadłszy, własnego uwiecznił zwycięzcę.Co poległ na tych polach krwią okrytychPierwszy z walczących, ostatni z zabitych,
Bez żalu życia, przecież w wściekłym szale,Klnąc i złorzecząc chrześcijańskiéj chwale,Ten sam Kumurgi nieprzepomnéj sławyOstatni Greków ujarzmiciel krwawy,Dzisiaj to całe wojsko Turków sprawia,Alpa na czele przednich hufców stawia,Alpa, co stał się godnym téj nagrody,Z ziemią zrównawszy liczne miasta, grody,I codzień krwawszym dowodząc mu czynem,Jak dzielnym, wiernym jest proroka synem.
Słabiał mur twierdzy kulami porytySzybko, potężnie i bez przerwy bity:Podobnym burzy grzmotem wciąż ryczałyDziała częstemi rozpalone strzały.Były dni, w których bomby muzułmańskiePękłszy, świątynie zapalały pańskie;A gdy się który z owych gmachów walił,Co go ten lotny wulkan wstrząsł i palił,Grzmiał łom po łomie z dachów, ścian zwęglonych,A ogień w słupach wybuchał czerwonych,Lub téż w potężne iskry się rozpryskałI jak gwiazdami ziemi, w niebo ciskał.Grubą na słońce rzuciły osłonęObłoki, dymów kłębami zczernione;Ciężko siarczyste wzbijając się chmury,Szeroko niebios powlekły lazury.
Lecz nie dla zemsty, choć jéj zdawna wzywał,Nie dla niéj tylko Alp twierdzy dobywałI uczył Turków, jak zręcznemi strzałyI łamać mury i rozwalać wały.Była w téj twierdzy uroczego wdziękuDziewica, którą chciał on z ojca rękuWydrzéć, zaślubić. Starzec ten niezgiętyW gniewie swym opór stawiał mu zacięty,
Choć przez lat tyle o jéj rękę prosiłI jeszcze imię chrześcijańskie nosił.Niegdyś z szczęśliwszą dni weselszych wiosnąNie jak dziś, zbrodnią obarczony sprosną,W lśniących on salach lub téż lotnéj nawieW zapust weneckich tak rozgłośnéj wrzawieJaśniał nad wszystkich — a w nocach miesięcznychTak w serenadach smętnych, słodko-dźwięcznych,Grał jéj i nucił swe miłośne żale,Że nigdy morskie Wenecyi fale,Żadne dziewice w całéj Włoch przestrzeniTak wzruszających nie słyszały pieni.
Wszyscy jéj serce za podbite mieli,Nikt jéj nie zajął z śród tylu czcicieli,Nikt ręki Anny nie mógł zyskać w darze,Aby przed święte powiódł ją ołtarze.Zważano nawet, że gdy Alp odpłynął,I gdzieś do brzegów pogańskich zawinął,Zwykły jéj uśmiech z ust jéj znikł niezwrotnieZbladła i często dumała samotnie.Częściéj ją wpośród świątyń spotykano,Rzadziéj na ucztach, na balach widziano,W których spuszczała oczy obojętne,Nowym już swoim zdobyczom niechętne.Zimném na wszystko było oko Anny;Ubiór jéj nawet bywał mniéj staranny,Śpiew jéj utracił wiele ognia, siły,Stopy, choć lekkie, lecz mniéj lotne byłyW tych tańcach, które choć do ranka trwały,Weselszym parom zbyt krótkie się zdały.
Gdy Sobieskiego potężna prawicaPod Wiedniem hardość łamała księżyca,A z greckich karków zastępy weneckieZwycięsko jarzmo zrzuciły tureckie,
Minotti prawem tém w Koryncie władał,Które mu doża nad Grecyą nadał,A któréj wreszcie po tak długim bojuLitośnie uśmiech zabłysnął pokoju.Lecz nim ten pokój znów został zerwany,Co z jarzma Turków wyrwał chrześcijany,Minotti do swéj utęskniony córy,W groźne Koryntu wprowadził ją mury.Nie — odkąd słynna Menelaja żonaKraj ten rzuciła niewiarą splamiona,I odkąd swoją zbrodnią nam dowodzi,Ile nieprawa miłość nieszczęść rodzi,Nikt tak cudnego nie ujrzał tam lica,Jakiém wenecka jaśniała dziewica.
Pękł mur i runął. Otwór nad zwaliskiem.Jutro więc, jutro z pierwszym dnia zabłyskiemGroźny, potężny tłum celnych rycerzyRzuci się szturmem i w wyłom uderzy.Wojsko sprawione i hufiec wybrany,Hufiec szturmowy, stąd — straconym — zwany.Pójdzie na czele, pójdzie z wzgardą życiaPełen nadziei i pewien zdobycia.Z mieczem on w ręku wedrze się na wały,Lub drogę swemi tak uściele ciały,Że drudzy po nich, jakby po drabiniePójdą, aż na niéj już ostatni zginie.
Północ. Księżyca jasność, zimna, blada,Smętnie na wzniosłe czoła gór tych spada.Błękit na wodach, a niebo w lazurzeZda się jak morze rozwieszone w górzeZ wyspami światła, których blask wieczystyTak żywy — jasny — eteryczno czysty,Że kto się spojrzy na ich świat uroczyI znów ku ziemi korne spuści oczy,
Radby się ku nim puścić w lot dalekiZ ich nieśmiertelném światłem zlać na wieki!Całe powietrze tak czyste, promienne,Wody spokojne, a tak ciche, senne,Że ledwie falą śnieżno się pieniącąZ głuchym pomrukiem brzeżny żwir potrącą.Ucichły morza z śpiących wiatrów ciszą,Liczne sztandary wzdłuż swych drzewców wiszą.I gdy tak zwiędłe chylą się ku ziemi,Złote księżyce jaśnieją nad niemi.Nic tu głuchego nie przerwie milczenia,Prócz wołań straży i rumaków rżenia,Które raz po raz sny żołnierskie kłócą,I aż po górach śpiące echa cucą.Jakby szmer liścia tak się w wojsku szerzy,Rozległy pomruk zbudzonych żołnierzy.Na muezzina głos posępnie brzmiący,I do północnych modlitw wzywający.Głos jego zda się smętnéj pieśni dźwiękiem,Przeciągłym ducha samotnego jękiem,Brzmi on tak dźwięcznie, tak łagodnie, smutnie.Jak gdy wiatr trąci nastrojoną lutnię.I w niéj ton wzbudzi długi, nieprzerwany,Żadnéj śmiertelnéj muzyce nieznany.Ciężko na serca oblężonych spada,Zda się, że blizki zgon im zapowiada,Zwycięzców samych zimnym dreszczem mrozi,Im nawet jakąś czarną wróżbą grozi.Głos ten swym drżącym, przenikliwym tonem,Nagle krew ścina w sercu przerażonem,Które, gdy płonność trwogi swéj odkryje,I wstydem płonie i znów silniéj bije.Tak nas pogrzebne przerażają dzwony,Choć obojętne zwiastują nam zgony.
Stał namiot Alpa u nadbrzeżnéj skały,Głos ów już ucichł i modły wybrzmiały.Rozstawił czaty, nocne obszedł straże,Wszystko spełnione lub spełnią, jak każe;
Jedna noc jeszcze troski, niepokoju,Lecz jutro zemstę swą nasyci w boju,Miłość mu długie nagrodzi czekanie:Wojsko nie zaraz jeszcze ze snu wstanie,Ma więc czas zasnąć: — chciałby użyć wczasu,By do krwawego wzmocnić się zapasu;Lecz jakieś myśli czarne i natrętne,Tak się w nim warzą jakby wody mętne.Stoi sam jeden wpośród śpiące tłumy,Nie dzieli Turka fanatycznéj dumy,Nie na to myśli życie swe narażać,By dla księżyca chwały krzyż znieważać,I aby w raju po swym spocząć zgonie,W wiecznych pieszczotach na hurysek łonie.Żar jego nie jest ogniem patryoty,Nie zna téj wzniosłéj, gorejącéj cnoty,Co się nie wzdryga krew i życie trwonić,I wszystko ważyć, by kraj swój obronić.Stoi sam jeden — lecz jak winowajca,Zaprzaniec Boga i ojczyzny zdrajca,Stoi sam jeden wśród tyłu rycerzy,A żadnéj ręce, ni sercu nie wierzy.Idą z nim na bój, bo ich wiedzie śmiele,Bo jest tak hojnym przy łupów podziele:Pełzają przed nim, bo w tym grubym tłumieZręcznie myśl dziką zgiąć i podbić umie;Lecz, że mu życie dały chrześcijany,Grzech go w ich oczach plami niezmazany;Téj sprosnéj nawet zazdroszczą mu sławy,Któréj się dobił dla ich walcząc sprawy;Pomną jak zbrojny nazareńskim kordemKrwawym za młodu wytępiał ich mordem.O nie, nie wiedzą, jak to duma zmienia,Serca zjątrzone hańbą poniżenia,Nie wiedzą, jaki w podłém, czarném łonie,Odstępców wiary fałsz i wściekłość płonie.Włada, — bo władać można najgorszemi,Kiedy się męstwem celuje nad niemi.Taka to lwa jest nad szakalem władza,Ten szuka łupu, a lew łup ten zgładza,Karmi się, syci, aż wzgardą przejęty,Na pisk mu podły krwawe ciska szczęty.
Płonie skroń Alpa. — W sercu ciężkiém, smętnem,Drgające żyły silném biją tętnem;Próżno się do snu zmusza przez czas długi,Z jednego boku przerzuca na drugi,Nie śpi, a chociaż zdrzémnie się chwilowo,Z najmniejszym szmerem zrywa się na nowo;Turban go ciśnie po gorzącém czele,Zbroja jak ołów cięży mu na ciele,A przeciéż dawniéj wśród niejednéj wojny,Spał on tak błogo, choć jak dzisiaj zbrojny,I chociaż miewał leże mniéj dogodne,Ziemię mniéj pulchną, niebo mniéj pogodne.Nie — spać nie może — ni wpośród namiotu,Tak sam, tak długo czekać dnia powrotu:Chodzi wzdłuż morza piaszczystych nabrzeży,Gdzie snem ujęte jego wojsko leży.Któż im słał miększe niźli jemu łoże,Czemuż śpią wszyscy, a on spać nie może?Bardziéj im ciężą trudy, grożą boje,Przecież spokojnie marzą łupy swoje;On sam — on jeden, wśród liczne tysiąceŚpiące — i może raz ostatni śpiące,Dręczy się, czuwa, błędnym stąpa krokiem,I zazdroszczącém na nie patrzy okiem.
Serce świeżością nocy mu ożyło,Niebo, choć chłodne, ale czyste było.W wonném powietrzu chmurne kąpał skronie.Za nim był obóz — przed nim lśniące tonie,Kręto-obrzeżnéj Lepantu zatoki:Śnieg stroił wierzchy delfickiéj opoki.Wzniosły, wieczysty, a tak jasny, biały,Jakim tysiączne lata go widziały.Wciąż on nad lądem i morzem jaśnieje,Twardszy niż człowiek — z wiekiem nie topnieje.
Mniéj trwali na blask słonecznych promieni,Nikną jarzmiący i nikną jarzmieni,Gdy wierzch ten z wieków lśni się przystrojony,W białość téj lekkiéj i wątłéj osłony:Kruszą się groźne dęby, baszty, mury,A ona wiecznie bieli szczyt téj góry.Wolność się z ziemskim żegnając padołem,Nad gór ją wzniosłych zawiesiła czołem,Wieńcząc te szczyty, skąd jéj pieśń od wieków,Duchem proroczym ostrzegała Greków.O, ciągle ona po tych bojowiskach,Grobach i świętych błąka się zwaliskach.By znów ostygłym sercom dodać żaruI do wielkiego wezwać je zamiaru:Lecz próżno, próżno zwiędłe serca cuci,Bo nie tak prędko owo słońce wróci,Które widziało popłoch perskich szyków,I męski uśmiech śmierci Spartańczyków.
Nie był Alp zimnym na świetne przykłady,Pomimo swego odstępstwa i zdrady,I wśród téj nocy, gdy tak chodzi, marzy,W myśli swéj przeszłość i obecność waży,I o tych zgasłych mężów duma sławie,Co krew swą lali w lepszéj niż on sprawie,Jakże ta chwała zdaje mu się lichą,Któréj dziś z taką dobija się pychą.On, co miecz wznosi na swych ziomków mordy,Zdrajca, przywódca muzułmańskiéj hordy,Co tyle zyska twierdzy téj zburzeniem,Że świętokradcy ochrzcą go strumieniem.Nie takim niegdyś laurem się wieńczyłyMęże, na których patrzy się mogiły.Tu na tych polach wiedli bój potężny,Z tych basz stawiali wrogom opór mężny,Legli, lecz wiecznie w swojéj żyją ziemi,Całe powietrze wciąż oddycha niemi,Wody wciąż szemrzą ich wielkie imiona,Sławą ich pustość lasów zaludniona;
Żyją po wszystkich Grecyi przestworzach,Duch ich po górach, a pamięć po morzachDrobna nić źródła, nurt potężnéj rzeki,Płyną z ich chwałą zmieszane na wieki.Mimo, że tyran ujarzmia go krwawy,Kraj ten należy do nich i do sławy!Grecya wiecznie światu hasłem będzie,I ten, co na czyn wielki się zdobędzie,Na nią się spojrzy, jéj wzorem zapali,Dłoń swą uświęci i tyrana zwali,Na nią się spojrzy i w ten bój się rzuci,Gdzie lub polegnie, lub téż wolnym wróci.
Alp wciąż nad morzem chodzi, duma, roi,Rzeźwiącém nocy powietrzem się poi.Wodom tym przypływ, ni odpływ nieznany,Toczą się wiecznie i toczą bez zmiany,Tak, iż choć orkan najsroższy szaleje,Mało co morze za swój brzeg wyleje,I czy się wzniesie, spadnie, znów powstanie,Księżyc żadnego nie ma wpływu na nie.Nigdy tam przez nią wyzywane wały,Nie dojdą groźnéj i warownéj skały;Od tylu wieków na krańcu nabrzeżyJeden pas ciągły morskiéj piany leży,Co wazko piasek bieli tam żółtawy,Ale zielonéj nie dosięga trawy.Błądząc Alp brzegiem, zbliżył się do wału,Jakżeby łatwo mógł poledz od strzału.Dziwna rzecz! żadne nie widzą go czaty,Skądże tak pewnéj uszedłby zatraty?Czyż i tam zdrajce wcisnąć-by się miały,Stęgłyż ich ręce, serca skamieniały?Z żadnéj panewki ogień tam nie błyśnie,Żadna ku niemu kula nie zaświśnie,A przecież stoi pod warownią samą,Pomiędzy morzem i obronną bramą.Słyszy głos straży, wszystkie słyszy słowa,Które ich nocna niesie mu rozmowa,
Słyszy ich wreszcie kroki stąpające,Ciężko i zgodnie po brukach tętniące.Pod samym murem tłuszcza psów zgłodniałaSzarpie ostatki leżącego ciała,Dławi się, juszy, wżarta i zaciekła,Zbyt zatrudniona, by na niego szczekła.Jak kiedy figę obłuszczamy wkoło,Tak muzułmańskie obdzierają czoło.Ślizga się, skrzypi, bielsza od kłów białych,Czaszka w paszczękach już wiekiem stępiałych,Twarde, oporne z mrukiem gryząc kości,Ledwie że mogą wznieść się od sytości.Taką to na ich ucztę sprosną, krwawą,Bój zeszło-nocny obdarzył je strawą.Alp z różnobarwnych szalów i turbanówNajtęższych swoich poznał muzułmanów,Poznał ich równie z tych głów wygolonych,I z ich czerepów długich i zwieszonych.Liczne psy sprośnie szarpią ich głowami,Owikłanemi w włosy drąc je kłami,A tam, gdzie w dali morze brzeg ów myje,Gniewny sęp wilka ciężkiém skrzydłem bije,Co do ciał ludzkich skradał się zgłodniały,Lecz kiedy od nich psy go odegnały,Dopadł rumaka ległego na piasku,I drze wśród kruków i kłucia i wrzasku.
Z odrazą oczy Alp odwraca swoje,Nigdy nim krwawe tak nie wstrzęsły boje,Wolałby patrzyć na rannych tysiące,W własnéj gorącéj jeszcze krwi leżące.Jak ich ból dręczy i wnętrzny żar pali,Niż na tych, którzy już cierpieć przestali.Jakąbądź śmiercią człowiek w boju ginie,Jest pewna duma w téj strasznéj godzinie.Honor nad jego męstwem się unosiI sława imię ginącego głosi.Lecz kiedy wszystko już przeminie z zgonem,Jakże się z czołem patrzym poniżonem,
Gdy płazy, ptaki, całe zwierząt stada,Wszystko na zwłoki obnażone wpada,Wszystko człowieka swoim mieni łupem,Wszystko nad jego raduje się trupem.
Jest tam świątynia, co się z wieków wali,Nikt już nie pomni tych, co ją stawiali.Sterczą trzy słupy wśród głazów rozbitych,Gruzów, marmurów już zielskiem pokrytych.Tak to czas wszystko w swoim niszczy pędzie,Zburzył, co było, i zburzy, co będzie;Tyle on tylko zwalisk nam zostawił,By w téj przeszłości przyszłość nam objawił.Cośmy widzieli, to znów nasze synyBędą widziały — gruzy i ruiny,Szczęty dzieł wielkich i tych głazów łomy,Które śmiertelnik wznosi tu poziomy.
Na jednym z słupów tych Alp siada, marzy,Dłoń swoję zwolna przeciąga po twarzy,Jakby bolesném wspomnieniem ciśnięty,Siedzi myślący i ku ziemi zgięty,Głowę swą spuszcza na pierś wrzącą żarem,Na walnych uczuć ciśnioną ciężarem.Wciąż on palcami szybko bieżącemiStuka po czole, a tak bije niemi,Jak gdy z klawiszów wyrywane dźwiękiPędzą pod lotem artystycznéj ręki,Która dopóty miesza je bezładnie,Aż wreszcie na ton zamierzony wpadnie.Ciężko mu, smutno, wśród téj nocnéj ciszy...Lecz cóż to? — wiatru-że on dęcie słyszy?Wiatr-że to świszcząc przez głaz wydrążony,Tak rzewniącemi odzywa się tony?Wznosi twarz nagle — patrzy się po morzu...Najmniejszéj zmarszczki na całém przestworzu.
Patrzy na trawy — żadna się nie chwieje;Coraz więc bardziéj na ten dźwięk dumieje.Żagle, sztandary, drzewa liściem strojne,Wszystko i wszystko tak ciche, spokojne:Najlżejszy wietrzyk twarzy mu nie chłodzi,Skądże więc, skądże taki dźwięk pochodzi?Zwraca się — patrzy — nie śmie wierzyć oku...Stoi dziewica cudnego uroku!
Zerwał się, zadrżał większym dreszczem trwogi,Jak gdyby nagle zbrojne ujrzał wrogi.Nieba! któż jesteś? — skądżeś tu przybyła?Kto cię pod samę twierdzę tu przysyła?Drżącą się ręką przeżegnać nie zdoła,Wzdrygła się dotknąć apostaty czoła:Podniósł ją mocą pierwszego natchnienia,Lecz ją odtrącił nagle głos sumienia.Patrzy się — widzi znane mu oblicze,Znaną mu postać i wdzięki dziewicze,Annę on, Annę widzi rzeczywiście,Annę, z którą się chciał łączyć wieczyście.Twarz się jéj zwykłym rumieńcem barwiła,Lecz ta jéj barwa już gasnącą była.Gdzież się ten ust jéj wdzięczny uśmiech podział,Co nieraz w żywszą czerwoność je odział?Błękit jéj oka, choć ciemniejszy może,Tak był spokojnym jak spokojne morze,Lecz jak te wody martwy, nieżyjący,A wzrok, choć czysty, lecz zimno patrzący.Szata jéj nakształt wiewnego obłoku,Ledwie że śnieżną pierś jéj kryła oku,A z przerwy włosów, co pasmy ciemnemi,Wdzięcznie z jéj czoła lały się ku ziemi,Biała i naga ręka się wznosiła,Która tak lekką i tak bladą była,Że tę jéj wątłość i przejrzystość ciała,JasnoććJasność księżyca przeświecać się zdała.
„Przyszłam tu, rzekła, z miłości natchnienia,Dla mego szczęścia, dla twego zbawienia.Tysiączne wojska, bramy, straże, wały,Słabéj dziewicy wstrzymać nie zdołały;Sam lew, jak mówią, drży na jéj spotkanie,Gdy przed nim w dumie swéj czystości stanie.Ta to moc wyższa, która cnotę słoni,Przed kłem leśnego tyrana ją broni.I mnie prawicą wiodąc potajemną,Przez tyle przeszkód przybyła tu ze mną.Przyszłam — lecz jeśli próżném przyjście moje,Już raz ostatni widzim się oboje.Spełniłeś zbrodnię, godną wiecznéj kary,Przez odstąpienie ojców twoich wiary;Lecz strąć ten zawój z chrześcijańskiéj głowy,Przeżegnaj czoło — wyrzuć jad sercowy,Tę czarną kroplę — a jutro nas spojąWieczne już węzły — wiecznie będą twoją.“— „Lecz gdzież małżeńskie łoże ci umieszczę,Wśród trupów, wśród krwi lejącéj się jeszcze?Jutro już bowiem idzie z ogniem, mieczem,Spalim świątynie i wszystkich wysieczem;Wszyscy, tak wszyscy, jak przysiągłem, zginą,Ty sama z twoją zostaniesz rodziną,Wkrótce do milszéj schronię cię zaciszy,Co naszych dawnych skarg już nie usłyszy.Tam cię poślubię — lecz niech wprzód to ramięRaz jeszcze dumę Wenecyi złamie,Niech wprzód dłoń moja tę jéj zawiść skarze,Co mię przez sprosne zniżała potwarze,Niech nad plemieniem mszcząca się zbrodniczem,Witym z padalców wychłoszcze je biczem.“Wzięła go za dłoń — lekko jéj dotyka —Cóż to za dziwny dreszcz mu w kości wnika?Czuje w swéj piersi jakiś pomróz skryty,Patrzy — słupieje — i stawa jak wryty.Tak słabo zimny uścisk go ujmuje,A przecież dłoń swą jak przykutą czuje.
Dziwna rzecz! ręka ściska go tak droga,A krew mu w żyłach nagła ścina trwoga,Te długie palce i tak wątłe, białe,Życie w nim prawie wymroziły całe.Skroń mu febrycznym już nie płonie żarem,Serce wciąż większym opada ciężarem.W miarę jak patrzy w jéj rysy mu znane...Jakże straszliwą spostrzega w nich zmianę!Piękna — lecz piękność ta w zwiędłości znika.Żadnego duszy nie widać promyka,Co tak gra każdą twarzą, piękną, młodą,Jak dzień słoneczny iskrzącą się wodą.Wyraz jéj zimny, postać jak grobowa,Usta bez ruchu, bez oddechu słowa,Pierś się nie wznosi skrytym uczuć bojem,I krew w jéj żyłach skrzepłym zda się zdrojem.Z stęgłych już powiek lśniącém błyszczy okiem,Ale z tak dzikim i niezmiennym wzrokiem,Z jakim marzący ciężko i boleśnie,Idzie lunatyk obłąkany we śnie,Lub jak ta postać z goblinu patrząca,Którą wiatr rusza, a lampa gasnącaCmiąco objaśnia — postać przeraźliwa.Bez iskry życia, a przecież jak żywa,Co zda się wryte oko gniewem mroczyć,Z ocienionego muru ku nam kroczyć.I w miarę jak nią rzuca wiatrów wianie,Lub się przybliża lub cofa ku ścianie.„Jeźli dla siebie zbyt wiele wymagam,W imię więc Boga raz cię jeszcze błagam,Zedrzyj ten turban z twéj niewiernéj skroni,I przysiąż twojéj nie obracać broniPrzeciw ojczyźnie — gdyż z grzechy takiemiZginiesz — nie ujrzysz — nie mówię téj ziemi(Gdyż z ziemią tobie już się rozstać trzeba,)Ale nie ujrzysz nigdy mnie, ni nieba,Jeźli usłuchasz Anny twojéj głosu,Choć już ciężkiego nie unikniesz losu,Niebo pół twojéj zbrodni ci przebaczy,I może kiedyś zlitować się raczy.Chwilę masz jeszcze, by ten grom odwrócić,Który na swego zdrajcę Bóg ma rzucić,
Spojrzyj raz jeszcze — spojrzyj ostatecznie,Na te niebiosa, co się zamkną wiecznie,Widzisz tę chmurkę, co tam w górze płynie,Wkrótce ten księżyc oćmi — przejdzie — minie,Jeźli w tym czasie, nim ten żagiel mglistyPrzejdzie, odsłoni krąg ten promienisty,Serce się twoje na lepsze nie zmieni,I Bóg i ludzie zostaną pomszczeni:Straszny los będzie zdrajcy kraju, wiary.Straszniejszą jeszcze nieśmiertelność kary!“Podniósł Alp oczy i ujrzał, jak w górzeChmurka po czystym płynęła lazurze,Ale zbyt krwawą była jego rana,A duma jak on niczém niezłamana.Ten to szał pychy jego pierś zapalał,I jak płomienny potok serce zalał.On błagać łaski! on się o nią korzyć!Wróżbą lękliwéj dziewicy się trwożyć!Onby swym wrogom — potwarcom przebaczył!On, co im zemstę, co im śmierć przeznaczył!Nie! — niech w téj chmurce jak w groźnym orkanieZagrzmią pioruny — śmiało czeka na nie.Nic jéj nie odrzekł — zimno się wpatrywałW drobny obłoczek — widział, jak przepływał,Płynął — przepłynął! — a gdy blask księżycaPełném znów światłem jego oblał lica,Rzeki: „Nie wiem, jaki los dla mnie wskazany,Lecz już zapóźno — i nie cierpię zmiany;Trzcina się w szturmie stokroć gnie, pokłada,I znów powstaje — dąb na zawsze pada.Jestem ja dziełem wrogów moich złości,Dla ciebie czuły — dla nich bez litości!Uszłaś im szczęściem — ujdź ze mną!“ zawoła...Lecz skądże nagle patrzy się dokoła?Znikła! — kamienne tylko słupy stoją...Dziwne się mary w głowie jego roją,MłałażbyMiałażby, miała w istocie mu zginąć?W ziemię się zapaść, lub téż w mgłę rozpłynąć?
Noc przeszła. Słońce tak świetnie jaśniało,Jakby radosny dzień oświecać miało.
Z każdą się chwilą, bardziéj rozwidniony,Ranek z swéj mglistéj dobywał osłony,Straszny skwar wróżąc. — Ciszéj! czy słyszycieTe grzmiące trąby i to bębnów bicie,Te dzikich rogów przeraźliwe dźwięki,Szelest sztandarów, strzelb i kordów szczęki,Ten gwar obozu i to rżenie koni,I to wołanie: do broni! do broni!Wznoszą buńczuki i zbrojno, gotowo,Stoją — na straszne oczekując słowo.Turcy, Tatarzy, spuszczajcie namioty,Spieszcie się wesprzéć szturmujące roty,A wy znów spahy na koń! — pędźcie — bieżcie,Okrążcie pola, każdéj drogi strzeżcie,By żaden starzec, dziecię wam nie zbiegło,I wszystko w twierdzy lub za twierdzą legło,Kiedy wtém pieszy hufiec swym ogromem,Krwią ubroczonym wedrze się wyłomem.Chrapią rumaki na kiełzna swe gniewne,Zgięte ich karki i grzywy powiewne;Żują wędzidła pianą ich zbielone,Wzniesione piki, lonty zapalone,Działa gotowe do celnego strzału,I do zwalenia wstrząśniętego wału.Alp swych janczarów w groźny zastęp ściska,W nagiém ramieniu nagi miecz mu błyska;Już chan, baszowie stoją na wojsk przedzie,Stoi i wezyr, co wszystkich powiedzie,Ruszy on z pierwszym strzałem własnych szańców,Wytnie, wysiecze wszystkich klas mieszkańców.Padną ołtarze, kapłan przy kapłanie,I z tylu gmachów kamień nie zostanie,Bóg sam i prorok! wszystkie rykną głosy.I dzikie Allah! będzie bić w niebiosy.„Oto jest wyłom, a drabiny macie,Macie i oręż — więc mi Korynt dacie.Kto pierwszy krzyż ów zwali i roztrzaska,Niech żąda nagród — żaden dar, ni łaska,Nie miną męstwa.“ Tak Kumurgi rzecze;Wzniosły się liczne na odpowiedź miecze,Wściekłość się krzykiem radości ozwała,Ciszéj! — słuchajcie — wystrzelono z działa!
Jak kiedy tłuszczą pędzące gromadną,Wilki groźnego bawołu opadną,Ryczy z wściekłości, wzrok ognisty toczy,Ostrzem je racic bije, krwawi, tłoczy,Największe śmiałki drażniące go zblizka,Chwyta za rogi i o skały ciska:Tak ku téj twierdzy muzułmanie biegli,Niejedne piersi pancerzem okryte,Tak się roztrzasły jakby szkło rozbite,Kule, które ich na ziemię waliły,Jeszcze tę ziemię po ich zgonie ryły.Rzędem ich trupy widziano leżące,Jak traw pokosy na ściętéj już łące.
Jak gdy wiosenny potok w skałę bije,I silnym prądem twardy spód jéj ryje,Walą się w nurty wód potężne łomy,Grzmiące i pianą zbielone ogromy,Podobne do téj śnieżystéj ławicy,Co na alpejskie zwala się doliny:Tak ciągle do niéj szturmując gwałtownie,Turcy nakoniec już wstrzęśli warownię,A jéj obrońcy upadali z znoju,Parci potęgą przemożnego boju.Na trud, na przemoc i na śmierć wytrwali,Stojąc jak skały, masami padali;Noga się z nogą, dłoń z dłonią ścierała,I wśród téj wrzawy — sama śmierć milczała.Cały war bitwy tak rozgłośny, dziki,Krzyki o życie i zwycięskie krzyki,Z hukiem dział grzmiących w jeden ryk się zlały,Z drżeniem dalekie miasta go słuchały,Nie wiedząc, komu losy się przeważą,Czy im się cieszyć, czy téż płakać każą.
Ryk ten okropny nigdy nieprzerwany,Przerażającém echem odbijany,Groźno po ciemnych rozlegał się górach,Grzmiał aż w Megary, Salaminy murach,I jeśli wieściom wiarę dać należy,Aż do pirejskich zasięgał nabrzeży.
Każdy tam miecz swój po rękojeść skrwawił,Lecz już zwycięski w mieście krok postawił:Na łup się tłuszcza rozlata zdziczała,Wszystko skończone — sama rzeź została.Gdzie tylko wpadną tłumy łupu chciwe,Słychać po domach krzyki przeraźliwe.Iluż to krwią się w swéj ucieczce bryzga,I po tych brukach zczerwienionych ślizga!Gdzie jeszcze można bronić się chwilowo,Tam chrześcijanie łączą się na nowo,W drobne, rozliczne tłumy się jednoczą,I jeszcze, jeszcze bój rozpaczy toczą,Każdy plecami o mur się opiera,Broni się zjadle i walcząc umiera.Zbielony wiekiem wśród nich starzec stoi,Lecz dzielny oręż silną dłoń mu zbroi,Ciągle on walcząc z samém wrogów czołem,Rozległém trupów ościelał się kołem,Drogo on każdy cal im ziemi przedał,Cofał się, ale oskrzydlić się nie dał.Liczne pod zbroją rany go zdobiły,Lecz te pamiątką dawnych wojen były.Dzisiaj i jednéj kropli krwi nie zronił,Jak gdyby Bóg sam swą go tarczą słonił.Starość w nim twardéj siły nie przemogła.I rzadko młodość z nią się mierzyć mogła.Więcéj od jego dziś zginęło ciosów,Niźli na głowie siwych liczył włosów.Iluż on matkom serca ich zakrwawił,Iluż swym mieczem synów ich pozbawił,A z których żaden jeszcze się nie zrodził,Gdy on już we krwi muzułmańskiéj brodził.
I jego niegdyś poległ syn jedyny,Lecz jakże liczne wrogów jego synyOdtąd pod mściwym ojca mieczem padły!Tak on był w zemście téj srogi, zajadły,Że żadna zbrojna dłoń żelaznéj siły,Takiéj z ciał ludzkich nie wzniosła mogiły!Jeźli krwi trzeba cieniom ległych w wojnie,Achill w swéj zemście nie lał jéj tak hojnie,Jak on po synie przez Turków zabitym,I zdawna grecką już ziemią pokrytym.Tam go złożono, gdzie ciągle walczące,Od lat tysiąca grzebano tysiące.Jakaż nam po nich pamiątka została?Wiemyż, jak padli? — gdzie leżą ich ciała?Niéma na grobach głazów, w grobach kości,Sam wieszcz ich chwałę utwierdza w wieczności.
Słuchaj! krzyk nowy — grzmi Allah potężne!Walczą jańczarów tłumy niezwyciężne.Wódz się ich nagiém ramieniem odznacza,Patrz! jak zabija — nigdy nie przebacza,Zawsze on, zawsze takie toczy boje,I zawsze ramię tak obnaża swoje.Jedni wyższemi celują turbany,Drudzy się w droższe stroją atagany,Trzecich po świetném poznają odzieniu,Alpa jedynie po nagiém ramieniu,Gdzie się najzjadléj wojsko ściera, łamie,Spojrzyj, a pewno nagie ujrzysz ramię;Żaden z sztandarów idących na przedzie,Daléj w głąb boju wojska nie zawiedzie,Jak ta prawica swą białością lśniąca,Błyska, jak gdyby gwiazda spadająca!Gdzie tylko straszne to ramię postrzegną,Tam najmężniejsi walczyć, umrzeć biegną,Tam wściekła zemsta na podły jęk głucha:Ni próśb, ni krzyków o życie nie słucha,Tam to bohater w ciężkim milcząc zgonie,Chciałby jęk śmierci w swojém stłumić łonie.
I jeszcze zdradnie swym sztyletem mierzyW swojego wroga, który przy nim leży,Ale śmiertelną osłabiony raną,Uderza tylko w ziemię krwią oblaną.
Walczył wciąż starzec niczém nieugięty,Alp go zoczywszy wstrzymał bój zacięty:„Poddaj się — woła — i nie walcz daremnie,Przez miłość córy, przyjm życie odemnie.“„Nie! nigdy! sprosna wiary twéj zakało,Choćby to życie wieczystém być miało!“„Lecz Anna, którą chciałem był poślubić,Czyż i ją także chce twa pycha zgubić?“„Anna bezpieczna.“„Gdzież jest? gdzież jest?“„W niebie.Skąd już jak zdrajcę odepchnięto ciebie,Uszła w świętości niezmazanéj cnoty.“Srogo się, mściwie uśmiechnął Minotti,Gdy Alp tą wieścią jak gromem przeszyty,Zachwiał się nagle i wzrok spuścił wryty.„Boże! i kiedyż?“„Dzisiaj w nocy zmarła,Ale i jednéj łzy mi nie wydarła,Nikt już z krwi mojéj ni w twych jeńców rzędzie,Ni Mahometa służalcem nie będzie;Przystąp i uderz!“Daremnie nań woła —Alp już zabity. — Strzał z wieży kościołaPowalił zdrajcę. — Jeszcze nikt nie zoczył,Ni krwi, ni rany, gdy się już potoczył.I upadł wiecznie. — Chwilę przed swym zgonem,Dziko się okiem spojrzał roziskrzonemI wraz wieczystéj nocy mrok głęboki,Drgające jeszcze jego okrył zwłoki.Na wznak go blizkie kładą muzułmany,Cały okryty kurzem, krwią oblany,Krew ta się lejąc z żył kulą rozdartych,Stęgła i zsiadła bucha z ust roztwartych.
Puls już nie bije — żaden głos, westchnienie,Żadne walczącéj piersi wysilenie,Żaden jęk zgonu ni ciężkiéj katuszyNie poprzedziły ujścia czarnéj duszy.Wprzód nim w swéj myśli pomodlić się zdołał,Wprzód nim do Boga o litość zawołał,Umarł już z wszelkich nadziei zatratą,W ostatniéj nawet chwili apostatą.
Grzmiącym tryumfem chrześcijany krzykły,A Turki zemstą i wściekłością rykły,I znów się oba sprzeczne starły szyki,Szczękają szable, krzyżują się piki,Kłują się, rąbią i z obu stron razemTrupy pod zbójczém padają żelazem.Wciąż się Minotti ściera z wrogi swemi,Każdéj ulicy, każdéj stopy ziemi,Jako ostatka już tych krajów broni,Których los mężnéj jego zdano dłoni.Szczupła go wspiera liczba dzielnych mężyI męstwem serca i gromem oręży.Jeszcze są zdolni bronić się w kościele,Gdy Alpa niéma już na wrogów czele.Zwolna więc z groźném ustępują okiemKrew swą za każdym zostawiając krokiem,Walczą i twarzą zwróceni ku wrogomCiągle ku świętym cofają się progomI tak uchodzą i łączą się z temi,Co już świątynię zajęli przed niemi.Tam choć na chwilę za murem potężnymOgromnych kolumn, wytchną piersiom mężnym.Krótkie spoczniecie! — nowe siły krocząI wciąż się mnożą, a tak cisną, tłocząW ciasnéj uliczce — że ten tłum zażartyCiągle rosnący i wciąż z tyłu partyNie da naczelnym hufcom się usunąćI muszą walczyć lub o ziemię runąć.Giną. Lecz wprzód nim zgasłe zawrą oczy,Już na ich ciałach nowy bój się toczy,
Świeższy tłum rzezie rozpościera krwawsze,Wciąż przerzedzany, przeciéż pełny zawsze.
Garstka chrześcijan zlana krwią i znojemSłabnie tym ciągłym zmordowana bojem,Turek do saméj bramy już dociera.Długo żelazny ciężar się opiera,Lecz choć się z murów ciągłe sypią strzałyI z wszystkich okien lecą kul nawały,Już jéj podwoje wstrzęsły się i jękły,Skrzypły zawiasy i zapory pękły;Chwieje się — pada brama rozwalona,Leży ostatnia Koryntu obrona!
Sam jeden — z twarzą groźnego wyrazuStoi Minotti na ołtarzu z głazu,A obraz Boskiéj Matki i Dziewicy,Urocze dzieło natchnionéj prawicy,Zda się na starca postać nieugiętąOkiem miłości zlewać jasność świętą.Na to pobożne Ją tam ręce wzniosły,By ciągle ku Niéj myśl i serca rosłyI każdy z rzewném widział to przejęciem,Chyląc się przed Nią i Bogiem-dziecięciem,Jak się uśmiecha naszym kornym głosomI zda się z modłą swoją słać niebiosom.Ciągłym był zawsze ów uśmiech uroczyI teraz nawet, gdy krew kościół broczy,Jeszcze ten uśmiech Jéj uwdzięcza lice.Minotti łzawe podnosi źrenice,Z ciężkiém westchnieniem żegna pierś i skronie,Świecę, co właśnie na ołtarzu płonie,Bierze i trzyma — gdy wtém wściekła tłuszczaZewnątrz i wewnątrz krwawy szturm przypuszcza.
W sklepach kamienną posadzką okrytych,Mieszczą się zmarli wieków już przebytych;
Są tam ich w głazach wyryte imiona,Lecz każda zgłoska we krwi zatopiona,Wyrznięte herby, dziwnych żył tysiącePo różnobarwnych marmurach krążące,Wszystkie tak ślizkie, wszystkie krwią zalane,Leżą i hełmy i miecze strzaskane.Trupy w kościele — trupy pod kościołem,Zamknięte w trumnach i złożone społem.Widać przy bladym światełka promyku,Jak tam za kratą w czarnym leżą szyku;Ale i do tych wojna doszła lochów,Groźne tam masy swych ukryła prochów;Tam to przez całe twierdzy obleganieSkład ich największy mieli chrześcijanie,Tam od ołtarza aż w ów loch podziemny,Ciągnął się kanał wązki i tajemny,Na Minottego rozkaz wyrobiony,Jako ostatni już środek obrony.
Nazbyt już siła chrześcijan zmniejszona,Daremne męstwo i próżna obrona.Idzie wróg liczny, a że już zamałoDla jego zemsty żywych pozostało,W trupich więc ciałach mściwe topi miecze,Odcina głowy zmarłych — rąbie — siecze,Zwala posągi i jak tłum zbrodniarzyBogate wota odziera z ołtarzyKłóci się, bije o kosztowne czary,Złote naczynia, poświęcone dary.Wreszcie na wielki ołtarz zwraca oczy,Iluż on razem blaskami go mroczy!Widzi tam, widzi na środku stojącyŚwiętych tajemnic kielich jaśniejącySpory i z złota czystego ulany:Z wrytém weń okiem lecą muzułmany.Ach! dziś w nim jeszcze przed zebranym ludemWino w krew boską przemieniono cudem,Dziś z niego ciało rozdawano Pańskie,By na bój wzmocnić męstwo chrześcijańskie.
Widzi nakoniec ów tłum rozbójnikówDwanaście srebrnych i wzniosłych świeczników,Co na ołtarzu w świetnym stoją rzędzie,Łup to ostatni i najdroższy będzie.
I już najbliższy z szturmującéj rotyW dłoń świętokradzką chwyta kielich złoty,Kiedy Minotti rękę swoję zniżaI do ukrytych prochów świecę zbliża.Ogień!Wieża — sklepienie, — dach — ołtarze — trupy,Święte naczynia — zgromadzone łupy,Żywi — umarli — Turki — chrześcijanyI cały gmach ten, rozdarty, strzaskany,Lecą z straszliwym ku niebu łoskotem,Rykiem i grzmotem!Walił się Korynt, mury zapadały,Na chwilę morskie cofnęły się wały,Góry się wstrzęsły, jak w trzęsieniu ziemi.Z tysiącznych łomów szczęty strzaskanemi,Wśród dymów, ogni niezmierzonéj chmury,Wybuch ten w górne zaryknął lazury!Popiół jak śnieżna sypie się nawała,Dzielnych rycerzy poszarpane ciałaCzarne jak węgle i na części zdarteLeżą po całym lądzie rozpostarte.Kilka z tych trupów aż w zatokę padło,Rozbite niemi morskich wód zwierciadłoW wielkie tysiączne zmarszczyło się koła;Lecz któż te ciała, kto rozpoznać zdoła,Któremi zdala ów nadbrzeg zasłany?Któż są? czy Turki, czy téż chrześcijany?Matek wołajcie, niech powiedzą matki!Ach! gdy swe jeszcze kołysały dziatkiI w ciszy patrząc na ich sen uroczy,Uśmiechające po nich wiodły oczy,Mogłyż przewidziéć, by te drobne ciałaDziś jedna chwila tak rozszarpać miała,Że już i miłość nie pozna matczynaPod sercem niegdyś noszonego syna,
I w tym tak sprosnym, zwęglonym potworzeLedwie człowieka domyślić się może.Głazy wybuchłe i lecące gradem,Ciężkim w głąb ziemi zaryły się spadem,Mnóstwo potężnych, rozrzuconych baliCzerni się, dymi i wciąż jeszcze pali.Trzęsącym ziemię przerażone grzmotem,Wszystko, co żyje, trwożnym znika lotem,Pierzcha ptak leśny, psy spłoszoną zgrająNawpół już zżartych trupów odbiegają,Wielbłąd się z ręki wyrywa człowieka,Wół jarzmo łamie, zrzuca i ucieka,Koń pierzcha, pędzi w przestrzeń nieprzejrzanąZ pękniętym pasem i uzdą zerwaną.Wilki dalekiem wyciem się ozwałyW górach, co ciągle hukiem twierdzy grzmiały.Orzeł się jeży, własne rzuca dzieci,Zrywa się z skały i ku słońcu leci,Czarne go kłęby dymów gonią, duszą,I do wyższego coraz lotu muszą,Wzbija się — pędzi — krzyczy strachem zdjęty...Tak to był Korynt stracony i wzięty.
Oto godzina, gdy z pośród drzew cieniaNajuroczniejsze słowik leje pienia,Gdzie tysiąc zaklęć miłosnéj osnowyZdają cichemi rozpływać się słowy.Głośniéj zdrój płynie, wiatr miléj szeleści,Dźwiękiem ich ucho samotne się pieści,Każdy kwiat lekko wonna skrapia rosa,Pierwszemi gwiazdy iskrzą się niebiosa,Wszystko ciemniejszą przybiera osłonę,I błękit wody i drzewo zielone,A na lazurze to światło pół mgliste,Tak mile ciemne i tak ciemno-czyste,Co po skonaniu dnia jeszcze jaśnieje,Gdy księżyc wschodzi a zorza blednieje.
Ale nie zdroje spadające nęcąZ złotych jéj gmachów małżonkę książęcą,Nie na to nocnym powierza się cieniom,Aby gwiaździstym dziwić się sklepieniom.Do gajów Esta Paryzyna wchodzi,Ale nie kwiatów woń ją tam przywodzi:Słucha i czeka — nie słowiczych jęków,Choć równie słodkich oczekuje dźwięków.Ktoś się w gęstwinę śmiałą wciska nogą,Lica jéj bledną, sierce bije trwogą...Wtém ciche słowo wsuwa się miłośnie,Wraca rumieniec i pierś szczęściem rośnie,Chwila już tylko — jedna chwilka mała,Ujrzy kochanka — stało się, ujrzała.
I czémże dla nich świat, ziemia, niebiosy,I wszyscy ludzie, wszystkie zmiany, losy!Martwi, jak gdyby już byli zmarłemi,Na wszystko wkoło — nad niemi — pod niemi —Jak gdyby wszystko już znikło w téj chwili,I oni tylko wzajem w sobie żyli.Ileż to ognia w ich westchnieniach pała!Ach! gdyby radość ta zwolnieć nie miała,Wkrótceby szczęścia zniszczone nadmiarem,Serca ich własnym spłonęły pożarem.Mogliż sen marząc tak ognisty, luby,Pomniéć na zbrodnię lub lękać się zguby;Któżby w téj burzy, téj uczuć nawale,Hamował wrzące namiętności fale,Któż wówczas myśli, jak czas ten przelotny?Przeciéż już uszedł i uszedł niezwrotny;Tak się to człowiek ze snu szczęścia cuci,Wprzód nim się dowie, że już mu nie wróci.
Smętném się, rzewném żegnają obliczem,Z minionéj winy miejscem tajemniczem.Mają nadzieję — przyrzekli, że wrócą,Przecież jak wiecznym rozdziałem się smucą.Ileż to westchnień i uścisków długich...Jak jedne, usta przyrosły do drugich!Wówczas gdy pełném światłem blask księżycaZ grożących niebios na jéj spada lica,A każda gwiazda, świadek jéj niewiary,Zda się ją winić i przyzywać kary.Ten nawał westchnień — ten uścisk tak czułySilnie do miejsca zbrodni ich przykuły.Lecz już czas nagli i rozstać się muszą,Z drżącą więc, ciężką rozchodzą się duszą,Skryty dreszcz trwogi krew ich lodem ścina,I pierwszy zbrodnię już karać zaczyna.
Hugo na łoże samotne się schronił,Skąd tęskną myślą za kochanką gonił,I ona także swe niewierne skronieNa ufném męża złożyła już łonie.
Lecz jakaż sen jéj kłóci tajemnica,Jakaż to burza uczuć barwi lica?Cicho się senném odzywa imieniem,Którego we dnie wyrzecby nie śmiała,Miłosném męża przyciska ramieniem,Do serca, które nie dla niego pała.Zrywa się Azo uściskiem zbudzony,Poi go widok sennych marzeń żony;Jakże się mile tą pieszczotą łudzi,Która w nim tyle dawnych wspomnień budzi,Jakże rozrzewnia go ta miłość tkliwa,Która się nawet i w snach jéj odzywa.
Lekko do swego przytula ją łona,Sennym się słowom przysłuchuje w ciszy...Lecz skąd ta nagła bladość, dreszcz Azona,Rzekłbyś, że trąbę archanielską słyszy.Mniéj ona strasznym grzmotem go przeniknie,Kiedy nad jego grobowcem zaryknie,I gdy na całą wieczność zbudzonego,Przed niebios, ziemi wezwie go Sędziego!Jeden dźwięk cichy sennego wyrazuCałe mu szczęście rozproszył od razu,Jedno to imię świadczy zbyt dowodnieI jego hańbę i małżonki zbrodnię.Czyjeż to imię? — jak gdy groźne wałyNagle w wzburzonym zagrzmią oceanie,I tak rozbitkiem uderzą o skały,Że gdy raz padnie, już nigdy nie wstanie;Taką to sromu i hańby nawałąImię to wstrzęsło jego istność całą.Czyjéż to imię? — ach! krew się w nim ścina...Imię Hugona, imię jego syna,Syna zwiedzionéj młodych lat kochanki,Zdrajcy z nieszczęsnéj zrodzonego Bianki,Co się tak płocho dała wieść do zguby,Nigdy prawemi nie złączona śluby.
Chwyta za sztylet — napół go dobywa...I znowu zwolna w głębie pochwy spływa.
Niegodna życia! — lecz czyjéjże rękiTe tak urocze nie rozbroją wdzięki?Jakże ją zabić — jak zwłaszcza w tę chwilę,Kiedy się we śnie uśmiecha tak mile?Nie budzi żony — ale tak w jéj liceOstrzem piorunu gniewne wrył źrenice,Że gdyby nagle roztwarła powieki,Mrozem-by śmierci ścięły się na wieki.Światłem wiszącéj lampy objaśniona,Lśni się kroplistym potem skroń Azona,Kiedy wtem cichszy sen ujmuje żonę...Nie wie nieszczęsna, że jéj dni zliczone!
I z ranném słońcem Azo śledzi, pyta,Lęka się, przecież wieść za wieścią chwyta,Aż wreszcie wszystko już widzi dowodnie,Przyszłość mąk swoich i małżonki zbrodnię.Długie współ nice przestępstw Paryzyny,Chcąc przed Azonem oczyścić się z winy,Na nią zwalają zbrodnię, wstyd i karę.Wszystko już, wszystko odkryte nareszcie,Jasne i zgodne wyznania niewieście,Pełną Azona uzyskały wiarę.Zaprzestał badań — dosyć już z tych wieści,Serce i ucho wypiły boleści!
Nie cierpiał zwłoki. W radnych panów gronieStrażą, rycerstwem, dworem otoczony,Władca ich berła i dziedzic korony,Na starożytnym Estów zasiadł tronie.Stoją przed sądem Hugo, Paryzyna;Jakże jest piękną — jak oboje młodzi!Hugo — o Boże! — ojciec-że to synaW takiéj postaci przed siebie przywodzi?Odjął mu oręż, ręce okuł w pęta,I sam swój straszny wyrok mu ogłosi —Hugo, choć milczy, lecz dusza niezgięta,Zbroi się w dumę i nad los swój wznosi.
Stoi i ona niema, blada, drżąca,Stoi na straszny wyrok czekająca;Nie taką była, gdy w świetność godową,Po lśniących salach wdzięczną ócz wymowąRadość i szczęście rozsyłała wszędzie,Gdy dumą było stawać w sług jéj rzędzie,Gdy każda piękność chcąc piękniejszą zostać,W słodkie jéj głosu wuczała się dźwięki,W jéj chód, w jéj układ, jéj uroczą postać,I w jéj królewskie i godność i wdzięki.Ach! gdyby wówczas jednę łzę zroniła,Krzywda jéj wszystkich serc-by krzywdą była,Tysiąc rycerskich powstałoby męży,Tysiąc błyszczących wzniosło się oręży;A dzisiaj jaka w niéj i drugich zmiana —Możeż co kazać — i będzież słuchana?Damy — rycerze — cały dwór dokoła —Spuszczają oczy — milczą — marszczą czoła,Sroży się dumna na ich ustach wzgarda,I każda z twarzy tak zimna i twarda!Ten Hugo nawet, co do jéj pomszczeniaZwykł tylko czekać na błysk jéj spojrzenia,Co gdyby więzy swe na chwilę zrzucił,Lub-by sam poległ, lub jéj wolność wrócił;Ten Hugo nawet, tak drogi, kochany,Stoi cieżkiemi obarczon kajdany,Nie patrzy na jéj łzy w oczach wezbrane,Bardziéj dla niego, niźli dla niéj lane...Ach! wczoraj jeszcze błękit żyłek drobnychKrążył po śniegu tych powiek nadobnych,A które były tak miłéj białości,Że się zdawały wzywać ust miłości,Dziś tak palące, zżółkłe i zwiędniałe,Nie tyle słonią, ile cisną oczy,Których spojrzenie łzami ociężale,Coraz się bardziéj tłumem łez tych mroczy.
Byłby i Hugo nad nią łzę uronił,Gdyby tak licznych świadków się ochronił,Całą męczarnię w swojem zawarł łonie,Dumne, posępne w górę wznosił skronie;
Umarłby z wstydu, gdyby swéj katuszyPrzed okiem świata nie mógł ukryć w duszy,Na nią jednakże nie śmiał rzucić wzroku;Stała mu w myśli okropność wyroku,Zbrodnia — wstyd — miłość — pamięć dni tak świetnych,Straszny gniew ojca — wzgarda serc szlachetnych,Ziemska — wieczysta kara ciężkiéj winy,A zwłaszcza, zwłaszcza przyszłość Paryzyny!Nie — nigdy jego nie mogły źreniceSpojrzéć się na jéj trupio blade lice,Ryknąłby z żalu i przeklął tę chwilę,Przez którą na nią ściągnął nieszczęść tyle!
„Wczoraj się jeszcze — tak Azo zaczyna —Z chlubą patrzyłem na żonę i syna,Dziś z tak drogiego marzenia ockniony,Dziś jeszcze będę bez syna i żony.Czeka mię ciężar dni pustych, samotnych...Lecz niechaj losy spełnią się zacięte.Któżby nie karał przestępstw tak sromotnych?Nie jam to zerwał te węzły tak święte.Stało się — Hugo, wyrok twój wydany,Wszystko gotowe — kapłan przywołany,Pójdziesz zapłatę zbrodni twéj odebrać.Nim pierwsze w górze gwiazdy zajaśnieją,Staraj się w niebie łaskę twą wyżebrać,Tam tylko możesz sięgać twą nadzieją.Gdyż na téj ziemi nigdzie się nie zmieści,Twoja sromota przy mojéj boleści.Żegnam cię — nie chcę patrzyć na śmierć syna...Lecz ty — ach! gniew mi krew i usta ścina —Ty, któréj sercem sama płochość władnie,Kobieto, czarną niewiarą splamiona,Ty patrzéć będziesz, jak ta głowa spadnie:Nie ja — ty sama zabijasz Hugona.Jeźli nie skonasz w tak okropnéj dobie,Ciesz się twém życiem, zostawiam je tobie.“
Skończył, twarz zakrył. — W każdéj czoła żyle,Z taką potęgą bije krew wezbrana,Jak gdyby z żył tych ciągle wypierana,Ciągle w zdwojonéj powracała sile.
Zwolna nad okiem drżącą ciągnie rękę,Jak gdyby swoję chciał ukrywać mękę,Kiedy wtém Hugo dłoń okutą wznosi,Ojca o wolność przemówienia prosi,A gdy ten milczy, ozwać się nie wzbrania,Rzecze: — „Nie bojaźń do tych słów mię skłania.Widziałeś nieraz, jak na polu chwały,Krwią twoich wrogów zbroczałem się cały,I jak ten oręż w każdéj działał walce,Który mi twoi wydarli służalce.Dłoń ta w twéj sprawie więcéj krwi przelała,Niż twój kat z mego wytoczy jéj ciała.Dałeś mi życie i odbierz je, panie,Żadnych ja dzięków nie składam ci za nie.Dar ten był źródłem ciągłego cierpienia,Wszystkie mi krzywdy matki przypomina,Zdeptaną miłość i hańbę imienia,Smutne, okropne dziedzictwo jéj syna.Lecz grób ją schłonął — w którym już niezwłocznieTen syn jéj, a twój współzalotnik spocznie...Wiecznie tam będą z swych mogił świadczyły,Krwawe łzy matki, moja krew przelana,Czém tu dla ciebie wszelkie węzły były,I czułość ojca i miłość młodziana!„Skrzywdziłem ciebie — słuszna zemsta, kara —Krzywda to tylko krzywdę odpłaciła.Ta nowa — droga dumy twéj ofiara,Mnie, jak wiesz, wprzódy przeznaczoną była.Ledwieś ją ujrzał, uwielbił jéj wdzięki,Jużeś niegodnym uznał mnie jéj ręki,I tak mię podłym wyszydzałeś rodem,Jak gdyby nie był zbrodni twéj dowodem.Nie mogłem wprawdzie zbyt nizko zrodzonyDo świetnéj Estów zasięgać korony,Kilka lat przecież, a ten syn nieprawyW wiecznéjby wówczas zajaśniał ozdobie,I wszystkie laury, wszystkie wieńce sławySamemu tylko byłby winien sobie.Mając mój oręż — przy tém sercu, dłoni,Byłbym ja hełmu takiego się dobił,Jaki monarszéj tylu Estów skroniPrzez cały ciąg ich wieków nie ozdobił.
Nie zawsze rycerz rodem znamienity,Najzaszczytniejszych ostróg się dobijał,Dzielny mój rumak ostrzem bodźca bity,Ileż to wodzów i książąt przemijał,Gdym z zwycięskiemi uderzając krzyki,Z imieniem Esta spadał w wrogów szyki!„Nie bronię zbrodni — nie będę cię wzywał,Byś dla mnie kilka dni, godzin odrywał.Od tego czasu, co już w krótkiéj dobiePo moim zimnym ma przepłynąć grobie.Znikły te krótkie dni młodzieńczych szały,Jak trwać nie mogły, tak téż i nie trwały.Podłym był ród mój, podłe imię moje,Mogłeś je podnieść, uzacnić oboje,Lecz byłbyś mniemał, że poniżasz siebie;Przecież twarz tego podłego Hugona,Niejednym z twoich rysów zaszczycona,A dusza jego cała wzięta z ciebie.Z ciebie to wziąłem, ten umysł niezgięty —Lecz skądżeś zadrżał? — tak jest, z ciebie wzięty.Z ciebie to we mnie przeszła nieodmiennaTa dzielność w boju, ta dusza płomienna.Nie samo tylko życie mi nadałeś,Całego siebie w moję istność wlałeś;Patrz, jakim zbrodnia owocem obdarza.Zbrodniąś mię spłodził i masz téż zbrodniarza.Prawy to płód twój, co jak ty w swym szale,Najświętsze węzły potargał zuchwale.Co zaś do życia, któreś mi tu nadał,Na to, abym je tak wcześnie postradał,Tylem je cenił, ile ty sam twoje,Gdyś zwieńczon hełmem rzucał się na boje,I gdyśmy jak dwa złączone pioruny,Grzmiące po trupach puszczali bieguny.Niczém już wprawdzie jest ta przeszłość cała,Przyszłośćby nawet przeszłością się stała,Żałuję przecież, żem nie legł ówcześnie;Gdyż mimo żeś mię skrzywdził tak boleśnie,Wydarł kochankę, a matkę zabiłeś,Dla serca mego zawsze ojcem byłeś.Wyrok twój dla mnie, acz srogi, straszliwy,Choć z twych ust wyszedł, przecież sprawiedliwy,
Tak kończę życie, jak było zaczęte,Zbrodnią nadane, a hańbą zamknięte:I syn i ojciec zgrzeszyli wzajemnie,Obu więc razem musisz karać we mnie;Świat zbrodnię moję w wyższym stawia rzędzie,Ale Bóg jeszcze rozsądzać nas będzie.“
Skończył i ręce na piersiach zakłada,Tłuką się dźwięczne kajdan ich ogniwa,Ciężko na serca wodzów brzęk ten spada,Którym wstrząśnięty łańcuch się odzywa.Kiedy wtém wszystkie spojrzenia porwałaNieszczęsna piękność małżonki Azona.Stoi z wybladłém licem, oniemiała,Żyjące źródło niedoli Hugona.Oczy jéj w całéj pełności roztwarte,I jakby w jedno tylko miejsce wparte;Nigdy spuszczeniem powiek nie oceniaPrzykréj jasności strasznego spojrzenia.Dziwnie się białość roztacza szerokaWkoło ciemnego błękitu jéj oka,Które tak zimne, martwe, osłupiałe,Jakby w niém życie wymarło już całe.Niekiedy tylko z wezbranéj źreniceTak wielka kropla spuszcza się na lice,Że każdy z widzów dziwi się, zdumiewa,Skąd oko ludzkie taką łzę wylewa.Chce się odezwać — boleść głos przydusza,W bezkształtnym jeszcze wydobyty dźwięku,Przecież w tym głuchym, nieforemnym jękuCała nieszczęsnéj wylała się dusza.I znów ucicha — znów usta otwiera,A głos jéj długim krzykiem się wydziera.I w téjże chwili tak runie o ziemię,Jak kolos z swojéj podstawy zwalony,Nie jak żyjące lecz bezwładne brzemię,Marmur — grobowy posąg Esta żony!Któżby w niéj poznał tę wdzięczną grzesznicę,Ten war miłości, tę żądz nawałnicę...Ślepo się w zbrodni rzuciła bezdroże,A swéj rozpaczy, wstydu znieść nie może.
Lecz jeszcze, jeszcze żyje i oddycha —Ach, czemuż nawet i śmierć ją odpycha;Jakaż w niéj ciemność — jak okropna zmiana...Pękła nić myśli boleścią zerwana!Jak ów łuk silny deszczem rozwolniony,Zdala od celu błędne strzały ciska,Tak i jéj umysł męczarnią zburzony,Dzikiemi tylko marzeniami błyska.Zmarła jéj przeszłość — a przyszłość zczerniała,Takiém niekiedy światłem się rozświeci,Jak kiedy nocna zaryknie nawała,A błysk jéj czarną pustynię przeleci.Czuje, że dusza jéj jak lodem ścięta,Że ciężar jakiéjś tłoczy ją boleści,Że się w tém jakiś wstyd i zbrodnia mieści,Że ktoś ma umrzéć, lecz kto? — nie pamięta.Żyjeż — nie żyje? — istotnież to ziemi,Ziemi téj stopy dotyka się swemi —Nieboż to widzi? — ludzież to tym wzrokiem,Czy téż szatani grożą jéj dokoła,Jéj — co niedawno śmiejącém się okiem,Tysiączne wkoło rozjaśniała czoła?Wszystko w obłędnéj duszy powikłane,Zmącone czucia i myśli stargane,Kłócą się dziwne bojaźni, nadzieje,To się rozrzewnia, to znów dziko śmieje,Radość jéj w burzę, boleść w szał się zmienia,Walczy z widmami strasznego marzenia,Zda się, że jakiś czarny sen ją łudzi...Sen to szaleństwa — już się nie przebudzi.
Smętno-ciężkiemi z wieży jęcząc tony,Zwolna klasztorne kołyszą się dzwony.Jakże boleśnie dźwięk ich serca rani —Słuchaj! hymn śmierci śpiewają kapłani.Śpiew ten się zwykle za umarłym wznosi,Lub téż żyjącym blizką śmierć ich głosi.Hugo to, Hugo spełnia los swój smutny,Jemu to nucą — jemu spiż ta jęczy —Przykre odgłosy i widok okrutny...Na gołéj ziemi przed kapłanem klęczy.
Przed nim pień sterczy — a wkoło żołnierze...Kat obnażoną ręką topór bierze,Nad dzielném, szybkiém przemyślając cięciem,Lekkiém po ostrzu przeciąga dotknięciem,Liczne się widze w niemy tłum gromadzą,Patrzyć, jak syna z woli ojca zgładzą.
Mile wieczornym przyglądać się wdziękom,Gdy się do zajścia zbliża słońce letnie.Nad tym dniem krwawym wzniosło się tak świetnieJakby się tylu urągało mękom,Zlewa się jasno światło zachodoweNa potępioną winowajcy głowę,Gdy ten przy swoim klęczący kapłanie,Win się swych zwierza i żałując za nie,W całéj świętości skruszonego ducha,Tych słów tak błogich i wszechmocnych słucha,Których dźwięk z boskiém przebaczeniem spływaI wszystkie plamy duszy ludzkiéj zmywa,Żywém się światłem ta głowa promieni,I ten włos wdzięcznych i ciemnych pierścieni,Który tak białą osłania mu szyję —Lecz stokroć żywszy odstrzela się promień,Z toporu kata, co jak groźny płomień,Strasznym, okropnym wkoło blaskiem bije!Gorzką jest, gorzką ta krwawa godzina,Twarde się nawet serce trwogą ścina:Słuszny jest wyrok i zbrodnia straszliwa,Wszystkich jednakże wstręt i dreszcz przeszywa.
Skończył już wszystkie modły i pokuty,Śmiały zwodziciel zdradnéj Paryzyny,Zliczone wszystkie różańce i winy,Życie ostatniéj dobiega minuty.Zdjęty na rozkaz płaszcz na ziemi składa,Pod ostrzem nożyc gęsty włos odpada,Wszystkie przy saméj głowie mu ucięto.Miłe mu szaty i pamiątki zdjęto,Téj szarfy nawet, drogą szytéj dłonią,Do grobu z sobą zabierać mu bronią.
Wszystko już, wszystko na zawsze złożone..Kładą nakoniec na oczy zasłonę,Ale nie — nigdy! — zniósł on obelg tyle,Lecz téj ostatniéj krzywdy znieść nie umie,Wszystkie uczucia stłumione na chwilę,W téj obrażonéj zbudziły się dumie.Jemuż to będzie, jemu kat ubliżał,Jegoż to męstwo tą zasłoną zniżał?Zadrżałże kiedy przed śmierci widokiem?„Nie — nie — zawoła, krwi, życia nie bronię,Jużeście moje skrępowali dłonie,Niechże przynajmniéj z wolném ginę okiem.Uderz!“ zakrzyknie — i w téj saméj chwili,Klęka i śmiało nad pniem głowę chyli —„Uderz!“ — i ledwie tego dorzekł słowa,Spadł topór — ścięta potacza się głowa.Krwią buchający kadłub na wznak runąłI z każdéj żyły silny deszcz krwi lunął,Usta chwilowym bólem się skrzywiły,Zadrgnęły oczy — i już wiecznie wryły.
Umarł, jak umrzéć występnemu trzeba,Ni się wynosił, ni téż trwogą podlił;Wyznał swą zbrodnię, korzył się i modlił,I nie rozpaczał o litości nieba;A gdy tak święta chyliła go skrucha,I z ziemskich uczuć już oczyścił ducha,Czemże dlań były wśród owéj godziny,Straszny gniew ojca, miłość Paryzyny?Żal, skargi, rozpacz — wszystko Bóg przemagał,Każdą Go myślą, każdém słowem błagał,Prócz tych słów kilku, które z jego łonaWydarła nagle duma obrażona,A które, jak na pożegnanie świata,Wyrzekł, już prawie pod toporem kata.
Jak martwe trupy, tak bez tchu i głosu,Stały dokoła świadki jego losu,Kiedy wtém nagle przeszył tłum ten liczny,Mroźnego dreszczu piorun elektryczny,
Gdy na tę miłość i tak młode lata,Z szybkością błysku spadał topór kata.Tysiąc się drących z piersi jęków ścięło,Nagle urwało, w głębię serc cofnęło,Najsłabszy nawet wykrzyk przerażeniaNie skłócił ciszy strasznego milczenia,Sam topór głuchym przerwał je odgłosem,Gdy się aż do pnia silnym wrąbnął ciosem.Cóż to był za krzyk — tak dziki, nieznośny —Tak przeraźliwy — tak boleśnie głośny?Takim to bólem ryczy pierś matczyna,Gdy niespodziana śmierć jéj wydrze syna,Tak okropnemi w niebo sięga jękiDusza na wieczne potępiona męki.Wszystkie się oczy zwróciły w przestrachuKu górnym oknom książęcego gmachu,Lecz wszystko nagle w głuchéj znikło ciszy;Nikt nic nie widzi i nikt nic nie słyszy.Krzyk ten okropny był to krzyk niewieści,Wyraz tak srogiéj, nadludzkiéj boleści,Że każdy w niebo korne wznosił ręce,By śmierć tak strasznéj chciało zesłać męce.
Nigdzie i nigdzie od owéj godzinyJuż nie ujrzano znikłéj Paryzyny,Nigdy i nigdy wspomnianą nie była,Jak gdyby nigdy na świecie nie żyła.Jakby słów strachu, przekleństw lub zhańbienia,Tak się lękano dźwięku jéj imienia.Wiecznie dla syna i dla żony zdradnéj,Usta Azona stały się niememi,Nie mieli grobów, ni pamiątki żadnéjW niepoświęconéj złożono ich ziemi.Taki przynajmniéj był udział Hugona;Skryty los bowiem małżonki AzonaTak był przed każdym tajony człowiekiem,Jak proch grobowém przywalony wiekiem.Poszłaż w klasztorne schronić się ukrycie,Nieba przez twarde dobijać się życie,Przez lata cierpień, przez modły i posty,I łzy bezsenne i pokutne chłosty;
Sztyletże skarał zbrodnię jéj niewiary?Czy téż z zatrutéj śmierć wypiła czary,Czy téż Bóg zrządził tak przez litość swoję,Aby cios jeden zgładził ofiar dwoje,By uderzając wspólnika jéj winy.Uderzył razem w serce Paryzyny,I tak gwałtowném rozdarciem jéj duszy,Od długiéj życia uwolnił katuszy;Nikt tego nie wie, nikt wiedziéć nie będzie,Zwodneby tylko łudziły go wieści,Lecz na cóż w płonnym gubić się obłędzie,Życie zaczęła, skończyła w boleści.
I Azo inną żonę wybrał sobie,I znowu boże syny mu wzrastały,Lecz żaden nie był tak piękny, tak śmiały,Jak ten, co zdawna w swoim więdniał grobie.Zimném on wzrost ich przymierzał spojrzeniem,Lub téż z tłumioném patrzył się westchnieniem,Lecz nigdy łzą mu nie błysła źrenica,Uśmiech chmurnego nie rozjaśnił lica,Czoło mu piękne, wzniosłe i szerokie,Czarna myśl wnętrznym pokrajała bojem.W brózdy przedwczesne, liczne i głębokie,Gorącym cierpień wyorane krojem,Zarosłe blizny rozkrwawionéj duszy,Skutki zbyt długiéj i ciężkiéj katuszy!Żal, boleść, radość — wszystko w nim zamarło,Długie mu tylko — ciężkie dni zostały,Oko, co nigdy snem się nie zawarło,Martwość na wszelkie wzgardy i pochwały,Serce, które się samo siebie bało,Zmilczéć nie mogło — ustąpić nie chciało,I kiedy postać przybrało spokojną,Najgłębszą myśli, uczuć wrzało wojną.Najgrubsze nawet i najtwardsze lody,Powierzchnię tylko każdéj zetną wody,Żywy nurt ciągle spodem pruje łoże,Płynie i nigdy upłynąć nie może.Twardego hartu był umysł Azona,Nie mógł on nigdy z swego wydrzéć łona
Dręczącéj myśli wrosłéj zbyt głęboko.Próżno, ach! próżno nasza tłumi pychaŁzę, co się silnie w nasze ciśnie oko!Rosa ta serca nigdy nie wysycha:Każda łza, któréj oko nie wyroni,W głąb swego źródła cofa się i chroni;Nic tam jéj pierwszéj czystości nie zmącą,I chociaż nigdy na jaw niedobyta,Niewypłakana, przecież żywa, wrząca,Tém droższa nawet, im bardziéj ukryta.Musiał on często w swojém tłumić łonieŻal się budzący po synu i żonie;Nie mógł ten krwawy dwóch ofiar mordercaZapełnić czczości pustego już serca;Żadnéj nadziei spotkania się z temi,Co już duszami złączyli się swemi:A chociaż widział tak jasno, dowodnie,Że słuszną karą życia ich pozbawił,Że własne na nich ściągnęły ją zbrodnie,Przecież jad ciągły jego starość trawił.Tak gdy roztropne żelaza użycieDrzewo z schorzałych gałęzi oczyści,Drzewo to w nowe wysila się życie,I majem bujnych ozielenia liści,Lecz kiedy nagły piorun w nie ugodzi,I ogień żywe strawi mu ramiona,Pień pozostały usycha i kona,I już żadnego listka nie urodzi.
Włos mój osiwiał — lecz nie wiek zgrzybiały;Ni ten grom nagłéj trwogi, przerażenia,Co przez noc jednę ludzi w starców zmienia,Taką mu białość nadały.Schylony — lecz nie prace, znoje,Podła to gnuśność zgięła postać moję,Strasznym był los mój — dźwigałem kajdany,Zostałem z ziemi, powietrza wygnany,W czarną wtrącony otchłanią!Lecz, że to było w wiary méj obronie,Chętniem do więzów moje podał dłonie,Byłbym nawet umarł za nią.Ojciec za wiary téj cnotliwy opórPoddał swą głowę pod katowski topór,A jak wspólników téj tak świętéj winy,Wszystkie do więzień powtrącano syny.Z siedmiu nas — jeden zostałem na świecie,Ojciec był w leciech, bracia w wieku kwiecie;Wszyscy tém w zgonie, czém i w życiu byli,Wrogów się swoich wściekłością chlubili.Jeden w płomieniach — dwóch na polu sławyKrew swą przelało dla téj świętéj sprawy,Mężnie jak ojciec za Boga umarli,Którego nasi kaci się wyparli,Trzech nas wrzucono w loch czarny, straszliwy,Z których sam jeden pozostałem żywy.
Straszne są głębie Czyllonu więzienia,Siedm kolumn czarne wspiera ich sklepienia;Gockich tych słupów grube, śniade murySmutnie oświeca jakiś brzask ponury;Ciągle tam bowiem przez szczelinę ścianyWsuwa się słońca promyk zabłąkany,Promyk ten jakieś zmarłe światło ciskaNa owe masy jaskini sromotnéj,I jakby drżący meteor bagniskaSnuje się, czołga po ziemi wilgotnéj.W każdą tam z kolumn jest pierścień wpuszczony,W każdym pierścieniu łańcuch zawieszony;Żrący ten kruszec, jakby rak się wtacza,I takie ślady na ciele wytłacza,Że póty na niém zostaną niezmienne,Póki mi świecić będzie światło dzienne,Tak nowe dla mnie, a tak przykre oku,Już odwykłemu od słońca widoku,Ileżkroć weszło przez te długie lata?Nie wiem — gdyż odtąd już liczyć przestałem,Odtąd — gdym stracił ostatniego brata,I sam nad trupem jego żywy stałem
Do trzech nas słupów przykuto sromotnie,Byliśmy razem — a każdy samotnie.Żaden z nas nie mógł naprzód ruszyć krokiem,Ni bratnich twarzy cieszyć się widokiem,Martwy blask bowiem, co je opromieniał,W jakieś je dziwne, obce twarze zmieniał;Tak będąc razem — przecież rozłączeniW oddzielnych więzach, lecz męką spojeni,Tęśmy przynajmniéj jeszcze ulgę mieli,Żeśmy się wzajem mówiących słyszeli,I choć w tym słońca i powietrza głodzieJeszcześmy mogli ku wspólnéj osłodzieJakąś nadziei nowéj roić marę,Jakieś legendy opowiadać stare,
Lub o rycerzach dawnych śpiewać sobie,Lecz i to w krótkiéj obmierzło nam dobie.Głos się nasz zmienił w jakiś ton grobowy,Głuchy i ciężki jak echo więzienia;Zgasła już była z dźwięku naszéj mowyPełność i wolność dawniejszego brzmienia;Zmiana ta może urojeniem była,Przecież srogością prawdy mię dręczyła.
Najstarszym będąc między braćmi memi,W każdéj smutniejszéj cieszyłem ich chwili;Z tkliwą ja troską czuwałem nad niemi,Ale i oni toż samo czynili.Ostatni — oczu błękitnych młodzieniecI stąd najdroższy ojca ulubieniec,Że wdziękiem wzroku podobny był matce;On to najbardziéj serce mi rozdzierał,Bo któżby nie był z żałości umierał,Taką ptaszynę w takiéj widząc klatce!Pięknym był jak dzień w całym swym uroku,Gdy dzień tak piękny memu bywał oku,Jak orlikowi, który w niebo wzlata:Pięknym był jak dzień polarnego lata,Tam gdzie ta pora w całym swym przebieguNie zna wieczoru — pora ciągło-dzienna,Tak świetno-długa, słoneczna — bezsenna,Dzieci światłości strojne szatą śniegu!Tak miłym, czystym jaśniał on promieniem,Nigdy wesołéj myśli nie zamraczał,Nad cudzém tylko płakał on cierpieniem,I wówczas całe zdroje łez wytaczał,Zwłaszcza gdy nie mógł dary wesprzéć swemiTak mu nieznośnych tylu nędz téj ziemi.
Drugi był równie czuły i szlachetny,Lecz bardziéj męskich — wojennych przymiotów,A taką siłą i odwagą świetny,Że z całym światem byłby walczyć gotów.
Byłby on chętnie zginął z mieczem w ręku,Lecz téj powolnéj nie mógł znieść katuszy,Więdniał na odgłos kajdan swoich szczęku,I coraz bardziéj upadał na duszy.Nie mniéj i moja słabła już wytrwałość,Zawszem go przecież w nową zbroił stałość,By z tylu drogich, rodzinnych pamiątekOcalić jeszcze ten tak święty szczątek.Szczęściem dlań niegdyś były w górach łowy,Życiem, rozkoszą — gonić wilka, łanią,Czyllon dla niego był piekieł otchłanią,A z wszystkich nieszczęść najsroższém — okowy.
Przy samym murze Czyllonu leżącaWoda Lemanu, w głębi stóp tysiąca,Ściera się, tłucze masy ogromnemi,I śnieżno-biały gmach okrąża niemi!W podwójném muru i wody więzieniu,Jak w żywym grobie leży tam skazany,A nad nim w górze po drżącém sklepieniuGroźne jeziora toczą się bałwany:Dzień i noc z głuchym warząc się łoskotem,Z strasznym nad nami rozbijały grzmotem,A kiedy nieraz szturmujące w chmuręWyły pod niebem wichry rozhukane,Czułem, jak bałwan podrzucony w górę,Zimną przez kratę na mnie ciskał pianę.Trzęsła się skała, silnym bita wałem,Czułem jéj drżenie — sam przecież nie drżałem;Za szczęście bowiem byłbym śmierć poczytałI jak wybawcę mego z łzami witał.
Brat mój, jak rzekłem, z tęsknoty usychał,Słabła nakoniec duszy jego siła;Wszelką on żywność od siebie odpychał,Lecz nie dlatego, że zbyt grubą była;
Twarde, łowieckie, lubiący wyprawy,Zdawna do wszelkiéj przywykliśmy strawy.Na miejscu mleka z kóz alpejskich dojuZgniłąśmy wodę mieli do napoju;Chleb zaś był takim, jak go z lat tysiącaCiągle oblewa więźniów łza gorąca,Odtąd gdy człowiek pierwsze ukuł pęta,Bliźnich jak dzikie powięził zwierzęta.Lecz nie to serce jego truło skrycie,Nie to mu z ciała wytrawiało życie,Taką mu bowiem nieba duszę wlały,Że i w książęcych byłby usechł murach,Gdyby z nich nie mógł wybiegać na skałyBłąkać się wolny i oddychać w górach.Lecz na cóż straszne odwlekać wyznanie?Umarł, niestety! — a jam nie był w stanieBladéj, schylonéj podeprzeć mu skroni,Ani stygnącéj jego ścisnąć dłoni.Próżnom wściekłością rozpaczy miotanyRzucał się naprzód — szarpał, gryzł kajdany.Umarł! — i przyszli — i zdjęli okowyI wykopali dół ciemny, grobowy,W lochu naszego martwéj — zimnéj ziemi!Prosiłem — z łzami błagałem rzewnemi,Aby gdzieś indziéj złożyli to ciało,W miejscu, któreby słońce oświecało.Dziwne marzenie! zbyt śmieszne i małe!Ale nie mogłem wyobrazić sobie,By wolne serce, nawet już zmartwiałe,Miało bez cierpień w takim leżeć grobie.Mogłem był milczéć, bo cóż mi odrzekli?Zimno się śmiali — i w dół go zawlekli.Znikał z mych oczu ziemią pokrywany,Ziemią beztrawną okropnéj pieczary,Próżne mu na grób zwieszono kajdany,Właściwy pomnik podobnéj ofiary!
Lecz i ów kwiatek, tak wdzięczny, nadobny,I już tak drogi w pierwszy życia ranek,On, matce naszéj tak mile podobny,Braci i całéj rodziny kochanek;
On, ojca swego najdroższe marzenie,I dla któregom jeszcze żyć zażądał,Na to, bym jego łagodził cierpienie,A kiedyś — może — wolnym go oglądał;On, co tak silny, czy wiarą natchnięty,Tak długo znosił srogość swojéj doli;I on nakoniec, jakby kwiat podciętyWiędniał, usychał i ginął powoli.Ach! jakąkolwiek kto śmiercią umiera,Strasznie jest patrzéć, jak z ludzkiego ciałaZwolna, boleśnie dusza się wydziera;Widziałem, jak się razem ze krwią lała,Widziałem, jak się mocując z bałwanemW szale rozpaczy, walczyła z orkanem,Widziałem zbrodnię na łożu śmiertelném,Jak bladła, drżała przed widmem piekielném;Straszne to śmierci — ta zaś cicha, rzewna,Lecz tak powolna — i tak smutnie-pewna.Więdniał tak lubą łagodnością tchnący,Tak mile smutny, tak cicho gasnący,Bez łzy, a przecież tak czuły i tkliwyI o mój tylko przyszły los troskliwy.Kwiat mu się życia na licach rozwijał,Jakim się zwykle młoda czerstwość wdzięczy,Szyderstwo śmierci! — tak on gasł i mijał,Jak nikły promień bledniejącéj tęczy;Oko tak dziwnym blaskiem mu jaśniało,Ze i więzienie widniejszém się zdało:Ą przeciéż żaden żal, ni jęk bolesny,Żadne szemranie na ten zgon przedwczesny.Wspominał przeszłość, nadzieją pocieszał,Lecz na to tylko, by ją we mnie wskrzeszał;Milczałem bowiem, myśląc o mym losie,O tym ostatnim i najsroższym ciosie!I wkrótce zaczął tłumić swe westchnieniaOstatnie schnącéj piersi wysilenia,I oddech jego coraz rzadszym bywał,I coraz ciszéj, ciszéj się odzywał;Wytężam ucho — ale nadaremnie,Wołam na niego — przestrach dziczał we mnie.Zdawnam ja, zdawna śmierć jego przezierał,Lecz znieść nie mogłem, aby już umierał.
Krzyczę — i słuchem w straszną sięgam ciszę...I zdaje mi się, że głos jego słyszę;Jednym mym rzutem więzy się rozdarły,Biegnę ku niemu, przybiegam — umarły!Sam więc zostałem — sam w tym lochu żyłem,Sam to powietrze stęchłe, strute piłem.Drogie, najdroższe ogniwo żyjące,Co mi zostało jeszcze ostatecznieWiążące z ludźmi, z wiecznością dzielące,W téj strasznéj chwili zerwało się wiecznie.Stałem pomiędzy braćmi umarłemi,Jeden pod ziemią — a drugi na ziemi.Wziąłem go za dłoń — w lód się obróciła,Niestety! moja równie zimną była.Wpadłem w stan jakiś martwości i wrycia,Czucie mi tylko pozostało życia,Wściekłe uczucie, które w sercach ludziStrat ich, już wiecznych, straszna pewność budzi.Chciałem umierać, a nie mogłem przecie,Nie wiem dlaczego, gdyż wszystko już w świecie,Wszystkom utracił — lecz wiara zostałaI ta na życie targać się nie dała.
Nie jestem w stanie i nigdy nie byłem,Określić, co się wówczas działo ze mną;Uczucie światła, powietrza straciłem,Ciemność mi nawet niedość była ciemną,Z zamarłém sercem martwy jak słup stałem,Bez czucia — myśli — kamień wśród kamieni:Tyle ja tylko o sobie wiedziałem,Jak skała, co się chmurą mgły ocieni.Wszystko tak było ciemne — martwe — śniade,Ni to blask dzienny — ni nocna pomroka,Ni nawet lochu mego światło bladeTak nienawistne dla więzionych oka;Lecz jakaś przestrzeń wymarłéj pustości,Jakaś zastałość — jakaś wrytość w czczości,Jakiś świat bez gwiazd — ziemi — czasu — zmiany,Bez cnót — bez zbrodni — świat ciszą zalany,
Tchnienie zastygłe, które już nie żyło,A przecież jeszcze i śmiercią nie było,Jakieś stężałéj gnuśności przestworze,Nieme — bezkresne — i umarłe morze.
Naglem się z mego snu myśli przecucił;Ptaszek wśród mego zaśpiewał więzienia,I znowu ucichł i znowu zanuciłSłodkie, czarowne wywodzący pienia.Podniosłem oczy i mile zdumionyWzrok mój na wszystkie rozsyłałem strony,I tak te lube uniosły mię dźwięki,Że nawet mojéj zapomniałem męki.Lecz zmysły moje, wracając stopniowo,W zwykłą się sferę ściągnęły na nowo,I znów widziałem, jak loch mój ponuryZwolna czarnemi zamykał mię mury,I znów się światło błędnego promieniaSnuło — czołgało po ziemi więzienia.Ptak się ten wsunął przez szczelinę muru,I siadł nad brzegiem téj strasznéj głębiny,Miał on skrzydełka ślicznego lazuru,A mniéj był trwożnym od leśnéj ptaszyny,Tysiąc on uczuć w swém pieniu wylewał,I jak się zdało wszystkie dla mnie śpiewał;Nigdym nie widział ptaszyny podobnéj,Nigdy nie ujrzę tak wdzięcznéj, nadobnéj.Zdala się smucić po jakiéjś utracie,Przeciéż spokojniéj niźli ja po bracie.Przyszła mnie kochać, kiedy już nie byłoŻadnego serca, coby dla mnie biło.Śpiew jéj tak mile do duszy się wciskał,Żem przez nią myśli i czucie odzyskał.Przybyłaż ona z lasów, gór, lub pola,Czy téż z swéj klatki w moję otchłań ciemną?Uroczy ptaszku, znając, co niewola,Nie byłbym żądał, byś się więził ze mną.I myśl mi przyszła — że w tym wdzięcznym strojuPrzybył on z krain wiecznego pokoju...Grzeszném zapewne było to dumanie,Jam się rozpłakał i uśmiechnął na nie,
Myśląc, że może dusza mego brataPrzyszła z tamtego odwiedzić mię świata,Kiedy wtém skrzydły zerwał się płochemi,A ja poznałem, że był ptakiem — ziemi!Brat-by mię nie był tak srodze zasmucił,Ni tak podwójnie samotnego rzucił.Byłem samotny — jakby trup na marach,Samotny — jak ta chmurka drobna, sina,Co się tam błąka tak sama — jedynaPo niezmierzonych błękitu obszarach.Jedyna zmarszczka na czystym lazurze,Powiewna plamka na świetném sklepieniu,Co Bóg wie, po co czerni się tam w górze,Gdy ziemia w kwiatach, a niebo w promieniu.
Doznałem wreszcie w losie moim zmiany.Wzruszył dozorców stan mój opłakany.Nie wiem dlaczego, gdyż od lat tak długichPrzywykli patrzéć na nieszczęścia drugich.Pozostał, jak był, łańcuch mój skruszony,I tak mi wolność nadano chodzenia;Z jednéj do drugiéj przebiegałem strony,I wzdłuż i w poprzek całego więzienia;Gdzie tylko było stąpnąć mi podobna,Wszystkom to schodził — każdy słup okrążył,I wszystkie razem i każdy z osobna,I znów się zwracał i na nowo dążył;Strzegąc się tylko, abym stopy memiGrobowéj braci nie nadepnął ziemi;Na tę myśl bowiem tak okropną, srogą,Że stopa moja groby ich bezcześci,Ciężki się we mnie oddech ścinał trwogą,Serce drętwiało — pękało z boleści.
Wybiłem wschody długiém w murze kuciem,Ale nie na to, bym uciekał niemi;Gdyż kto mnie tylko ludzkiém kochał czuciem,Zdawna już, zdawna w zimnéj więdniał ziemi.
Cały ten okrąg — cały przestwór świata,Szerszémby tylko dla mnie był więzieniem;Nie miałem ojca — dziecięcia — ni brata,Nikogo, coby mojém czuł cierpieniem.(I szczerze wyznam, śmierć mnie ich cieszyła,Gdyż ich męczarnia dla mnie piekłem była);Lecz chciałem po tym wdzierając się murzeZ za kraty okna wykutego w górzeRaz jeszcze Alp mych cieszyć się widokiem,Rzewném — miłośném na nich spocząć okiem.
Spojrzałem na nie — i te same były,Ja się zmieniłem, one nie zmieniły.Wieńczył je zawsze ów śnieg lat tysiąca,U stóp ich fale lśniły się Lemanu,I zawsze sina i bystro lecącaSzumnie się woda zlewała Rodanu.Słyszałem w górach huczące potokiPo pniakach krzewin, po łomach opoki,Widziałem zdala miasta mur białawy,I z bielszym żaglem pływające nawy;Widziałem i tę wysepkę nadobnąTak wdzięczną, miłą dla mego spojrzenia,Co mi się wówczas zdawała tak drobną,Mało co większą od mego więzienia.Wyspa ta była uroczéj zieleni,Jedną — jedyną w wielkiéj wód przestrzeni,Trzema się drzewy wieńczyła wzniosłemi,I z gór płynący wiatr powiewał niemi;Biły ją wody, a tysiączne kwiatyStroiły wdziękiem różnobarwnéj szaty.Widziałem rybki igrające w wodzie,W całéj wolności i szczęścia swobodzie.Orzeł wysokim lotem w chmurach gi nginął,Nigdy on może tak szybko nie płynął,Jak mnie się wówczas z po za kraty zdało,I oko moje łzami się zalało.Osłabłem z tylu wolności widokówI prawie moich żałowałem oków:A gdy znów zszedłem, ciemność mi więzieniaSpadła na duszę, jak ciężar kamienia.
Zdało się, jakbym do życia wróciwszy,Nagle i wiecznie zapadł w grób straszliwszy;Przecież wzrok tylu znużony przedmioty,Wśród takiéj tylko mógł spocząć ciemnoty.
Liczne dni — lata mijały koleją,Jam się ich płonną nie trudził rachubą,Z wszelką się bowiem rozstałem nadzieją,Bym kiedyś przejrzał przez tę mgłę tak grubą.Przyszli mię wreszcie wywlec z lochu mego,Lecz jam nie pytał, gdzie — dokąd — dlaczego?Bo czémże dla mnie wszystkie były wieści?Stałem się martwym na wszystkie odmiany,Zimnym na wolność — zimnym na kajdany,I jakoś w moje-m wkochał się boleści.Gdy więc z tą nędzną wolnością przybyli,I wszystkie-m węzły w jednéj zrywał chwili;Śniade te mury z swą czarną jaskiniąStały się dla mnie ojczyzną — świątynią!I zdało mi się, jakby dłoń mych wrogówZnów mię z rodzinnych wydzierała progów.Zawarłem przyjaźń z pająkiem więzienia,Zważałem zręczność wątłych nitek snucia;Myszka mi w świetle igrała promienia,Czemużbym nie miał podzielać ich czucia?Wszyscyśmy jednę tylko ustroń mieli,Jam był ich królem — mogłem dręczyć, zgładzać,Przecież, rzecz dziwna! wszyscyśmy umieliZmieścić się, znosić i nawzajem zgadzać!Same ja wreszcie pokochałem pęta,Tak dusza długiém nawyknieniem gięta,Gnie się i jakoś w nowy stan swój wrośnie. —Zyskawszy wolność — westchnąłem żałośnie.
Minął był właśnie straszny dzień PułtawyGdzie od mocarza Szwedów szczęście zbiegło,I już do krwawéj niezdolne rozprawySzerokim mordem całe wojsko legło.Chwała, potęga i laury wojenne,Czczone przez ludzi i jak ludzie zmienne,Przeszły na cara zwycięskiego stronęI mury Moskwy znowu ocalone,Aż do dnia, roku krwawszego wspomnienia,Gdzie większéj mocy, wyższego imienia,Z całém swém wojskiem i sławą zwycięskąSroższy wróg nagle cięższą runął klęską,Cięższym upadem i większym ogromem,Zgubą dla siebie, a dla wszystkich gromem.
Taka kość padła w grze téj dla Karola:Musiał uciekać przez wody, przez pola,I dniem i nocą mimo ciężkiéj rany,Swoją i swego ludu krwią oblany.Tysiące padły w ucieczki obronie,Nikt przeciéż nie śmiał w jego sarknąć gronieW téj strasznéj chwili dumy poniżenia,Gdzie prawda może ozwać się bez drżenia.Koń pod nim poległ — Gieta pędzi, zsiada,Daje mu swego i sam trupem pada.Koń ten pod królem kilka mil przesunął,Lecz i on wreszcie z przesilenia runął,A Karol w lasach słoniących ogniska,Co zdala z wrogów tlały koczowiska,
Wpośród snujące się podjazdów rojeMusiał na ziemi złożyć członki swoje,O takież łoże, takie wieńce chwałyDwa mężne ludy tyle krwi przelały!Leżał wśród puszczy, z głową o dąb wspartą,Z gasnącém życiem i duszą rozdartą;Rany mu skrzepły, a znękane ciałoZimnem mu nocy i bólem stężało.Wrzący po żyłach ogień gorączkowySpędzał mu z oczu nawet sen chwilowy;Przecież pomimo wszystkie klęski, ciosy,Król po królewsku swoje znosił losy,I choć pod gromem tak strasznéj niedoliWszystkie boleści podbił mocą woli,Do tak niemego zmusił je poddaństwa,Jak niegdyś mieczem swym podbite państwa.
Orszak z nim wodzów — niestety, jak małoZ téj strasznéj rzezi przy nim pozostało!Lecz i w tym szczątku krew rycerska płonie,Wre honor, wierność — wszyscy w niemém gronieSmutni, posępni i trudem wybledli,Króla i jego rumaka obsiedli,Bo tam, gdzie równa grozi im zatrata,Człowiek z zwierzęciem łączy się i brata.W blizkości przy nich spokojny i mężnyHetman i równie towarzysz monarszy,Zasiadł Mazeppa, gdzie stał dąb potężny,Dąb jak on twardy i mało co starszy.Lecz pierwszą jego troską koń zziajany.Kozacki hetman oczyszcza go z piany,Mnogi i suchy liść pod nim gromadziGłaszcze po grzywie, bok i krzyże gładzi,Zwalnia popręgu i uzdę odkładaI rad się patrzy, jak mu smacznie zjada;Bał on się bowiem, że po takim pędzieZroszonéj nocą trawy jeść nie będzie.Lecz on z nim w wszystkich tak stwardniał wyprawach,Że nie przebierał ni w leżu, ni w strawach;
Zmyślny, uczony i potulny razemWszystko za danym wypełniał rozkazem,Śmiały i silny, długogrzywy, dziarski,Tak się dał wodzić, jakby koń tatarski.Posłuszny panu, przyszedł, gdy zawołał,I wpośród wszystkich rozpoznać go zdołał.On wśród tysiączne koczujące wrogiW bezgwiezdnych nocach nie pomylił drogi,A jak za matką swoją sarnię małe,Gotów był za nim latać przez dni całe.
Hetman na ziemi płaszcz swój rozpościera,Odkłada szablę, o drzewo opiera,Patrzy, czy w skutku tak długiéj pogoniJaka część jego nie popsuta broni,Czyli z panewki proch mu nie wypada,Czy dość sprężysto zamek odpowiada,Wszystko obziera po pułtawskim mordzie,Temblak, rękojeść i szczerby na kordzie;Wreszcie się do swych juk, manierki bierze,Skromną i prostą rozkłada wieczerzę,Wszystkich przekąską, napitkiem uracza,Co najlepszego królowi przeznaczaZ mniejszą obawą, niźli w świetném kolePochlebny dworak przy monarszym stole.Karol z uśmiechem i twarzą łaskawąNa chwilę skromną posila się strawą,Wreszcie w zmuszoną wesołość przybrany,I jakby wyższy nad boleść i rany,Tak się odzywa: — „Z wszystkich nas zarazemChoć mężnych sercem i dzielnych żelazem,Nikt tak nie wytrwał, nie podszedł, nie pobił,Nikt mniéj nie mówił, a więcéj nie zrobił,Jak ty, Mazeppo. W całym kręgu świataOd Aleksandra aż po nasze lataNigdy dobrańszéj nie widziano pary,Jak twój bucefał i ty, wodzu stary!Ty wszystkie Scyty twą chwałą przechodzisz,Gdy jak grom pędzisz, lub przez rzeki brodzisz“.
„— Straszna— „Straszna, szatańska (tak hetman zawoła)Do takiéj jazdy wprawiła mię szkoła“.— „Jak to? (król rzecze), jeżliś z jéj naukiTak dzielnie twojéj wyuczył się sztuki?“— „Długa to powieść (starzec mu odrzeka),A na nas tyle mil i bójek czeka,Gdzie nieraz jeszcze trzeba w kord uderzyć,Nieraz jednemu z dziesięciu się zmierzyć,Nim tam gdzieś nasze już bezpieczne konieBujne Zadnieprza będą spasać błonie,Lepiéj snem, panie, pokrzep siły twoje,A ja noc całą na straży przestoję“.— „Nie, nie (król rzeknie) proszę cię, hetmanie,Może, iż nieco ulży mi słuchanie,I z łaski twojéj dar ten zyskać zdołam,Którego dotąd nadaremnie wołam“.— „Kiedy tak, panie! a więc z całą chęciąSiedmdziesiątletnią cofnę się pamięcią.Dwudziesty-m pono rok miał w owéj porze,Gdym zdawna bawiąc na warszawskim dworze,Już od lat sześciu służył w paziów gronie;Król Jan Kazimierz był wówczas na tronie.Nie był on, panie, podobny ci w niczém,Męstwem ci tylko zrównał wojowniczém,Lecz chociaż wiele przewojował czasów,Przecież prócz sławnych na sejmie hałasówNie byłby innéj pewno zaznał wojny,Tak był z natury słodki i spokojny;Z musu on tylko, lecz dzielnie wojowałI nie tak łatwo kord dobyty schował.„Miał on i inne licznych trosk podniety,Lubił poetów i lubił kobiety,A te tak gryzły go przez zawiść swoję,Że i najsroższe byłby wolał boje.Szczęściem miał zawsze pociechę gotową,Wziął nową książkę lub kochankę nową.Król często uczty wyprawiał wspaniałe,Do bram się zamku cisło miasto całe,By się przypatrzyć pięknościom WarszawyI groźnym panom książęcéj postawy.Z łaski on wieszczów wielkim mędrcem został,Oprócz jednego, który nic nie dostał.
Palnął satyrę i wciąż się przechwalał,Że nigdy dzieł swych pochlebstwem nie skalał.Dwór ów naówczas świetnością celował,Grami, teatrem, a kto żył, rymował;Ja sam skleciłem jakiś wierszyk tkliwyZ smętnym podpisem: Tyrsys nieszczęśliwy.„I był tam pewien magnat nad magnaty,Jak soli lub srebra pokład, bogaty,Miał tytuł hrabi, godność wojewodyI wszystkie rodem swym przewyższał rody,Tak téż był dumnym, jakby jego plemięProsto z niebiosów zstąpiło na ziemię;A że był z wszystkich przy tronie monarszymI najbogatszym i ze krwi najstarszym,Tak w swe rodowe drzewo oczy wlepił,Tak się bogactwy, tak złotem oślepił,Że skutkiem dziwnéj w głowie mieszaninySobie przywłaszczał świetne przodków czyny.„Nie tego zdania jego żona była,Co lat trzydzieści mniéj niż on liczyła,I stąd po różnych przykrościach codziennych,Nudach, dumaniach i nocach bezsennych,Kilku spojrzeniach na młodzież Warszawy,Kilku nadziejach i nieco obawy,Po kilku tańcach i śpiewach rzewniących,Kilku łzach wreszcie cnotę żegnających,Czekała tylko na owe szczęśliweChwile — wypadki — które najmniéj tkliweSerca dam miękczą — by jak czuła żonkaDrogę do nieba złatwić dla małżonka,A z któréj przecież w takiéj mężów rzeszyNajnabożniejszy nawet się nie cieszy.
„Byłem ja wówczas w samym lat mych kwiecie,Siódmy już krzyżyk przeżywszy na świecie,Mogę otwarcie pochwalić się, panie,Że czy to w wyższym, czy téż niższym stanie,W tém, co tu młodych czyni tak dumnemi,Nikt się z zalety nie mógł równać memi:
Siłę ja, młodość i wesołość miałem,I nie tak, panie, jak dziś wyglądałem;Tak niegdyś gładkiém było czoło moje,Jak dziś jest zrytém przez czas, troski, boje,Co tak pierwotny z niego wyraz zdarłyI tak dawnego Mazeppę zatarły,Że nikt mię pewno z własnych sióstr i braciJużby nie poznał w dzisiejszéj postaci.Kwitnął mi jeszcze wiek mój młodociany,Kiedym téj strasznéj w sobie doznał zmiany;Lecz choć mię liczne lata przywaliły,Nie zmogły przecież ni męstwa, ni siły,Inaczéj bez téj dzielnéj, twardéj mocy,Nie byłbym dzisiaj wśród téj czarnéj nocyPod gołém niebem, w głębi dzikich lasówPowieść wam starych opowiadał czasów.„Postać Teresy — ach! widzę ją jeszcze...W téj chwili nawet z jéj widmem się pieszczę,Zda się, że w mroku owych drzew przepływa...Tak to pamiątka serca żywą bywa!A przecież nie wiem, czyli w ludzkiéj mowieI ludzkim głosem piękność jéj wysłowię.Urocze oko Azyanki miała,(Nieraz się bowiem krew polska zmieszałaZ blizkiemi granic sarmackich Turkami),Tak czarném było, jak niebo nad nami:Ciągle zeń strzelał taki promyk wdzięczny,Jak z chmur północnych pierwszy błysk miesięczny.Oko to płynnym promieniem się zdałoI niby w własnem swém świetle topniało,Całe miłością — pół ognia — pół mdlenia,Jak te z pod miecza męczennic spojrzenia,Które ku niebu z takiém czuciem wznoszą,Jak gdyby dla nich śmierć była rozkoszą.Czoło, jak w lecie jeziór kryształ czysty,Z słońcem na głębi, a do dna przejrzysty,Gdy mruknąć nawet ciche nie śmią tonie,A niebo w całém odbijają łonie.Lecz na cóż tego wdzięków jéj wywodu,Kocham ją zawsze, jak kochałem z młodu,Taka jak moja miłość dzika, wrząca,Ni w złem, ni w dobrem granic nie znająca,
W wściekłości nawet bojów nie ostyga,I cień przeszłości aż w starość nas ściga.
„Spotykam — wzdycham. Spojrzała — spojrzałem,Nic nie wyrzekła — przeciéż zrozumiałem.Ach! bo są znaków i dźwięków tysiące,Widzim je — słyszym — lecz któż je okréśli?Są to te iskry mimowolne myśli,Z nagłéj serc młodych burzy pryskające,Co tworzą jakąś mowę dziwną, ciemną,Mowę ognistą, wszechmocną, tajemną,Łańcuch płomienny, co aż duszy sięga,I bez ich woli serce z sercem sprzęga,Rzekłbyś, że iskry elektrycznéj siłaNagle w dwie dusze razem uderzyła.Długom i długo z łzawém wzdychał okiem,Jednym się nawet nie śmiał zbliżyć krokiem,Ażem się wreszcie dał poznać, przedstawił,I odtąd nieraz z nią rozmawiał, bawił.Trudne mi było miłości wyznanie,Raz przecie chciałem odważyć się na nie;Ale zaledwie żem usta otwierał,Już mój trwożliwy głos na nich zamierał.Szczęściem, że wówczas pewna gra tam była,Co wszystkich nieraz całe dni bawiła;Stara już pamięć nazwać jéj nie zdoła,Lecz wiem, że była pusta i wesoła.Do niéj to trafem, czy przez szczęście moje,Razem przy sobie siedliśmy oboje.Żadną się ja tam przegraną nie smucił,Ni ku wygranéj oczy moje zwrócił;Dość miałem szczęścia, żem jéj głosu dźwiękiemI jéj oblicza mógł się poić wdziękiem.Byłem jak czata przy niéj przez czas cały;(O, gdyby nasze dziś tak czuwać chciały!)Gdym wreszcie spostrzegł jakieś zamyślanie,Ciągłość roztargnień, obojętne granie,Równą na zyski jak straty niedbałość,A przecież dziwną przy téj grze wytrwałość,Jakby ją jakaś myśl skryta i czułaCałą potęgą do téj gry przykuła.
akJak błysk piorunu, tak myśl nagła, śmiała,W tym ciemnym dla mnie mroku zajaśniała,Że się w jéj twarzy coś takiego mieści,Co mię nie skaże na wieczność boleści...Szczęsny tą szczęścia mego przepowiednią,Cały-m war uczuć moich wylał przed nią,Wszystko wyznałem — Bóg wie, co prawiłem,Słowa się w trwożnym plątały obłędzie,Lecz, że słuchała, a więc pewny byłem,Bo kto raz słuchał, daléj słuchać będzie:Serce jéj czułe a pierwsza odmowaNie znaczy jeszcze ostatniego słowa.
„Kochałem, panie, i byłem kochany,Mówią, że nigdy nie bywał ci znany,Ten szał tak luby — jeźli tak jest, panie,Próżnobym z mojém szczęściem się rozwodził,Z śmiechem-byś tylko wzgardy patrzył na nie;Ale nie każdy na króla się zrodził,Nie każdy twojéj duszy hart posiadał,Coś tak sam sobą jak ludami władał.Jestem, lub raczéj niegdyś księciem byłem,Tysiącznym w bojach szykom hetmaniłem,Wszystkom zgniótł, złamał; z sercem tylko mojemCiągle daremnym ścierałem się bojem.Kochałem, panie, kochano mię wzajem,O! każda miłość byłaby tu rajem,Gdyby jéj koniec mniéj bolesnym bywał...Skrycie-m się tylko z Teresą widywał,Lecz jeźli szczęściem było to spotkanie,Szczęściem już dla mnie było czekać na nie,Za nic dni, noce. — W téj jednéj godzinie,Czułem, myślałem — i żyłem jedynie,Nigdym podobnéj nie zaznał godziny,I gdybym znów był panem Ukrainy,Chętniebym na jéj oddanie się zgodził,Bym tylko dawnym paziem się odrodził,Tym szczęsnym paziem, co wszystko posiadał,Gdy miał kochankę i kordem swym władał,A w darach swoich natura wspaniała,Zdrowie mu, męstwo, moc i młodość dała.
„Zejścia się nasze bywały skrytemi;Mówią, że miléj jest się kochać skrycie,Nie wiem — lecz setne byłbym oddał życie,Gdybym raz usty mógł ją nazwać memiMoją, w obliczu i nieba i ziemi.Myśl ta mi bowiem ciągle truła duszę,Że ją ukradkiem tylko kochać muszę.
„Mnóstwo ócz patrzy na kochanków dwoje,Mnóstwo i na nas patrzyło oboje,Niegrzeczny dyabeł zdrajcę naprowadził,Lecz krzywdzę dyabła — nie dyabeł nas zdradził;Pewno tam na ten związek cudzołożnyJakiś świętoszek wylał jad pobożny.Czujne nas szpiegi nocną zeszły dobą,Zeszły, napadły i porwały z sobą.Wściekał się hrabia — ja byłem bez broni,Lecz choćbym nawet i miecz trzymał w dłoni,Cały się wreszcie uzbroił żelazem,Cóż mogłem począć przeciw tylu razem?Blizko to zamku pańskiego się działo,Zdala od miasta — i ledwo że dniało,Znikąd ratunku — w tak straszliwéj dobie,Kilka chwil tylko jeszcze licząc sobie,Boga za grzeszne przepraszałem życie,Kilku się świętym polecałem skrycie,Pewny, że zginę — gdy mię tłuszcza podła,Z krzykiem przed bramę zamkową przywiodła.Wieczny z Teresą rozłączył nas przedział,I jużem odtąd nic o niéj nie wiedział.Okropną była wściekłość wojewody,I prawdę mówiąc, miał do niéj powody;Najbardziéj przeciéż złościł się z obawy,By po nim jakiś tam owoc nieprawyImienia jego potomka nie zyskał.Nie mniéj i na tę myśl się wzdrygał, ciskał,Że mu ta plama zbrudzi tarcz herbową,Rodu, którego on właśnie jest głową. —W rzędzie on szczytnych sam się mieścił ludzi,Myśląc, że wszystkich swoim blaskiem złudzi,Mnie zwłaszcza swoją wielkością omami:A ta, o zgrozo! dla pazia się plami!
Gdyby przynajmniéj z królem przewiniła,Zbrodnia ta jakoś mniejby straszną była,Lecz z paziem! z paziem! — nie, nikt w ludzkiéj mowie,Tak okropnego gniewu nie wypowie.
„Konia tu dajcie!“ — i przywodzą konia.O, wprawdzie takich rumaków niewiele!Ukraińskiego wychowaniec błonia,Jakaś myśl w całém rozdrżała mu ciele.Dziki, własnego obawiał się cienia,Dziki dzikością młodego jelenia;Nigdy ni uzdą, ni ostrogą tknięty,I przed dniem jednym dopiéro ujęty.Z zjeżoną grzywą i opornym krokiem,Z chrąpiącém nozdrzem, zapienionym bokiem,Strachał się, złościł, wspinał, rzucał dumnie,Groźny syn stepu prowadzony ku mnie.Tłum mię sług porwał, na grzbiet konia cisnął,Na dłuż rozciągnął, rzemionami ścisnął,I puścił nagle. — Lecim gromem, strzałą,Potok z tak nagłą nie spada nawałą.
Lecim i lecim — dech się we mnie ścinał;Dzień wówczas ledwie bielić się zaczynał,Poznać nie mogłem, w jakie pędzę strony:On leciał, leciał pianą ubielony.Ostatnim dla mnie już głosem człowieka,Com go naówczas zasłyszał zdaleka,Był ten sług podłych śmiech dziki, nieznośny,Co jeszcze z wiatrem doleciał mię głośny.Wścieklem się rzucał, twarz ku nim skierował,Gryzłem ten rzemień, co mi kark krępował,I choć ból straszny całą krew mi ścinał,Wzniosłem się na pół i lżąc ich przeklinał.Nie wiem, czy koń mój takim pędząc lotem,Klątw mych nie zgłuszył kopyt swoich grzmotem.Myśl ta mię trapi, gdyż się zemścić chciałem,Zemściłem późniéj całym zemsty szałem.Niéma tam, niéma i jednego złamku,Mostów, bram, zapór, baszt i murów zamku,Wszystkom rozorał, wszystko zburzył, skrwawił,Na polach jednéj trawki nie zostawił,
Chyba, że gdzieś tam z gruzów się wyciska,W miejscu głównego murów tych ogniska.Stokroć przejść można plac téj rzezi sławnéj,A nie zamarzyć nawet twierdzy dawnéj!Ćmach się ten w oczach mych z wieżami palił,Z grzmotem rozpękły mur po murze walił,Z czarnych, gorzących dachów miedź stopniałaNaokół deszczem parzącym się lała;Największą siłę z najgrubszym ogromemStarłem silniejszym zemsty mojéj gromem.Nie — nie myśleli oprawce zuchwali,Gdy mię, jak błyskiem, na tę śmierć posłali,Abym tam kiedyś niepojętym cudem,Z dziesięćtysięcznym miał powrócić ludem,I tak, w sowitéj odpłacił nagrodzie,Przejażdżkę moję panu wojewodzie.„Srogo mękami bawili się memi,Ale ja srożéj poigrałem z niemi.Czas wszystkie krzywdy spłaca nieomylnie,Potrzeba tylko ciągle czuwać pilnie,A żadna zręczność, żadna moc człowieka,Nie ujdzie zemsty, co cierpliwie czeka,W krzywdzie skarb widzi i codzień doń zcichaDolicza lichwę — a na porę czyha.
„Pędzim i pędzim jakby wichry, gromy,Znikły za nami wszystkie ludzkie domy;Pędzim i pędzim jakby szturmy, burze,Krwawy meteor na niebos lazurze.Nigdzie ni miasta, ni nędznéj wioszczyny,Niezmierne tylko dzikich step równiny,Czarnemi wkoło opasane lasy,I prócz tych gmachów, co się w dawne czasyPrzeciw Tatarom w groźnych wzniosły murach,A których ledwiem mógł dojrzeć po górach,Ni śladu ludzi. — Rok właśnie przed nami,Turek z licznemi przeszedł tam wojskami,A gdzie koń spahów ziemię nogą zryje,Grunt się skrwawiony trawą nie okryje.Pochmurno było. — Wietrzyk smętnym głosemZdawał nad moim użalać się losem.
A koń tak w strasznym pędzie się zaganiał,Że mi i westchnąć i modlić się wzbraniał.Na grzywę jego, którą wiatr rozwiewał,Pot się mój zimny gęstym deszczem zlewał.On zaś na oślep, bez celu, bez drogi,Pędził i chrapał ze złości i trwogi.Nieraz myślałem, że za krótką chwilę,Musi nakoniec już upaść na sile,Gdzie tam! — zbyt wątłe i spętane ciałoGniewnéj jędrności igraszką się zdało.Każdy ruch, którym wyzwolić się chciałem,Wścieklejszym jeszcze rozogniał go szałem.Na głos mój z trudem z piersi wyciśnięty,Tak w bok uskoczył jakby prętem cięty;Z każdym tym głosem rwał się tak szalenie,Jakby zasłyszał trąb wojennych grzmienie.Strumień krwi czarnéj, co się z ran mych toczyłSpływał po ciele i pęta mi broczył,A jak piekielnym gorzący płomieniem,Język ognistém palił się pragnieniem.
Lecim do lasów — czernią się dokoła,Dzikie, rozległe, okiem nieobjęte,Sterczą potężne groźnych dębów czoła,Najsroższym nawet wichrem nieugięte.Co wyjąc stepy Sybiru przelata,I grzmiącym szturmem całe bory zmiata.Rzadko tam stoją te pyszne ogromy,Lecz gęsto wśród nich rośnie krzew poziomy,Przybrany w liścia uroczéj zieleni,Nim je oberwie mroźny wiatr jesieni,Nim je po lasach i borach rozwieje,W przykrą i trupią czerwoność odzieje,Co tak wygląda, jakby krew stężała,Na placu bitwy leżącego ciała,Którego żadna ręka nie pochowa,A tak niejedna stwardzi noc zimowa,Że i dziób nawet żarłocznego kruka,Po zmarzłém licu jak po lodzie stuka.Puszczę tę zarósł gąszcz młody, zielony,Gdzieniegdzie stały dęby, sosny, klony.
Szczęściem że z rzadka — gdyż w takim rozgonieStokroć-bym pewno roztrzaskał się o nie.Gnące się krzewy ciała mi nie darły,A chociaż wszystkie rany się zawarły,Zimnem okrzepłe — przecież ból przemogłem,A żem był w pętach, z konia spaść nie mogłem.„Szumiąc po liściach z całéj pędził siły,Wśród drzew, wśród wilków, co za nim goniły,A które ciągle tuż za naszym śladem,Mordem dyszące całém biegły stadem,Tym długim cwałem, co nieraz w manowcachI gniew i zapał znuży w psach i łowcach:O kilka kroków w dzień już prawie biały,Widziałem, jak się przez gąszcz przewijały,A w nocy-m słyszał jak chrzęszcząc liściami,Zdradnym poskokiem suwały za nami.O, jakbym chętnie z niemi bój był toczył,Rąbał, mordował, miecz mój krwią ich broczył,I gdym koniecznie już miał paść ich łupem,Przynajmniéj licznym otoczył się trupem!Z razu gdy koń mój z takim pędził szałem,Chciałem, by ustał — a teraz się bałem,Czy ujdzie wilkom; — lecz próżnom się lękał,Dziki syn stepu twardych sił nie znękał,Pędził sążnistym lotnéj sarny biegiem:Ziemia tak szybkim nie ściele się śniegiem,Gdy zbłąkanego na polu wieśniakaNagle osypie, oćmi zawiéj taka,Że już do chaty swéj nie znajdzie drogi:Tak pędził, chrapał, dziczał z gniewu, trwogi.Dziczał, jak zwyknie krnąbrne dziecko dziczéć,Gdy chce swą fraszkę na matce wykrzyczéć,Lub jak kobieta z silnéj woli znana,Gdzie znajdzie opór i poczuje pana.
„Z południa było, gdym już przebył bory.Drżałem od zimna, choć wśród letniéj pory,Może, iż skryty w żyłach dreszcz mię ziębił,Bo kogóż długi ból-by nie przygnębił;A jam zupełnie wówczas był odmienny,Silny, gwałtowny jak potok wiosenny;
Jeszczem nie zbadał uczuć mych przyczyny,A już te czucia zmieniały się w czyny;Cóż więc dopiéro, gdy się zlały w duszę,Gniew, przestrach, wściekłość i wszystkie katusze,Głód, zimno, nędza, boleść tak samotna,I straszne pęta i nagość sromotna.Byłem ja przytém z takiego plemienia,Którego krew się łatwo rozpłomienia,A taką rozkosz w pomście krzywdy czuje,Jakby grzechotnik w chwili, kiedy kłuje.Nie dziw, że ciosów wytrzymawszy tyle,Pień ten się zachwiał i upadł na chwilę.Ziemia się gięła pod końskich nóg grzmotem,Chmury mi wstecznym uciekały lotem,Zdało się, żem miał już na ziemię runąć,Lecz dla pęt moich nie mogłem się zsunąć,Serce pękało — skroń głazem ciężyła,Krew w niéj chwilami biła, znów nie biła,Nieba się wielkiém kołem obracały,I jak pijane drzewa taczać zdały.Jakiś błysk ciągle z pod mych tryskał powiek,I znów ciemniało — konający człowiekBardziéj nie kona, niźli ja konałem.Bity, miotany konia mego szałem,Czułem, jak czarna już mię noc pokrywa,I znów czasami z oczu moich spływa.Chciałem się mocą duszy mojéj cucić,Lecz już nie mogłem zmysłom życia wrócić.Byłem ja w stanie morskiego rozbita,Co się w ostatniéj burzy deszczki chwyta,To się z nią wznosi, to znów w wałach ginie,A wiatr go pędzi w wielką wód pustynię.Drżące mu życie było jak te liczne,W głęboką północ światła fantastyczne,Które w malignach wzlatają przed nami,A z zamkniętemi widzim je oczami.Lekka to boleść w krótkiéj przyszła dobie:Lecz sroższy po niéj czułem zamęt w sobie,Bałbym się, przyznam, doznać tak straszliwéjMęki, boleści przy śmierci prawdziwéj,A przecież myślę, że człowiek przy zgonieWięcéj wycierpi, nim duszę wyzionie;
Lecz mniejsza o to: — kto tylekroć czołaNadstawił śmierci, ten zadrżeć nie zdoła.
„Wracam do zmysłów — cóż to? skądżem całyTak odurzony — tak zimny — skościały?Słabe, leniwe serca mego biciePowolne w ciele mém rozbudza życie:Gdy wtém ból straszny nagle krew mi całąNa wstecz odlunął, choć zimną, stężałą.Dziwny szum, szelest bije mi o uszyI jakiś mroźny przestrach czuję w duszy.Widzę nakoniec — lecz cóż mi to oczyJakąś powłoką, grubą, szklaną mroczy?Może ja marzę jaką wód nawałę...W głębi pod sobą widzę niebo całe,Jasne gwiazdami. — Nie! — sen mię nie zwodzi!Dziki mój rumak w dzikszych wałach brodzi.Szerokiéj rzeki lśniące się bałwanySzumią białemi warzące się piany.Pół ja dopiéro byłem przebrnął rzeki,Od nieznanego brzegu tak daleki.Czuję, żem ożył, że silniejszy jestem,Zimnym wód rzecznych orzeźwiony chrzestem.Dzielny mój rumak, śmiało i zuchwale,Piersią rosnące wciąż przecinał fale,Płynął, aż wreszcie całą szerz ich przebył,Lecz brzeg ten dla mnie portem szczęścia nie był,Gdyż wszystko za mną mgłą się kryło ciemną,A noc i przestrach czerniły przedemną.Nie wiem, jak długo i czy w nocy, we dnie,Te między życiem i śmiercią pośrednieTrwały męczarnie. — W stanie, w którym byłem,Zaledwiem wiedział, że na świecie żyłem.
„Z ciekącą grzywą, lśniąc się, kurząc cały.Silił się, parskał rumak zadyszały,Chwiał się, a przecież potężnemi krokiWdzierał się na brzeg stromy i wysoki.Wdarł się nakoniec. — Przestrzeń nieprzejrzanaSzerzy się, grozą i nocą zalana,
I tak wciąż naprzód szerzy się bezkreśnie,Jak czarna otchłań wymarzona we śnie.Gdzieniegdzie tylko jakieś rozrzuconePłace, to białe, to ciemno-zielone.A które wszystkie oświecał bladawoKsiężyc, co właśnie wówczas wszedł na prawo;Lecz nigdzie żadnéj wróżby, ni oznaki,By gdzieś w pobliżu mieszkał wieśniak jaki,Żaden nam płomyk z siedziby człowiekaGościnną gwiazdą nie błysnął zdaleka.Błędny się nawet ognik nie pojawił,Któryby z mojém nieszczęściem się bawił.Zwodném on wprawdzie światłem-by mię łudził,Miłeby przecież zawsze czucie wzbudził,Byłbym przynajmniéj doznał téj pociechy,Iżby mi ludzkie przypominał strzechy.
„Koń mój biegł ciągle — lecz ta dzika siła,Z którą tak pędził, już złamaną była:Słaby, dyszący i z spienionym bokiemCięższym, leniwszym posuwał się krokiem;Każdy mu wówczas byłby mógł poradzić,Dziecięciu nawet dałby się prowadzić,Lecz nic to mojéj nie ulżyło męce,Miałem związane i nogi i ręce,A choćbym nawet i od pęt był wolny,Nie byłbym może sobą władać zdolny.Chciałem raz jeszcze z memi walczyć pęty,Któremi byłem tak silnie ujęty,Lecz tyle-m mojem miotaniem się zyskał,Żem jeszcze mocniéj węzły moje ściskał.Płonne więc odtąd porzuciłem boje,Co rozjątrzały tylko rany moje.Zdało się, że koń mój już wkrótce legnie,Choć nie wiedziałem, gdzie jeszcze zabiegnie. —Pierwszy brzask ranny wschód słońca zwiastował,Lecz jakże długo z nocą się pasował,Zdało się, że mgła, ciężąca na zorzy,Nigdy przed młodym dniem się nie roztworzy.Długo i ciężko dźwigała się w górę,Nim wschód w płomienną przybrał się purpurę,
Nim wszystkie gwiazdy pogasił na niebie,Wszelką ich jasność przyciągnął do siebie,I z tronu swojéj potęgi i chwałyWłasném swém światłem zalał okrąg cały.
„Błysnął dzień jasny — mgłę rozproszył ciemną,Leży świat blaskiem rozświecony słońca,Tak pusty wkoło — za mną — i przedemną...I po cóż pędzę przez ten step bez końca,Przez lasy, rzeki. Nikt tu stopy swemiŚladu w téj bujnéj nie wytłacza ziemiNi zwierz, ni człowiek. W żadnéj roku porzeNikt tu nie przejdzie, nikt nigdy nie orze;W całém powietrzu cisza tak straszliwa,Ptaszek się ranną piosnką nie odzywa,Nie słychać nawet ni z trawy, ni z krzaczkaCichego brzęku drobnego robaczka,Koń mój werst kilka biegł tak zadyszały,Jakby w nim wszystkie żyły pęknąć miały,Widocznie przecież w każdéj słabiał chwili,Samiśmy tylko — ciągle sami byli...Aż, gdy tak coraz bardziéj słabiał, dyszał,Naglem gdzieś zdala rżenie konia słyszał.Lecz nie — z błędnego sądziłem pozoru,Wiatr to zapewne tak świszczał po boru...Nie! nie! — z tych puszczy całe stado tłumnieSypie się, — zwiększa — tętni — pędzi ku mnieWielkim, rozległym pułkiem rozwinięte!Chcę krzyknąć — próżno — usta na śmierć ścięte,Pędzą w swéj całéj wolności i pysze,Lecz cóż to? — ludzi ni widzę, ni słyszę,Któż je prowadzi? — bez jeźdźca, tysiące!Rozwiane grzywy, kity pływające,Nozdrza na walnym oddechem rozwarte,Pyski nie uzdą, ni kiełznem nie darte,Boki kolcami nie kłute ostrogiI nigdy podków nie znające nogi.Tysiączny hufiec, dziki, wolny, śmiały,Pędzi jak morza goniące się wały,Pędzi, grzmi, tętni, cały step przelata,Jakby chciał witać nieznanego brata.
Widok ten chwilę krzepi go i cieszy,Zrywa się niby i choć słabo, śpieszy,Sili się, cichém rżeniem odpowiada,Chwieje się — plącze — i nakoniec pada.„Leży i dyszy z okiem już zmartwiałem,Z stęgłém, bezwładném, kurzącém się ciałem.Skończył już bieg swój, pierwszy i ostatni.Przybiegłe stada patrzą na zgon bratni,Dziwi je moja postać rozciągniętaI krwawe z koniem wiążące mię pęta,Patrzą się — stoją — trwożném mierzą okiem,Wietrzą — strachliwym przebiegają krokiem,To się przybliżą, to znów pierzchną społem,To w końcu wielkiém oblatują kołem,Aż wreszcie nagły na nie postrach padaPędzą za jednym, jakby królem stada,Który tak kruczą maścią lśni się cały,Że jéj nie plami i jeden włos biały.Pienią się — chrapią — rżą — od trupa stronią,Płoszą — pierzchają — i po lasach chronią.„Sam odtąd z wszelkiéj nadziei wyzutyZostałem w stepie — do trupa przykuty.Leżał pode mną, zimném, martwém ciałem,Któremu wreszcie już ciężyć przestałem.Długom się z wspólnych nam więzów wydzierał,Teraz z nim leżał — na zmarłym umierał.Nigdym nie myślał, że w tak strasznéj doliBóg jeszcze jutra dożyć mi dozwoli.Tak przez dzień cały z memi leżąc pętyKażdą godziną, jak głazem ciśnięty,Tylem żył jeszcze, abym widział słońceJuż raz ostatni dla mnie zachodzące.W strasznéj pewności, że już umrzéć trzeba,Zimnom się poddał był pod wyrok nieba,Pod tę śmierć, co nam rok za rokiem groziI serca trwogą już ostatnią mrozi,Co niezawodna — czasem darem bywa,Nawet gdy uieco zbyt wcześnie przybywa,Od któréj przecież, jak od sidła stronim,Myśląc, że naszą troską się obronim;Czasem naszemi wzywamy ją łzami,Czasem téż sobie zadajem ją sami;
Lecz jakąkolwiek bywa tu śmierć nasza,W każdéj postaci, razi nas, przestrasza,I choć nam męki przerywa najkrwawsze,Zawsze jest groźną i okropną zawsze.Dziwna rzecz! — ludzie, co w rozkoszach żyli,Nad miarę z pięknem pieścili się łonem,Ucztami, złotem i władzą opili,Spokojnym często umierają zgonem,Spokojniéj, niźli ciągłych nędz ofiary:Gdyż ten, co wszystko wypił z życia czary,Wszelki wdzięk, nowość — czegóż już przy grobieMoże żałować, może życzyć sobie?Nędzarz nadzieją lepszéj żyje doli,A choć śmierć sama z nędzy go wyzwoli,On na nią zwiędłém okiem się użala,Że mu przyszłego raju drzewo zwala.Jutroby może było dniem nagrodyZa wszystkie wzgardy, nędze i przygody,Jutroby pierwszy dzień mu życia błysnął,Któryby krwawych łez mu nie wycisnął,Nie słyszał przekleństw — dzień szczęściem brzemienny,Wróżbą lat długich tak jasny, promienny,Przez łzy niedoli oddawna widziany,Dzień, coby wszystkie mógł zagoić rany,Dzień, w którym na raz odzyskałby tyleW władzy — świetności — chwale — szczęściu — sile,I dzień ten jego przyświeci mogile!
Słońce w zachodnich już gasło obłokach,A ja na zimnych wciąż leżałem zwłokach,Pewny, że nasze tam pogniją ciała;Wzrok mój się ściemnił, śmierć potrzebą stała.Bez tchu, ratunku, bez nadziei cienia,Ostatnie w niebo wznosiłem spojrzenia.Lecz gdym tak patrzył okiem już gasnącem,Kruk mi przeleciał między mną i słońcem,Co pewno na śmierć nie zaczeka moję,Ażeby na nas zacząć ucztę swoję.Latał i siadał i znowu się zrywał,I coraz, coraz bliżéj oblatywał,
Wciąż mi on lecąc czernił się na niebie,A raz tak blizko ujrzałem go siebie,Żem mógł z łatwością silny raz mu zadać,Gdybym choć najmniéj mógł był sobą władać,Słaba jednakże walka z pęty memi,Lekki ruch ręki — skrzyp drapanéj ziemi,Krzyk mój ochrzypły z trudem wydzierany,Co nawet nie wart głosem być nazwany,Spłoszyły kruka, trwożnym pierzchnął lotem...Odtąd już nie wiem, co się działo potem.Sen mój ostatni był jak gwiazda lśniąca,Co wdzięcznie zdala, znów bliżéj krążąca,Wciąż mi się wolném przemykała snuciem,Żyłem tém zimném, płynném, stęgłém czuciem,Co nas przy zmysłów ożywia powrocie,Znów głębiéj w śmierci tonąłem ciemnocieI znów na chwilę życiem czuł na nowoChwilowo boleść i ulgę chwilowo,Znów zimna niemoc serce lodem ścisła,Raz po raz jakaś iskra z mózgu trysła,Tchu mi zabrakło — dreszczem bólu drżałem,Jeden puls — oddech — i już czuć przestałem,
„Budzę się — gdzieżem? — cóż to za źreniceTak silnie w moje wpatrują się lice?Istotnież ja to pod dachem przebywam,Istotnież w izbie — na łożu spoczywam?Ludzkież to oko? w ziemskim-że to wzrokuTyle jasności i tyle uroku?Zamykam oczy i jeszcze się boję,Czy w męcie myśli dawnych widm nie roję?Z długiemi włosy, hoża, wdzięczno-licaCzuwa siedząca przy ścianie dziewica;Już w pierwszéj chwili mojego ocknienia,Silniem był uczuł iskrę jéj spojrzenia.Dzikiém i czarném we mnie wryta okiem,Rzewnym, litośnym zda się błagać wzrokiem,Patrzę się — patrzę — i widzę nareszcieI twarz istotną i rysy niewieście.Czuję, że żyję, i że już na puszczyPastwą żarłocznéj nie zostanę tłuszczy.
Młode kozackie dziewczę ledwie zoczy,Że z trudem chore znów roztwieram oczy,Wdzięcznym swą radość objawia uśmiechem,A gdy chcę mówić, zbliża się z pośpiechemZ palcem na ustach daje znak milczenia,Abym wszelkiego strzegł się wysilenia,Na słaby nawet ruch się nie zdobywałI do sił zwrotu w milczeniu spoczywał.Bierze mię za puls, szuka go i bada,Podgłówki moje dogodniéj układa,Z izby się kroki wymyka cichemi,I drzwi odchyla i szepce za niemi.Żaden głos w życiu nie brzmiał mi tak miło,W jéj chodzie nawet coś dźwięcznego było!Ale żyże wszyscy jeszcze w chacie spali,Wyszła więc z izby i jeszcze raz z daliTroskliwém na mnie okiem się spojrzałaI jeszcze drugi niemy znak mi dała,Bym się nie lękał, gdyż ludzie są blizcy,A wszyscy pewni i chętni mi wszyscy,Każdy z nich zaraz na mój głos się stawiI ona także niedługo zabawi.Wyszła, a wtenczas gdy ją z ócz straciłem,Czułem dopiéro, jak samotny byłem.
„Przyszła, rodzice przywodząc mi swoje...Ale już dłużéj nudzić się was boję,A jeszcze prawić byłoby nie mało,Co się tam ze mną wśród kozaków działo,W dzikiém mię, pustém znaleźli bezdrożu,W najbliższéj chacie złożyli na łożu,Do zmysłów, życia, powrócili z trudem,Na to, bym kiedyś ich zarządzał ludem.Dumny mnie głupiec i przemyślny w karzePognał w głąb dziczy w całym zemsty żarze,Bym w pętach, nagi, we krwi, blizki zgonu,Pędząc przez stepy, dobiegł aż do tronu!Któż przejrzy wświecie, co mu los przeznacza?Niech więc nikt z naszych nie słabnie, rozpacza,Jutrzejszy ranek może nasze konieUjrzéć za rzeką na tureckiéj stronie.
Nigdym tak żadnych nie uwielbiał fali,Jak Dniepr uwielbię, gdy nas już ocali,Dobra noc, bracia!“ — I wraz z słowy temiStarzec, jak długi, kładzie się na ziemi,Naprędce liściem zasłanéj dębowym,Łożu dla niego ni twardém, ni nowém,Na sen mu bowiem miły i swobodnyKażdy był zakąt, każdy czas dogodny.Tak spał i teraz. — Król się nie odwrócił,By mu choć jedno grzeczne słówko rzucił,Lecz się nie dziwcie. — Z zbyt prostéj przyczynyKarol tak milczał — zasnął od godziny.
Nadeszła ranna na okręcie warta,Płynęła nawa lekko kołysana,A za nią fala połyska rozdarta,Jak w skiby pługiem olbrzymim orana;Przed nawą tylko sinych wód przestworza,Po za nią wyspy australskiego morza.Cicha noc kona, jéj cienie ruchomePo oceanie rozproszyła zorza,Delfiny, jakby przyjścia dnia świadome,Pływały chyżo, promieni łakome.Gwiazdy, w błękicie wód odbite jasno,Już przed jaśniejszym świtu blaskiem gasną,Ciemne wprzód żagle znowu zabielały,I wiatry świeższym oddechem powiały,Słońce zwiastował ocean czerwony,Lecz nim dzień błyśnie — ma być czyn spełniony.
W swojéj kajucie spoczął wódz waleczny,We wybór straży zaufał bezpieczny;We śnie Albjonu widział brzegi lube,Trudów nagrodę i zapasów chlubę,Bo swoje imię w tych umieścił rzędzie,Co śledzą drogi przez biegunów lody,
Przebył najgorsze i resztę przebędzie,Dlaczegóż nie miał użyć snu swobody?Ale niestety! na jego pokładzieNiechęć o czarnéj już przemyśla zdradzie;Jego żeglarzy tęskni umysł młodyDo owych wysep słonecznego świata,Gdzie kobiet wdzięki równe żarom lata;Oni swych ojców rzuciwszy spuścizny,Z dawna od własnéj odwykli ojczyzny,I na pół dzicy, dzikich ludzi groty,Nad fal niepewnych przenoszą kłopoty.Słodkie owoców dojrzałych syropy,I las, co ludzkiéj jeszcze nie zna stopy,Pola, zasiane z obfitości roga,Kraj, gdzie nie gniecie żadna przemoc sroga,Chęć, któréj wieki w ludziach nie wygaszą,Nie poznać pana, oprócz własnéj chęci,Te młode dusze do tych wysep nęci,Gdzie warstwy złota lice ziemi kraszą,Gdzie każda grota jest domem swobody,Każdy krok wolny — gdzie ogrodem niwy,Gdzie cały naród jest dzieckiem przyrody,Wesoły, wolny, dziki, lecz szczęśliwy,Tam muszla, owoc i czółenko małe,To wszystkie skarby, to bogactwo całe;Łowy, żegluga — jedyném igrzyskiem,A Europejczyk najnowszém zjawiskiem —Taki był kraj ten, którego pragnęli;Drogo te żądze okupić musieli.
Wstań, śmiały Blaju! Wróg się stawia groźno!Wstawaj! o! wstawaj! — Niestety, za późno!Już przy twym boku orszak buntowniczyObwieszcza bezrząd, miota się i krzyczy;Ty sam spętany, do twojego sercaDłonią, co drżała na dźwięk twojéj mowy,Przykłada bagnet zuchwały morderca.Już dziś twój rozkaz do pracy nie znagli,Nie rządzi sterem, nie rozwinie żagli:Już cię na pokład wloką okrętowy,
Chcą dziką wrzawą stłumić głos, co woła,Że swą powinnnośćpowinność zdeptali niegodnie;Patrząc na wodza, w swoję własną zbrodnięZaledwie trwożny wzrok uwierzyć zdoła;Bo wprzód sumienia człowiek nie ukoi,Aż trunek zbrodni: wściekłość go upoi.
Nieustraszony, choć ci śmierć zagraża,Darmo tych wzywasz, co ci jeszcze wierni;Ich liczba mała, przemoc ich zatrważa,Ulegać muszą rozhukanéj czerni.Napróżno głos twój o przyczynę bada,Tylko przekleństwa krzyk ci odpowiada,Nad tobą szale błyszczące się jeżą,Omal ci bagnet gardła nie przewierci,A wszystkie lufy w twoje piersi mierzą,I w każdym ręku tkwi narzędzie śmierci.Ty sam wołałeś: „Ognia!“ lecz ci twardzi,Choć już z litości swe serca wyzuli,Jeszcze dla męstwa podziwienie czuli;Czy, że w człowieku, chociaż prawem wzgardzi,Pomimo woli, jeszcze pozostanieDla dawnych władców swych uszanowanie,Dość, że nie chcieli jeszcze rąk swych krwawić,Wolą na pastwę falom cię zostawić.
„Odsadzić czółno!“ zagrzmiał okrzyk głośny...Któż: „Nie!“ odkrzyknie zgrai rozhukanéj,W pierwszéj zwycięstwa godzinie radośnéj,Wśród saturnaljów władzy niespodzianéj?„Odsadzić czółno!“ i rozkaz się iści,Z całym pośpiechem wrzącéj nienawiści.Teraz cię tylko deska kruchéj łodziDzieli od śmierci; a jéj przybór cały,Przyrzeka spełnić na morza powodzi,Czego ich dłonie dokonać nie śmiały.Wreszcie na prośby tych, co nie widzieliŻadnéj nadziei śród morza topieli,Tyle ci wody dodano i chleba,Ile do śmierci powolnéj potrzeba;
Sznurów i żagli i płótna dodali...Och! to są skarby dla wędrowca fali!Wreszcie bieguna drgającego sługę:Kompas, co duszą ożywia żeglugę.
Teraz naczelnik, co się sam okrzyknął,Zawołał: Pijcie! i z kielicha łyknął,Bo nigdy gardła nie potrzeba suszyć,Cudze i własne chcąc sumienie zgłuszyć:„Wódki rycerzom!“ Burke niegdyś wołał,Zaprawdę droga wilgotna do sławy!I bohaterów zbuntowanéj nawyWśród takiéj mety, któżby wstrzymać zdołał?„Do Otahajty!“ głos łamie się w krzykach...Och! jakże zdziwią głos ten w buntownikach?Pogodnéj wyspy mieszkania gościnne,Łagodne serca i święta bez pracy,Skarby prostacze, rozkosze niewinne,Do tegoż tęsknić mogą ludzie tacy?Majtek, do trudu przywykły i znoju,Którym po fali każdy wicher miota,Po świeżéj zbrodni, śmie pragnąć spokoju,Jaki w nagrodę ledwo zyska cnota?Takim jest człowiek! — Jedne wszystkich cele,Tylko do mety dróg prowadzi wiele;Kraj, urodzenie, obyczaj, majątek,Nawet uroda kształtują nam życie,Bardziéj na czynów oddziałają wątekNiż cała wiedza o pośmiertnym bycie;Lecz jest głos jeden, który każdy słyszy,U jakichkolwiek świątyń klęka proga,Wśród zgiełku sławy i wśród zysków ciszy..Ten głos sumienia — to wyrocznia Boga.
Łódkę przepełnia ta garstka do zbytku,Co towarzyszyć chce wodza niedoli,Reszta pozostać musi mimowoliW dumnym okręcie, moralnym rozbitku.Ze łzą litości, ci los wodza widzą,Drudzy nikczemnie z jego nieszczęść szydzą,
Na widok łódki lichego pozoru,Co choć tak mała, tak pełna naboru.Marny Nautilus w skorupianéj łodziStatkiem i majtkiem, sam sobie być zdolny,Jak jasna nimfa błękitnéj powodzi,Mniéj jest ułomny, ach! i bardziéj wolny!On, kiedy burza na morzu szaleje,Port swój bezpieczny znachodzi w głębinie,I szydząc, z ludzkiéj armady się śmieje,Co światem wstrząsa, a od wiatrów ginie.
Gdy wszystko było już przygotowanem,I już buntownik został nawy panem,Majtek, wzruszony nieszczęścia widokiem,Okazał żal, co jeszcze bardziéj drażni;W dawnego wodza łzawém utkwił okiem,Dając znak niemy bezwładnéj przyjaźni,Wreszcie mu zwilżył pomarańczy sokiemUsta spieczone przesileniem kaźni;Za to téż przy nim pełnił straż niedługo,Reszta litośną nie zgrzeszy przysługą.Naprzód wystąpił zuchwały młodzieniec,Dawnego wodza niegdyś ulubieniec,Wołał, na łódkę pokazując groźno:„Precz stąd! bo wkrótce być może za późno!“Jednak do gruntu czucia nie wyziębił,A słowem zdradził, co w sercu zagłębił;W ostatniéj chwili, gdy się zbrodnią mazał,Co krył przed mnóstwem, jednemu okazał;Gdy Blaj z surowém pytał go obliczem:„Gdzie twoja wdzięczność? Gdzie nadzieje śmiałe,Że twoje imię nieskalane niczemZapłonie jasno ojczyźnie na chwałę?“ —Jemu rozpaczą usta drgnęły wściekle:„Och! tak! — wykrzyknął — jestem w piekle! w piekle!“Nic nie rzekł więcéj, i wpychał do łódkiSwojego wodza i falom powierzał...To jego słowa, lecz choć dźwięk ich krótki,W nich jego myśli cały ogrom leżał.
Północne słońce coraz okazaléjZ fal się podnosi; już się wiatr uciszał,Jak po eolskiéj harfie tylko dyszał,I cichém skrzydłem popędzał po fali.Samotna łódka do odległéj skały,Co świeci tylko jak obłoczek biały,Po źwierciadlanéj zwolna płynie szybie...Z swoim okrętem nigdy się nie zdybie!Lecz my nie będziem pieśnią nieszczęść głosić,Która ma łódka skołatana znosić:Dni niebezpieczeństw i nocy niewczasów,I nadaremne męstwo śród zapasów,Gdy głód tak siły zniszczył do ostatka,Że jużby syna nie poznała matka;I innych jeszcze różnych klęsk tysiące,Co, jak głód straszne i jak głód trawiące,Fale, co grożą raz pogrążyć na dno,To znów łaskawsze, już się ciszéj kładną,To ryczą groźnie, to zaszumią smętnie,I tylko sile ulegną niechętnie.To już gorączka pragnienia, niemocy,Co każdą chmurę, jakby źródło wita,I chciwie każdą kroplę deszczu chwyta,Sinemi usty, w burzą grzmiącéj nocy,I z mokrych żagli łakomie wyciskaWilgoć, co nowym życia zdrojem tryska;To znów wróg dziki, przed którego złością,Chyba gościnne morza chronią wody.Aż, gdy do trupów podobni bladością,Wrócą, namorskie rozprawiać przygody,Których, gdy dzieje wysłucha tułacze,Mąż się przelęknie, niewiasta zapłacze.
My ją własnemu zostawim losowi,Rychło się Albjon o jéj krzywdzie dowie;Złamana karność i zdeptane prawoWołają pomsty. — My powieścią nasząZa buntowników popłyniemy nawą;Dalekiéj zemsty groźby ich nie straszą...
Chyżo po fali — daléj! daléj! daléj!Do lubych brzegów! Znów będą witaliKraj, gdzie praw niéma, a gdzie rządzi zgoda,Gdzie tych zuchwałych przynęca przyroda,Wabi kobieta, przyroda bogini;Gdzie prócz sumienia nikt ich nie obwini,Gdzie wszyscy dzierżą równe części ziemi,Gdzie chleb, jak owoc na drzewie się plemi,Gdzie niéma spora o las, pola, rzeki,I gdzie bez złota, złote kwitły wieki,Nim Europejczyk od północy śniegówZ darem kultury przybył do tych brzegów,I obyczaje dzikie ich uprawił,I w spadku swoje zbrodnie im zostawił.Precz z tym widokiem! Nam dzisiaj potrzebaZnać ich takiemi, jacy przedtém byli.„Do Otahajty!“ bije okrzyk w nieba;Ślizga się okręt i właśnie w téj chwiliWiatr się podnosi, żagle wprzód zwieszone,Już się jak luki wzdęły naciągnione,I przy fal szumie i przy majtków gwarze,Okręt jak strzała sine pruje tonie;Tak niegdyś Argos po dziewiczém łonieEuksynu snuł się, lecz jego żeglarzeWstecz ku rodzinnéj poglądali stronie...Ci od ojczyzny stronią swoją jazdą,Jak kruk Noego, gdy wyleciał z arki,A jednak dzielić chcą z gołębiem gniazdo,W jarzmo miłości dumne zgiąwszy karki.
Jak mile dźwięczy pieśń Toobanaju,Gdy słońce tonie w swém łożu z koralów!Chodźmy do wyspy cienistego gajuSłuchać turkawki gruchających żalów;Dziewczęta mówią, że jéj skargi rzewne,Jak z Bolotoo głosy bogów śpiewne.Narwiemy kwiatków, gdzie umarły leży...Kwiat najpiękniejszy na grobie rycerzy!Siądziem o zmroku i obaczym w laskuDrzewo tua przy miesiąca blasku;Pod drzewem westchnień samotnie usiędziemI smutnéj skargi smętnie słuchać będziem;Pójdziem na wzgórza, usiądziem na darnieI będziem patrzéć na walczące marnieBałwany morza z olbrzymiemi skały,Co odtrącają słupy z piany białéj.O! jak to pięknie! O! jak ci szczęśliwi,Co z życia walki wyszli cali, żywi,I teraz lubią patrzeć na tę wojnę,Gdzie oprócz morza tak wszystko spokojne!Nawet ocean czasem lubi ciszę,Gdy księżyc fale do snu ukołysze.
Grobowe kwiaty będziemy zrywali,Będziem jak nieba mieszkańce weseli,
Potém w szumiącéj zanurzym się fali,Potém na darniów wypoczniem pościeli;Potém na członki wilgocią błyszcząceBędziem olejki wylewać pachnące,I kwiecie z mogił rycerzy, grobowe,Spleciem na wianek i włożym na głowę.Lecz noc się zbliża i Moa nas woła,Słychać już pieśni i widać już tańce;Świecą na łące pochodnie, kagańce,Przy ogniach pląsa drużyna wesoła.I my téż będziem w tym tańcu się kręcić,Będziem weselem pamiątkę dni święcić,Nim Fidżi w konchę zatrąbił, gdy w łodziPierwszy raz fala nam wrogów przyniosła;Przez nich, o! biada! kwiat poległ nam młodzi,Przez nich nam niwa burzanem porosła,I znikła rozkosz, co serce zachwyca.Błądzić z kochanką przy świetle księżyca,Lecz niech tak będzie. — My dzisiaj ich ucznie,Dzierżym maczugę, łuk, strzały i włócznie,Niech zbiorą plony nauki swéj hojne.Hej! dzisiaj w pląsy! a jutro na wojnę!Z pełnych puharów dziś do dna wypijmy!Jutro już może mogiła nas czeka.Dzisiaj lekkiemi się szaty okryjmy,Niech biały tapa nam biodra powleka,Dzisiaj w czerwone przystrójmy się róże...Na czołach kwiaty — w sercach wojny burze!
Skończone pląsy. — Ach! jeszcze choć chwilaNiechaj ten uśmiech wam twarze umila!Na jutro Moa już wzywa rycerzy,Lecz ta noc jeszcze miłości należy!Raz jeszcze krasne podajcie nam wianki,O! wy czarowne Likoo mieszkanki!Jak piękny kształt wasz, co kochać przymusza!Do was się zmysły, do was garnie dusza!Wyście jak kwiaty Mataloku błoni,Co ślą na morze fale swoich woni...Hej! do Likoo! O! ty serce moje!Ale cóż mówię? — Wszak jutro na boje...
Od takich pieśni gaje wyspy brzmiały,Nim tutaj wiatry Europę przywiały.Och! i tu wprawdzie lud miał wady swoje,Lecz tylko te, co są dziećmi natury:To wady dzikich — my mamy oboje:Kojarząc podłość obłudnéj kulturyI barbarzyństwa grzech przedpotopowy.Kto widzi chytrość, co ster władzy trzyma,I modły Abla przy czynach Kaima,Wyzna, że stary świat gorszy niż nowy,I ten nowego czcze już nosi imię!Chyba gdzie owe bliźnięta olbrzymie,Dzieci wolności, Kolumbji narody,Gdzie Czimborasso, co w chmury pomyka,Okiem Tytana widzi lądy, wody,Lecz nie ohaczy nigdy niewolnika.
Takie tu brzmiały z dni dawnych powieści,Na zmarłych chwałę, ku rycerzów cześci,Po których czynach, sławy świat jedyny,Zostały pieśni, co śpiewały syny.A pieśń swych dźwięków półboskim urokiemStrzeże pamiątek przed natrętném okiem,I całe dzieje melodyi powierza.Achil chłopięciem gdy w struny uderza,Lutnią Centaura wielbiąc przodków czyny,Uczy się śmielsze zdobywać wawrzyny;Bo nuta gminnéj pieśni lub ballady,Zwiana ze skały, po nad traw kobiercem,Albo ze szmerem zmieszana kaskady,Więcéj ma władzy nad słuchaczów sercem,Bardziéj podnosi niż wszystkie kolumny,Które zdobywca stawia sobie dumny.Bo kiedy martwe hieroglify trudzą,Albo w domysłów plątają rozsnucia,Lub gdy historyi grube tomy znudzą,Wabi nas piosnka, pierwszy kwiat uczucia!Dzikie to pieśni — lecz taka pieśń dzikaTowarzyszyła w zdobywczym pochodzie
Niezwyciężonéj broni Normandczyka;I takie pieśni w każdym są narodzie,Tam gdzie miecz obcych nie zaniósł tyranów,Ani oświaty, ani téż kajdanów..Wszakże i naszych poetów potęga,Gdy serca wzruszy, już wyżéj nie sięga.
Takie tam słodkie, nieuczone pieniePrzerywa niebios rozkoszne milczenie,Luby spoczynek przedwieczornéj chwili,Gdy letnie słońce z południa się chyli,Każdy krzew kwitnie, wonieje powietrze,I każda palmy gałązka się chwieje,I fala w cichym kołysze się wietrze,I do skalistéj groty chłód swój wieje,Gdzie dźwięcznych pieśni nadobna królowaZ obcym młodzieńcem przed skwarem się chowa.Ucząc się błogich kochania katuszy,Któremi serca najsilniéj pałają,Co jeszcze końca miłości nie znają,I tak się cieszą nowym ogniem w duszy,Jak męczennicy swym ofiarnym stosem;I zachwyceniem takiém się unoszą,Że śmierć im życia największą rozkoszą,Szukają śmierci, to téż śmierć ich losem.Bo nad te cudne wybuchy serdeczneNic niémasz w życiu, ani nawet w myśli,Ni we śnie nawet, gdy nam nieba kréśli,Nic nad miłości zachwycenie wieczne!
Tam w grocie dziewczę siedzi na murawie,Wzrostem kobieta, wiekiem dziecko prawie,Jak to w tych zimnych krajach się nazywa,Gdzie nic prócz zbrodni rychło nie dojrzewa.Młodziuchna córka młodzieńczego świata,Urocza, wrząca, dojrzała nad lata,Ciemna jak nocne niebo od gwiazd lśniące,Lub jak jaskinie kruszcami iskrzące.W oczach czar jakiś niewypowiedziany...Piękna, jak Wenus, kiedy wyszła z piany!
Taka lubieżna jak przedsenne chwile,A jednak wrząca w pełnéj życia sile,Kiedy w jéj ciemnéj zwrotnikowéj twarzyWymowny wstydu rumieniec się żarzy,I przez tę słońcem opaloną szyjęJéj krwi jaśniejsza barwa się przebije,Tak błyszczy koral przez ciemne tło morza,I wabi nurka w czerwone swe łoża.I taką była ta córka Australji,Szybka i zwinna, podobna do fali,Gdy cudze szczęście, niby łódkę, pławi,Nie znając troski, prócz drugich cierpienia...Dla niéj rozkoszą, kiedy rozkosz sprawi.Zimny, probierczy kamień doświadczenia,Co śliczne barwy ze wszystkiego ściera,Jeszcze jéj żadnéj złudy nie odbiera;Złe jéj nie trwoży, ona nie zna złego;Lub jeśli znała, nie pamięta wcale;Jéj łzy i uśmiech bez śladu przebiegą,Jak wietrzyk, kiedy ciche zmarszczy fale,Głębi nie wzruszy, a gór źródła hojneZnów je wygładzą, znów cieką spokojne;Aż gdy podziemny wulkan wstrząśnie lądy,I do dna grotę rozedrze Najady,Źródła zasypie i jeziora prądyZamieni w bagno, gdzie mieszkają gady!Takaż jéj przyszłość? — Do zmian i zagładyWszystko, co ludzkie, wiecznym dąży ruchem,A człowiek pada, tak jak padną światy,Lecz sprawiedliwy wstanie śród zatraty,By nad słońc zgliszczem wiecznie świecić duchem.
Lecz któż jest przy niéj wśród skalistych ciemni?Piękny młodzieniec, syn blękitnookiWysp więcéj znanych, ale dzikich niemniéj:Zimnéj północy młodzian jasnowłosy,Dziecko Hebrydów, gdzie wartkie potokiDo ciemnych jezior toczą lodów stosy.On od powicia burzą kołysany,Duszą i ciałem przywyknął do gromu.Z dziecka na wzdęte poglądał bałwany,
Z dziecka na morzu już czuł się jak w domu;Morze piastunem było mu młodości,Morze towarzysz jego samotności,Z niém nieraz gwarzył na jałowéj skale,Lub puszczał łódkę na wiatry, na fale!Góralskie pieśni w jego duszy grały;O los nietrwożny, wiódł żywot tułaczy,Mężny w nieszczęściu, a w nadziejach śmiały,Wszystkich już uczuć doznał, prócz rozpaczy.Gdyby był w puszczy arabskiéj się chował,Byłby najśmielszym synem pokolenia,Byłby po piaskach z wielbłądem żeglował,I jak Izmael znosił żar pragnienia;Na brzegach Chili zostałby kacykiem,Na greckich górach kleftem, buntownikiem;Zrodzon w namiocie byłby Tamerlanem,Na tronie może zaś tylko tyranem,Bo jak do władzy kto się przedrze steru,Gdy własnym żądzom już nie znajdzie żeru,W siebie się zwraca i trawi sam siebie,Aż z tortur duszy znów rozkosz wygrzebie.Nero, co Rzymu największą sromotą,I wiecznéj hańby stał mu się pomnikiem,Zrodzony w niższym stanie, może cnotąByłby się zrównał ze swym imiennikiem;Zostaw mu nawet i złość jego całą,Jakże bez tronu mógłby szkodzić mało!
Ty się uśmiechasz, że ja w moim rymieNazbyt wysoko w porównaniach dążę,Kiedy do takich wielkich imion wiążęNieznajomego ci człowieka imię,Który nic nie wie o sławie, lub Rzymie,Ani o Grecji, ni arabskiéj puszczy —Śmiejesz się? Dobrze! Lepiéj się uśmiechać,Niżeli miałbyś płakać, albo wzdychać.Jednak on wyższym był od gminnéj tłuszczy,On był z tych ludzi, którzy idą przodem,I w innych czasach, z innych krajów rodem,Mógł bohaterem zostać lub despotą,Narodu chwałą, albo téż sromotą —
Lecz to marzenia! Nie mów, czém być zdolny,Lecz czém jest teraz? To hoży młodzieniec,Torkwil, buntownik, jak fala tak wolny,Toobanajskiéj córki oblubieniec.
On siedział z Neubą i patrzał na wody;Zacnym się rodem piękna Neuba szczyci,Och! bo i tutaj są wysokie rody,Chociaż na tarczy żaden herb nie świeci...Niech się szyderczo śmieją heraldycy!Lecz jéj ojcowie, dzielni wojownicy,Słyną wśród nagich téj wyspy rycerzy,Ich groby dotąd stoją wzdłuż wybrzeży,Gdy, Achillesie! twojego grobowcaNapróżno oko dziś szuka wędrowca —Gdy cudzoziemców, zbrojnych piorunami,Przyniosły łodzie wieńczone ogniami,Z drzewem, co jeszcze wyższe niż palmowe,Korzeniem wrasta w spokojne lazury,A gdy wiatr fale zamąci perłowe,Szerokie skrzydła rozpuszcza jak chmury,I niby miasta po morzu pływają,Aż same fale mniéj wolne się zdają.Neuha się ślizga w swojéj lekkiéj łodziSzybko po falach, jak reny po śniegu,To białe piany wiosełkiem rozgrodzi,To jak Nerejda wypluśnie, to pierzchnie,Widzi olbrzyma, co wali do brzegu,Patrzy, durnieje. — Okręt na kotwicyJuż się na fali położył powierzchnie,Jak lew na słońcu, wkoło niego dzicySnują się w łodziach, gwarzy rój wesoły...Tak nad lwem śpiącym letnie brzęczą pszczoły.
Przybyli biali — i światu staremuNowy świat podał ogorzałe dłonie,Wprzód dziwowiskiem był jeden drugiemu,Nim podziw przyjaźń rozpalił w ich łonie;Dzicy ich mile przyjęli jak braci,Uprzejmość dziewic jeszcze bardziéj wróży
Uczucia wspólność; już synowie burzyZnachodzą piękność w ich ciemnéj postaci,Tamtym się bladość podoba ich lica...W krajach bez śniegu białością zachwyca.Łowy, gonitwy, mieszkańców gościnność,Która w dom własny wszystkie zmienia strzechy,Nocny spoczynek i dzienne uciechy,Sieci rybackie i czółenek zwinność,Niedościgniony pośród morskiéj jazdy,Gdzie z fal błękitu świecą wysep gwiazdy,Palma, najwyższa tych gajów Dryada,Karmiąca Bacha u swojego łona,(Orzeł tak chyżo gniazda nie zakłada,Jak jéj wierzchołka winnica zielona)Korzenie jamu i orzech kokosu,Co czarą, mlekiem i ziarnem jest razem,Chlebowe drzewo, nieżętego kłosuPlon nieposiany, w ziemi, co żelazemOracz nie kraje, bez pieca, piekarza,Hojnym owocem zbieracza obdarza,I głód na zawsze od tych miejsc oddala;Co las udziela, co użycza fala,Luba samotność, rozkosz towarzyska,Ludzie szczęśliwi, chociaż mniéj rozumni,Tak ich do tego przykuli siedliska,Że już się z niemi zbratali ci dumni;I tyle na nich sprawił wdzięk natury,Że ułagodził i syna kultury.
Tu, choć par wiele wije sobie gniazdo,Neuha i Torkwil najpiękniejszą byli!Wysep mieszkańce, chociaż się rodziliZdala od siebie, lecz pod jedną gwiazdą,Morzu przyjazną, oboje karmiłaJednych widoków czarująca siła.A mimo losu późniejszych wydarzeń,Serce wciąż wraca do najrańszych wrażeń,Kto patrzał z młodu na gór sine szczytyKażdéj się skały widokiem rozczuli.Uściskiem duszy jéj twarde granity,Jak przyjaciela do serca przytuli.
Długo wśród obcéj jam błądził krainy.Kochałem Alpy, czciłem Apeniny,Wielbiłem Parnas, Olimp niebotyczny,Widziałem Idę Jowiszowi świętą;Lecz nie sam wieków urok historyczny,Ni wdzięk natury tu mi był ponętą;Tu mi w pamięci młodości początki,Tu mi odżyły szczęśliwsze dni moje!Wraz z Idą patrzał Loch-na-gar na Troję,Z frygijską górą celtyckie pamiątki,Z kastalskiém źródłem szkockie mieszał zdroje.Przebacz, o! Febie! Przebacz mi, Homerze!Przebaczcie, greckie wy góry i wody!Że was uwielbiać, że was kochać szczerzeJam od północnéj uczył się przyrody.
Miłość, co wszystko swym wdziękiem przystraja,Młodość, co tęcze po powietrzu ściele,Przebyta walka, co tak uspakaja,Że i niszczyciel spocznie w swojém dziele,Piękność, co wzrusza najtwardsze umysły,Jak błyskawica, kiedy w stal uderza,To wszystko łączy w jeden związek ścisły,Napół dzikiego z tą zupełnie dziką,I w jednę duszę tych dwie dusz sprzymierza.Już mu z pamięci krwawe znikły boje,Z walki rozkoszą i gromów muzyką,Nie trawią duszy wrzące niepokoje,I orzeł w gnieździe już nie ostrzy dziobu,I bystrém okiem i skrzydłem zuchwałémNie szuka łupu. On chciałby do grobu.Żyć tém rozkoszy życiem zniewieściałém,Co urny męża laurem nie zaszczyci;Laur więdnie, jeśli krew go nie podsyci,Lecz gdy popioły złożą w padół ciemny,Czyliż cień mirtu będzie mniéj przyjemny?Gdyby nie znając nic, oprócz miłości,Cezar był tylko Kleopatrę ściskał,Rzym byłby swojéj nie stracił wolności,A on nad światem berłaby nie zyskał.
Lecz cóż z tych wszystkich Cezara wawrzynów?Cóż-li dla świata przysporzą ci krwawi?Och! wstyd ludzkości, wstyd jéj takich synów!Ich sława tylko kajdany nam rdzawi.Choć sława, rozum, wolność, przyroda kazałyCzynić zbudzonym krociom, co ów Brutus śmiały,Zgoń te szydercze ptaki, dumnych władców sługi,Z konarów wzniosłych, gdzie już siedziały czas długi,I ścigają nas sowy drapieżne, wyrodne,My bierzem za sokołów to ptastwo niegodne,Kiedy wolności słowo tych straszydeł zgrajęWnet spędzi, jak ich bojaźń jawnie się wydaje.
Dziewica wyspy już siebie niepomna,Cała kobietą, cała jest miłością!Tu zimny świat jéj nie rani zazdrością,Ani ją rzesza otacza nieskromna,Głupich pochlebców, podłych zwodzicieli,Tu cnót przedrzeźniać nikt się nie ośmieli,Ani tu, kiedy urągał szydercaWierności, szczęściu, lub czułośaiczułości serca.Naga w uczuciach, jak naga z postaci,Stała, jak tęcza wzbita po nad burze,Co mieniąc barwy, piękności nie traci,I jakbądź łuk swój rozpina na chmurze,Zawsze błękitu wyłoni przezrocza,Wiecznéj miłości zwiastunka urocza!
Gdzie o skał grotę łamały się cudnieBałwany morza, tam skwarne południeSpędzili razem; czas mijał z pośpiechem,Bo go zegara nie przerywa bicie,Bo na minuty codzień dzieląc życie,Szydzi z człowieka swym żelaznym śmiechem.Dla nich przeszłości, ni przyszłości niéma,Ich teraźniejszość w swoich więzach trzyma,Ich chwil obrazem, ich czasu wymiarem,Piasek, co ciecze, lub fale, co płyną.
Na niebios bani słońce im zegarem,Godzin nie liczą, dla nich dzień godziną,Słowików chóry — ich dzwony nieszporne,Śpiewają różom swe pieśni wieczorne.Słońce zachodzi nie zwolna i blado,Jak się w północnych krajach słońca kładą,Ale pełniejsze, gorętsze i krwawsze,Jak gdyby ziemię żegnało na zawsze,Jakby w grób skacząc bohaterskim zgonem,W morzu się czołem zanurza czerwonem.Oni powstali — wprzód po nieba globie,A potem w oczy popatrzyli sobie,Dziwiąc się, czemu słońce już nie świeci?Czy téż doprawdy dzień tak szybko leci?
Cóż w tém dziwnego? — Pobożny nie zważa,Jak się świat wkoło niszczy i przetwarza;On nie na ziemi, lecz w marzeniach żyje,Nim umrze ciałem, duch w niebo się wzbije;Czyż mniejsza władza miłości? Jéj drogaProwadzi także do góry, do Boga.Kto po nich kroczy, w kochanéj istocie,Lepszą połowę widzi własnéj duszy,Ogień przy rzewnéj tlejący tęsknocieBucha pożarem w uniesień katuszy,A czułe serca, jak braminy, wkołoObsiędą stosy i giną wesoło.Często samotni przy natury krasie.Zapominamy o sobie i czasie,Gdy wody, lasy, w uroczéj ustroni,Z naszym umysłem rozmawiają o niéj!Och! czyż nie żyją i gwiazdy i góry?Czyliż we falach także niéma ducha?Czyż las nie jęczy? Czyż nie płaczą chmury?Czyliż jaskinia cichych łez nie roni? —Dusza ogniwem jest stworzeń łańcucha,I nim proch jeszcze otrząśnie poziomy,Dąży tam, kędy wszechświata ogromy.O! otrząś, otrząś ten pył, co tak cięży!A duszą w górę! A coraz to wyżéj!Ktéż, kiedy w jasne niebo wzrok wytęży,Myśli o sobie? Któż, choć patrząc niżéj,
Myślał o sobie, póki umysł młodyNie uczuł wzgardy, bo nie doznał szkody?Sercu, w doświadczeń szkole niećwiczonem,Matura państwem, a miłość jest tronem.
Wstali, zmrok spłynął do skalistéj groty,Wieczorną rosą sperlone kamienieOdźwierciadlają złote gwiazd promienie;A kochankowie, wolni od tęsknoty,Dzieląc spokojne natury uciechy,Idą pod palmą swojéj szukać strzechy.To milczą, to się mile uśmiechają,Jak te przedmioty, co ich otaczają.Cudny jak miłość był widnokrąg cały,I fale morza tak cicho szumiały,Jak szumi muszla swoją skargą smętną;Kiedy za głębią wód zatęskni mętną;Kwili, jak dziecko za matką w oddali,I żąda piersi karmicielki: fali.Do gniazd wracają ptaki na skał szczyty...I była senna cisza w ciemnym borze,I wkoło niebios tak czyste błękity,Jakby spokoju rozlało się morze.
Ale przez palmy, przez gęste platany,Słuchaj! głos jakiś przerywa milczenie...Wcale kochankom dźwięk niepożądany!Bo to nie wiatru wieczornego drżenie,Co ciche struny natury potrąca,Nie szelest liści, nie fala szumiąca,Ani chór echa; ni téż krzyk bojowy,Lub gwar daleki wojennych hałasów,Ani posępnéj téż monolog sowy,Wielkookiego pustelnika lasów,Kiedy skrzydłami o skały łopoce,I smutne pieśni w ciemne huczy noce;Ale świst długi, przenikliwy taki,Jakim nad nawą morskie świszczą ptaki,A potém pauza, wreszcie naostatku:„Hop! hop! Torkwilu! A gdzieżeś to, bratku?“
„Kto tam?“ — rzekł Torkwil i oczyma śledzi..„Ktoś!“ — głos doleciał krótkiéj odpowiedzi.
I w téjże chwili, z téjże saméj gęby,Tu wśród powietrza woni zwrotnikowéj,Dziwnych zapachów jakieś wieją kłęby,Nie jakie z grzędy wznoszą się fjołkowéj,Lecz jak nad elu szklenicą lub grogu,Snują się chmurą u szynkowni progu,Z krótkiéj fajeczki, która dymy swoje,Na hemisfery już wiała oboje,Przy cichym wietrze, lub huku piorunów,Już od Portsmoutu do obu biegunów,Pośród nawałnic, pośród gromów blasku,Wśród fali wycia i okrętów trzasku,Niewyczerpanie swoje dymy szare,Śle dla Eola na stałą ofiarę.Jéj właściciela, być może, że błądzę,Lecz filozofem, lub majtkiem być sądzę.Sławny tytoniu! Ty, co na okręcieDzielisz trud majtka, jak dzielisz w orjencieTurka spoczynek na miękkim kobiercu,I równieś jemu drogim niebios daremJak opium, albo pełny dziewic harem,Boski w Stambule! w Anglii miły sercu,Przedni we fajce, kiedy dymek buchaZ ozdobionego bursztynem cybucha;Choć bardziéj nęcisz, nakształt zalotnicy,Pod strojnéj szaty zazdrośną kotarą,Jednak prawdziwi wolą miłośnicy,Nagość twych wdzięków. — Dajcie mi cygaro!
Z ciemnych zarośli, po niedługiéj chwili,Ludzka ma postać na jaw się wychyli;Nowo przybyły ukazał się w strojuTak dziwacznego koloru i kroju,Jakby był owych igrzysk uczestnikiem,Które, gdy okręt staje pod równikiem,Wyprawia majtek na twą cześć, Neptunie!Już rydwan bożka na pokładzie sunie,
Król oceanu, od żeglarskiéj rzeszy,Ucichłe pewno w ojczystych cykladach,Imię swe znowu słyszy przy biesiadach,I stary bożek igrzyskiem się cieszy,Co choć udane, jednak wyobrażaDawną potęgę wszystkich wód mocarza.Naszego majtka kaftan był pstrokaty,W różnych kolorów pozszywany łaty.W niezgasłéj fajce węgiel dogorywał,Idąc, gdy w ruchu jak okręt się kiwał,Żeglarz dawniejszy stan swój okazywał;Głowę obwiązał pstrym chustki kawałkiem,Szyję i kark miał obnażone całkiem,A zamiast spodni, co służyły wiernie,Ale, gdy każdy las ma swoje ciernie,Zdarły się teraz, miał słomianą matę,Również nagradzał kapelusza stratę.Nogi miał bose, a twarz ogorzałą,Do każdéj rasy mógł należéć śmiało;Na europejskiéj nie zbywa mu broni,Która w rygorze oba światy trzyma,Pałasz bez pochwy przy boku mu dzwoni,Barki szerokie, jakich niedźwiedź niéma,Choć zgięte służbą, lecz olbrzymiéj siły,Na taśmie starą rusznicę nosiły,A pistoletów parę miał za pasem,O któréj możem powiedziéć nawiasem,(Nie przez szyderstwo czyniąc porównanie)Że za małżeńskiéj jedności wzór stanie,Bo chociaż jeden nie dopisał gęsto,Za to znów drugi sam wypalił często;A przy nich rdzawy bagnet się najeżał,Co nie tak stali połyskiem uderzał,Jak gdyby w szafie był zamknięty leżał;W takiéj to zbroi i w takiém ubraniu,Majtek się w nocném ukazał spotkaniu.
„Cóż tam, Ben Bunting! Czyli co nowego?“Zagadnął Torkwil, gdy poznał żeglarza:„Oj! rzecze BuntigBunting, wcale nie dobrego!„Jakiś na morzu okręt nam zagraża.“ —
„To być nie może! Próżne przywidzenia!Na morzu żagli nie widać i cienia.“„Pewnieś go z twego nie mógł widzieć brzegu!Lecz ja na naszéj nawie nocowałem,I sam z naszego pokładu widziałem,Jak się po fali w szybkim toczył biegu.“ —„Nim słońce zaszło, czy żagli nie zwinął?“„Nie — nim wiatr ustał, prosto ku nam płynął.“„Jaką miał flagę?flagę?“ — „Nie mając lunety,Nie mogłem z mojéj dojrzéć jéj wedety,Lecz mi ten okręt bardzo podejrzany.“ —„Zbrojny?Zbrojny?“ — „Zapewne, przeciw nam wysłany,Czas nam do żagli!“ — „Nie! ktobądź nas ściga,Dusza się moja przed ucieczką wzdryga,Walczmy jak męże, póki życia stanie!“ —„Tak! rzecze Bunting, i to moje zdanie!Chrystjan wie o tém?“ — „Wie, o walce myśli,Strzedz obowiązku kazał jak najściśléj,Czyścimy bronie, ciebie nam brakuje.“ —„Och! lecę do was! zapał w duszy czuję!Jażbym miał braci opuszczać nikczemnie,I dać wam walczyć i ginąć bezemnie?Czemuż, o! Neuho moja, piękna, tkliwa!Losów mych fala i ciebie porywa?!Och! tylko teraz w rozstania katuszyNie chciéj twym płaczem rozbrajać mi duszy!Cobądź nastąpi, i w każdéj potrzebie,Ja będę twoim! twoim tu i w niebie!“ —„Dobrze! rzekł Bunting, walny majtek z ciebie!“
Walka skończona! — Działa już nie huczą,Błyskawic śmierci już ustał lot szparki,Już kłęby dymu i gęste mgły siarki,Rzuciwszy ziemię, tylko nieba bruczą.Ani o skał już odbija się złomy,Echo, co walki powtarzało gromy.I salwa salwie już nie odpowiada —Walka skończona — zwyciężonym biada!Wszystko ucichło. — Hardzi buntownicyZabici, ranni, albo niewolnicy;A ci, co jeszcze zostali przy życiu,Zazdrościć muszą tym, co legli w boju.Kilku uciekło, błąkać się w ukryciu,Na lubéj wyspie żyć w tułaczym znoju;Z własnéj ojczyzny sami się wyzuli,Dzisiaj już reszta ziemi im odjęta.Uciekli w puszcze jak dzikie zwierzęta;Na łono matki tak dziecię się tuli;Darmo do nory lew i wilk ucieka,Témbardziéj człowiek przed sądem człowieka.
Nad brzegiem skała sterczy granitowa,Wpół wychylona, pół w morze się chowa,
A o nią fala z wściekłością uderza,Nakształt pierwszego we walce rycerza,Pada i ginie we fal hufcu szarym,Co ten bój stacza pod wiatru sztandarem.Lecz teraz było spokojnie i cicho:Tu się gromadzi swoją garstką lichą,Reszta pobitych, w krwi, znoju i trudzie,Jeduak oręże jeszcze dzierżą w dłoniach,I dumę jeszcze widno na ich skroniach;Wiele nie lubią dumać tacy ludzie,A gdy im kiedy losy się sprzeciwią,To z niemi walczą, lecz im się nie dziwią.Los ten przewidziéć mogli byli dawno,Kara przewiny wprzód im była jawną,Lecz w sercach mieli nadzieję do końca,Że ich występek wierności zgwałconéj,Już zapomniany, choć nieprzebaczony:Lub może okręt, wysłany za gońca,Nie znajdzie drogi po fali obszarze,Do wyspy, gdzie się ukryli zbrodniarze.Tak, gdy od kary ich myśl już odwyka,Praw ich ojczyzny zemsta ich spotyka.Zielonéj wyspy rozkoszne wybrzeże,Zbrodnią zyskany raj już ich nie strzeże;Wstecz już ich wszystkie cofnęły się cnoty,I tylko grzechu zostały zgryzoty;Oni wygnańcy, wśród lądu i wody,Wszystkie zaparte już widzą wychody;Darmo dziś na nich sprzymierzeńcy nowiPolegli w walce — cóż pomogą łuki,Na cóż się pałka zda Herkulesowi,Gdzie siarka dymi, gdzie dział ryczą huki?Cóż włócznia nada tam, gdzie kule świszczą,Nierozwinięte jeszcze siły niszczą,I jak zaraza, grób pełen przekleństwa,Kopią dla mężnych i razem dla męstwa?Ich liczba mała okazała teraz,Jak przeciw mnóstwu garstka walczy nieraz;LoczLecz choć za wolność umierać tak mile,I Grek miał jedne tylko Termopile!Aż dziś w młodzieńczéj odrodzony sile,Przekuł kajdany na oręż i zbroje,I godne przodków znowu stacza boje.
Szczupła ich garstka wygląda w skał cieniu,Jak reszta trzody rozbitéj jeleni,Zziajana trudem, z rozpaczą w spojrzeniu,Lecz krwią myśliwca ich róg się czerwieni.Mały strumyczek z wysoka się ciska,Mile wśród ciszy i mruczy i błyska,I wodospadem ze skały na skały,Leci nieść morzu swe słodkie kryształy;Tak blizki morza, jednak jasny, czysty!Tak jak niewinność, lecz bardziéj bezpiecznyŚwieci nad głębią srebrzysty, słoneczny,Jak oko gemzy z opoki skalistéj;A morze ćmi się alpejskim błękitem,I igra falą ze skały granitem.Do téj źródlanéj wszyscy biegną wody;Z mąk swych pragnienie poczuli najprzódy,Wszyscy ramiona na tył zarzucili,Piją, jakgdyby raz ostatni pili,I w czystym zdroju z krwi obmyli rany,Które obwiążą już chyba kajdany!Spojrzeli wkoło, jakby ich dziwiło,Że jeszcze tylu z nich przy życiu było,I wolnych dotąd! Wkoło była cisza,Każdy z nich patrząc w oczy towarzysza,Daremnie wzrokiem błagał o dźwięk słowa,Jakby z ich sprawą skonała ich mowa.
Nieco opodal od reszty swych braciChrystyan stoi, surowy z postaci,I ręce krzyżem na piersiach zakłada.Twarz, niegdyś życia świecąca rumieńcem,Dzisiaj jak ołów była brudno blada,I włos mu w miękkich puklach już nie spada,Ale nad czołem wężowym wstał wieńcem;Jak głaz, milczący, o skałę się wspierał,I jakby oddech chciał wstrzymać milczeniem,Zacisnął usta a groźnie spozierał,I gdyby lekkiém stopy uderzeniemPiaszczystych żwirów nie porącałpotrącał ciągiem,To rzecby można, że stał się posągiem
O kilka kroków w głębokiém milczeniuTorkwil swą głowę oparł na kamieniu;Z ran krew się sączy, lecz najgorsza ranaOch! ta mu była na wewnątrz zadana!Czoło pobladłe i wklęsłe miał oczy,Lecz krew, co złote kędziory mu broczy,Okazywała, że jeśli pobladnął,To nie z rozpaczy, ale z sił utraty.Przy nim się Bunting na piasku układnął,Szorstki jak niedźwiedź, lecz jak brat ochoczy.Do ran przyłożył zwilgotnione szmaty,I znów spokojnie dymem się ogarnia,Z fajki, co przeszło sto bitew przetrwała,I jak portowéj strażnicy latarniaDziesięć tysięcy nocy rozjaśniała.Czwarty, ostatni w tych rozbitków rzeszy,Tam i sam chodzi, to kroku przyśpieszy,Stanie, to krzemyk podniesie, to rzuci,To oczy ku swym towarzyszom zwróci,Znów szybko kroczy, znów o kamyk stuknie,To coś pod nosem pół gwizdnie, pół mruknie,Pół niespokojny, pół niedbały w duchu,Stan swój wewnętrzny okazywał w ruchu.Długi to opis, chociaż w jego treściZaledwie czasu pięć minut się mieści,Lecz w takich minut jednéj drobnéj chwiliCi ludzie wieki cierpienia przeżyli.
Nareszcie Skajskrep, człowiek krewki, rzutki,Co nie znał trosków, ni zważał na smutki,Bardziéj odważny niż stały i baczny,Wolał śmierć nagłą niźli bój rozpaczny,Zawołał: God damn! Ten wykrzyknik krótki,To non plus ultra wymowy brytańskiéj,Jak Proh Jupiter! Rzymiana pogański;Włoskie: Per Bacco! a tureckie: Alla!Przygasłe życie wskrzesza i rozpala.Pomieszanemu trudno się wysłowić,A że się Skajskrep tak był zmieszał szczerze,Jak tylko zmieszać mogą się rycerze,I że nie wiedział, co i jak miał mówić,
Klął, jako Anglik, w swych myśli odmęcie,I nie daremnie, bo nim wyszła chwilaBen Bunting fajkę od ust już uchyla,I — wzrokiem skończył zaczęte przeklęcie.
Ale wyższego Chrystyan był ducha!Dziki, surowy, posępny, milczący,Był na wejrzenie, jak wulkan gasnący;Z chmurnego lica namiętność wybucha,Podniósł źrenicę, co pożarem błyszczy,I gdy Torkwila ujrzał koło siebie:„Do tegoż przyszło? jęknął, że i ciebie,„Nieszczęsny chłopcze, me szaleństwo niszczy!“Potém przystąpił do młodzieńca z blizka,Gdzie piasek jego świeżą krwią przesięknął,Wziął go za rękę, ale jéj nie ściska,Drgnął, jakby własnéj czułości się zlęknął;Lecz gdy usłyszał, że rany TorkwilaLżejsze niż sądził, wzrok mu się rozżarzy,I błogi uśmiech przeleciał po twarzy,O ile taka dopuszcza go chwila:„Och! walczyliśmy, zawołał, daremnie!Ale nie podle, ale nie nikczemnie!Drogo okupić musieli nas, drogo!Resztę opłacić jeszcze drożéj mogą —Ja muszę ginąć; ale ty mój miły,Czy masz dość jeszcze do ucieczki siły?Gdybym choć wiedział, żeś ty ocalony!Nas już za mało i tak do obrony.Och! gdyby czółno! Och! gdybym oglądałCiebie bezpiecznym! Mnie los już nie zdolnyNic dać w tém życiu! Ja mam, czegom żądał:Żyłem i ginę nietrwożny i wolny!“
Zaledwie skończył, na fali lazurzeZnać plamkę szarą, gdzie przylądku skałaUrąga falom i wyzywa burze.Z razu jak skrzydło mewy wyglądała,A za nią druga taka plamka goni,To się wychyla, to znika wśród toni,
Aż kiedy bliżéj fala je przyniosła,Sercu znajomy widok się odsłoni:To dzicy płyną! — Oszumione wiosłaTo się zanurzą, to z głębi wydźwigną,Snują się łodzie, a fala szeleszcze,I w srebrnéj piany rozpryska się deszcze,Ani ich ptaki w polocie prześcigną,Bo dla nich morze to ojczyzna druga,A od dzieciństwa zabawą: żegluga.
Lecz któż najpierwszy tak lekki w poskokuZ fal jak Nerejda wypluska na piaski,O ciemnéj twarzy, o wilgotném oku,W którém miłości i nadziei blaski?Neuha! ta tkliwa, ta wierna, ta stała,Na pierś Torkwila jak strumień się zwiała.Śmieje się, płacze — bliżéj się nagięła,Jakgdyby jeszcze przekonać się chciała,Że to doprawdy jego uścisnęła.Z razu się wzdryga, gdy rany obaczy,Widząc, że lekkie, znów się uśmiechnęła,Bo do takiego widoku przywykaJuż od dzieciństwa córka wojownika...Czuje żal, litość, lecz nie zna rozpaczy.Jéj Torkwil żyje! Już losy i wrogiNie zdolne chwili zamącić tak błogiéj.Radość w jéj płaczu, radość w jéj westchnieniu!Radością tętni każde serca bicie!I błogość rajska w każdém wionie tchnieniuDziecka natury, w natury zachwycie!
I harde dusze to spotkanie wzrusza,Bo serce serca do współczucia zmusza;Aż się rozczulił Chrystjan tym widokiem,I patrzał na nich, choć nie łzawém okiem,Ale z tą dziwną radością posępną,Co i dla gorzkich myśli jest przystępną,Gdy, choć już szczęście pierzchło nakształt tęczy,Jeszcze z dni lepszych pamiątka się wdzięczy.„A ja!“ — wykrzyknął, i oczy odwrócił,Chmurny, milczący, lecz jeszcze raz rzucił
Na młodą parę spojrzeniem, tak właśnieJak lew na lwięta popatrzy, nim zaśnie;I o kamienne znowu wsparł się stosy,Jakby o przyszłe niedbający losy.
Lecz krótka służy do dumania chwila;Gdzie sterczy skała przylądku wyniosła,Groźbą szumiące słychać wrogów wiosło.Na ich zagładę wszystko się wysila,A przeciw losom ich jedyna tarczaCzyż Tobanaju dziewica wystarcza?Ona przed niemi stanęła na straży,I zbrojny zdala gdy dostrzegła statek,Co chce tułaczów wytracić ostatek,Szybko na swoich skinęła wioślarzy,I dwa czółenka już fala kołysze,W jednym Chrystyan i dwaj towarzysze...Lecz jéj z Torkwilem nic już nie rozdzieli,W drugiém oboje na morze pomknęli.Daléj, a daléj! Po pianie, po białéj,Płyną, gdzie wieńcem czernieją się skały,Gdzie ptak się gnieździ, gdzie łoże narwalaSama w kamieniu wydrążyła fala.Szybko po sinéj szczeblują się toniSzybko za niemi prześladowca goni:To grozi zdala, to naciera z blizka,To znów ich traci, to znowu naciska,Teraz ażeby omylić pogonie,W przeciwną stronę każda łódka bieży.O! prujcie wiosła, prujcie w fali łonie!Od was tu życie i miłość zależy.O! raźno, szybko, łódka Neuhy pędziSkrzydłem miłości tam do skał krawędzi!Blizki ratunek — z blizka wróg już godzi —Och! chwila jeszcze! — O! leć, lekka łodzi!
Jak biały żagiel na ciemnym lazurze,Kiedy widnokrąg pół w blasku, pół w chmurze,Pomiędzy niebem a morza topieląZ wiatrem się chwieje i miga się bielą,Tak i ostatnia nadzieja człowieka;Chociaż w przepaściach stracona kotwica,Za śnieżnym żaglem pomyka źrenica;Choć z każdą falą żagiel w dal ucieka,Samotne serce ściga go z daleka.
Przy jasnych brzegach Tobanaju blizkoCzarna opoka z fal wyrasta toni,Ludziom pustynia, a ptakom siedlisko,Gdzie chętnie narwal przed burzą się chroni,I snem bezpiecznym w jaskini spoczywa,Lub się rozkosznie na słońcu wygrzéwa.Tutaj, gdy okręt sine pruje wały,Echo od czarnéj przyniesie mu skałyChrypliwe krzyki ostrodzióbych ptaków,Téj okolicy skrzydlatych rybaków.Pomiędzy głazów sterczącemi kupyPrzesmyk żółtego wychyla się piasku;Tutaj żółw młody pozbywszy skorupy,
Lezie do morza szukać swéj rodziny,Ten słonecznego wychowaniec blasku,A do tak ciemnéj przeznaczon głębiny.A zresztą wszędzie czarnych skał granity,Majtkom znak trwogi, a oraz ochrony,Gdzie może nieraz żeglarz ocalonyZazdrościł losu swéj nawie rozbitéj.Ten dziki uchron dziewica wybrała,Tutaj przed wrogiem skryć kochanka miała;Wie ona dobrze, jaki skarb tajemnyPrzed ludzkiém okiem kryje głaz ten ciemny.
Nim się rozbiegły łodzie, Neuha każe,Ażeby z łódki Torkwila wioślarzePrzeszli do łodzi, co Chrystjana niosła;Szybkości nowe dodadzą jéj wiosła.Wzbraniał się Chrystjan, lecz Neuha z uśmiechemWskazując skałę, co z fal się wychyla,Jemu się każe ratować pośpiechem,A jéj opiece powierzyć Torkwila,I łódź przy nowéj mignęła pomocySzybko jak gwiazda po błękicie nocy.Ani jéj w locie prześladowca sprostał,Z daleka za nią jego statek został.Teraz ku skale leci pogoń chyża,Do któréj Neuha z Torkwilem się zbliża;Pracują wiosłem, Neuhy dłoń choć mała,Wprawna w żegludze i gdy sił nie skąpi,Ledwie Torkwila ramieniu ustąpi,I tuż przed niemi już piętrzy się skała,Nieubłagana, naga, czarna, stroma,Wkoło niéj fala zdobyczy łakoma;A wróg wiosłami namaga raźnemi,O długość ledwie stu łodzi za niemi.Już Torkwil pytać zdawał się spojrzeniem:„Czy takim Nenha ocala sposobem?Czy to jest miejscem ratunku — czy grobem?A głaz ten fali nagrobnym kamieniem?
Oboje ręce od wioseł odjęli,Ona, wskazując na statek złowrogi,
Woła: „Śpiesz za mną, Torkwilu, bez trwogi!“I skacze z czółna i znika w topieli...Nie czas odwlekać! — Nieprzyjaciel z blizkaCo raz to silniéj pracuje wiosłami,Urąga słowem, brzęczy kajdanami,I nazwę jego zbrodni w twarz mu ciska;I groźnym głosem wzywa do poddania,Skoczył na głowę. — On zręczność pływaniaMiał już wrodzoną, lecz gdziéż będzie płynął?Skoczył, dał nurka, i z oczu im zginął,I nie wstał więcéj. — Napróżno go śledziCiekawe oko zdumionéj gawiedzi!Patrzą na skałę, niéma na nią wchodu,Stroma i slizka, jako bryła lodu;Czekają chwilę, a fala szeleści,Lecz żadnéj o nim nie poda im wieści,I żadna bruzda nie marszczy jéj lica,Odkąd z młodzieńcem plusnęła dziewica,A nad nią fala kręciła się wirem,I z białéj piany nad ciemnym szafiremGrobowy pomnik wstał śród fal kobierca,Trwały, jak w żalu swoim spadkobierca;A próżna łódka gdzieś na fal obszarze,To ślad jedyny po kochanków parze.Gdyby nie ona, to przysiądzby można,Że to sen tylko, albo mara próżna,Długo daremne szukanie ich trudzi,Aż się w umysłach zabobon obudzi,I dłużéj w miejscu nie dozwala zostać.Ten mu upiora przypisuje postać,Tamten zaręcza, że rozwiał się dymem,Jak błędny ognik, co świeci na grobie;Trzeci przysięga, że stał się olbrzymem.I coś strasznego miał w całéj osobie,A wreszcie wszyscy wyraźnie widzieli,Że twarz i czoło śmiertelnéj miał bieli;A jednak, kiedy te miejsca rzucali,Jeszcze raz wkoło spojrzeli po fali,Czy nie dostrzegą śladu swéj zdobyczy?Ale daremnie. — Znikł jak cień zwodniczy.
I gdzież jest teraz ten pielgrzym głębiny,Co w otchłań skoczył za śladem dziewczyny?Czyli już płakać przestali na zawsze?Lub wyżebrali gościnność u morza,Na koralowe przyjęci tam łoża?Czy może bogi tych głębi łaskawsze,W orszak Trytonów oboje zabrali?On trąbi w konchę, a ona po fali,Trefione włosy rozwiewa i dzieli?Lub téż oboje snem wiecznym zasnęli,Odkąd do sinéj skoczyli topieli?
Skoczyła Neuha, Torkwil skoczył za nią,Jéj krok tak śmiały, tak pewny w otchłani,Jak gdyby ona sama była paniąCałego morza szafirowéj bani;A kędy nurek w głąb po perły sięga,Od stóp jéj jasna rozwiała się wstęga,Jéj ślad Torkwila krokom przewodniczył;W północnych morzach on nurzać się ćwiczył,A teraz lekko i szybko i śmiałoSzedł, kędy światło od nóg jéj błyszczało.Ona go wiedzie wciąż niżéj, wciąż głębiéj,Aż nagle w górę na falach podskoczy,Wyciąga ręce i z ciemnych warkoczyOtrząsa pianę, co w puklach się kłębi,A potém głośnym zaśmieje się śmiechem,A śmiech jéj skała powtórzyła echem.Znów są na ziemi, lecz dokoła ciemnie..!Drzew, pola, nieba, szukać tu daremnie;Neuha mu grotę wskazuje obszerną,Fala jedyną jéj wchodu odźwierną,A słońca promień do niéj nie doleci,Chyba przez morza zielonego szyby,Gdy fala w złote połamie się sieci,I święcą morską uroczystość ryby.I z ócz mu pianę swém wiosłem otarła,I w dłonie klaszcze nad jego zdumieniem!
Wiedzie go daléj, gdzie ciemném sklepieniemGrota się w chatę Trytona rozwarła;Zrazu im wszystko okryło się cieniem,Aż światłość dniowa szczeliną się wdarła,Taka niepewna, i drżąca, i blada,Jak gdy do świątyń przez kopułę wpada;Tak w téj jaskini podmorskie siedliska,Promień słoneczny ukradkiem się wciska.
Neuha z przepaski teraz wydobywaKawał smolnego z jedliny łuczywa,Platanu liść mu służył za obsłonki,I pod tym płaszczem sucho wyszedł z morza,A Neuha z liścia okrusza korzonki,Dobywa krzemień, Torkwil tylcem nożaKrzesze z nich ogień i ciemne sklepienie,Nagle rozwidnią pochodni płomienie.A przy tém świetle wewnętrze jaskini,Nakształt gotyckiéj wygląda świątyni...Gotyckim łukiem rozciąga się brama,Jéj budowniczym jest natura sama:Tego kościoła kopuła wyniosła,Może śród ziemi trzęsienia wyrosła,A te kolumny, podporę kopuły,Chyba dymiące wulkany wykuły.Póki świat gorzał i drżał na swéj osi,Filar, co dumnie pośrodku się wznosi,Jeszcze z olbrzymiéj wyrąbał się skały,Kiedy we wodach świat kąpał się cały;Gzymsy, babiniec i chóry i nawę,Światło pochodni olśniło bladawe,A ktoby trochę dodał wyobraźni,Może obaczyć w głębi najwyraźniéjOłtarz, krucyfiks i mitrę biskupią;W takie się kształty stalaktyty kupią,Tak się natura cudotwórcza bawi,I w głębiach morza kościół sobie stawi.
A Torkwil ręką wiedziony kochanki,Co przed nim cienie pochodnią rozgania,
Oglądał wszystkie framugi i ganki,I każdy kącik nowego mieszkania;Lecz nie dość na tém — troskliwość dziewczynyI o osłodzie pomyślała losu:Tu na posłanie leżą maty z trzciny,Do jadła świeże orzechy kokosu,Owoc chlebowy i jamu korzonki;A od wilgoci, żeby chronić członkiOlej sandału, tudzież gnatu ziele:Tu liść platanu obrusem się ściele,Tu żółw, co mieści przysmaki w swéj skrzyni,Własną skorupą służy za talerze,Tu słodka woda w wydrążonéj dyni,Tu i z ogrodu banany są świeże;Przyczém wiązanka łuczywa w zapasie.A ona sama, jak noc w swojéj krasie,Jemu mieszkanie w tym świecie podziemnym,Czyni wesołém, słodkiém i przyjemném.Odkąd przybyli prześladowcy biali,I że ucieczka nawet nie ocaliPrzed zemstą ziomków; wtedy dach ochrończyPrzygotowała dla swego kochanka,I odtąd tutaj płynęła co ranka,Tutaj każdego wracała wieczoru,Znosząc owoce ze sadu i boru,A teraz przed nim swe skarby rozkrywa,Wysep miłości dziewczyna szczęśliwa!
A gdy wdzięcznością Torkwil się rozczula,Ona go ściska — do serca przytula,I prawi dawną powieść o miłości!Bo miłość wiekiem wyrówna wieczności...Lecz choć tak dawna, dotąd nie zużyta,Bo w każdém sercu nanowo rozkwita.A Neuha prawi, jak raz rycerz młody,A będzie temu już tysiąc miesięcy,Na łówkę żółwi szedł nurka do wody,I goniąc swojéj zdobyczy zwierzęcéj,Odkrył jaskinię, co im dziś schronieniem;Jak potém z drugiém wojował plemieniem,
I córkę wroga, swoję ukochaną,Przez jego plemię w niewolę pojmaną,Skrył tu bezpiecznie w podmorskiéj zaciszy;Jak, kiedy wojny przeminęła burza,On do téj skały swoich towarzyszyPrzywiózł na czółnach, wtém sam się zanurza,Zniknął we fali i więcéj nie wstaje,A towarzyszom wszystkim już się zdaje,Że on oszalał i że już utonął,Lub, że go może morski wilk pochłonął:Około skały szukali go długo,Wreszcie spoczęli, znużeni żeglugą;W głębokim smutku głowy pozwieszali,Gdy raptem wstaje bogini wśród fali,(Tak się zdawało zdumionemu oku)Roztrąca piany, a tuż przy jéj boku,Ich rycerz młody dumnie się weseli,Swą ulubioną, dziewicą topieli.Jak potém wszyscy w weselnym szeregu,Trąbili w konchy, wracając do brzegu,Jak młoda para w dalszym życia bieguByła szczęśliwą — i czemuż to szczęście,I im-by przynieść nie miało zamęźcie?Nie moją rzeczą opisać pieszczoty,Któremi Neuha w zaciszu téj grotySkończyła powieść. — Ta miłość serdeczna,Żywa, a jednak, jak w grobie bezpieczna,Gdzie jéj pośmiertne lata nie zatarły...Od lat dwudziestu Abelard umarły,Gdy Heloizy trupa przy nim kładą,Wyciągnął jeszcze rękę martwą, bladą,Tuląc do serca kochanki popioły.Na zewnątrz groty darmo gwar wesołySkalistym brzegom fala wciąż powtarza;Nikt jéj nie słucha i nikt nie uważa...Muzyki serca w grocie dźwięczą pienia:Stłumione szepty i ciche westchnienia.
Lecz ten, co stał się ich wygnania sprawcą,Chrystjan i jego losu towarzysze,Och! gdzie są teraz? — Gonią przez fal cisze,Lecz czyliż morze będzie ich wybawcą?
Czyż im da niebo, czego ludzie bronią:Miejsce przytułku? Och! daremnie gonią!Fala, co teraz pod ich wiosłem gnie się.Kędy ich niosła, i wrogów poniesie.Wróg, kiedy pierwszy połów go zawodzi,Skierował pogoń ku Chrystjana łodzi,Gniew go rozjątrzył i szybkość mu nadał,Jak skrzydłom sępa, gdy zdobycz postradał.Już ich dościga — ich nadzieja cała:Przystań ukryta, albo stroma skała...Czas już wyboru czynić nie dozwala,A więc płynęli, gdzie ich niosła fala,Ku stroméj skale, nim wróg zdoła natrzéć,Z jéj szczytu jeszcze raz na świat popatrzéć,Potém się poddać, lub broniąc się, zginąć.Lecz wprzódy dzikim kazali odpłynąć,Choćby ci za nich chcieli życie łożyć,Lecz Chrystjan nie chce darmo ofiar mnożyć;Cóż wreszcie łuki pomogą i włócznie,Wśród takiéj walki, jak się tu rozpocznie?
Stali na skały urwisku wysokiem,Co jeszcze nie zna śladu stóp człowieka,Z nabitą bronią i z posępném okiem,Każdy spotkania ostatniego czeka.Tu żadnéj niéma nadziei zwycięstwa,Ni żądza sławy dodaje im męstwa,Na widok kajdan nie pociesza chwała,Nie doda hartu w przedskonania chwili.A ci trzéj stali, jak tych trzystu stało,Co Termopile świętą krwią zbroczyli.Lecz jakże inna była tamtych sprawa!Sprawa jest wszystkiém! Ona zgon walecznyPrzekaże cześci lub sromocie wiecznéj!Tych nie nagrodzi tysiącletnia sława,Ni ocalona od wroga ojczyznaZ uśmiechem szczęścia wielkiemi ich wyzna!Ani ich poda wieszcz do potomności,Ni im bohater zgonu pozazdrości,Ni łzą narodu oczy zajaśnieją;Ich grób swą rosą opromieniać co dnia,
Jakkolwiek mężnie swoją krew przeleją...Ich życie hańbą, ich nagrobkiem: zbrodnia!Czują to, wiedzą, jednak się nie chwieją;Najbardziéj Chrystjan czuł tę śmierć bezchlubną,Wódz, co ich wszystkich pchnął w tę przepaść zgubną,On może wyższe niegdyś cele marzył,Marzył o innéj dla siebie przyszłości!Lecz na grę jednę całe życie ważył,Ta gra trwa dotąd, teraz rzuca kości,Wszystko niechybną grozi mu przegraną,I jeszcze taką! — Jednak niezachwianąZachował duszę śród nieszczęścia razów,Jak gdyby sam już stał się cząstką głazów,O które wsparty, patrzał w lufek końce,Ciemny jak chmura, co zakrywa słońce.
Zbliża się statek, a jego załogaPełni powinność i nie wie, co trwoga;Niebezpieczeństwo tyle sobie ceni,Co zwiędłe liście waży wiatr jesieni;Jednak obcego woleliby wroga,Niźli z tym hardym walczyć buntownikiem,Co przecie także niegdyś był Anglikiem:„Poddaj się!“ — krzyczą — odpowiedzi niéma...Mignęli bronią przed jego oczyma:„Poddaj się!“ głośniéj niż wprzódy wołają,Lecz tylko skały im odpowiadają...I do poddania jeszcze raz wezwali,A głos ich echo pożegnało w dali,Potém błysł krzemień, ryknęły wystrzały,I kłęby dymu podniosły się wałem.Kule się z hukiem odbiły o skały,Padły daremnie, spłaszczone wystrzałem,A potém przyszła odpowiedź z koleiTych, co już żadnéj nie mieli nadziei;Po pierwszym strzale, skoro się zbliżyli,Chrystjan zawołał: „Ognia!“ i w téj chwili,Nim jeszcze echem skonało to słowo,Dwóch padło, lecz już na skałę jałowąDrą się żołnierze, ich wrogów szaleństwoPodwaja wściekłość, gniew podwaja męstwo.
Ale na skałę przystęp trudny, stromy,Co krok zdobywać muszą twierdzę nową,A między głazów sterczącemi złomy,Gdzie tylko orzeł zakłada siedlisko,Chrystjan dla swoich obrał stanowisko;A wróg, którego stąd strzałami wita,Spada ze skały, jak muszla rozbita;Lecz tych, co jeszcze pną się na urwisko,Dosyć na zgubę owéj garstki dzielnéj,Choć do schwytania nie dosyć są blizko,Blizko aż nadto na wystrzał śmiertelny;A mężna trójca jeszcze broń podnosi,Chociaż już życie wisiało na włosi,Jak morska ryba, kiedy połknie wędkę;Jedne po drugich padły strzały prędkie,Ale jęk żaden przed wrogiem nie zdradził,Że już śmiertelnym ciosem dwóch był zgładził.Chrystjan ostatni ginął — krwią był zlany,Wróg jeszcze raz go wzywa do poddania...Żyć już za późno — nazbyt wielkie rany!Lecz nie za późno jeszcze do skonania!Choćby dłoń wroga miała zamknąć oczy.Z nogą złamaną jeszcze wlókł się kawał,Jak pozbawiony swojéj dziatwy sokół,Zczerniałe głazy świeżą krwią swą broczy;Głos go obudził, lub budzić się zdawał,Raz jeszcze żywszém okiem spojrzał wokół,Skinął na wroga, który stał najbliżéj,Nie miał już kuli, strzelbę podniósł wyżéj,Oderwał guzik od sukni i nabił,Wymierzył, strzelił i śmiał się, gdy zabił.Jak wąż się czołgał na szczyt stromy, twardy,Straszny jak głębia, nad głębią zawisnął,W tył się oglądnął, obie pięści ścisnął,I rzucił ziemi pożegnanie wzgardy,I skoczył w przepaść i tak się rozprysnąłJak szkło, w kawałki, o twarde granity,Że już w téj bryle niekształtnéj, rozbitéj,Ludzkiéj postaci nie dopatrzéć znaków,Ani nakarmi sępów i robaków,Czaszki czerepem i skrwawionym włosem,Co między gęstym czerwieni się wrzosem.
Lecz dotąd widne krwawych dzieł psmiątkipamiątki,Po skale broni rozrzuczone szczątki;On do ostatka mężnie niemi władał,I tylko razem z życiem je postradał,A teraz błyszczą zdaleka na skale,Nim rdzą szumiące obrzucą ich fale.A rdza do reszty złamie i pokruszy —A reszta wszystko niczém — oprócz duszy!Lecz, gdzie jest dusza? Kto jéj los oznaczy?Do nas należy tylko grzebać zwłoki,Nie sądzić zmarłych. Ci, których wyrokiSpychają drugich w otchłanie rozpaczy,Ci pójdą sami pod piekielne rózgi;Chyba, że Bóg ich złym sercom przebaczy,Ze względu na ich jeszcze gorsze mózgi.
Czyn dokonany. — Z rzeszy buntownikówJuż oprócz samych tylko niewolnikówNie pozostało zresztą ani śladu;A do okrętu przykuci pokładu,Gdzie niegdyś stali w swych znaków zaszczycie,Dziś niedobitków nędzne wloką życie.Tylko ostatnią krwią zbroczona skała,Żadnych téj nawie trofeów nie dała,Leżą, gdzie padli; nad niemi się tłumiąZgłodniałe sępy i skrzydłami szumią,I pieśń pogrzebu chrypliwie im kraczą.A tam u stóp ich nieczule, niedbale,Wiecznym się ruchem chłodne toczą fale;Po nich delfiny rozigrane skaczą;Skrzydlata ryba, gdy słońce zaświeci,Znęcona blaskiem wesoło podleci,Aż gdy jéj skrzydła oschną i opadną,Po świeżą wilgoć znów powraca na dno.
Zabłysnął ranek. — Neuha z morskiéj grotyLekko wypływa witać dzionek złoty,I patrzéć, czyli ich mokremu łożuNic nie zagraża? Wtém ujrzy na morzu
Żagiel, co łuk swój szeroko rozdyma...Tchu jéj zabrakło, mgławo przed oczyma;Sercem jéj miota straszliwa obawa,Kędy skieruje bieg swój wrogów nawa?Och! marna trwoga! Już żagiel daleki,Coraz się zmniejsza i pierzcha z jéj oczu;A ona z piany ociera powieki,Patrząc jak w tęczę na nieba przezroczu;Na widnokręgu maszty szarym szczytemW niedostrzeżoną prawie nikną bladość!Nikły i znikły — pod niebios błękitemWszędzie już tylko ocean i radość!A Neuha w głębie znowu się zanurzy,Budzi kochanka i rączkami klaśnie,I opowiada, co widziała właśnie,I jakie szczęście stąd na przyszłość wróży;I znów wypływa nad morza otchłanią,Wolny już teraz Torkwil płynął za nią;Płyną do skały, gdzie w szczeliny ciemnie,Neuha swe czółno ukryła tajemnie.Wczoraj, gdy jeszcze ścigali ich wrogi,Łódka bez wiosła o skał tłukła progi,Lecz skoro okręt porzucił ich skałę,Neuha wypływa i swe czółno małeKryje w szczelinę, gdzie go dziś znachodzi.Siedli weń razem, już pełni radości,I nigdy tyle szczęścia i miłościNie niosła fala, jak w téj kruchéj łodzi!
Znowu swe własne wybrzeża ujrzeli,Lecz wróg już blasków téj ziemi nie kazi,Ani ich oczu dumny okręt razi,Jak pływające więzienie topieli.Tysiąc wybiegło łodzi na odnogę,Brzęcząc muszlami, zwiastują ich drogę,Wyszli naprzeciw nich wodzowie z ludem,Witać Torkwila zbawionego cudem!Potém niewiasty i krasne dziewiceCzule ściskają Neuhę, jak siostrzycę...Wszyscy pytają, gdzie ich wróg zagonił?I jak uciekli, lub kto ich ochronił?
A Neuha całą opowiada powieść,A każdy klaszcze, podziwia i chwali!I odtąd wszyscy, aby czci swéj dowieść,Jaskinią Neuhy tę grotę nazwali.A na pagórkach sto ogniów się pali!Jarzące światła owych nocnych godów,Na cześć gościowi, co po długim znojuZyskał swobodę, wrócił do spokoju;A po téj nocy weselnych obchodówTakich szczęśliwych dni pasmo się plecie,Jakie w młodzieńczym tylko znaléść świecie.
Wszakto w ostatni wtorek i w zapust tygodnieNa całym świecie hulać i cieszyć się modnie;I każdy się gotuje do postnéj pokuty,Przez pijatykę, tańce, bale i reduty.
Najciemniejsza noc sprzyja rozkoszom — gdy cieniePowloką czarnym płaszczem niebieskie sklepienie,Płynie czas dla kochanka słodszy niż dla męża,Bo wstyd dzienne zapory łamie i zwycięża,I śmiga lekką stopą pustota wesoła;Z nią śmiejąc się, żartują grzeczne fanfarony,W powietrzu się unoszą piosenki dokoła,Słychać krzyki, szemranie, czasem głos pieszczony,Lub hiszpańskiéj gitary harmonijne tony.
Snują się tam bogate lecz dziwaczne mody,Ujrzysz tam wszystkie wieki i wszystkie narody,Turcy, żydzi, pajace, lub zręczni cyganie,Czechy, Persy, Bramini, Grecy i Rzymianie.A w tym wielkim pokoleń i narodów zbiorze,Na jednym stroju zbywa — na księżym ubiorze.
Lecz szanuj przyzwoitość, a wszelkie ci strojeWolno przybrać: weź szubę, czapkę lub zawoje,Włóż ubiory sensackie, przebierz się jak dziecięW kostiumy przedawane w Rag-fair, w Monmouthstrecie;
We Włoszech miejsc tysiące zaletami słynie,Jakiemi te dwa miejsca są głośne w Londynie.Mniejsza w ich wymawianiu dla języka praca,W Anglii prócz Covent-Garden, tak miękko nie płynieŻadne imię, jak słodkie we Włoszech Piazza.
Bale zwą karnawałem, co z łaciny znaczy:Bywaj mi zdrowe mięso. To imię tłómaczyRzecz wybornie, bo ledwo co karnawał minie,Codziennie tylko ryba na półmisku płynieŚwieża albo solona. Lecz mówmy po prostu;Czemuż świat się gotuje przez bale do postu?Nie wiem, może iż czyni tak jak przyjaciele,Gdy ucztują wesoło i puharów wieleSpełniają w pysznym porcie, albo na strzemieniu,Lub na stopniach karety przy swém rozłączeniu.
Co bądź, to bądź, lecz trzeba pożegnać pieczenie,Posilne mięso, smaczne w potrawkach korzenie,Przez dni czterdzieści doznać prześladowań losu,Żyjąc tylko rybami, a i to bez sosu.Ach biada tym podróżnym, którzy nawyknęliJadać smaczne łososie z podlewą z serdeli!
Dlatego radzę wszystkim wielbicielom sosu,Nie próbować strasznego za morzami losu,Nie wysławszy wprzód kuchtów, którzyby kupiliDość serdeli, keczupu, albo octu z Chili.
Z wszystkich krain wsławionych swemi karnawały,Najświetniejsze zapusty w Wenecji bywały.Tu bale najweselsze, i huczne biesiady,Muzyka, maski, tańce, słodkie serenady,Zawiłości miłosne, i pełne hałasuZabawy, których głosić nie znalazłbym czasu;Bo gdy piszę tych zdarzeń zawikłanych księgę,Córka morza, Wenecja, urosła w potęgę.
Śliczne są Wenecjanki — czarne mają oczy,Brwi w wązki łuk śmigają, a pociąg uroczyI słodycz, jaką widać w dawnych rzeźbach Greków,Tak źle naśladowanych od współczesnych wieków,W ich się twarzach i kształtnyshkształtnych postaciach jednoczy.Gdy je ujrzysz oparte o balkonów slupy,Weźmiesz je za cudowne Wenery Tycyana,(Z nich w Florencji najlepiéj jest wymalowana)Lub za osoby sławnéj Giorgiona grupy.
Farby tego obrazu są prawdziwe, cudne,A choć sale Manfrynów w arcydzieła ludne,Ja go wolę nad inne, chociaż wyobrażaTylko synaczka, żonę i twórcę malarza.Ale jaka, o Boże! jaka śliczna żona!Ach to miłość żyjąca, to miłość wcielona!
W saméj sile młodzieńczéj to miłość żyjąca!Nie utwór wyobraźni, nie piękność bijącaPowabami znanemi z imienia samego,Lecz coś jeszcze wyższego, coś tak istotnego,Iż się zdaje natychmiast z pierwszego pozoru,Że malarz musiał ująć podobieństwo wzoru.By ją tylko posiadać, każdyby z ochotąOddał wszystkie na świecie brylanty i złoto.Samo złodziejstwo nawet stałoby się cnotą,Jeśli dla niéj spełnione — jéj cudne wejrzenieObudza w twojéj piersi jakieś przypomnienie;Zdaje ci się, żeś widział podobne oblicze!Tak — tyś je widział kiedyś — lecz je tajemniczeMgły na wieki zasnuły — zostało wspomnienie!
W młodości, kiedy oko za pięknością ginie,Nieraz przed nami postać powiewna przepłynie,Boskość, która chwileczkę błyska i wnet kona.A nasza wyobraźnia żywa, rozogniona,Stroi ją w młodość, wdzięki, i nazawsze traci,Nie znając obyczajów, ni życia postaci.
Tak na wieki ziemskiemu zaginęła okuJedna z Plejad, usnąwszy w błękitnym obłoku.
Mówiłem, że do sławnéj Giorgiona grupyPodobne Wenecjanki; szczególniéj gdy błyskaKształtna ich kibić wsparta o balkonów słupy;(Bo piękniejsze są czasem zdaleka niż zblizka).Tam jakby Goldoniego bohaterki drugie,Patrząc wpoprzek żaluzji, krócą chwile długie;Tam urodne zadają sercom czułym męki,Bo bardzo lubią swoje pokazywać wdzięki.
Po spojrzeniach mrugania, a po nich westchnieniaIdą zwyczajnym torem, a potém pragnienia,Potém kilka słóweczek, a potém list, któryDoręczy choć bez skrzydeł u swych pięt Merkury.Lecz pomimo tak wielkiéj w postawie różnicy,Przecież ci Merkurowie, sprawni posłannicy,Znają swoje rzemiosło... A gdy, wielki Boże!Rzeczy aż dotąd dojdą, przytrafić się możeJakie wielkie zgorszenie; bo schadzki we dwojeObmyślą kochankowie — stąd idą rozboje,Cudzołóstwa i zdrady popełniane skrycie,I czułych serc pękania, i głowy rozbicie.
Szekspir Włoszki maluje, kreśląc Desdemonę,Że są cudnéj kibici, ale rozwolnioneNieco ich obyczaje. — I nikt nie zaprzeczy,ZeŻe w Wenecji, w Weronie, jeszcze idą rzeczyDzisiaj jak za Szekspira — z tą tylko różnicą,Że mąż na proste szepty nad swą połowicąNie wywrze zemsty, żony jednéj nie udusi,Ani dwudziestu, bo dziś ich sług bać się musi.
Zazdrość Włochom jeżeli do głowy zawita,Jest nowego rodzaju, wcale wyśmienitaI nie taka, jak w czarnym Otella szatanie.Bo ci przeciwnie w ślubnym utrudzeni stanie,
Z birbancką filozofią dziś patrzą przez szparyNa złamanie małżeńskiéj od jejmości wiary;I niż nad szyjką winnéj, każdy Włoch przekładaZemścić się nad wdóweczką lub żonką sąsiada.
Wiecież wy, co gondolka? a jeźli nie wiecie,Słuchajcie, a ja ją wam odmaluję przecie.Jestto łódź długa, kryta, od Wenecjan znana,I bardzo dobrze znana, z przodu malowana,I w rzeźby przystrojona. Ona szybko bieży,Bo ją dwaj popychają silni gondoljerzy,A gdy stoi, jak trumna na kanale leży.Kiedy w nią wsiądzie panna wiodąc z sobą druha,Nikt jéj tam nie wypatrzy, ani nie podsłucha.
Takie łódki migają i we dnie i w nocyWzdłuż i poprzek kanałów. Jedne z całéj mocyRobiąc wiosłami lecą, drugie z lekkim wiatremKołyszą się na falach — inne pod teatrem,Jak stado dzikich kaczek, mącąc nurt spieniony,Podnoszą tysiącami swe czarne zasłony.Ale nie wnoś na oko z oznaków żałoby,By w nich płynące miały smucić się osoby;Bo w gondolach tak często weseli się cieszą,Jak w żałobnych karetach, gdy z pogrzebu śpieszą.
Lecz obiecałem powieść, przystąpmyż do treści:Lat temu kilkanaście, trzydzieści, czterdzieści,Mniéj lub więcéj, karnawał był świetny, wspaniały,Na niego różne damy zewsząd się zjechały,I jedna między niemi, obca mi imieniem,Nie zgadłbym, jak się zwała; więc za pozwoleniemWaszém mości pauowie, dam jéj Laury imię,Bo ono bardzo łatwo płynie w moim rymie.
Laura nie była stara, nie była téż młoda,Miała wiek, który w Francji nazywać jest modaWiekiem pewnym, nad który, takie moje zdanie,Nic nie masz mniéj pewnego; bo na me błaganie
Nikt mi nie wytłómaczył i nie wytłómaczy,Jaką epokę życia ten pewny wiek znaczy;A więc wielkiém dziwactwem to jego nazwanie.
Jeszcze świeża, umiała Laura czasu użyć,A czas jéj się z wdzięcznością potrafił odsłużyć,Zachowując jéj wdzięki. Z niedługą toaletąByła najurodziwszą w Wenecji kobietą,I kędy tylko pójdzie, kędy się pokaże,Swą krasą gasi nawet najpiękniejsze twarze,Dziwi ust swych uśmiechem, wesołością czoła,A żywém, czarném okiem, przyciąga dokoła.
Poszła za mąż, to dobrze, bo rzymscy chrześćjanieDla mężatek szczególne mają pobłażanie.Ale, jeżeli pannie pośliznie się noga,Nie wiem, jak się wykręci od winy nieboga,Jeźli ślubu nie zawrze w porę — albo głowąPrzemyślną nie zasłoni błędu przed obmową.
A po Adryatyckiém jéj mąż pływał morzu,Choć żeglował po innych także wód przestworzu:Wróciwszy do Wenecji, gdy jego dworzanieI towary i on sam siedział w kwarantanie,Laura szła na szczyt domu każdego poranka,Skąd mogła widziéć okręt męża i kochanka.Byłto kupiec bogaty, handlował z Alepem,Nazywał się w prawdziwéj metryce Giuseppem,A Włosi przez skrócenie, przezwali go Beppem.
Beppa twarz śniada w długich drogach ogorzała,Lecz kibić jego była wzniosła i wspaniała.Byłto człowiek rozumny, dobrze zbudowany,I nigdy lepszy majtek nie pruł morskiéj pianyJak Beppo. — Jego żona, choć swém obcowaniemNiebardzo odstraszała, przeciéż wszystkich zdaniemTak ostra i cnotliwa, iż mniemano wszędzie,Że jéj serce warownią niezdobytą będzie.
Wiele lat już ubiegło od téj smutnéj chwili,Jak się ci małżonkowie z sobą rozłączyli.Wieść biegała, że Beppo utonął z okrętem:Głoszono, że znudzony swoich spraw zamętem,Zaciągnąwszy w Wenecji długi, z własnych progówUciekł, nie chcąc już wrócić do ojczystych bogów —Mimo tego niektórzy chcieli iść w zakłady,Że on jeszcze powróci, bo częste przykładyUczą, że się zakładać u ludzi jest moda,Dopóki ich rozumu nie nauczy szkoda.
Mówią, że ich rozstanie było patetyczne,Jak się zdarzać powinno w takim rzeczy zbiegu —Gdy Beppo raz ostatni widział oczy śliczneSwéj cudnéj Aryadny klęczącéj na brzegu,Jakieś skryte przeczucie owładnęło niemi,Że się już nie zobaczą nigdy na téj ziemi.Jestto czucie wpół chore, a wpół poetyczne,Którego ja przykłady oglądałem liczne.
Przecież Laura czekała męża od lat wielu,I popłakawszy nieco po swym przyjacielu,Chciała z męskim umysłem znosić umartwienia:Lecz nieboga straciła pociąg do jedzenia,Spać nie mogła, więc czekać już minęła pora,Zresztą bardzo się bała śmiałka lub upiora,By jéj samą nie napadł w noc jak zakonnicę,Połamawszy wprzód zamki, albo okiennice;— Musiała więc na wice mężula się zgodzić,Choćby tylko — by swojéj słabości dogodzić.
Beppo może powróci z swéj długiéj wyprawyNa łono drogiéj żony, ale dla zabawyLaura teraz jednemu panu była radaZ liczby tych, których zwykle płeć piękna ogada,Choć lubi. Byłto szlachcic dźwigający grosze,Grzeczny i bardzo szczodry na swoje rozkosze.
Pan hrabia znał muzykę, umiał tańce nowe,Grał na skrzypcach, znał Franków i Toskanów mowę,Tak — umiał po toskańsku — a we Włoszech wcaleRzecz rzadka tym językiem mówić doskonale.Sądził, która opera, lub tragiedya któraByła najdoskonalszą — a niktby na świecieNie chciał słyszéć o aryi albo tryolecie,Które hrabia poganił, krzycząc: „seccatura“.
Jego bravo stanowcze — a na nie głębokoMilcząc, czeka publiczność — gdy zwróci swe okoKu orkiestrze, muzycy boją się straszliwie,Ażeby jakiéj nuty nie wzięli fałszywie.Drży serce prymadonny, bojąc się, by czasemZa nim ba! po teatrze nie brzmiało z hałasem,I soprano i basso i sam contra altoŻyczą, aby sto sążni był już pod Rialto.
Opiekun nauk, stance sam improwizował,A stance wcale dobre — i wiersze pisował,Jak najlepsze — warjował na romansów moto,I każdego zachwycał piękną anegdotą.Miał pojęcie malarstwa, i tańczył dokładnie,Jak Włoch, lecz Włoch, jak Francuz nie tańczy tak ładnie.Słowem, całkiem skończony już na kawalera,Był nawet bohaterem dla kamerdynera.
Choć kobiety wymyślne — nasz hrabia jedyny,Wierny, stały, nie dawał do żalów przyczyny,Bo nad martwienie pięknéj, nie znał większéj winy.Jego serce wspaniałe i wzniosłe z naturyBrało jak wosk wrażenia, a jako marmury,Tak je przechowywało. — Uczeń doskonałyStaréj amantów szkoły, dobry uczeń — któryIm stawał się zimniejszym, tém był więcéj stały.
Z takiemi zaletami, wypadek nienowy —Że zawracał kobietom najskromniejszym głowy;
Mniemano, że się z Beppem gdzieś rozbiła nawa,Mógł być za umarłego mianym podług prawa;Nie pisał — ani nowin żadnych z jego strony.Najmniejszéj troskliwości nie miał względem żony,Która lat kilkanaście czekała na niego;A kto tak długo milcząc, Bóg wié, gdzie się kryje,Tego już można słusznie miéć za umarłego;A jeśli żyje, pewno już nie dla nas żyje.
Zresztą, damom we Włoszech na przypadek wszelkiWolno miéć dwóch mężulów. (Bóg widzi grzech wielki).Nie wiem kto był twórczynią takiego zwyczaju,Lecz on dziś jest powszechnym w zaalpejskim kraju;A piękna instytucja sługi-kawalera,Bez zgorszenia późniejszym ślub dawny zaciera.
Tego drugiego męża czyczysbéj nazwano,Lecz dziś jest grubiańskiém i brzydkiém to miano.Hiszpanie go cortejo zwą w swoim języku —To daleko przyjemniéj — dziś ich jest bez likuOd Po do Tagu — może ten zwyczaj jedynyPrzeniesie się i w inne odległe krainy,Lecz niech nigdy nie wpływa na Tamizy wody,Bo w cóżby poszły skargi, pozwy, i rozwody?
Dzieląc szacunek, jaki dla dziewictwa mamy,Przecież, niżeli panny, wolę raczéj damy.Bez przymówki dla Francji, Anglji, albo krajuJakiegobądź klimatu, prawa, obyczaju,Mniemam, że czy w kompanji, czy z mężczyzną sama,Zawsze jest przyjemniejszą od dziewicy dama —Bo oswojona z światem, już łatwiéj roztoczyWrodzone swe powaby przed zdziwionych oczy.
I mała miss jest także cudowne stworzenie,Lecz ją miesza co chwila skromne ułożenie;Tak się mieni za lada słóweczkiem, że czasemŻenuje mówiącego swoim ambarasem.
Nie wié, kiedy się rozśmiać, a kiedy zapłonić,Bojaźliwa czy trzpiotka musi ciągle gonićOczy swojéj mamuni, bo z nich ciągle czyta,Co czynić, jak odrzeknąć, gdy się kto zapyta;A kiedy zacznie mówić, to od zalęknieniaNie złoży kilku razem słów bez zająknienia.
Czyczysbéj kawalerem sługą dziś się zowie,Onto w wielkiego świata ma oznaczać mowieTego nadliczebnego niewolnika — któryDo pani tak przypięty, jako część ubrania;Jéj wolę ma za prawo, za nią się ugania,A więc ten urząd nie jest nakształt synekury!Kawaler-sługa woła lokai, karjolkiDla pani swéj sprowadza, najmuje gondolki,A kiedy z nią przebiega ulice, uliczki,Niesie szal, palatynkę, wachlarz, rękawiczki.
Mimo grzesznych mieszkańców — przecież włoskie krajeWabią mnie, bo tu słońce co dzień jasno wstaje,Bo tu lubię winnice, które nie pod muremŻyją, jak smutne mnichy w ustroniu ponurem,Ale strojne gromami, swe miłosne ręceZarzucają na drzewa, i plotą się w wieńce,Lub spływają w girlandach z gruzów pysznéj bramy,Tak śliczne, jak kulisy pięknéj melodramy,Lub opery, na którą lud się tłumnie gniecie;A po skończonym akcie, przy pysznym balecie,Wymowniejsze nad wszystkie słowa i wyrazy,Podziwia winnic Francji piękne krajobrazy.
W jesieni lubię konno wyjeżdżać wieczorem,I nie bojąc się deszczu, nie każę mym toremPośpieszać koniuszemu z karrikiem u łęku.A gdy zbłądzę w alejach cudnych, pełnych wdzięku,Ledwo przejadę, tak jest droga zawalonaWozami niosącemi słodkie winogrona,I w Anglji takaż trudność, ale zamiast winaMgła swoje czarne żagle dokoła rozpina,
Podźwigają się dymy, wznosi się kurz szary,I ogromne swe beczki wożą piwowary.
Lubię jadać na obiad nogi w galarecie,Lubię ja zachód słońca, gdy pogodném lecieTuszę, że znów zaświta nie jak lampka jaka,Lub jak mgłami powite źrenice pijaka,Lecz, że wkoło rozrzuci szaty promieniste!Niech żyją dni bez chmurek, dni jasne, dni czyste,Kiedy palić nie trzeba w Londynie latarni,W mieście, w którém dym krąży, jak gdyby w palarni.
Lubię się przysłuchiwać nieprawéj dziecinieMowy rzymskiéj — gdy słodko z ust niewieścich płynie,Jakby strumień całusów, tak szemrząc, iż zda się,Że ją piórkiem pelowém kreślą na atłasie.Każda głoska tchnie ciepłym wiatrem południowym,A żadna nie zabrzęczy odgłosem surowym,Szorstkim, twardym, zwyczajnym w angielskim języku,Który nie z słów się składa, lecz z świstu i ryku.
Lubię (a każdy memu wybaczy dziwactwu),Lubię się przypatrywać włoskiemu prostactwu,Lubię włoskie kobiety, od młodéj wieśniaczki,Któréj słońce opali różane buziaczki,A któréj wielkie, czarne i żywe źreniceMówią wiele i słodkie wróżą tajemnice;Aż do dam bielszéj cery, dumającéj twarzy,Brwi więcéj w łuk zagiętych. W ich oczach się żarzyŻycie, budzące uczuć iskrę po iskierce,Zdaje się, że na ustach wiecznie noszą serce,Że w ich oczach tak słodkich jak pogoda cicha,Świetnych, jak błękit włoski, ich dusza oddycha.
Ewo ziemskiego raju, o włoska dziewico!Rafael w twych uściskach skonał — twą źrenicąNatchniony, stwarzał niebo cudniejsze w ułudzie,Niźli je pojąć mogli i zapragnąć ludzie.
Który-ż wieszcz, lejąc myśli jako w urnę, w słowa,Na swéj lutni natchnionéj wydzwoni twą chwałęI przeszłą i obecną — gdy żyje Kanowa,By tworzyć arcydzieła wzniosie i wspaniałe!
Angljo! moja ojczyzno! ty masz wady, alePrzecież cię kocham, rzekłem, przybywszy do Kale,I nie zapomnę tego. — Lubię gadać wiele,Lubię czasami także śmiechy i wesele,Lubię nasz rząd, dzienniki, parlamentu spory,Lubię Corpus habeas na praw naszych czele,Bardziéj, niż wszystkie kłótnie i bilów rozbiory.
Byle nie nazbyt wielka niech taksa zostanie!Znoszę kamienne węgle, byle były tanie,Pije piwo, jem béf-steak, jak go Anglik jada,Lubię klima ojczyste, kiedy deszcz nie pada,Co znaczy, przez rok cały dwa miesiące prawie,Regenta, kościół, króla, co dzień błogosławię;Co dowodzi, że kocham ojczyznę wogóle,A tém samém i w każdym najmniejszym szczególe.
Nasze wojska lądowe, floty rozpuszczenie,Podatek na ubogich, izby przekształcenieI moje własne — daléj długi narodowe,Dżdżyste nasze powietrze i rozruchy owe,Które dla pokazania swobody robiemy,I bankructwa, o których w gazetach piszemy;Nieczułość kobiet — wszystkie te drobiazgi małe,Raz wybaczywszy — wielbię mego ludu chwałęŚwieżo nabytą, i choć w uwielbianiu-m skory.Wolałbym przecież, aby mniéj działały Thory.
Lecz już wróćmy do rzeczy, gdyż wszelkie zbaczanieNudzi i w czytających obudza ziewanie;Bo mimo swéj grzeczności, nasz czytelnik może,Nie dzieli mego smaku — a każdy w autorzeChce doczytać się treści — i to jest, niestety!Położenie zupełnie trudne dla poety.
Czemuż wiersz mój niepłynny, by swém słodkiém brzmieniemZachwycał czytelnika! — gdyby siostry wieszcze.Obdarzyły mnie wzniosłém i silném natchnieniem,Pisałbym epopeję i oprócz nich jeszczeSkładałbym różne wiersze, duchowne i świeckie,Opowieści syryjskie, assyryjskie, greckie;W nichbym dziwił zachodnim sentymentalizmem,Połączonym szczęśliwie wraz z orjentalizmem.
Lecz ze mnie lichy pisarz, jakiś dandy — któryZaczyna swe podróże i końcówki zbiera,Jakie pierwsze napadnie w słowniku Walkera;Jeśli to niestosowne — nie dbając na chmuryPanów krytyków, kładzie gorsze kalambury,Aby tylko wierszować. Słowo kawaleraDaję, że w podłéj prozie wolałbym pisować —Ale dziś w modzie rymy — więc trzeba rymować.
Laury z hrabią mowa, jak się czasem zdarzy,Przetrwała pół tuzina ściennych kalendarzy.Ale to nie oznacza, by wśród ciągłéj zgodyMiała upłynąć. Czasem spoglądał zazdrośnie,I dąsał się pan hrabia, co jednak ugodyNie rwało — owszem, miłość przez te kłótnie rośnie;A kochanek z pałaców, jak z pod wiejskiéj strzechyKażdy z zazdrości jakiéjś doznaje uciechy.
Lecz rzecz zważywszy, byli parą tak szczęśliwą,Jak tylko życzyć można. — Pani urodziwą,A hrabia był ognistym — ich zaś więzów kłódkiTak lekkie, iż je zrywać rzecz nie była warta,Świat ich wielki poważał — i tylko dewotkiZgorszone, modliły się, aby w ręce czartaPoszły prędzéj ich dusze. Ale djabeł przecieDługich modłów i aktów strzelistych nie sluchał,I wolał pozostawić grzeszników na świecie,By ich przykład na ziemi występki rozdmuchał.
Nasi dwaj kochankowie byli jeszcze młodzi!Ach! bo i czémże miłość bez młodzieńczéj siły!Czém młodość bez miłości — ona ją obwodziTęczą uciech i stroi w jakiś powab miły,Udziela mocy, prawdy, duszy — tak, iż trzebaPoczytać jéj przymioty za święty dar nieba.Lecz z wiekiem coraz słabszym płomieniem się pali,Bo miłość w szczupłéj bardzo mieści się granicyOwych przedmiotów, których czas nie doskonali,Dlatego warci śmiechu starzy zazdrośnicy!
Byłto właśnie karnawał — a Laura strój nowyGotowała — jak zwykło u Anglików bywać,Gdy kto idzie do Boehma na wieczór maskowy,Aby tam figurować lub się przypatrywać.Między Włoch zapustami a balem u Boema,Prócz téj tylko różnicy, innéj wcale nie ma,Iż drugi trwa noc jednę, a w Wenecji maskiSześć niedziel po ulicach wyprawiają wrzaski.
Powiedziałem, że Laura po krótkiéj toalecie,Gasiła najpiękniejsze kobiéty na świecie;Była świeża, jak anioł nowo malowanyNa drzwiach szynku — lub jako napis wyzłacanySklepu — z wierzchu powity w angielskie papiery,Aby kurzem nie zaszły błyszczące litery.
Do Ridotto pan hrabia z Laurą przybywają.Jestto sala, gdzie tańczą i gdzie wieczerzają,I po wieczerzy znowu tańczyć zaczynają.Kto wie, czyliby imię maskowego baluNie było stosowniejsze — ale mniejsza o to;Ta sala zbudowaną jest w kształcie Vauxhalu,Lecz jest mniejszą, i gości nie rozpędzi słotą,Tam świat zmieszany — przez co kawalerzy modniMówią, że tam są ludzie uwagi niegodni.
Wistocie, gdy kto powie — tam był świat zmieszanyTo znaczy, iż prócz ciebie, mój panie kochany,Prócz mnie, moich przyjaciół i czterdziestu osób,Które powitać mogę w poufały sposób,Byli tam ulicznicy, hołota, ladaco,Na których ledwie rzucą pogardliwe okoOwi wielcy panowie, zrodzeni wysoko,Nazwani pięknym światem, chociaż nie wiem za coco.
Tak idą rzeczy w Anglji, lub szły takim torem,Gdy dandowie dobrego tonu byli wzorem,Dziś tamtych orginałów inni zastępują,Tych znowu, nim przeminą, wszyscy naśladują.Niestety! jakże nagle czas swym szybkim wozemZmienia mody, traktuje i z niemi ulata,Ach! tu wszystko niestałe! tu wielkości świataUpadają miłością, wojną, nawet mrozem.
Lodowatém swém berłem wielki Bóg północy,Zwalczył Napoleona, tego syna mocy.Wstrzymany żywiołami, jak ów ziemskie liceCałujący wieloryb, wyrzucony z wody,Lub jak uczeń błądzący w nowéj gramatyce,Zdobywca miał przynajmniéj niejakie powody,Wątpić o podobieństwie takiego zdarzenia.Lecz losu nie śmiém ganić, bo im dłużéj myślę,Tém się mocniéj maluje w zdziwionym umyśle,Wielka i niepojęta siła przeznaczenia.
Ona stwarza obecne, przeszłe, przyszłe wieki,Daje los na loterją i sprawia wesele,W miłostkach lub małżeństwie. — I choć z jéj opiekiPo dziś dzień nie zebrałem jeszcze darów wiele,Jednak gardzić jéj łaską wcale się nie godzi.Nie skończyliśmy jeszcze z sobą obrachunków,A za tyle mych nieszczęść i tyle frasunkówCiekawym, czém mnie ona późniéj wynagrodzi —
Tymczasem nie chcę dłużéj nudzić téj bogini,Aż godne podziękowań łaski mi uczyni.
A przeklęte ustępy — wróćmy więc do treści!Bo czyż nigdy nie skończę zaczętéj powieści!Z każdą strofą się coraz oddalam od wątku,To nudzi — czemuż strofę wziąłem na początku,Za miarę moich wierszy? Teraz w środku pracy,Nie pora rytm odmieniać — lecz jako śpiewacy,Nucą wciąż na takt jeden wśród mszalnéj ofiary,Tak już skończę mą powieść podług jednéj miary.
A więc byli w Ridotto — tam jutro pojadę,By się trochę rozerwać — bo mam ziomków wadę,Nazwaną hipokondrją — tam może ożyjeMoja dawna wesołość, gdy zacznę dociekać,Pod którą maską piękna twarzyczka się kryje,Tak mi splen zpół godziny nie będzie dopiekać.
Laura kręci się, ciśnie w radośnym natłoku,Uśmiech igra na ustach, wdzięki błyszczą w oku,Tu się odezwie głośno, tam szepnie do ucha,To o potocznych rzeczach rozprawia i słucha,Tu poufale mówi, na upał się żali:Wnet hrabia z lemoniadą przybiega do sali,Ona pije maleńkiém łykaniem powoli;Potém staje i patrzy i gani do woliGust swoich przyjaciółek i z serca żałuje,Że w ich strojach żadnego smaku nie znajduje.
Ta ma włosy przyprawne — ta ma suknię tanią —Jaki beret szkaradny — ach! ratujcie panią,Tak blada, że zemdleje. — Jakaż parafianka —Kibić prawdziwie wiejska — ta jedwabna tkankaDosyć piękna, lecz rudnąc, na swéj cenie traci —Patrz, czém ta dama swoje muśliny zapłaci?A ta — lecz skończmy, aby nakształt królów Banka,Nie wywołać tu przeszło dwadzieścia postaci.
Ona obgadywała, lecz tym obyczajemOddawały jéj damy za swoje nawzajem.Laura słuchała mężczyzn pochwał, uwielbienia,Półgłośnych mów kończonych przez czułe westchnienia,Kiedy tymczasem damy mówiły: „O Boże!Jak tak stara kobiéta podobać się może!Ale dziś już mężczyźni tak rozpustnie żyją,Iż podłe zalotnice serca ich podbiją!“
Co do mnie, nie rozumiem jak światowe panie...Lecz wstrzymam się; niech raczéj w milczeniu zostaniePowód tak licznych zgorszeń.
Gdy Laura wszystkich czułe ściągała wejrzenia,Wśród spostrzeżeń, wyśmiewań, miłego gwarzenia,Jéj przyjaciółki różne widziały w niéj wady,I nad niemi wchodziły w poufałe rady.To ganiły jéj kibić, to dziwaczne zwroty,I tysiąc innych rzeczy; gdy tymczasem wkołoDo Laury modna młodzież czyniła zaloty,Każdy ją witał grzecznie, mówił z nią wesoło;A jeden pan szczególniéj w pośrodku natłoku,Ciągle kroki jéj śledził, wciąż ją miał na oku!
Byłto Turczyn płci płowéj jak mahoniu słoje;Laura się tém cieszyła, bo tureckie strojeKryją zazwyczaj serca czułe na kochanie,Chociaż mniéj szanujące tak jak u nas panie,Bo Turczyn, o czém nawet wspomniéć się nie godzi,Z kobiétami, jak z swojskiém bydłem się obchodzi;Kupuje jak konia, ma ich wiele w domu,I widziéć ich oprócz niego, nie wolno nikomu.Cztery żon razem pojąc, non est prohibitum,A nałożnic mu wolno trzymać ad libitum.
On je zamyka, strzeże od rana do zmroku,Ledwo im tkliwe czasem uczyni wyznanie,
A więc ich życie niéma wielkiego uroku,Stokroć się lepiéj bawią nasze piękne panie.Bledną damy tureckie zamknięte w seraju,A gdy pohańcy gwarzyć nie mają zwyczaju,Wiecznie tylko próżnują ich piękne kobiety.Umizgając się, albo siedząc u toalety.
Bronią im czytać, przeto nie mają pociechyKrytykować autorów i gromić ich grzechy;Nie pisząc, tracą wiele przyjemnéj zabawy,Nie mogąc się dobijać poetyckiéj sławy.Nie znają epigramów i nigdy na świecieNie czytają nowości w dziennikach, w gazecie,Nie słyszą o romansach, sztukach, quodlibecie.Ach! jakże piękną schizmę w cudownym haremieZrobiłyby nauki — lecz Turczynek plemięNie należy do klubu niebieskiéj pończochy.
Nie bawią ich ci starzy poeci gawędką,Którzy przez całe życie łowią sławę wędką,A ledwie drobna rybka czasem się dotykaMałego i nędznego ich sideł haczyka.Przecież ci trytonowie w przedsięwzięciu stali,Nie nudzą ich pisarze wcale doskonaliW rodzaju miernym, starych mniemań zapaleńcy,Echów echa, plotkarze, poeci młodzieńcy,Jedném słowem, ci wszyscy prawdziwi szaleńcy.
Głos ich, jakby wyroczni wzniosły i wspaniały,Chwalą głupstwa, a ganią, co godne pochwały,Brzęczą, jak rój komarów przy słońca zachodzie,Usypiają kłótniami, nudzą, gdy są w zgodzie!Syci sławy, tłómaczą dzieła z obcéj mowy,Któréj liter nie znają, także z własnéj głowyPiszą księgi, a księgi tak nędzne, mizerne,Iż wolałbym złe raczéj, niżeli tak mierne.
A więc słusznie tak wielka nienawiść urosłaKu tym autorom, cudom swojego rzemiosła.
Zdają się być w liberją szaleństwa przybrani,Pocięci scyzorykiem, atramentem zlani,Tak natrętni, zazdrośni, chciwi, podejrzliwi,Iż każdy ich unika i na nich się krzywi;Ja mam często ochotę, i toby się zdało,Policzkiem im zrumienić suchotnicze ciało.Bo wolę ja partacza, kwiat wszystkich partaczów,Niż te szczypce dymiące, tych nudnych bazgraczów.
Liczba ich nieskończona, ale są tam przecieUłożeni poeci i godni żyć w świecie,Jak Scott, Rogers, Moor, którzy oprócz swego pióra,Znają jeszcze coś więcéj, znają grzeczność, któraWszystkich ujmuje; kiedy balują tymczasemBez żadnéj przystojności z hukiem i hałasemOwi zarozumiali głupstwa jedynacy,Krzycząc: „Chodźmy, już dano herbatę na tacy!“Lecz zostawmy tych panów z siebie ucieszonych,Przy ich modnych koterjach, i paniach uczonych.
Muzułmanki nie znają tych uczonych ludzi,Których słodka rozmowa wielkie myśli budzi,Pobyt z nich choć jednego w tureckim meczecieZadziwiłby pohańców, jak dzwon w minarecie.
Turczynka nie zna wielkich dzieł metafizyka,Nie chodzi do księgarni, nie czyta dziennika,Ni sporów religijnych, moralnych powieści,Filozoficznych uwag, politycznych wieści;Nie ściska przy niéj chemik swoich sztucznych gazów,Ani malarz nie robi wystawy obrazów,Nie umie astronomji, ani botaniki,I z łaski Boga, nie zna nic matematyki.
Mój czytelnik się może zdziwi, lub zaprzeczy,Jak Bogu dzięki składać za podobne rzeczy?To fraszka, mam powody, a czytelnik z zgroząMoże się ich domyśla, ale o tém prozą
Kiedyindziéj napiszę. — Na starość, mój Boże!Człowiek jest w satyrycznym najczęściéj humorze,Jak ja teraz — choć starzec stokroć raczéj woli,Niżeli się pokłócić, naśmiać się do woli;Lecz kiedy śmiech z zmarszczonych policzków uciecze,Jeszcze większa ponurość twarz jego powlecze.
O słodka niewinności! o przeczyste mleko!I ty zbawienna wodo! wy pełne pociechyNapoje przeszłych wieków szczęśliwszych daleko!W naszych czasach, splamionych przez mordy i grzechy,Człowiek wami już nie chce ugaszać pragnienia;Aleja wam pochwalne będę nucił pienia:Boże! wróć tamte wieki, tamte powodzenia,Niech Saturn z urny losów ciągnie dawne gałki,Tymczasem za ich powrót łyknę haust gorzałki.
Turek gonił oczyma za Laury obrazem,Z więcéj chrześéjańskim niźli pogańskim wyrazem,I zdawał się wciąż poić jéj cudnym widokiem.Jeśliby kiedy duszę można urzec okiem,Lauraby już zginęła; lecz przeniewierzenieNie kaziło jéj serca, bo czuła kobietaŻywiła w swojéj duszy tak stałe płomienie,Iż ich zgasić nie mogła turecka lorneta.
Już świtało: ja radzę, by nie czekać końca,Lecz aby raczéj damy tańczące na balu,Zawinąwszy się dobrze w tyftykowym szalu,Wróciły do swych domów przed powstaniem słońca;Bo gdy służba pogasi i lampy i świéce,Przy dniu bardzo pobladną świeże kobiet lice.
Kilka uroczystości i balów widziałem,A na nich aż do końca samego zostałem;Byłem ciekawy (a w tém nic tak złego niéma),Która dama bezsenność najlepiéj wytrzyma;Widziałem tysiąc kobiet, pięknych, w wieku wiośnie,Na które można dzisiaj spoglądać miłośnie;
A tylko jednéj lica świeżością bijące,Po całodziennym balu wyzywały słońce.
Lecz téj nowéj jutrzenki wolę ukryć imię,Choćbym je mógł z łatwością wyjawić w mym rymie;Lecz osoby wymieniać, to źle — więc ciekawyNiech się uda na pierwsze w Londynie zabawy,A tam po świeżych licach, i po białém łonie,Wnet odgadnie to bóstwo w towarzyszek gronie.
Laura, która wiedziała zdawna doskonale,Że nie potrzeba czekać, aż się dzień rozbudzi,Po długim balu, wpośród trzech tysięcy ludzi,Mniemała, że wypada już opuścić salę.Hrabia z szalem na ręku, idąc przy jéj boku,Torował dla swéj lady ku drzwiom ścieżkę w tłoku,Lecz przeklęci rybacy zdala odpłynęliOd miejsca, w którym pana hrabię czekać mieli,
Równie tak nasz woźnica często czynić umie,I przyczyna taż sama, w ciągłym będąc tłumie,Ciśnieni, odpychani, z miejsca ruszyć muszą,Mimo przekleństw, któremi przechodzących głuszą;Oni tworzą melodję z kłótni, wrzasków, krzyków,Którą wciąż przyzywają swoich najemników.W Londynie na Bow-streecie więcéj jest porządku,Bo liczna straż pilnuje owego zakątku;Jednak ciągle tam słychać straszne przeklinania,Niegodne naszych uszu, ani powtarzania.
Wreszcie hrabia wraz z Laurą wsiedli do gondoli;A gdy statek po nurtach uśpionych swawoli,I roztrąca swą piersią kryształowe fale,Oni tymczasem dawne roztrząsają bale,I równają z dzisiejszym; wśród słodkiéj pustoty,Przedrwiwają ubiory, tańcujących zwroty,I honor dam szarpiące głoszą anegdoty;Laura bawiąc się z haftką długiego tużurkaPana hrabi, dumała; kiedy nagłe nawa
Przed oknami jéj domu na kanale stawa;Więc wysiadła, lecz w bramie zobaczyła Turka.
„Panie! rzekł hrabia gniewnie, pańska niespodzianaObecność przymusza mnie zapytać waćpana,Dlaczego nas tak śledzisz. Lecz dla świętéj zgodyBiorę to za omyłkę, i nie brnąc w wywody,Chcę już rzecz skończyć“. Krzyknie, i tyłem doń stanieLecz Turek rzekł: „Tu nie ma omyłek, mospanie!
„Bo jako Bóg na niebie, tak to moja żona!“Zmieniła się i zbladła Laura zadziwiona;Angielkaby zemdlała, lecz nie tak niezgrabnaW podobnych wydarzeniach jest Włoszka powabna.
Laura słowa nie rzekła, słusznie, po co? komu?Hrabia grzecznie zaprosił obcego do domu,I uśmierzył gniew jego przez ważne przyczyny:„Pójdź ze mną, mówił grzecznie, mój panie jedyny,Pójdź, bo wolniéj u siebie będziemy mówili,Pójdź, bo jakby słyszeli, wszyscyby z nas drwili,Pójdź, bo ludzie dokoła natężają ucha,By potém głosić bajki, których każdy słucha“.
Wchodzą, każą dać kawę, bo równie chrześéjaniePiją ten dobry napój, jak Turcy poganie,Chociaż różnie go robią. Już Laura wróciłaDo sił dawnych, i czule do męża mówiła:„Beppo, jak po pogańsku teraz się nazywasz?Jak ci broda urosła! no, skądże przybywasz?Czy z Ameryki, z Azji, czy z Afryki? AlePo co tak długo jeździć? — to nieładnie wcale!
„Takeś zżółkł jak w żółtaczce, mój drogi aniele.Czyś się w Turcji ożenił, czyli masz żon wiele?Czy to prawda, że one bez widelców jedzą?Że mieszkają w serajach, na poduszkach siedzą?
Jaki szal! — ty mi go dasz, mój mężu jedyny!Mówią, że muzułmanin nie jé wieprzowiny?
„Kochanku, źle ci z brodą, bo twa broda kole,Tylko ją do wieczora nosić ci pozwolę.Czemużeś jéj nie zgolił? może utrzymujesz,Że tu zimniéj jak w Turcji? jakże mnie znajdujesz?Nie prawdaż, że nie wyjdziesz, mój mężu, z pokoju,Dopóki nie odmienisz dziwacznego stroju!Bo plotkarze o tobie prawiliby dziwy.Jakże masz włosy krótkie! jużeś trochę siwy“.
Co Beppo odpowiedział, tego nie wiem wcale,To pewno, że go morskie wyrzuciły faleNa brzegi niegdyś sławne warowniami Troi,A na których tu dzisiaj zgoła nic nie stoi.Oczywiście, że zaraz został niewolnikiem;Zasługi mu płacono chlebem i pejczykiem,Aż uciekł do korsarzy sąsiedniego beja,I tam przystał za łotra, zbójcę i złodzieja.
Sturczył się i zbogacił zbójeckim zwyczajem,Lecz niesłychanie tęsknił za rodzinnym krajem.Raz będąc sam na wyspie, jak Robinson jaki,Najął hiszpańską nawę z transportem tabaki,Która do Korfu biegła, jak z depeszą poseł,Bo ją dwanaście szybko popychało wioseł.
Aż nagle u przylądka Zielonéj Nadziei,Cisza trzy dni wstrzymała kamrata złodziei.
Z Korfu na innym statku płynął z bagażami,Udawał, że był Turkiem, handlował szalami;Tak uszedł, bo gdyby lud poznał renegata,Nie wymknąłby się żywcem poczciwy brat-łata.Więc przybył do Wenecji wesoło i zdrowo,Objąć żonę, majątek, i ochrzcić się nowo.
A więc biskup go ochrzcił, dał błogosławieństwo.
Wtedy schował swe dawne szaty do tłómoka,A hrabia mu pożyczył na dzień swego fraka,Wcale modnego fraka. Choć nie był czas długi,Przyjaciele mu nieśli zewsząd swe usługi,Gorący przyjaciele, bo przy nim się grzeliSzampanem, obiadkami, a z boku się śmieli!Bo kronika powiada: że... lecz potém o tém,Bo kronika łgarz wielki, kronika nicpotém.
Jakiekolwiek koleje znosił będąc młody,Los mu za nie w przyszłości gotował nagrody,Ponieważ się zbogacił, a jego przygodyNiewyczerpaném były źródłem do rozmowy;Choć czasem Laurze grymas zawitał do głowy,On przecież nie pomyślał nigdy o rozwodzie,I z hrabią aż do śmierci żył w największéj zgodzie.Już koniec méj powieści. Czytelnikby możeRad ją wcześniéj ukończył, lecz kiedym w humorzeWesołym, i gdy zacznę raz co opowiadać,Wolę, niż się wstrzymywać, do woli nagadać.
Idzie w piękności swéj jak nocGwiaździstych sfer południa ziem,I blask i mrok, ich czar i mocŁącząc w postaci, w oku swem,Śród lubych, bladych nocy lśnień,Jakich świetniejszy nie zna dzień,Skrą więcéj, jednym cieniem mniéjMogłoby cudny wdzięk wpół śćmić,Co płynie z kruczych włosów jéjI z lic łagodnych zda się lśnić,Gdzie myśl pogodą świadczy swąJak błogiém jéj mieszkanie to.I taki spokój rysów tych,Z lic tak wymowna słodycz lśniUśmiechem, grą rumieńców swych,Iż widzisz ciąg cnotliwych dni,Duszą, co zgodą wita nas,Serce, gdzie miłość jest bez skaz!
Rozbita harfa monarchy psalmisty,Wodza nad męże, niebiosom miłego,Przez zdrój muzyki łez święcona czystyCo wlała w nią boskie tchnienie ducha swego;O płaczcie! płaczcie, niech z oczu łzy biegą.Ona, żelazne zmiękczając natury,Budziła dotąd nieznane w nich cnoty;Gdzie słuch nieczuły lub duch zimny, który
Nie wrzał z nią ogniem, nie odczuł tęsknoty?Moc Dawidowa to pieśń, nie tron złoty.Ona sławiła królów naszych czyny,Lub brzmiała hymnem ku chwale Jehowy,Radość wstrząsała góry i doliny,Wyniosłe cedry chyliły swe głowy,Aż pieśń wróciła w swój kraj lazurowy.I odtąd ton jéj dla ziemi zaginął,Chyba pobożność, lub miłość, jéj dziecię,Podniecą ducha, by skrzydła rozwinął,Zasłuchan w dźwięki z nieb, tonąc w snów świecie,O sny, co z brzaskiem dnia już nie pierzchniecie!
O, gdyby wiedziéć, że po skonie,W świecie wzniesionym nad nasz kres,Miłość namiętnie w sercach płonieI w oczach nieznających łez! —Ileż upojeń świat ów błogi,Ileby czaru miał dla dusz!Świat, gdzieby ziemskie łzy i trwogiPochłaniał blask wieczności zórz!Tak musi być: — nie samolubnąJest trwoga, co u śmierci bramKaże się życia przez toń zgubnąOstatnich ogniw chwytać nam.Wierzmy! Tam będziem się weselić,Ze źródeł wiecznych społem pić,I serce z sercem radość dzielić,I duchem w duchu wieki żyć!
Wzgórza Judei gazela dzikaPrzebiega stopy chyżemi,Wolno z każdego pić jéj ponika,Co tryska z téj świętéj ziemi:Powietrznéj stopie, dumnéj źrenicyNikt nie zakreśli granicy.Ognistsze oczy, lżejszych stóp lotyIzrael widział w swym kraju;
Stokroć cudniejsze żyły istotyW tym znikłych rozkoszy raju.Z Libanu płyną cedrów powiewy,Lecz gdzież wysmuklejsze dziewy?Szczęśliwsze palmy, co kraj ten cienią,Niż plemię Judy wygnane;Bo kiedy w ziemię raz się wkorzenią,Rosną w swéj krasie nieznane:Ani opuścić krainę drogą,Ani żyć w obcéj nie mogą.Lecz my śród obcych tracący siłyW tułactwa wieczystym znoju,Gdzie prochy ojców, gdzie ich mogiły,Nigdy nie spoczniem w pokoju:Chram w gruzach, a zaś tron nasz — o, biada!Urągowisko zasiada!
Nad nami, co nad rzeki Babilonu schniem,Których ołtarze w gruzach, zaś ojczyzna snem,Zapłaczcie, oto harfa bezstrunna się wala,A kędy Bóg nasz władał — dziś czciciel Baala,W jakiém źródle Izrael spłucze z stóp swych krew?Kiedy zabrzmi w Syonie słodki ojców śpiew?Kiedy melodje Judy serce rozweseliTych, którzy na jéj dźwięk niegdyś wzruszeniem drżeli?O ty! plemię tułacze, gdzie kres dla twych prób?Dla twych zdyszanych piersi, dla twych błędnych stóp?Gołąb gniazdo, lis norę ma — uchron dla obu —Człowiek ojczyznę swą — Izrael nic — prócz grobu.
Arabski wielbłąd błądzi po brzegach Jordanu,Na pagórkach Syonu poświęconych PanuOłtarz Baala... nawet na Synai górze!Nawet tam... a Ty, Panie? Przecz grom twój śpi w chmurze?
Tu, gdzie palec Twëj kréślił kamienne tablice!Gdzie cień Twéj chwały błysnął przed ludu źrenice!
Twój cień w purpurze ognia; — tak, cień Przedwiecznego!Bo któżby mógł żyć, Ciebie ujrzawszy samego?
O, zwróć ku nam wejrzenie w ogniach błyskawicy,Wyrwij oszczep z ciemięzcy osłabłéj prawicy:Dlugo-ż tyran Twéj ziemi deptać nie przestanie,A chram stać bez czcicieli? O Panie! O Panie!
Jeśli ojczyźnie, gdy Bogu, Panie,Śmierć moja chwały przyczynić w stanie,Jeśli zwycięstwo ślubem zdobyto?Ach uderz, ojcze, w tę pierś odkrytą!Dziewczęcych żalów nie ronią wargi,Śród wzgórz nie błądzę z rzewnemi skargi,Śmierć od cię lekka — ręce kochaneBez bólu w serce zadadzą ranę!A wierz w to — czysta krew córy twojéj,Jak myśl ostatnia, co mię tu koi,Jak prośba, aby — nim nóż pierś skrwawił —Swój głos serdeczny mi błogosławił.Na dziew solimskich zgłuchnij lamenty,Jak mąż, jak sędzia — trwaj nieugięty!Przez mię zwycięstwo dziś dał wam bój,Wolna ojczyzna i ojciec mój!Gdy krew mą — dar twój — wytoczą żyły,Gdy zaniemieje głos dziś ci miły,Ty się pamięcią swéj córy chlub,Pomnąc na uśmiech, z jakim szła w grób.
O, ty zagasła w piękności swéj kwiecie!Głaz ciężki grobu twego nie przygniecie;Ale co wiosna nad świeżą darniną,Najpierwsze w roku róże się rozwiną,I cyprys smutne gałązki rozplecie,I nad szemrzące fale lazurowe,Często w niemocy boleść skłoni głowę,A myślą tonąc w zadumie głębokiéjOdejdzie z żalem, przyciszając kroki;Szaleństwo! Zmąciż szmer te sny grobowe?
Ach, próżno płakać! Wiemy, że śmierć głuchaNie dba na boleść i skargi nie słucha;Czyż przez to skarg mniéj? lub mniéj łez żal roni?Ty sam, co mówisz mi: „zapomnij o niéj!“Zbladłeś — i twoja powieka nie sucha.
Posępny duch mój... O niech twoja rękaO struny harfy potrącić pośpieszy;Niech z pod pieszczonych palców twych piosenkaŁagodnym szmerem ucho me ucieszy.Jeśli w mém sercu tli choć skierka małaDrogich nadziei — ten dźwięk ją dobędzie;Jeśli łza jedna w tém oku została —Spłynie — i mózgu palić już nie będzie...
Lecz graj pieśń dziką, głęboką, co wzrusza,Niech pierwszy akord weselem nie brzęknie:Pomnij, minstrelu, łez żądna ma dusza,Gdy łzy nie trysną — serce moje pęknie...Ach, bo to serce zdawna bólu syte,Bezsenne, milcząc znosiło swą nędzę;Dziś czas już skończyć — niech pęknie rozbite,Albo — niech pieśni ulegnie potędze.
Płakałaś! — wielka łza świecącaBłysła na ócz twych błękicie,I zdała się jak rosa drżącaNa listkach fijołka w rozkwicie.Błysł uśmiech twój — i zgasły śćmioneSzafiry z ogniem zmiennym;Bo czyżby mogły zrównać oneŹrenicom twym promiennym?Jak słońca blask barwi obłoki,A taka barw tych krasa,Że, choć wieczorne zajdą mroki,W noc późno nie zagasa,Tak uśmiech twój — radości czystéjW głąb smutku śląc wrażenia —Zostawia odbłysk promienisty,Co serca rozpromienia.
Skończon twój dzień, lecz chwały bytDziś w pieśni się zaczyna;Przelaną krew, oręża zgrzytOjczyzna przypomina;Tryumfów blask, wolności świtWróconéj jéj przez syna!Póki w nas cześć swobody trwa,Twe imię nie zaginie!Nie wsiękła w proch krew zacna twa;Niech w żyłach naszych płynie;Niech tchnienie twe bart piersiom daTwych braci w téj krainie!Gdy z wrogiem bój będziemy wieść,To imię hasło poda!
Twą śmierć za pień swych weźmie treśćDziew naszych rzesza młoda!Zniewagą łzy, gdzie taka cześć!Skon taki — to nagroda!
„Ty, co zaklinasz cienie grobowe,Tu prorokowi stanąć każ“.„O Samuelu, wznieś z grobu głowę!Królu, oto wieszczbiarz nasz!“Otworzyła się ziemia; on stał w chmurze mgławéj:Z całuna bił blask zmienny — bledszy, to jaskrawy.Śmierć przeglądała z oczu, co się martwo szkliły,A ręka była wyschła, a uwiędłe żyły;Wycieńczone piszczele z obnażoną kościąBłyszczały zdala jakąś straszliwą białością;Z ust zwartych, z piersi żadnym nie wstrząsanéj ruchemWyszedł głos, jakby wiatru szum w podziemiu głuchem.Sauł rażony trwogą padł, w prochu się tarza,Jak dąb, kiedy grom nagły zwali puszcz mocarza.„Budzą mię? Kto śmiałek ten,Co zakłóca zmarłych sen?Tyś to, królu? Patrz na teBez krwi, skrzepłe członki me:Takim przy mnie jutro jużLegniesz ty i twoi tuż:Nim dzień jeden zdoła zbiedz,Ty z twym synem macie ledz,Żegnaj, lecz na jeden dzień,Potém wspólny grób, proch, cień...Widzę w polu wpośród ciałTy i syn pod gradem strzał;Jeszcze miecz przy boku twym,Ty w pierś własną godzisz nim;Bez głów... koron... Och padł grom...Legł król, syn, Saulów dom!...
Boje, wodzowie, w boju pańskim tym,Gdy miecz lub strzała utkwią w sercu mém,
Niech trup królewski nie cofnie was wstecz:Niech w piersiach wroga każdy topi miecz!Ty, który nosisz mój puklerz a łuk,Gdyby me hufy z pola pognał wróg,U stóp twych złóż mię niosąc krwawy cios!Dla innych bojaźń — Saul przyjmie los.Zegnajcie wszyscy, lecz ty przy mnie stój,Najmilszy z synów, dziedzicu ty mój!Świetnym dyadem, potężnym jest tron,A gdy dziś legniem — królewski to zgon!
Syt byłem władzy, mądrości, chwały,Miłości, lat młodych, siły;W czasach mych wszelkie wina kraśniały,Wdzięki pieszczotą darzyły:Serce me grzały ócz pięknych zorze,Duch miękł w rozkoszy weselnéj;Posiadłem wszystko, co świat dać może,Czego pożądać śmiertelny.
I oto szukam dnia w méj pamięciZ téj życia wędrówki długiéj,Czy mię choć jeden szczęściem nie nęci,Bym go chciał przeżyć raz drugi?Lecz gdzież dzień taki, godzina, w któréjRozkoszy gorycz nie zmąca?Każdy szmat świetnéj królów purpuryŻółć zbryzgać musi gryząca.
Sztuka, czar zaklęć polową żmijęZ szkodliwych jadów rozbroi,Lecz węża, co nam serce obwije,Jakież zaklęcie ukoi?Słowa mądrości przebrzmią bez śladu,Melodja śpiewna nie wzruszy,I wiecznie będzie czuć żądło gadu,Kto w swojéj nosi go duszy.
Gdy śmierci chłód dotknie cierpiącéj gliny,Dokąd się duch ma nieśmiertelny zwrócić,Gdy ani skon, ni ziemskie dlań dziedziny,A lichy proch musi za sobą rzucić?Czy z ciała więź odtąd wyswobodzonyPrzez nieba mknie z planety każdéj tokiem?Czy sobą świat wypełnia nieskończony,Jak gdyby był dlań wszechwidzącém okiem?Bez granic, form, — istność wieczyście młoda,Ukryta nam, lecz sama wszędzie wnika,Dojrzy i wnet pamięci wszystko poda,Co ziemia ta i niebios kraj zamyka:Najsłabszy ślad przeszłości dawno zbiegłéj,W pamięci mgłach kryjący się gdzieś mrocznie,Duchowy ten obejmie wzrok rozległy,Wszystko mu wraz przedstawi się widocznie.Nim ziemski glob mogło „Stwarzania“ dziełoZaludnić — w toń chaosu wzrok ten pada,W najdalszą głąb, gdzie niebo się poczęłoI kolej zmian rozwoju jego bada.Co przyszły czas ma zdziałać albo zniszczy,Wyzywa duch, widokiem się tym poi,Gaśnie sto słońc, tam runął świat w stos zgliszczy,A duch wciąż trwa w téj niezmienności swojéj.Nad miłość, lęk, nienawiść i nadzieje,Przeczysty on i beznamiętny wzlata:Jak ziemski rok są dlań stuleci dzieje,A nakształt mgnień migają jego lata;Wciąż naprzód! wzwyż! Przez bytów wszech odmęty,Bez skrzydeł piór unosi się w przestworze,Bez nazwy treść, pierwiastek nieujęty,Niepomny już, że śmierć gdzieś istnieć może.
Baltazar siadł na tronieWkoło satrapów tłum:Lamp tysiąc w sali płonie,Wre uczty gwar i szum.Przynoszą złote czary,Które czcił Judy syn,
Bezbożnik te puharyNapełnia płynem win.A w téjże chwili — w blaskuZajaśniał dziwny znak,Na ścianie, jak na piaskuDłoń kreśli głosek szlak:To cień samotnéj ręki,Kształt ludzkich palców był,Co jak na glinie miękkiéj,Na murze napis rył.Król dostrzegł tajemnicę,Ucisza uczty szał:I zbladło jego liceI głos mu w mowie drżał:„Niech wszystkich, ktoby wróżył,Najmędrszych w świecie zwąTłómaczyć dziw, co schmurzyłKrólewską radość mą!“Chaldejskich ziem wieszczkowieOd dawnych słyną dni;Dziś milczą — w obcéj mowieWciąż groźnie napis lśni.Babilon um głębokiSzanuje starców swych,Lecz dziś i te prorokiZawiodła bystrość ich.A wtém młodzieniec stanie,Z dalekich jeniec stron,Usłyszał rozkazanieI wróżbę pojął on.Lamp wkoło płonął wianek,On przed napisem stał;Wyczytał w noc, — a ranekŚwiadectwo wieszczbie dał:„O królu, tron się wali,Otwarty grobu loch;Tyś zważon jest na szali,A lekkiś jako proch,Całuny miast purpury,Twój namiot grobu schron;Med zbliża się pod mury,Pers twój zagarnia tron!“
Gwiazdo melancholiczna, ty, bezsennych słońce,Co przez łzy nam zdaleka ślesz swe światła drżąceI ujawniając ciemność, nie rozpraszasz cienia,O jakżeś ty podobna do szczęścia wspomnienia!
Tak świeci przeszłość nasza, to zgasłych dni zorze,Która się nam promieni, lecz grzać już nie może;Nocy pochodnio, zna cię boleść czuwająca:Widnaś, lecz ach daleko! ach, chłodna... choć lśniąca!
Jeślibym fałsz miał w sercu, jakeś mię osądził,Czyżbym od Galilei zdala wiecznie błądził?Wszak dość wyrzec się wiary, bym po wszystkie czasyStarł klątwę, którą ty zwiesz zbrodnią mojéj rasy.Jeśli złość nie zwycięża — więc pan ci łaskawy!Jeśli grzech piętnem niewoli — tyś wolny, więc prawy!Jeśli tułacze ziemscy i u nieb podwoiWyklęci — żyj w twéj wierze — ja chcę umrzéć w mojéj.Dla niéj — cokolwiek dałbyś — jam więcéj postradał,Wié to Bóg, co dopuszcza, byś ty szczęściem władał!W Jego ręku nadzieje, serce me — tyś w swojeWziął kraj, życie — bierz: przy Nim ja o to nie stoję.
Maryamno, krwawi się i miotaSerce, co twą przelało krew:W krwi zgasła mściwość, a zgryzotaI boleść zastąpiły gniew.Gdzieś ty? nie słyszysz?... Duch znikniony,Gdyby skarg gorzkich słuchać mógł,Przez ciebie byłbym rozgrzeszony,Choćby odrzucił mię sam Bóg.Więc niéma jéj? Więc zazdrośnegoMogliście szału słuchać wy?W niéj siebiem skazał ja samego:Ten mściwy miecz nademną drży.
Lecz tyś już trup, moja miłościZabita! Próżny zaklęć głos;Twój duch gdzieś w wyższych sferach gości,Gdy gardząc życiem żyć — mój los.W grobie wspólniczka méj koronyA z nią wraz szczęścia mego świat;Przez nią z pnia Judy kwiat strącony,Co dla mnie tylko kwitnął rad.Jam zbrodniarz! Dla mnie żar piekielny,Ten wiecznych zgryzot w sercu wąż;Mąk słusznych ogień nieśmiertelny,Co trawiąc wszystko sam trwa wciąż!
Z ostatnich wzgórz, skąd jeszcześ dla oka widomy,Jam patrzał, o Syonie, gdyś padł pod miecz Romy:Zaszło ostatnie słońce twe, a me spojrzenieOdbiło stosu twego pogrzebne płomienie.Szukałem twéj świątyni i méj strzechy nizkiéj,Na chwilę o niewoli zapomniałem blizkiéj;Jednom dojrzał — Przybytek twój płonął pożogą:Spojrzałem na me dłonie — skute — mścić nie mogą.Ach, z tych wzgórz — dzisiaj świadków strasznego widoku,Ileż razy na gród ten patrzałem o zmroku,Kiedy ostatnich blasków zachodu odbicieSkrzyło się na świątyni i na góry szczycie.Dziś — z tychże samych wyżyn źrenica patrzącaNie mogła dostrzedz blasków zachodniego słońca!Och, czemu mi nie zabłysł zygzag piorunowy!Czemu grom nie padł z niebios na zdobywców głowyLecz świątyni Jehowy obcy nie znieważy,Gdzie Pan miał tron — poganin nie wzniesie ołtarzy;Lud rozproszony, gnany w poniżeniu srogiem,Ciebie tylko czci, Ojcze, Tyś jeden mu Bogiem.
U wód Babilonu siedliśmy ze łzami,A ten czas okropny w pamięci nam stał,Gdy wróg, brodząc we krwi pod grodu bramamiSzturmem święte mury Jeruzalem brał,
A córy Syonu rozdzielając z nami,Śród jęków i płaczu na obczyznę gnał.Gdyśmy na prąd rzeki patrzali boleśnie,Co wolno u naszych przepływała nóg,„Śpiewajcie! — wołano — hej, gdzie wasze pieśni?“Nie, tego tryumfu nie doczeka wróg!Wprzód zbezwładnionéj dłoni ręko każda zeschnij,Nim ktoś z nas przed wrogiem harfy tknąćby mógł.Na gałęziach wierzby harfa zawieszona,O Solimo, wolnym winien być jéj ton;Jedyna pamiątka przez nas uniesionaW dniu, gdyśmy twéj chwały oglądali skon:Dziś go nie wywoła ręka ujarzmiona,I z głosem zwycięzcy nie zmiesza się on!
Jak wilk na stado — na nas przypadł syn Assura,Na jego hufach lśniły złoto i purpura,A ostrza dzid błyszczały jako w falach zorze,Gdy w noc brzeg Galilei kąpie sine morze.Liczni, jak liść, gdy lato zieleni konaryLasów, szli o zachodzie szeleszcząc sztandary,I jako liście leśne, gdy tchnie wiatr jesieni,Nazajutrz legli w prochu martwi, rozproszeni. —Bo anioł śmierci skrzydła na wichrze rozpłynął,Tchnął w oblicze najezdcy — i najezdca zginął;Zagasł wzrok wojowników, stężały powieki,Serca raz jeszcze drgnąwszy, ucichły na wieki.Patrz, tu padł rumak, nozdrze jeszcze w górę trzyma,Lecz już nie duma dawna tak mu je rozdyma;Wkoło trawę konania ubieliły piany,Chłodne jak szron na skale przez morze zraszanéj.Tam, z zmienionemi rysy wybladli żołnierze,Rosa przypadła czoła, a rdza ich pancerze;Zwinięte ich sztandary, milczące namioty,Milczy spiż trąb, rzucone pociski i groty.I słychać krzyk ogromny wdów Assura szlochu,Pokruszone bożyszcza walają się w prochu;Bez miecza moc pogańska i mnogie szeregi,Przed Twém spojrzeniem, Panie, stopniały jak śniegi.
I przeszedł duch przedemną, nocą bez zasłonyOglądałem go; świat był dokoła uśpiony;Cisza — jam tylko jeden patrzał czuwający,Na cień bez form wyraźnych, lecz boskością tchnący:Dreszcz przeszedł mi po kościach, włos wstał, ledwiem dyszał,Gdy jakoby szum wiatru takim głos usłyszał:
Azaż się sprawiedliwszym człowiek sądzi w czynach,Czystszy niż ten, co dojrzał skazy w serafinach?Mieszkańce prochu, twory z gliny ulepione —Owad je przetrwa — azaż prawsze nadeń one?Jestestwa marne, kruche, dnia mające trwanie,Niebaczne na Mądrości światło, ślepe na nie.