Bez dachu (Konopnicka, 1915)
Noc się podniosła, cała w mgłach i bieli,I srebrnem tchnieniem owiała stolicęI brylantowych iskier błyskawiceRoztliła w śniegów pościeli.Kto miał ognisko własne i ramiona,Co go czekały, jak pieszczot ponęta,Mówił do nocy tej: »Błogosławiona!«Kto nie miał, mówił: »Przeklęta!«A takich głosów było, ach! — tysiące...A wszystkie z zimna i zwątpienia drżące,A wszystkie dziwnie przeraźliwe w ciszy...O gwiazdy, czy Bóg je słyszy?Patrzycie, blade, i ja patrzę, blada;Wicher się zrywa, śnieg zawiewa drogę...O gwiazdy, jeśli która odpowiada,Ja was dosłyszeć nie mogę!...
O nocy srebrna! O nocy, królowo!Ty masz żelazne dla nędzarzy berło...A mglistą szronów zasłonę nad głowąSpinasz zastygłych łez perłą...O nocy! czyliż gwiazd twych jasnych z niebaPragnie ta ciżba, wybladła i skrzepła?Przez litość, słuchaj! Wszak oni chcą chlebaI tylko troszeczkę ciepła!
Ach! gdybym była tobą, o królowo!Największy brylant, co w lazurach świeci,Dałabym nędznym w tę zamieć śniegowąNa chleb i ogień dla dzieci...I wiem, że niebo nie byłoby bledsze,Gdyby za jedną tę gwiazdę w błękicieJasne źrenice, gdzie znów wskrzesło życie,Świeciły łzami w powietrze...O nocy! Cicha idziesz, lodowata,Nad czołem twojem skrzy śniegów korona,A twoja srebrna, ciężka, długa szataCałunem jest — dla miljona!
Przed bramą, w której płonęły latarnie,Stanął chłopczyna w tę mroźną zawieję...Biedny! on myślał, że mur go przygarnie,Że go ten kamień ogrzeje...Lecz stróż drzwi zamknął na rygle... I narazŁzy się dziecięce, jak perły, rozsnuły...— »Gotów tu zmarznąć, a potem ambaras...Policja... śledztwo... cyrkuły!«Chłopczyna odszedł, płacząc. Tam w oddali,Widać świątyni granitowe mury...A ponad nimi mgła bladych opali,A wyżej lodowe chmuryI krzyż. Sierota uklęknął przed progiem.W powietrzu szronów latały djamenty...Chciał wejść, lecz kościół szczelnie był zamkniętyRazem z litością i z Bogiem.Ach! gdyby Chrystus tu przebywał z nami,Wiem, żeby chodził ciemnemi nocamiI zbierał głodnych, zziębniętych nędzarzyI tulił u swych ołtarzy.
Skostniałe dziecię szklanemi oczymaPatrzyło w niebo, gdzie mleczna lśni droga;
Chciało się skarżyć, lecz matki już nie ma,Mówiło zatem do Boga:— »Ojcze nasz«... Jakto, o synu królewski!Ojca twojego narody zwą Bogiem,A ty, wpatrzony w ten pałac niebieski,Konasz, bez dachu, za progiem?»Ojcze nasz« mówisz... a czyim ty bratem?Czy tych, co w zbytku umarłą tkwią dusząI głośnym pełnych puharów wiwatemGasnące jęki twe głuszą?»Ojcze nasz!...« Boże, czy słyszysz to dziecię,Co usta z nędzy zbielałe otwiera?Ach! ono wierzy, żeś ojcem mu przecie,I z wiarą taką umiera!
Dziecię mówiło pacierz... mgła srebrzystaZ tchnieniem ust jego lekko się rozwiała,Zrazu gorętsza i błękitno-biała,Później — dziwnie przezroczysta,Wreszcie zanikła. W pół otwarte wargiPrzestały szeptać modlitwy i skargi...Wobec ciemnego, milczącego gmachuDziecię skonało bez dachu.