— Wiecie co! — zawołał Józio do swoich małych gości, kiedy i chłopcy i dziewczynki już się porządnie zmęczyły „ślepą babką“ i „zajączkiem“ — wymyśliłem nową grę. — Jaką? jaką? — krzyknęły razem dzieci. — A to, widzicie, siądziemy w około stołu i będziemy sobie obierali różnych sławnych ludzi, każdy podług swego imienia. To będzie taka gra w „kalendarz“. Chcecie? — Chcemy! chcemy! — zawołały dzieci. — Ale kiedy ja nie potrafię — mówił mały Janek. — No to ja za ciebie! — rzekła jego siostrzyczka, Marynia. — I będzie tak — mówił dalej Józio — że kto odrazu sam sobie obierze imiennika, to dostanie cztery orzechy, a kto nie, to nic! — No dobrze — zakrzyknęli chłopcy, a dziewczynki zaczęły szeptać między sobą i naradzać się wzajemnie. Chodziło im o to, żeby się przed chłopcami nie zawstydzić. — No, siadajmy! — zakomenderował Józio. Za chwilę dzieci siedziały przy okrągłym stole, na którym w samym środku stał talerzyk z orzechami. — Kto zaczyna? — zapytał Józio. — Ty zaczynaj, ty! — wołały dzieci, — to my zobaczymy, jak to idzie. — A no dobrze! — powiedział Józio. Poczem się trochę zamyślił, aż wreszcie podniósł głowę, spojrzał dookoła i tak mówił: — Ja jestem książę Józef Poniatowski, mam konika siwego, piękną szablę w ręku, burkę na ramieniu i biały mundur z wyłogami. We wszystkich bitwach mężnie się biłem, aż dopiero pod Lipskiem utonąłem w rzece Elstrze i tam na brzegu stoi mój pomnik. — Ha! ha! ha! — rozśmiała się Marynia. — Utonąłeś? No, to cię już niema. — Tylko bez śmieszków, bardzo proszę! — powiedział Józio. — Jak panny będą chichotały, to my się sami chłopcy bawić będziemy. Marynia się zawstydziła, a Józio tak mówił dalej: — No, zrozumieliście, jak ta gra idzie? — Zrozumieliśmy! — zawołali chłopcy. — To proszę o cztery orzechy! — Kto teraz powie? Kolej wypadła na Stasia. — Ja jestem Stanisław Żółkiewski — rzekł Staś. — Biłem się z Turkami i z Tatarstwem, aż zginąłem pod Cecorą, na cecorskiem błoniu, i tam leżał mój hełm, i Sieniawski, młody rycerz, znalazł go i piękną pieśń zaśpiewał, co się nazywa: „Duma o Żółkiewskim“. — Brawo! Brawo! Bardzo dobrze; — zawołał Józio — masz tu cztery orzeszki! Dalej! kto teraz? — Teraz kolej przyszła na małą Wandzię. Zaczerwieniła się trochę i wstając z krzesełka, rzekła: — Ja jestem Wanda, córka Krakusa, co nie chciała Niemca; wolała iść za rodaka, niż za cudzoziemca. — No i cóż więcej? — pytał Józio. Marynia pociągnęła Wandzię za fartuszek, — powiedz, żeś się utopiła w Wiśle. — Jakże ja powiem, — rzekła Wandzia, kiedy ja się nie utopiłam? — Ale to nic nie szkodzi, — przecież to zabawa. — A jak ja powiem, że się utopiłam w Wiśle, to mi już orzeszków nie dadzą? Ledwo jej tam chłopcy wyperswadowali wreszcie, poczem wzięła Wandzia orzeszki i siadła na swojem miejscu. Teraz kolej przyszła na jej braciszka, któremu też Staś było na imię. — No i cóż teraz zrobisz, — zapytał go Józio, — kiedy już Żółkiewski zabrany! Ale Staś wcale się tem nie stropił. — Wielkie rzeczy! — odrzekł spokojnie — niby to już więcej Stanisławów dzielnych nie było. — No, ciekawym! — zawołał Józio. A Staś tak mówił: — Ja nie jestem żaden rycerz, ale mnie wszyscy i tak znają! Jestem Stanisław Jachowicz, co bajki pisał dla dzieci i był opiekunem sierotek. Zawstydził się Józio i nic się już nie odezwał, bo mu to wcale na myśl nie przyszło, że oprócz rycerzy są jeszcze inni ludzie godni pamięci; a że kolej była na Jadwinkę, więc się podniosła i rzekła: — Ja jestem Jadwiga, wnuczka Kazimierza Wielkiego, co zaślubiła Jagiełłę dla dobra swego ludu. — Masz orzeszki swoje, kochana królowo! A teraz ty Adasiu! Adaś zamyślił się bardzo, a potem zarumienił się, powstał i rzekł: — Ja sobie Adama Mickiewicza obieram, co napisał wiele pięknych wierszy, i ja umiem nawet na pamięć ten jego wiersz, który się tak zaczyna:
— Wiemy, wiemy! — zawołały dzieci. — Masz dzielnego imiennika! — dodał Józio — może już nie chcesz orzeszków? — Ale! — rzekł Adaś, i wyciągnął rękę po swoję czwórkę. — No kto teraz? — pytały dzieci. — Teraz Janek! teraz Janek! Janek odchrząknął, podniósł się i tak mówił: — Ja sobie obieram Jana III Sobieskiego, co zbił Turków pod Wiedniem! — A to zuch! — zawołał Józio — toś sobie dobrze obrał! Naści twoje orzeszki. A teraz Basia! — Ja jestem Barbara Radziwiłłówna, żona Zygmunta Augusta, co ją otruła zła Bona! — Oj! toś ty biedna, kiedy cię otruła Bona — ubolewał żartobliwie Józio. — Na, masz orzeszki, pociesz się! Basia się rozśmiała. — No, a ty Bolek czem jesteś? — Ja jestem Bolesław Chrobry! Żebyście to sobie pamiętali, że Chrobry a nie Śmiały, bo ja tego Śmiałego nie lubię, kiedy on taki, że Stanisława Szczepanowskiego, biskupa, zabił. A Chrobry to wcale co innego, i ja go sobie obieram, bo był dzielny król i wódz. — To dobrze! — rzekł Józio. — Siadaj mój Chrobry! Masz tu zdobycz wojenną, — dodał, przysuwając mu cztery orzeszki. — A Hela czem jest? Ale Hela spała, trzymając lalkę na kolanach. — Dajcie jej pokój — zawołał Jaś — ona jest od dworaków opuszczona Helena, w stroju niedbałym. Dzieci zaczęły się śmiać. — Dobrze! dobrze! — wołały — „I trzyma syna u łona, co go zowią Leszkiem Białym“. Przysunęli przed małą Helę cztery orzeszki, ale jej nie budzili. Niech tam sobie śpi maleństwo. — Teraz ty Piotruś, czem jesteś? — Czem jestem? — odpowiedział Piotruś — otóżto właśnie, że się nie mogę zdecydować, czy jestem Piotr Dunin, co siedmdziesiąt kościołów wystawił, czy też Piotr Skarga? — Już ja ci radzę, bądź lepiej Skargą — przemówił Józio. — Widziałem ja Skargę na obrazie Matejki i powiadam wam, że to był dzielny bardzo człowiek. — No, to dobrze! jestem Piotr Skarga, który był kaznodzieją i wielu słuchaczy do dobrego pobudził. — Mieczek śpisz? kolej na ciebie! — zawołał Józio. A Mieczek na to: — Wcale nie śpię. Ja sobie obieram Napoleona, cesarza. — A co znów! Ale nie można! — zawołały dzieci. — Dlaczego nie można? — pytał Mieczek. — Bo tobie na imię jest Mieczysław, i musisz sobie Mieczysława obrać — odpowiedział Józio. — Ja nie chcę! — rzekł Mieczek. — Ja wolę być Napoleonem! Ja tam nic o Mieczysławie nie wiem! — Tak! — zawołał Józio. — No, to ja za ciebie powiem, ale orzeszków nie dostaniesz. Wstał z krzesła, wyciągnął rękę i tak mówił: — Słuchajcie chłopcy i wy panny! To jest Mieczysław Gnuśny, któremu się nie chciało widać nic czytać, kiedy nie wie o Mieczysławie I, który ożenił się z księżniczką czeską, Dąbrówką i chrześciaństwo do Polski wprowadził. On chce zostać Napoleonem, obcych zna a swoich nie zna! Wstyd! Wstyd! Gnuśny! Gnuśny! — Wstyd, wstyd! — zawołały dzieci, a Mieszek spuścił oczy pod stół. Józio tymczasem wziął cztery orzechy i tak mówił: — Te orzeszki za Mieszka biorę dla małego Antosia od stróża. Zgoda? — Zgoda, zgoda! Masz i moje — rzekł Janek. — A teraz kolej na ciebie, Marcyś. Marcyś powstał, ściągnął brwi, jakby z bólu i rzekł: — Ja jestem Marcin Kącki, który odebrał Turkom Kamieniec Podolski i kiedy basza, dowódca turecki, wszedłszy do lochu, gdzie był skład prochu, chciał się zemścić i rzucił płonący lont na beczkę prochu, by tym sposobem wysadzić w powietrze całe miasto i pogrzebać w gruzach siebie, Kąckiego i tysiące ludzi, wtedy Kącki chwycił czemprędzej ten żarzący się lont, położył go sobie na dłoni i dopóty trzymał, dopóki ten całkiem nie zgorzał, a chociaż sobie rękę okrutnie poparzył, to nawet brwi z bólu nie zmarszczył! Ale fortecę i tysiące ludzi ocalił! — Wiwat! Marcyś — zawołał Józio — dzielny z ciebie chłopiec. — Maryniu! a ty co? — zapytał potem starszej dziewczynki, która dotąd milczała. — Ja jestem Marya Malczewskiego — rzekła podnosząc główkę. — Ale co znowu! Przecież to tak się nazywa książka, ale nie osoba — zawołał Józio. — To do niczego! to na nic! — Jak sobie chcecie! A ja powiadam, że jestem, to jestem. — No cóż, chłopcy? Dać orzechów czy nie dać? — pytał Józio. — Ja tam orzeszków nie potrzebuję — rzekła Marynia z dumą. — Jestem Maryą Malczewskiego i basta! — No to już sobie bądź! A jaka jesteś, z obrazkami czy też bez obrazków? — żartował Józio. Zaczerwieniła się Marynia i nic nie odpowiedziała, tylko odwróciła główkę do okna; była obrażona. — No to i koniec! — zawołał Józio. — Zaczęło się od ludzi, a skończyło na książce. Wtem wszedł stary Mikołaj i rzekł: — Niech panicze i panienki idą na herbatę; pani prosi. — Mikołaju! Mikołaju! — krzyknął Józio. — A Mikołaj czem jest? Stary Mikołaj nie dosłyszał. — Co panicz mówi takiego? — zapytał Mikołaj. — A to mówię: czem Mikołaj jest? — O nibyto panicz nie wie, czem jestem! Stary Mikołaj jestem i już! — On jest Mikołaj Kopernik! On największy z nas wszystkich, najsławniejszy człowiek! — zawołał Adaś. — On odkrył i dowiódł, że nie słońce około ziemi, ale ziemia około słońca się obraca. — Jakto? Jakto? — zapytały dzieci. — Ja wam tego tak dobrze wytłómaczyć nie potrafię — rzekł Adaś — ale pójdziemy do taty, to on nam to powie. I poszli. Jeśli i wy jesteście ciekawe, kochane dzieci, jak to było, to idźcie także do swego taty, a on wam to wytłómaczy.