Bój z kirasyerami
Szarpie wąsa Dybicz blady,Aż zakrzyknął: — Niema rady!Tak stupajcie Kirasyery,Na te Lachy — bohatery!
A były to tęgie chłopy,Sławne w bojach Europy.Co w Paryżu postawiliPierwsi ciężkie swoje stopy!
Na ogromnych koniach siedzą,Miecz katowski u rzemieni,Pierś pod blachą, kask z piórami,Nazwa ich: »Niezwyciężeni«.
Mayendorf ten pułk prowadzi...Trąby ryczą już pobudkę,A żołnierze z pełnej kadzi,Na ochotę piją wódkę.
Jakże runie ta konnicaZ dzikim wrzaskiem w nasze roty!Przełamały KirasyeryPierwszą linję nam piechoty.
Przełamały, powaliły,Już na drugą tłum ten bieży...A stał na niej major Kicki,Z batalionem swych żołnierzy.
Mężnem czołem ich przyjmuje,I na dziesięć kroków puści.Aż zakrzyknie: — Ognia razem! —Świsną kule z luf czeluści.
Bije piorun po piorunie,Huczą strzały, ogień smali,Aż z zakutych blachą koni,Żelazne się chłopstwo wali.
Jęczy ziemia pod ciężarem,Lecą kaski i z mieczami,A pułkownik Kicki z bokuWpada na nich z hułanami.
Dwustu przeszło tych olbrzymówWzięli nasi tam w niewolęReszta trupem zawaliłaTej pamiętnej walki pole.
Kilku ledwo się urwało,Na swych koniach pędzą wronych.— Jenerale! — Niema pułku!Niema już »Niezwyciężonych!«