Scena przy strumieniu — Rozdział IV
Rozdział IV
Święte gałęzie dębowego boru,tylekroć wrzaskiem pogwałcone siekier!Wy, których skórę czas bruzdami porył!Wy, z których blizn żywiczny sok pościekał!Lasu ogromne ramiona! Porżniętena krokwie, rychło podeprzecie domy!Oto raz jeszcze piły ostrym łbem tnęmchem porośnięty pień wasz nieruchomy.
Konary! całe w brunatnych kołtunach!Sęki! płatami oblata z was łuska.W korzeni tęgo zaplecionych strunachsił płynnych potok wiecznomłody pluska.A w liściach drzemią błękitnawe chłody,a w korze śpiewy i owadów szelest.
Drzewa! Nie w hołdzie dla waszej urodyogradza puszczę rdza kłujących żelastw,nie po to chodzą gajowi po wrzosach,aby słowiki rozróżniać po głosach,lecz chodzą strzelby, wymierzone w chłopa,przez to, że leśną skradając się pustką,
mijając dworski budulec i opał,ciągnie za sobą wielką gałąź uschłą.
Drzewa! Nadejdzie czas, kiedy w koroniewaszej zaszumią liście wolnym drwalom,i nim topory was lśniące powalą,że tak padniecie, jak podcięte słonie,zanim was tartak chroboczącym zębemprzetrze na wonne, skrzypiące kawały,przedtem w olbrzymi uderzymy bębeni podzielimy puszczę na dwa działy.
Technika jedną połowę obejmie,warkną motory i żelaza szczękną.Z drugą polową w radosnym rozejmie,dla wszystkich bujne rozdrzewimy piękno!Niechaj z bukami sokora się brata,niech człowiek czerpie z nich zdrowie i szczęście...Szlachetne drzewa! Żyjcie długie latai czuprynami zielonymi trzęście!
Bywa i dzisiaj, że zakipi w borzepłomyk radości — szczery, choć matowy.Wiatr niesie z polan dziatwy głosy hożei dymy ognisk wschodzą nad parowy.W gałęziach ptactwo pazurkami świecii las jagody, gdyby perły, trwoni.A pośród harców, i sporów, i gonitw,śmieją się dzieci. Ba! nie wszystkie dzieci.
Ode skib, które kąkol pokrył,po nieznanych samotnych tropach,ku dąbrowy głębinom mokrymzamyślony podąża chłopak.
Czapkę wcisnął głęboko na oczy,głowę nisko ku ziemi zwiesił,i po mchu cichym krokiem kroczy,i zaszywa się w gęstym lesie.
Od czterech godzin Andrzej włóczył nogipo ciemnolistnych, okwitłych konwaliach,przez uroczyska, wąwozy, rozłogi,po kłodach, po korzeniach, w głąb!Jak wariat,dłonią tarł czoło i próbował twarządarni, czy miękka, i kory, czy szorstka,patrzał na chrząszcze, jak po liściu łatą,i jak niszczeje jędrna liścia cząstkai nagi świeci nerw. Od czterech godzinz płonącą głową po zieleni chodziłi pojąć nie mógł.
Najpierw były trwożnespojrzenia, pełne nieufnych światełek,potem wykrętnych odpowiedzi szereg,ubranych w słowa chłodne i ostrożne.Potem już tylko między sobą szeptem,ukrytą myślą, której nic nie wstrzyma,lub wymownymi gadali oczyma.Stali grupami. Kiedy Andrzej szedł tam,
milkła rozmowa, gasł wesoły nastrój.Tak wiatr jesienny daje znak pierzastejciżbie śpiewaków: cyt!
Coraz niechętniej,coraz wzgardliwiej, zimniej, obojętniejwitali twarz znajomą — i bez przyczynwyraźnych, może blaskiem, który mignąłw drzewach, lub ziemi głosem tajemniczymzaklęci, chłopcy, jak na dany sygnał,odsunęli się.Andrzej został w tyleusiadł i suche począł rwać badyle,bezmyślnie, potem wstał i poszedł bosow gęstwinę leśną — gdzie oczy poniosą.
Pochylają się z góry na dółsetki rdzawych klonowych rąk.Coraz więcej zgniłych mokradeł,coraz więcej bagnistych łąk.
Od tych pni, które kołtun porost,do srebrzystych i wąskich brzóz,przeskakuje ognik raz po raz,jakby wiatr lasem gwiazdę niósł.
Mrok się pogłębia, las gałęzie gmatwa.Czy to głos dzierzby? Zabłąkany promieńumiera w gęstwie i coraz ogromniejdrzew uduszonych rośnie miazga martwa.
Wylot? Nie, tylko zakręt wirydarzyleśnych, gdzie berło klon oddaje olsze.Tam głowa nurza się w burzliwsze gąszczei liście sieką, jak blachy, po twarzy,pręty kaleczą skórę i na pewnostrzępiastych spodni każdy drobny kosmykna wskroś przesiąkły jest wilgocią drzewną.W kolanach drzazgi, w ustach kory posmak,dłoń we krwi. Kiedyż objawi się ścieżka?Czy nigdy słońca wśród zielonej nocy?Głupcze! Co krzyczysz? Tutaj nikt nie mieszka,i duch ci żaden nie poda pomocy.O takich lasach, jak ten, mówią bajki,że śmierć przy każdym czatuje wykrocie,a tu wokoło — haszcze i bagniska.Oko? Na pewno dwie źrenice kocie!Ach, to jest oko niezapominajki!W blednącej gąszczy cichy szmer źródliska,niech pod stopami, a o pierś paprociejasne trącają — tak, to światło błyska!Olbrzymów leśnych potężne zwaliska,plamy wyrębów, całe w wiórów złocie,więcej tych plam.
Niebo patrzy błękitniena ziemię, która kolorami kwitnie,a tam najbarwniej kwitnie i najtłumniej,gdzie po kamieniach rozlewa się strumień.Fala strumienia dziecinno-świetlanazwalonym drzewom skacze na kolanai dalej, dalej, niby ścieżka, wiedzie
ku krzakom, które majaczą na przedzie,a za krzakami słoneczna polana.
Pośród bratków, i malw, i dziewann,w które wiosna leciutkim tchempulsującą błoń przyodziewa,i piękniejsza jest z każdym dniem,pośród pąków, i traw, i łodyg,błoni, malwom i słońcu rad,pląsa wianek tanecznic młodychi stopami potrąca kwiat.
Idą koła, wciąż dalsze i szersze,śpiew to wzleciał, to w liściach znikł.Muzykanci — borowi świerszcze —stroją skrzypce i czyszczą smyk.A flecistki — zielone żabki —z młodych listków na ziemię buch!i podniósłszy do góry łapkinaśladują tych dziewcząt ruch.
Była to szkoła, której sznur stuoki,pod wodzą wiedźmy, strojnej w czarne fioki,rankiem w pobliżu stacji się przewinął.Andrzej przyklęknął za nikłą krzewinąi, jak zaklęty, patrzał na ich skokilekkie, wężowe skręty i rozkręty.
Ostatniej doby zamęt niepojęty,wydarzeń dzikich splot, niby postaci
orszak z rozwianym, postrzępionym włosem:praca, za którą sumieniem się płaci,jazda pociągiem wśród piachów i sosen,pośród osypisk i błot; drobne twarzekolegów, słońce, Bogdan przy filarze,brzmiąca miedź własnych słów — głowa się kręci!i znowu: z Czarnym Człowiekiem spotkanie,uliczka, cienie, kroki, bluszcz na ścianie,bezsenność, duszny obłok niepamięci,tułaczka, drogi kołujące mgliście,zgubione w cieniach i zielonych światłach,i pnie szczerbate, i gałęzi natłok,a potem tylko liście, liście, liście,i krzyk w gęstwinie głuchej: wszystko razemzalało mózg jak rzeka rozszalała,nerwy stargało czerwonym żelazem,i wycieńczyło, i objadło z ciała,i krew bladymi wysączyło usty,że Andrzej stał się bezcielesny, pusty,i był jak wiotka śród pni pajęczyna,z którą przelotny wiatr igraszki wszczyna,i śmieje się z niej, i na wylot śwista:sama — bezbarwna, wątła, przezroczysta;lecz barwa ognia, godziną śródnocną,las nasycając odblaskami łuny,zamienia nitki jej w płonące struny,na których zagrać — a ptaki się ockną.
Taki był Andrzej w chwili, gdy nasiąkałurokiem, który przepływał przez serce,
i w oczach bujna odbiła się łąka,i szły źrenice naprzeciw tancerce,naprzeciw owej pierwszej baletnicy,która na sygnał starej czarownicy,kołysząc się w dzwoneczki leśne brzdąka.
Przypominasz gwiazdę zaranną,której blask pała w skroni twej,a korowód zowie cię Anną,o tancerko, wodząca rej!Czyż niemiły ci szum gałęzi,że nie dzwoni twój śmiech wśród ros?Czy cię wiedźma okrutna więzi,że po łące twój nie brzmi głos?
Czemu, póki słoneczna wędkatak wysoko nad taflą łąk,ty, jak pręt wiklinowy, giętka,stąpasz cicho i równo w krąg?Głupi dzięcioł w lesie nie stuknie,pająk dureń zapomniał snuć,kiedy w fałdy układasz suknię...Echo śpi. Ty słowem je zbudź!
Właśnie ten cichy, jedwabisty spokójłagodną wstęgą pierś Andrzeja owił,i światłem olśnił go, i czarem okuł,że aż nieswojo było Andrzejowina myśl, że wszystko to jest prawda żywa.Odwrócił głowę, rozejrzał się wokół
i — całą ciała szerokością przywarłdo krzaku.
Twarzą oparty o ciernie,wstrzymując oddech, trwał nieporuszony,i tylko pragnął, ażeby bezszmerniebiło mu serce.
Puszysty dmuchawiec,swawolnym wiatrem w krzak zawieruszony,siadł mu na ustach.
A on patrzał, patrzałna Annę, która, w promieniach się pławiąc,stała — tak blisko! że mgiełka najrzadszagęstszym welonem przykryłaby rysy,niż ta odległość mała. Mógłby dłoniązerwać we włos jej wplecione irysy,gdyby chciał. Mógłby nawet sięgnąć po niąi dotknąć haftu, co ją wpół otula,lecz nie chciał.
Czarno-złocista zazula,spod pokryw lotne wysunąwszy błony,na czoło jego spadła i z furkotemznów odleciała.
A on, urzeczony,wciąż patrzał, patrzał, i rozmyślał o tem,jak Anna może, mając taką kibić,stojąc tak cicho, ledwo drgając stopą,z powikłanego rytmu się nie wybić?
nie tańcząc, jednak tańczyć? Jakim blaskiemna palcu jej okrągły świeci opal!jaka jest w sobie szczupła, wiotka, krucha!jakie ma piękne trepki!
Nagle z wrzaskiemzerwał się. Wielka wilgotna ropuchawskoczyła mu na dłoń, z dłoni na szyję,do szyi ciałem przyssała się płaskiem,wreszcie. niezwykłym zgiełkiem przerażona,na głowę!
Krzak szeleści, serce bije,Andrzej aż skręca się w zielonym wstręcie.Wtem — czyjś okropny wzrok. To przełożona!Błysk złotych zębów. Ratuj się. kto żyje!Łamanych sęków trzask. Głuche warknięcie.Andrzej — prysk w bok! Obrócił się na pięciei pomknął w las.
Kędy bór się na północ wygiął,jeśli długo bez przerwy iść,rozpoczyna się stref a igiełi zanika pierzasty liść.
Rude pnie, w regularne rzędy,w rudym świetle rdzawy rój ciem,jakby skrzydła pożaru tędyłopotały wieczystym tchem.
Tylko świece zielonych szyszek,tylko w niebo wtopiony szczyt,jak chwiejący się w słońcu szyszaktylko wrzos, który niegdyś kwitł,
jasny mech, gdy stopy ogarnia,grzyb, pleniący się bujnie na pniach,budzą myśl, że to nie trupiarnia,lecz przyrody żyjący gmach,
W alej cienistych milczeniu głębokiemAndrzej ochłonął po niedawnym wstrząsiei krocząc równo, prędko, ścigał okiemrude wiewiórki, jak po sosnach pną sięstrącając płaty łuski.
Jeśli przedtemsamotność była nad siły ciężarem,teraz czuł Andrzej: dobrze się tak włóczyć.gdy głowa czysta, serce bije szeptemi ramię słodkim nacieczone żarem.Resztę zapomniał. Zaczynał się uczyćnowych, dotychczas niepojętych uczuć,które oddechem były i oddalą,pustką i pełnią, słabością i mocą,które, nie wiedział, skąd przyszły i po co,lecz wiedział, że są; że są — i że palą!
Przystanął. Palcem dotknął rany w drzewie,tam, gdzie się włókna splatają najmłodsze.Przyszło mu na myśl, że doprawdy nie wie,
gdzie jest, że pewno zbłądził i nie dotrzedo stacji. Ale nim w zarysach wątłychwizja kolegów szkolnych mogła powstać,ogromny smutek Andrzeja oplątał,i znów nad sercem przepłynęła posiaćAnny, jak chmurka świetlista i wiotka.
Więc dalej szedł i łamiącym się głosempytał obłoków, czy jeszcze ją spotka,i pytał wrzosów i wyniosłych sosengdzie się podziała twarz jej smutno-słodka,gdzie jedwabiste, melodyjne ciałoi głowa z czołem kwiatami obwitem?
Las milczał groźnie i niebo milczało,własnym bezbłędnym zajęte błękitem.
Tylko w pobliżu nagle, przeraźliwiezaszeleściło miażdżone igliwie,jak szelest kości, przewracanych w grobie.
Powietrze drgnęło naprężoną strunąi ciemny kontur szybko się wysunąłz drzew: to był Bogdan. Spojrzeli po sobie.