Damnata — całość

Maria Konopnicka (1842–1910)

Umarłych płaczę... Na wielkich dni grobie,Jak brzoza stoję we łzach i w żałobie,Którą mi nosić, o życie, po tobie!Kości na polu szeroko bieleją,Duchy się niosą wichrową zawieją,Zraniony orzeł nademną kracze,Umarłych płaczę.

Płaczę minionych i ludzi i rzeczy,Płaczę proporców z wiedeńskiej odsieczy,I trąb Dnieprowych, i szczęków i mieczy.I wiem, że na świat nie wrócą się oneCzasy pradawne, w mogiłach uśpione,Że ani wy ich, ni ja — nie obaczę...Umarłych płaczę.

Do każdej trumny, do każdej mogiłyPoszło pod ziemię coś z pędu i z siłySkrzydeł tych, co nas po świecie nosiły.

Pod kurhanami, pod tarczą gdzieś rdzawąŚpi to, co było i życiem i sławą,A coraz rzadziej w dno trumny kołacze...Umarłych płaczę.

Rozjęczał się, rozkołysał na Wawelu spiż...Do ćmy krzyżów przybył jeszcze jeden czarny krzyż.Jeszcze jeden wzniósł ramiona nad smętną dziedziną,Gdzie mniej coraz blasków słońca, a chmury wciąż płyną.

Z dróg tułaczych, z krwawych ścieżek oto wraca jużTen, co z nami brał w pierś gromy wszystkich naszych burz.Wraca oto uciszony oną wielką ciszą,Których duchy praojcowe synów swych kołyszą.

Już otarty z jego czoła bożych rabów znój,Dobiegł mety biegu swego, przebojował bój,Przebojował dnie młodości i swe zeszłe lata,Została mu domowina, ta dębowa chata...

W cudzej stronie ją ciosano, z cudzych, zimnych drew,Na sen w niej go nie utulił miły, bratni śpiew...Na pierś brakło grudki ziemi z rodzinnej krainy,Nie żegnał go brzeg wiślany, nie żegnał step siny.

Wichrem pomsty go pędziła obca, twarda dłoń,Jako Syn Człowieczy, nie miał, gdzieby złożył skroń...Dziś powraca po swą schedę do tej matki ziemi,Co obdziela dzieci swoje grobami cichemi.

Opłakaneż to dziedzictwo, opłakany dział!Wyleciały ptaki młode, nakształt złotych strzał,Wyleciały z gniazda w słońce, ponad czarne chmury,A wróciły z krwawą piersią, z złamanemi pióry.

Oj! ty ziemio, ty sieroto, przebogata w kir!Pękły struny szczerozłote twoich srebrnych lir,Pękły serca, które tobie śpiewały i biły,Ludzie w tobie pomaleli, porosły mogiły!

O! ty ziemio, o, ty wdowo, przebogata w łzy!Wskroś twych łanów i kurhanów idą sine mgły,We mgłach płyną duchy smętne i duchy tułacze,Wiatr niedoli je pogania, i jęczy i płacze...

A z czemże my wyjdziem, bracia, na swej ziemi próg,Witać tego, co nam wraca z tak dalekich dróg?Jak uczcimy, jak przyjmiemy Starej Baśni piewcę,Karmiciela myśli naszych, uczuć naszych siewcę?

Nie rozkwitły wiosną kwiaty wpośród czarnych pól,Pieśń zgłuszyły jęki dzwonów i zadławił ból...W ciszy stoim wobec ducha, co idzie z tej trumny,My — pochodnie zagaszone, strzaskane kolumny.

O! zaszumcie, gęste bory, w pogrzebowy chór,O! zapłaczcie, rzeki płaczki, co pijecie z chmur,

O! posypcie łzami, rosy, na ojczyste groby,O! ściśnijcie wy się, dłonie, w tym domu żałoby!...................

Rozjęczał się, rozkołysał na Wawelu spiż...W ziemi grobów przybył jeszcze jeden czarny krzyż,Jeszcze jeden wzniósł ramiona nad smętną krainą,Gdzie mniej coraz blasków słońca, a chmury wciąż płyną!

Śpijcie, śpijcie w głuchem poluPobielałe kości!Kto powraca w dom sierocy,Ginie od żałości.

Wyniszczona, wygorzała,Stara wasza strzecha...Z ognisk waszych — ani iskry,Z pieśni — ani echa.

Wyrąbane wasze wrota,Znieważone progi,Rozniósł wicher dobro waszeNa rozstajne drogi.

Rozniósł wicher dobro wasze,Złotą waszą dolę...Zarodziło piołunamiSiane przez was pole.

Pogorzkniały słodkie miodyI białe kołacze,Ponad starem gniazdem waszemKruk nocami kracze...

Zmąciły się jasne zdroje,Płynące do morza,Pospadały gwiazdy z nieba,Pociemniała zorza.

Ranki idą i przechodząBez słońca dla duszy,Wybujały chwasty dzikie,W pustce tej a głuszy...

Oj, wie dobrze ziemia-matka,Wie dobrze mogiła,Czemu was tak, na sen wieczny,Cicho utuliła...

Wiedzą o tem bujne deszcze,Wiedzą białe rosy,Czemu płaczą i żalejąNad wami niebiosy...

I te wichry rozełkane,I te czarne tucze,Co nad chatą waszą wieją,Jako skrzydła krucze.

............Śpijcie, śpijcie w głuchem poluPobielałe kości!Kto powraca w dom sierocy,Ginie od żałości.

Śpijcie! Na grobach waszych żaden anioł jeszczeW słonecznej zbroi,Z hasłem, co w trupich próchnach budzi życia dreszcze,Anioł, o którym zdawna prorokują wieszcze,Nie stoi.

Śpijcie! Tan Galilejczyk, co wskrzesza ŁazarzaŚciągnięciem ręki,Jeszcze się trumnom waszym otwierać nie każe,Jeszcze się na wiekowe nie puścił cmentarze,Na pola męki.

Jeszcze gwiazda zaranna, kto wie, jak daleka,I trzecia zorza...Jeszcze ta, co od wieków przez ziemię przeciekaŁez naszych i krwi naszej spłynąć musi rzeka,Do morza.

Słowy mnie swemi namaścił zdaleka,Jakoby święte wylawszy oliwyNa czoło moje, ten pieśniarz, co czekaOparty o swój kij pątniczy, krzywy,Aż łódź tułacza odbije się z brzega,Do ostatniego, cichego noclega.

A sam, pośpieszny będąc w drogi one,Patrzył komuby swą lirę zostawił,I pieśni, jako gołębie uśpione...A zaś mnie jasną ręką błogosławił,I rzucił na mnie przebłogie swe blaski,I zdał dziedzictwo miłości i łaski.

Słowy mnie swemi namaścił do pieśni,I struny zładził na sercu mem drżącem,Jako ci ślepce, co chodzą boleśniPo sinym stepie, po polu grającem

Od ech, a ręce na srebrnych piołunachNad mogiłami kładą, jak na strunach.

Aż one zioła gorzkie i żałosneZłotą się gędźbą rozbrzęczą po stepie,I poczną wróżyć kurhanom tym wiosnę,I szum obudzą w wyschniętym czerepie,I kość obwieją na stepie spróchniałąEchem, co niegdyś na szpiku jej grało.

Jako na skałach siedzący orłowie,Wypatrzył lot mój pierzchliwy i niski,I tchu mi dostał, i mocy w swem słowie,I sam się mienić począł w różne błyski,By mnie nauczył, jak z piersi snuć zorze,I wielkie światła jutrzenne a boże.

I pióra zjeżył siwe, i pod pióryPiersi pokazał zczerniałe i krwawe,A zaś się lotem wyniósł, i wskroś chmuryPrzebił na wielką świetlistą kurzawę,I uczył brać się do słońca od ziemi,Bez jęku, skrzydły bijący krwawemi.

I rzekł mi: „W ogniach świętych jesteś oto —Idź, a świeć, bym się na ciebie nie żalił”I dziwną ducha swojego robotą,W jasny mnie płomień objął i zapalił.I wiem, że już mi w ogniach onych chodzić,I żyć płomieniem — i płomienie rodzić.

A nie z rozkoszy próżnej, ni z uciechyTo gorejące wzięłam namaszczenie:

Bo rzadkie w pieśni ziemi tej uśmiechy,A ciężą na niej popioły i cienieRzeczy pomarłych, a praca to srogaŚpiewać, gdy w piersiach jest ucisk i trwoga...

Ale mi czynić trzeba, co duch zdarzy,A iść za głośnym od mogił podmuchemKu jutrzni onej, co na dzień się żarzy,I za tym wielkim, żórawim łańcuchemPióreczkiem lecieć porwanem od ziemi,Z piosenką cichą i łzami srebrnemi...

Gdy sądy Boże, jak wichry, powstały,By kości nasze rozmiatać po świecie,Sierocy sztandar wielkości i chwałyBóg oddał w ręce poecie.

Wziął go wieszcz, w blaskach słonecznych rozwinął,Jako ofiary i nadziei znamię,Ściągnął nad ludem potężne swe ramięI jak wódz — na duchy skinął.

Poczuł się w sobie hufiec rozproszonyPo krwawych ziemi całej polach bitwy;Pieśń się zerwała nad łany Koron,Nad puszcze sinej w mgłach Litwy.

I w serce ludu szukając oddźwięku,Wiązała w klęskach potargane struny,Nawykłe zdawna do klątwy, bez jęku,Kiedy w nie biły pioruny.

Długośmy byli jak lutnia strzaskann,Niezdolna wydać nic więcej, prócz zgrzytu,Na której wichry od rana do ranaTargały ciszę błękitu.

Długo my byli jak trup porzucony,Co się nocami przebudza cichemiI idzie, bladym upiorem wskrzeszony,By ssać krew własnej swej zemi.

Aż tknięci słowem nieśmiertelnem mistrza,Hymn my ofiary podnieśli z mogiły...Odtąd harmonia wciąż czystsza i czystszaWzmaga nam ducha i siły.

Wieszcz wskrzesił serce narodu, mdlejąceW marnych wysiłkach śmiertelnej rozpaczy.On dla rozbitów, dla nędznych tułaczy,Był — jako ziemia i słońce.

On z pieśni swojej uczynił ogniskoObozu duchów, przy którem się grzejeNaród zmartwiały, nim zorza zadnieje,Bóg wie... daleko czy blizko.

Pn z pieśni swojej uczynił nam hasło,Po którem, bracia, na duchów strażnicyPoznać się możem, nad ziemią zagasłąW martwej zwątpienia ciemnicy.

On nam z niej słowa uczynił pacierza,Hymn narodowy nadziei i wiary,

Puhar krzepiący i arkę przymierza,Co strzeże duchów ofiary.

Jak zawołanie wspólnego nam rodu,Pieśń jego poszła po całej tej ziemiI była chlebem wśród suszy i głodu,Zdrojami była żywemi.

A budząc sennych z długiego uśpienia,Jak blask poranny, co bije wskróś powiek,Dla zbrodni — była okrzykiem sumienia,Dla słabych — hasłem: tyś człowiek!

Drżący ją starzec powtarzał o świcie,Patrząc w słoneczność wschodzącej jutrzenki;Dusza młodzieńcza swój zapał i życieZ jednej czerpała piosenki.

Pieśń ta uwiła królewski dyadem,W którym, łez naszych zabłysły kropelkiNad czołem dumnem, spokojnem, choć bladem,Kobiety-obywatelki.

I zarzuciła płaszcz drogi, utkanyZ żywej, tajemnych uczuć naszych przędzy,Na ziemię ojców, na krwawe jej ranyNa nagość i wstyd jej nędzy.

Gdy biła w skrzydła anielskie nad ludemNawet bluźnierca uginał kolana,A w oku jego wzbierała jak cudemŁza wrząca, dawno nieznana.

O bracia moi! ja wam nie uczynięKrzywdy, wołając o pomnik Adama!Wiem, że ta ziemia poruszy się samaI wyda z siebie świątynię.

Wiem, że się zwiną puszcze starej LitwyNa wieniec godny śpiewaka swojego,Wiem, że z ich szumem, jak z głosem modlitwyRzeki do morza pobiegą.

Wiem, że zniesiemy rękami własnemi,Z nad brzegów Niemna i z równin Korony,Choćby po grudce ojczystych pól ziemiTemu, co czuł za miliony!

Ojcze! Słyszycie jak UkrainaHuka, a klaszcze, a woła syna?Jak ohukują głosem kurhany:— A gdzie nasz śpiewak? A gdzie wybrany?

Czym mu nie dała nad stepem mocy?Ciszy w poranek, harf srebrnych w nocy?Czym nie karmiła kwieciem, a mlekiem?I starej sławy echem dalekiem?

Czylim nie przędła z blasków miesiącaStrun, w które dumka serdeczna trąca?Czylim nie tchnęła w teorban ducha?Czy Dniepr mój siny pieśni nie słucha?

Rusałkiż moje nie dosyć wdzięczne?Nie dość-że ciche noce miesięczne?Nie dość-że złota słomiana strzecha,Czy brakło w stepie na rozhuk echa?

Cóż to, że wzgardził swobodą naszą?Ej, czary ty mu zadałaś, Laszo!Ty mi uniosłaś na łzy, gorycze,Prześpiewne ptaszę moje słowicze!

Ej, czary ty mu zadałaś! OtoGwiazdy mi mdleją długą tęsknotą,Za owych dumek i szumu rojem,Co się w powietrzu goniły mojem.

Pod Iwanową step buja głuchy,Po nocach tęsknią praojców duchy,A bezdziedziczna i zapomniana,Rdzawieje we łzach geśla Bojana.

Roś i Rosowa milkną, ej, głuchną!Z hetmańskich mogił sypie się próchno,A nie masz, nie ma rozbudzić komuŻycia w sierocym i pustym domu!

Gdzież to mój śpiewak?”....Ojcze słyszycie?Uderzcie w struny! Tchnijcie w nasz życie,Niechaj „podzwonim” słabi i mali,Ku wielkim ojcom w szable ze stali!

Pomiędzy zmierzchem naszym a świtem,„Most kalinowy” rzućcie błękitem,I niechaj po nim kroki grzmiącemi,Do obiecanej lud wejdzie ziemi!

Na Ukrainie i na Koronie,Jako na strunach połóżcie dłonie,Niech burzą duchów zagrzmi pieśń nowa,Aż jej dwa morza podadzą słowa.

Grzmijcie nam w struny śpiew Tyrteusza,Co martwym wskrzesza, co zimnych wzrusza,Niechaj poczuje naród, że jeszczeWiodą go w chwałę lutnie i wiersze.

Modliły się dziś echowe kolumny,Łkaniem swych piersi i ech swoich płaczem,Do archanioła, co stoi u trumny,Tego, który tu w życiu był tułaczemI odszedł, gdzie go wiodła smętna gwiazda,Domostwa szukać i wiecznego gniazda.

A usta, które tam w ciszy pałały,Jak pała ogień stłumiony popiołem,Rzekły: Dopókiż, archaniele biały,W grobowcach mieszkać będziesz, bladem czołemJako umarły księżyc świecąc ziemi,Cichy, nakryty skrzydły przebitemi?

Oto już harfy, które cię płakały,Zmilkły, jak orły uśpione na chmurach,I wytracone są z kołczanów strzały,Które duch ciskał, na złotych się piórach

Pieśni unosząc... Z serc sypie się próchno...Maluczko leszcze, a wichry nas zdmuchną.

Oto już słowik, co wołał: „Cezara!”W gotyckich sklepień obłąkał się ciemnie,Oto przedświtu budząca się mara,Jutrzenki złote rozpala daremnie,Oto Irydyon sny przespał złowieszcze,A ty nie wznosisz skrzydeł? Ty śpisz jeszcze?O zmiłuj ty się i nie daj żałowaćTym, co umarłej oddali swe życie,Nie daj im ducha zwątpieniem zepsować,Ale im ukaż tę zorzę w błękicie,Co ma, po wiekach, zajaśnieć nadzieją...O zmiłuj ty się, bo serca nam mdleją!............

Lecz wkoło była cisza. Żadne ustaPłonącym owym nie dały odzewu.A wielka nawa ostygła i pusta,Podobna była umarłemu drzewu,Na którem umilkł śpiew i ptasie szmery,A śmierć zeń ciosa cicho deski cztery.

Pozdrowione bądźcie pieśnią,Pozdrowione sercem, słowy,Dawnych wieków skryte pleśnią,Sławne mury Częstochowy!

Jeszcze tutaj błądzą maryW noc miesięczną po tym szańcu;Jeszcze tu Kordecki starySzablę dzierży przy różańcu.

Jeszcze tutaj wierzyć chce sięW moc nadziemską, w siłę cudu,Co to kule nawstecz niesie,I ochrania piersi ludu...

Jeszcze śni się on Czarniecki,Dusza twarda a przejrzysta...I pancerny rój szlachecki,Co na żołdzie był u Chrysta...

Jeszcze śnią się naprzemianyWielkie chwile, wielkie męże,Ten Puławski, te Barszczany,I te boje i oręże...

I on płaszcz z błękitów cały,Tej Hetmanki silnej ręki,Przed którą tu działa drżały,Przygwożdżone za paszczęki...

I duch jakiś mocny bijeOd tych wierzyc, baszt, kamieni....Bo tu wielka przeszłość żyje,Której żadne dziś — nie zmieni.

A więc nieśmy hołdy swoje,Przed ten ołtarz narodowy!Pieśń też musi mieć swą zbrojęZ skarbca starej Częstochowy!

Ona też jest z tej załogi,Której Boża moc hetmani!Jej tez walczyć, nie znać trwogi,Na usługach miłej pani.

Bo i ona w tej żołnierceNiepoślednim chce być ciurą:Jej zdobywać ludzkie serce,Jej ton swojski trzymać górą...

Gdy ojczyste niesie słowo,Gdy przebiega miasta, wioski,

Niech jej piersi strzeże zdrowo,Sławny ryngraf częstochowski.

Po tę siłę, po tę miarę,Przyszliśmy tu słabi, smutni...Błogosławcie mury stareNaszej pieśni, naszej Lutni!

Wielkim jest naród ten, w pośród któregoDuch wiecznie żywy przebywa,A ziemia, którą synowie jej strzegąNazwana będzie szczęśliwa.

Wy ducha tego zbudzili, Czechowie,Gdy w sen zapadał głęboki,Wy byt narodu oparli na słowie,Jako na zrębie opoki.

Gdy blasków słońca zabrakło tej ziemi,Co was zrodziła w boleści,Wy ją ogrzali piersiami własnemi,Wy ją wrócili do cześci!

Więc Was pozdrawiam, ja, dziecię krainy,Która nam równie jest drogą,Choć jej w niedoli, i córki i synyNic dziś, prócz łez, dać nie mogą.

Był czas, nim słońce nad nami zagasło,Że w całej naszej ziemicyRwały się orły do lotu, na hasłoBogarodzicy Dziewicy.

Od was my mieli tę pieśń uskrzydloną,Której potęga i siła,Nad naszą Litwą, nad naszą Koroną,Sztandar zwycięztwa nosiła.

Więc przez to hasło, co chrobrych rycerzyKrzepiło w chłodzie i głodzie,Przez tę moc ducha, co ufa i mierzy,Bądź pozdrowiony, Narodzie!

Idzie czas, w którym nie ramię olbrzyma,Lecz żywych duchów potęgaBędzie tą siłą, co ludy utrzyma,Bratne plemiona posprzęga.

Idzie czas, w którym wśród burz i zawiei,Nim świt zwycięży noc mroczną,Po jednej wierze, i jednej nadzieiLudy poznawać się poczną.

Dziś, kiedy dłonie z gorącem uściskiem,Jak bracia podajem sobie,Gdy nam tak wiele jest wspólnem i bliskiem,W miłości, w pracy, w żałobie, —

Przed trybunałem najwyższym stuleci,Genjusze obu narodów

Zanoszą skargę, co w błękit gdzieś leci,Do nowych świtów i wschodów.

Krwią my związani braterstwa i ducha,W wspólnej nadziei i wierze,Jako ogniwa jednego łańcucha,Zawrzyjmy z sobą przymierze.

I pójdźmy razem, gdzie czeka nas droga,Na której ludy przyszłości,Nic nie żądają od dziejów i Boga,Prócz jednej — sprawiedliwości.

Odpłynąłeś nam za morze,Za dwoiste morze!Za to jedno tu, na ziemi,Za to drugie — boże.

A na jednem fale biją,Wicher po niem lata,A na drugiem wielka cisza,Cisza z po za świata.

A na jednem, w blaskach słońca,Łódź się rankiem chwieje,A na drugiem — noc wieczysta,Co nigdy nie dnieje.

A na jednem w maszty białeBujny wiatr podzwania,A na drugiem — czarny żagielWiecznego rozstania.

A na jednem serca biją,Łza powieki mroczy,A na drugiem — pielgrzym cichyMa zamknięte oczy.

A to jedno, w ciszy nawet,Pełne głuchej wojny,A to drugie, nawet w burzy,Ocean spokojny.

A to jedno grób twój dzieliOd rodzinnej ziemi,A to drugie łączy ciebieZ duchami bratniemi.

............

Bywaj! Bywaj pożegnany,Miły nasz tułaczu,Na tych obu morzach, gorżkichOd ludzkiego płaczu!

Oj czemu ta Wisła, ta biała,Do morza wciąż płynie, a płynie?Oj czemu to serce, to smutne,Od żalu się krwawi i ginie?

Oj płynie ta Wisła, ta biała,Bo łzami wzbierają jej wody...Oj krwawi się serce to smutne,Bo nie zna wolności, swobody!

W pole, w pole, po padole,Buja sokół siwy.Kiedyż tobie wzejdzie zorza,Kraju nieszczęśliwy!

Zapłonęła, zagorzała,Jutrzenka na niebie,Wschodzi, wschodzi złote słonko,Ale nie dla ciebie.

Wschodzi słonko, wschodzi złote,Kalinowa zorza,A nad tobą nocka ciemna,Od morza do morza.

Jeśli nasza dobra dolaPod ziemią leży,Przeorajmy wszystkie pola,Na zagon świeży.

Nie szukali my od wiekaSrebra ni złota,Lecz za dolą, to człowiekaChwyta tęsknota.

Po pradziadach my dziedziceObjęli długi,Przecież stać nas na płużyce,Stać nas na pługi.

Stańmy tylko wszyscy razemW polu otwartem,I obliczmy się z żelazem,I z jego hartem.

Potem idźmy w imię bożeNa czarną rolę,A kto orze, ten wyorzeSwą dobrą dolę!

A choć ty się, ziemio,Kwieciem rozkwieciła,Powiadają ludzie,Żeś ty jest mogiła...Oj wyrosły kwiatyZ prochu naszych kościA ten, kto je zerwie,Zapłacze z żałości.

A choć ty się, ziemio,Lasami odziała,Powiadają ludzie,Żeś ty czarna cała...Stoi las w zadumie,Szum idzie po lesie,Wiatr od stepu leci,Jęk daleki niesie.

A choć ty się, ziemio,Wysrebrzasz zdrojami,

Powiadają ludzie,Że ty płyniesz łzami...Oj, padały rosyNa tę bujną trawę,A nie były jasne,Ale były krwawe.

Dobre słowo, dobrą wieść,Radabym wam, bracia, nieść,Jak skowronek ponad poleWzlatać, śpiewać lepszą dolę,Lepszą dolę, jasne dnie...Lecz mam w oku łzę.

U tych znanych stojąc bram,Pozdrowienie daję wam!Pieśń nadziei, uśmiech błogiNieśćbym rada w wasze progi,Wzbudzić w sercach bratni dźwięk...Lecz mam w piersiach jęk.

Na dzień jeden i na noc,Miećbym chciała cudu moc.Zimne duchy zapłomienić,Żywych porwać, słabych zmienić,Posiew jutra siać wśród pól...Lecz mam w duszy ból.

Ach, niejeden bo już rok,Zamiast słońca dał nam mrok,I niejedna pieśń nadzieiZmilkła, zgłuchła wśród zawiei,Wśród zawiei srogich burzZmilkły pieśni zórz!

............Śniło mi się na zorzę,Na samiutkie świtanie,Że po łąkach szedł anioł,W prostej, zgrzebnej sukmanie.

A miał nogi on bose,Na koszuli len szary.A okrutną niósł kosę,I z grabliskiem do pary.

Jak najtęższy dąb w lesie,Taką ci miał urodę,I zahuczał jak wicher:„Będziem mieli pogodę”.

I tak przeszedł przez pola,Jak ta jasność co błyska,A precz wołał ku chatom,— „A wstawajcie, ludziska!”

Aż tu kupa narodu,Na gościniec się wali...Ja za kosę ze ściany,Kosa ogniem się pali.

— A co kosić będziewa, —Pyta jeden, to drugi,— Czy ten łężek pod lasem?Czy ten spłacheć od strugi?

A on precz nas prowadziProściusieńko na słońce,Co już weszło nad ziemię,W złotych zorzach grające.

Aż w tę jasność, w tę złotą,Poszedł naród ów cały,Tylko krzywe się kosy,W onym blasku migały.

I wsiąknęli w tę cichośćW jutrzenkowe to granie...A sen miałem na zorzę,Na samiutkie świtanie.

Warszawo, Warszawo, ty czerwienny grodzie!Obrano cię niegdyś królową w narodzie.Nie obrano ciebie dla twojej urody,Jeno dla tej Wisły, dla tej Białej wody...Jeno dla tej starej mazowieckiej ziemi,Co cię kołysała szumami leśnemi...

Kołysała ciebie, do snu ci śpiewała:„Rośnij ty mi, grodzie, wysoko jak skała...Wysoko jak skała, co w nią biją faleNa brzeg rzucające skrwawione korale...Rośnij mi do słońca, daleko za chmury,Kędy orły lecą srebrzystemi pióry”...

Wiatr się górą nosi, po gałęziach chodzi,Zorza co dziś zgasła, znowu rankiem wschodzi...Na polanie stoi stary dąb pochyły,Co wyrósł przed wieki z piastowej mogiły...Na polanie stoi, drobnym liściem chwieje,W szumach opowiada twoje dawne dzieje.

Hej nie było tobie jasnej gwiazdy w niebie,Ani jasnej doli nie było dla ciebie!Na granicie Wawel — na piasku Warszawa,Nad tą modrą Wisłą świeci tęcza krwawa...Nad tą modrą Wisłą jaskółki latają,Gubią w wodzie piórka — że gniazda nie mają!

Ziemio, matko stara, mazowiecka niwo!Bądźże miastu twemu chlebem swym życzliwą!Dębie ty piastowy, pieśniarzu żałośny,Niechże go twe szumy budzą każdej wiosny!Siłę niechaj bierze z kłosów swojej ziemi...Serce niechaj karmi pieśniami staremi!

A co ty nam niesiesz z drogi,Stara nasza Wisło,Że nad tobą wichrów tyle,Tyle chmur zawisło?

Jeśli idziesz od Karpatów,Co pod śniegiem stoją,Czemuż to nas fale twojeMętną wodą poją?...

Jeśli idziesz od Krakowa,Jako krakowianka,Czemu w tęsknych szumach płyniesz,Bez pieśni, bez wianka?

............

O! jak smętno jest ptaszynie,Gdy nad grobem leci...O! jak smętno matce Wiśle,Gdy się skarżą dzieci...

Zerwały się orły z gniazdaWysoko od ziemi —Pomąciły białe śniegiSkrzydłami czarnemi...

Wyschły kwiaty na dolinie,Podlewane łzami,Burza pieśni zagłuszyłaMroźnemi wichrami...

Więc dziś mętne moje wodyPrzez te pola niosę,I zabieram z czarnej roliGorżką, krwawą rosę...

Więc do morza z skargą idę,Zasmucona, cicha,Za mną płaczą jasne zdroje,I ta ziemia wzdycha...

...............„Lecz błagam, niechaj żywi nie tracą nadziei“.SŁOWACKI.

Groby wy nasze, ojczyste groby,Wy życia pełne mogiły!Wy nie ołtarzem próżnej żałoby,Lecz twierdzą siły.

Nie z jękiem marnym, nie z westchnieniamiNie z pustym echem pacierzy,Ale z płonącem sercem przed wamiStać nam należy.

Bo zakładniki wyście przed niebem,Które Bóg wybrał wśród gminu,Że się znów kiedyś przełamiem chlebemPieśni i czynu.

I na dalekich tułaczych drogachSypał nam Pan te kurhany,By pielgrzym tęskny na cudzych progachMiał znak podany.

Bo jak drużyna chrobra zwycięża,Gdy sztandar wzlata jej ptakiem,Tak pogrobowiec rośnie na męża,Pod mogił znakiem.

I tak przyjmuje ziemia ta czarnaOne popioły a kości,Jako złotego posiewu ziarna,Na plon przyszłości.

Więc choć jest teraz jako step nagi,Zamarła z końca do końca,Niechaj nie tracą żywi odwagi,Czekając słońca.

Im noc trwa dłużej, tem bliższe słońce,Tem bliższe błogie zaranie...Z grobów się ozwie lutnia dźwięcząca,Żywa pieśń wstanie.

I od mogiły aż do mogiłyPrzeleci jako płomienie,I zbudzi w grobach drzemiące siły,Rozproszy cienie.

I jako sztandar ziemią powieje,I zbudzi serca do bicia...Niechaj więc żywi mają nadzieję,Niech strzegą — życia!

........................

Po zeschłym liściu wiatr cichy trąca,Smętne się echa niosą...A ja na grobach — brzoza płacząca,A łzy mi lecą rosą...

Zaszeptały, zaszumiałyDrzewa w tęskny chór...Przewiał wicher, tułacz stary,Przez ten ciemny bór.Nieobeschłym, dawnym płaczemNabrzmiewają tucze,Płyną chmury ponad chatą,Jako skrzydła krucze...O Dziady! Dziady!

Zakipiały sine tonie,Zamącił się zdrój...Niesie Wisła aż do morzaStary smutek swój.Niesie Wisła aż do morzaStare swoje żale,Z jękiem biją w chatę nasząJej tułacze fale...O Dziady! Dziady!

Osamiały, opuściałyDługie szlaki pól,Leci przez nie jęk stłumiony,Wieje przez nie ból.Gorżki plon wydały siewyWe łzach padające,Wyorane kości białeSuszy na nich słońce.O dziady! Dziady!

Zatrzeszczały, zaświerkałyNa ognisku skry.Dym gryzący od powałyDobył z oczu łzy.Dym gryzący chatę nasząOczernił żałobą,Nie obaczym, nie dojrzymySłońca ponad sobą.O Dziady! Dziady!

Garść ziemi wezmę i klęknę u progaCmentarnej bramy w dniu onym żałoby,I wołać będę: o, proście wy BogaO wielkie groby!

O, proście Boga nie o te mogiły,Co je bluszcz stroi a kwiecie oplata,Lecz coby synom i wnukom się śniłyPrzez długie lata!

Proście wy Boga o takie kurhany,Na których orły siadają i kraczą,A wicher po nich, jękami przewiany,Błądzi tułaczo.

O takie groby proście, nad któremiSine się gwiazdy słaniają i bledną,Z których przechodzeń na pierś bierze ziemi,Choć grudkę jedną.

O polny kamień, o piasek pod głowę,O pacierz świerków, o brzóz białych cienie,O szumy lasów, o pieśni zbożowe,O pól westchnienia.

Proście wy Boga o takie mogiły,Które łez nie chcą, ni skarg, ni żałości,Lecz dają sercom moc czynu, zdrój siły,I żar miłości.

I nie o marmur w napisy poryty,I nie o jasne z palmami anioły,Lecz proście Boga o wolne błękityNad swemi czoły.

Niech polna pliszka tam napój swój bierze,Niechaj was zieleń obrośnie piołunów,Ale niech matki poszyją szkaplerzeZ waszych całunów.

O proście Boga o łzy rannej rosy,O serc bijących dzwon głośny a żywy,O pieśń skowronka, co leci w niebiosyZ nad żytniej niwy.

Niechaj o grobach waszych mówią starce,Chromą na kuli opierając nogę,I niech to chłopię, co gra na fujarce,Wie do nich drogę...

Zawcześnie dla nas zmartwychwstałeś Panie!Bo nam to trzecie nie wzeszło zaranie,Co ponad groby jutrzenki rozściela;A jest żywota hasłem i wesela.

Jeszcze nas zewsząd otacza noc głucha,Całun nam więzi i ciała i ducha,A przy tej czarnej mogilnej pieczarze,Snu wiekowego strzegąc — stoją straże.

Tyś nam ich jeszcze nie przeraził Chryste,Powracający, jak słońce ogniste,Jeszcze orężem o pierś naszą wsparty,Wróg niespokojne odprawia tu warty.

Zawcześnie dla nas zmartwychwstałeś Boże!Bo nam nie błysły cudowne te zorze,Co wysrebrzają grobowe kamienie,I umęczonym piersiom dają tchnienie.

Jeszcze się dźwignąć nie może ta głowa,Którą nam gałęź zraniła cierniowa;Jeszcze do życia nie wznoszą się ręce,Przebite gwoźdźmi w krzyżowej swej męce.

Jeszcze się w gwiazdy nie błysły nam rany,Jeszcze się krwawi grzbiet srodze smagany,A twarz z ślin wzgardy obeschnąć nie może...Zawcześnie dla nas zmartwychwstałeś Boże!

Nad polem naszem słoneczna tarcz złota,Którą zczerniałą widziała Golgota,Dotąd nam stoi w wiekowym zaćmieniu,Dotąd czuć ziemię w przestrachu i drżeniu.

Nad polem naszem czerwone miesiące,Na chmurach leżą, jak sierpy krwawiące,A po mogiłach, co jęczą w żałości,Zdawna umarłe ruszają się kości.

Pod błękitami, wśród tego zaćmieniaBraterstwa ludów i ludów sumienia,Tkwi jeszcze krzyż nasz i ziemię przerażaCieniem owego krwawego cmentarza...

Jeszcze nad nami urąga się tłuszcza,Jeszcze nas Bóg nasz i Ojciec opuszczaI krzyk zwątpienia słychać i wołanie:Zawcześnie dla nas zmartwychwstałeś Panie!

W pragnieniu ducha trucizną pojeni,Z sercem, co za cel służyło ościeni,

Krwi oddajemy i życia ostatek,Wśród jęku ziemi i synów i matek.

A tam o szatę naszą całodzianąLos skrwawionemi dłońmi pomiotanoI rozdzielono to, co było bliźnie,I co się jednem czuło w tej ojczyźnie.

O to się jeszcze targ sprośny odbywa,Dłoń krzywdzicieli wyciąga się chciwa,Temu po morze i temu po morze...Zawcześnie dla nas zmartwychwstałeś Boże!

Jeszcze nie zeszli ci jaśni, ci biali,Których dłoń głaz nam grobowy odwali,Jeszcze nie zeszedł do naszej ciemnicyDuch, który bije jak grom błyskawicy.

Noc przeminęła, i ciężka, i długa,I dzień mogilny przeszedł i noc druga...I znowu ranek i znów wielkie cienie,A nas jutrzenne nie budzą promienie!

I smutno wkoło — i ziemia bez duchaTchów wskrzeszających pożąda, a słucha,Kiedyż się słońcem wyzłocą otchłanie?...Zawcześnie dla nas zmartwychwstałeś Panie!

Mówili w Galilei,Że wstanie trzeciej zorzy...Od żalu, od nadziei,Tak serce sobą trwoży,Iż stoję tu chwiejąca,Jak palma i jak trzcina,A wiatr mnie o pierś trąca,I głowę mi ugina...

Jak łań wyszczuta z kniei,Tak biegłam z łoża mego...Mówili w Galilei,Że wstanie dnia trzeciego.

Zroszone moje włosyWiatr z winnic oto targa.W powietrzu słychać głosy,To radość w nich, to skarga.

Lecz w głosów tych zawiei,Ach, nie ma, nie ma jego!...Mówili w Galilei,Ze wstanie dnia trzeciego.

Wiosenny grom! Wiosenny grom!Wiosenna błyskawica!O, przyjdzie koniec waszym łzom,Jest świata obietnica.

O, przyjdzie koniec waszych trwóg,Struchlałe wstaną kości,I wrócą się ze swoich dróg,Co poszli ztąd w żałości.

Ten wielki, czarny, smętny grób,On wyda z siebie życie.Przetrzyma dobę ciężkich próbI pęknie na rozświcie.

I wyjdzie z niego blask i wońI duch świeżości pełny,I wniebowstępną wzniesie dłoń,Na srebrnych chmurek wełny.

I wyjdzie z niego żywa moc,W przejasnej, skrawej bieliI skończy się na ziemi noc,I dzień się zaweseli.

I zmilknie płacz i zmilknie jęk,Co w niebo z Ramy bijeI zgłuchnie tych łańcuchów brzęk,Co wasze cisną szyje.

I wyjdzie z niego ognia wiew,Jak wichrem świat przewieje,Wysuszy łzy, wysuszy krew,W pierś waszą tchnie nadzieje.

I wyjdzie z niego nowy znakBraterstwa i pogody.I zrównoważy szalę wag,Co ważą tu narody.

I wyjdzie z niego w dół i w zwyż,Poranne słońce złote,I uczczon będzie, kto swój krzyżNiósł cichy na Golgotę.

I wyjdzie z niego błysk i grom,I wstrząśnie świat ten cały...Bo nie jest wiecznym żaden domZ tych, co na grobach stały.

I nie jest wiecznym żaden grób,Co w drodze życia leży.A ten jest z niebem ziemi ślub,A szczęśliw, kto weń wierzy!

Tak mi się czasem wydaje, o Chryste,Że nie tam kędyś daleko, za morzem,Aleś tu u nas, miał drogi cierniste,I żeś tu naszem przechodził się zbożem,Puszczając palce po harfie tych kłosów,Co mają ludzki jęk i echa głosów.

I że tu w którejś z chat naszych, o Panie,Gdzie przez tułaczy wytarte są progi,Był twój wieczernik smętny i rozstanie,I chleb łamany z braćmi, i te trwogi,By słów ostatnich nie wydały ściany,I pożegnania kielich — krwią nalany.

I zdaje mi się, że te nasze sosny,Te brzozy białe, szumiące wśród niwy,To był ogrojec twej męki żałosny,To były twoje miesięczne oliwy,I że tej nocy twój pot kapał krwawyNa leśne zioła nasze i na trawy.

I zdaje mi się, żeś tu był pojmany,W pęta zakuty i sieczon u słupa...Bo tak mi, Chryste, znajome twe rany,I siność twoja, i katów twych kupa,I świst rzemieni, co krają, jak nożem, —Że to nie mogło być gdzieś tam, za morzem!

I wiem, że tutaj, na miedzy, wśród drogi,U jakiejś starej, zapadłej mogiły,Wyrość musiały te ciernie i głogi,Które w twą głowę bolesną się wpiły —Bo żadne inne tak ranić nie mogą,Jak te, co rosną tu, nad naszą drogą!

I to wiem, Panie, żeś tu kędyś blizko,Pod krzyżem upadł na nasze ściernisko,I żeś krwią swoją tę ziemię zakrwawił,I obraz na niej swej męki zostawił, —I patrzę nieraz na pola te pusteJako na ową z Jeruzalem chustę.

I widzę we mgle śnieżystej zdaleka,Z twarzą znędzniałą, z łachmanem na grzbiecie,Pochylonego ku ziemi człowieka,Którego wielki krzyż śmiertelnie gniecie,I wiem, że to jest Cyrenejczyk ChrystaA resztę mgła mi kryje, mgła śnieżysta.

I wiem, i czuję, że tu jest Golgota,Gdzieś był do krzyża przybity, o Panie!Bo nie jest nigdzie tak ciężka tęsknota,I takie blasków słonecznych konanie,

I taka żałość, i tak do ostatkaNigdzie przy krzyżu syna nie trwa matka.

I zdaje mi się, żeś tu wyrzekł słowa:„Eli, Eloi, lamma sabbathani?“Że tu z ramienia zwisnęła ci głowa,I żeś tu skonał i zszedł do otchłani,Gdzie wszystko chwili wybawienia czeka,Od polnych głazów, do serca człowieka.

I zdaje mi się, że tu leżysz w grobie,Który jest ciężkim zawalon kamieniem,I że straż pilna czyni się przy tobie...Ale ja czekam z tęsknotą i drżeniem,Bo wiem, i czuję, że tu też, o Panie,W dniu trzecim będzie twoje zmartwychwstanie!

Zawsze ja będę błogosławić ciebie,O nowa zorzo na pochmurnem niebieSmętnych okręgów żywota!Zawsze ja wyjdę na próg naszej chaty,Pieśnią cię witać, o gościu skrzydlaty,O jutrznio złota!

Krótką ty jesteś i przelotną chwilką,Jednym porywem i westchnieniem tylko,Do przyszłych dni ideału;Lecz kto zdrętwiały żyć musi w ciemnicy,Temu jest słońcem jasność błyskawicy,Moment zapału.

Raz w rok — jak mało! A przecież — jak wiele!Dłoń mi podajcie, drodzy przyjaciele,Którzy czujecie wraz ze mną!Jutrznia, co błyska nad ziemią uśpioną,Niechaj nie będzie dla ducha straconą,Ani daremną!

Przez jeden moment tak wiele czuć można!W płomień wybucha iskierka ta trwożna,Co w piersi tajemnie tleje...W sercu się wzmaga na rok cały bicie,Nowem ogniskiem zajmuje się życie,Krzewią nadzieje.

Ach, gdyby co rok, przez jedną godzinę,Ludzie się w bratnią łączyli drużynę,W wspólne ogniwa łańcucha,I czuli razem swój ból, choć przez chwilę,Ileżby życiu przybyło na sile,Na mocy ducha!

Więc zawsze będę błogosławić ciebie,O nowa zorzo na pochmurnem niebieSmętnych okręgów żywota!Zawsze ja wyjdę na próg naszej chatyPieśnią cię witać, o gościu skrzydlaty,O jutrznio złota!

Wszystkoś nam przyniósł o roku miniony,Co czas tej smętnej ziemi przynieść może.Ranek twój wstawał różami spłoniony,Twe noce miały gwiaździste zasłony,I ciche zorze.

Nad głową twoją paliło się słońce,Lato szło w pole na zbóż grając lutni;Miałeś skowronki nadzieją dzwoniące,Przecież, gdyś zwinął już skrzydeł swych końceOdchodzim smutni.

Odchodzim smutni i patrzym po niebie,Gdzie lecisz w zmierzchy zachodu, jak ptacy,Jakbyśmy wiosny nie wzięli od ciebie,I głodni byli po zbóż twoich chlebie,Po naszej pracy.

I tak się skarżym i tak nam sieroco,I takie smętne podnoszą się głosy,

Jakby nie było w twe ranki wstać pocoJakbyś nie dawał cichego snu nocą,Ni gwiazd, ni rosy.

O, boś nie przyniósł tej żywej, tej wody,Co martwe serca pobudza do bicia,Boś nam nie przyniósł o roku, pogody,Co w piękny owoc zamienia kwiat młody,Siły — ni życia!

Dziś w nowe brzaski i w nowych dni zorze,Bez uniesienia patrzymy i wiary.I cóż — pytamy, ten rok przynieść możeTym, co w swej doli rozbitej amforze,Kwas niosą stary?

Nie przeto jednak zapieram cię w pieśni,O złota jutrznio nad ziemią żałoby!Aleśmy słabi, znużeni, boleśni,Ale nam duchy przetrawia rdza pleśni,Wrastamy w groby.

Niechaj więc spojrzy na nas Bóg w błękicie,I niech przypomni, żeśmy także syny!Niechaj nas ze snu przebudzi o świcie,Niech piersiom serca, a sercom da życie.A życiu — czyny!

Bóg dla naszego łaskaw był narodu,I w dzieje nasze, jak wątek ich długi,W gorżki nasz kielich życiowej dosługiPrzysączał — choć kroplę miodu.

Owej kruszwickiej sadyby i chatyNie strzegły mury, ni wały dokoła,Ale na grzędzie pachniały tam kwiaty,I złota brzęczała pszczoła.

Miodem wznoszono rozgłośne toasty,Na które odzew dwa morza dać miały,Gdy białe orły skrzydłami powiały,A na tron wstąpiły Piasty.

Miód pijał Chrobry, gdy Niemca bił wroga,Miodem się krzepił lud cały wśród boju.A kiedy tęcza zabłysła pokoju,Szły białe woski dla Boga.

Miodem swe serce król chłopków weselił,Kiedy spojrzawszy na polskich niw łany,

Z goryczą widział jak kraj się rozdzielił,Na lud krzywdzony — i pany.

A gdy się bratnie złączyły narodyW imię miłości, ojczyzny i wiary,Litewski lipiec zaszumiał tam stary,I białe kowieńskie miody.

Miód pił Batory, pił i Jan z Tarnowa,Pił go pod Wiedniem bohater Jan Trzeci.I była Polska po tym miodzie zdrowaPrzez pasmo długich stuleci.

Dziś ul ojczysty obsiadły szerszenie,Kwiatów mniej coraz, i te kwitną smutnie,A pszczół lechickich dobytek i mienieZjadają obce nam trutnie.

Lecz Bóg i teraz łaskaw na nas przecieI dla pociechy, dla życia osłody,Garść dzielnych ludzi zostawił na świecie,Co garną z niw polskich miody.

Dalej, a dalej, a naprzód do mety!Stoicie w progu pięknego zawodu.W gorżki zdrój życia, niech dłoń nam kobietyPrzysączy — choć kroplę miodu!

Ślepa matka kądziel przędzie,Kądziel przędzie, nici mota...— „Wyjrzyj, wyjrzyj, synku miły,Przede progi, przede wrota.

Wyjrzyj, synku, na wschód słońca,Czy nie świeci gwiazda owa,Szczeromodra owa gwiazda,Betlejemska, Trzejkrólowa”.

— „A jakże ją poznam, matko,Pośród innych gwiazd tysiąca,Co się palą nocką jasną,Na wschód chaty, na wschód słońca”?

— „Poznasz ci ją, synku miły,Poznasz ci ją zaraz po tem,Że nad chatą, gdzie syn wdowi,Najrzęsistszem sypie złotem.

„Poznasz ci ją po jasnościNad gwiazdami, nad wszystkiemi,Że tam świeci najogniściej,Gdzie najczarniej jest na ziemi.

Poznasz ci ją, że się paliNad polami, jakby żywa,Dziw do człeka nie przemówi,Taka w sobie żałośliwa!

Czekam ja jej roczek cały,Boć ci już dochodzą lata,Żebyś pierwszy ją obaczył,Kiedy wzejdzie na kraj świata.

Bo ta gwiazda jest pomocna,Na wszelakiej dobrej doli...Żeby mi cię nie pognaliOd tej chaty, od tej roli.

Żeby mi cię nie pognaliNa dalekie, krwawe drogi...Wyjrzyj, wyjrzyj, synku miły,Przede wrota, przede progi!

Na góreczkę wyleć pędem,Gdzie ta wierzba, ta pochyła,A prościutko patrzaj w niebo,Żeby mi cię obświeciła”...............

„Widać, widać, matuleńko!Na wschód chaty, na wschód słońca

Stoi wielka jasność boża,Stoi gwiazda gorejąca.

Jako smolna głownia jarzy,Ogniem wije, niby żmiją,Aż patrzący włosy wstają,Aż psy wszystkie we wsi wyją.

Okrutna się od niej miotłaNad chałupą naszą wali...Jużci musi betlejemska,Kiedy się tak tęgo pali!

Wyleciałem na góreczkę,Gdzie ta wierzba, ta pochyła,I prościuśko w nią patrzyłem,Żeby mnie wam obświeciła!”

— „Nieszczęśliważ dola moja!Nieszczęśliwa moja głowa!Oj, wyjrzała na cię gwiazda,Ale nie ta, Trzejkrólowa!

Oj, wyjrzała na cię gwiazda,Co w dalekie pędzi kraje,Co chleb we łzach żywym macza,A grób cudzy kościom daje...

Oj, wyjrzała na cię gwiazda,Co ma oczy urokliwe,Oj, walą się od niej chaty,Oj, walą się płoty krzywe.

Oj, płyną ci od niej zdroje,Krwią serdeczną za tułaczem,Oj, zawodzą pod nią pola,Wielkim jękiem, ciężkim płaczem

Oj, truchleje od niej serce,Oj, więdnieje młoda głowa...Obświeciła mi cię gwiazda,Ale nie ta Trzejkrólowa!............

Zagasł ogień na kominie,Stoi w oknie miotła złota,Ślepa matka głową trzęsie,Ani przędzie, ani mota...

Jest-ci to ziemia omdlała i czarna,Ale w niej drzemie barw cudnych tysiące.I kwiatów życia złożone w niej ziarna,Nim przyjdzie słońce...Ty tylko pieśnią jej łono zagrzewaj...O mów! O śpiewaj!

Jest-ci to ziemia i wyschła i pusta,Ale w niej bije żywota zdrój świeży,I rzesz spragnionych napoi on usta,I szumem wielkim ku morzu pobieży.Ty tylko pieśnią, jak wichrem powiewaj...O mów! O śpiewaj!

Jest-ci ta ziemia bezpłodna i głucha,Ale ma soki w swem łonie żywiące,Co dadzą pokarm dla ciała i duchaNa lat tysiące.Ty tylko pieśnią jej niwy obsiewaj...O mów! O śpiewaj!

Myśl i czyn wielki, jak chleb się poczynaZ małego ziarnka, co pada w pierś ziemi;A kiedy wiosny uderzy godzina,Buja plonami złotemi.Choć wszyscy zwątpią — ty się ich spodziewaj...O mów! O śpiewaj!

Nikt nie wie kędy i odkąd przywiany,Zarodek życia przynosi nam dola.Z wiatrem uderza o chat naszych ściany,O nasze pola.Ty orz je pieśnią i łzami polewaj...O mów! O śpiewaj!

Nie, ja nie wielbię ciebie, Beatrycze,Nie jesteś ty mój ideał niewieści.Boś ty wielkiemu mężowi boleściWtedy zjawiła swe słodkie oblicze,Gdy on się z piekieł dźwignął na dzień boży,Na tła różane i wiecznej brzask zorzy.

Nie poszłaś ty z nim, za dni połowicy,W on las posępny, gdzie duch szuka drogi,Nie byłaś światłem dla wieszcza źrenicy,Gdy ją zwątpienia zaćmiły i trwogi,Sam się obłąkał w gąszcz dziką i czarnąÓw wielki tułacz i pątnik z nad Arno.

Ciebie przelękły okręgów tych ciemnie,Co kaźnią ducha i miejscem są męki.Może cię wołał i wzywał daremnie,Może napróżno chciał dotknąć twej ręki,Może cię szukał oczyma przy sobie,W tej wielkiej pustce i żywych ciał grobie.

Ciebie ta brama spłoszyła swym zgrzytem,Co jak trumienne zapada się wieko,I dzieli oczy skazańca z błękitem,Z łanem pól żytnich i z chatą daleką...Nie, ty nie przeszłaś przez ciemne wierzeje,Gdzie „ten co wschodzi zostawia nadzieje”.

I łódź ta mglista na martwych wód fali,Co z łez ulane zdrętwiały w swym biegu,Gdzie każda kropla westchnieniem się żali,Bez ciebie, pani, odbiła od brzegu.Słyszysz ten cichy plusk? To płyną duchy,Lecz ty im swojej nie dałaś otuchy.

Posępny żeglarz sam przybił do lądu,Co ciszą krzyczy swą, a pustką woła,Na mroczne brzegi przerażeń i sądu,Zkąd Bóg odwołał jasności anioła,Lecz gdzie się serca zostało świtanie,Bo jest „od śmierci mocniejsze kochanie”.

Ciebie przeraził ten wicher, co goniNa wspólną mękę złączone dwa duchy.Widzisz jak lecą, pierś z piersią, dłoń w dłoni,Jak ich porywa pęd ślepy i głuchy?O Beatrycze, o liljo niebieska,Silniejsza nad cię miłością Franceska!

Ta, gdy jak gołąb, użala się biały,Aligier twarzą zmierzchł i zaszedł w cienie;I choć przycichły wichry i omdlały,A otchłań miała swoje odpocznienie,

On padł, jak człowiek dosiężon złym grotem,Bo sam, bez ciebie był, i wspomniał o tem.

Ogniste mary z palącym się włosemPrzelękły ciebie; nie miałaś ty siłyIść, aby cierpieć maluczko ich losem.A te tragiczne, otwarte mogiły,Zkąd czarne płomię i dym siny bucha,Zawściagły stopę twą, zdrętwiły ducha.

Tyś krok cofnęła od bagien tych jadu,Gdzie okowane panują zmierzchniki,Gdzie ten, co omdlał, przepada bez śladu...Zamknie się nad nim grób, a krzyk ów dziki,W którym z przekleństwem swój żywot wyzionie,Pochłoną czarne bezdennych wód tonie.

Tam, gdzie w lodową wszczepione katuszę,Chłostane biczem śniegowej zamieci,Łamią się ciała i kruszą się dusze,Gdzie konających dni blask trupi świeci,Gdzie dech w szron idzie, a gradem łza pada,Nie miałaś siły iść, stanęłaś blada.

I tam cię także nie widziano, pani,Gdzie duchy krzyczą językiem płomieni,Zdala ty byłaś od onej otchłani,Co się jak czasza rubinów czerwieniWnętrzem swej męki, a z wierzchu jest czarnaI cicha — wielka kostnica cmentarna.

Tyś się przelękła żałosnych tych borów,Gdzie słychać lament pniów, gdzie gałąź woła,Tych pomieszanych duchowych kolorówPół potępieńca, a pół archanioła,Którego w kaźni Bóg musi zostawić,Bo ani przekląć nie może, ni zbawić!

Twych bławatkowych oczu jasność cichaNiewzeszła gwiazdą w prastarej tej ciszy,Gdzie ciemność bierze kształt i smętnie wzdychaPo drogach błądząc, kędy bez pomocyKonającego słychać dech i głosy,Od których cierpnie mózg, a wstają włosy.

Przeszedł te piekła i wyszedł bez ciebie,Wielki ów piewca jęku i wieszcz zgrzytów;A tyś się lilją kwieciła na niebie,I stałaś w modrej jasności błękitów,Niedosiężona tchem czarnej otchłani...Nie! Ja cię wielbić nie mogę, o pani!

Ja jestem z ziemi, gdzie miłość prowadziKobietę w długie okropnych dni drogi,A gdy wędrowce padają tam bladzi,Czują w momencie śmiertelnej swej trwogiDłoń ukochaną, dłoń mięką i ciepłą,Co grzeje usta im, i pierś zakrzepłą.

Ja jestem z ziemi, gdzie duch się nie lękaOtrzeć swych skrzydeł o proch i o błoto,Gdzie podniesiona niewieścia jest ręka

Nad wszelką nędzą i wszelką ciemnotą,I gdzie jęk bolu każdego szermierza,W umiłowaną najpierwej uderza.

Ja jestem z ziemi, gdzie męki okręgiMają swój smętny ogrojec niewieści,Gdzie u bram piekieł składają przysięgi,I biorą czarne obrączki boleści,I niosą owe tragiczne pierścienie,Przez wielkie pola śnieżne i przez cienie.

I tam je niosą, gdzie kończą się drogiDnia słonecznego w podziemnej czeluści,I bardzo blade przechodzą przez progi,I tych szukają, co Bóg ich opuści,A w piekle tworzą sen cichy o niebie...............O! Beatrycze! Ja nie wielbię ciebie!

Kto w mogiłę wrasta głazem,Kto skamieniał na kurhanie,Ten się w proch rozsypie razemZ tem, co nigdy już nie wstanie.

Lecz kto dębem wrósł w mogiłę,Kto żyw stoi na kurhanie,Temu odda grób swą siłę,Kiedy przyjdzie zmartwychwstanie.

Sto lat leży głaz na grobie,Sto lat wichry po nim wieją,A nie zadrga życiem w sobie,Nie zieleni się nadzieją.

Lecz dąb życia czerpie sokiZ praojcowych próchn i kości.I choć kurhan tak głębokiBuja liściem ku przyszłości.

Więc się myliłam, że w ziemi tej bijeSerce, pod ciężkim mogilnym kamieniem...Więc się myliłam ufając, że żyjeTo, co wy zwiecie wspomnieniem!Dziś, gdy na światło podnoszę źrenice,Wstyd jakiś wielki oblicze mi krwawi...Więc nic? Więc tylko popiołów dziedzice?— Ergo erravi?

Grobowy kamień, choć twardo pierś tłoczy,Przecież go Łazarz podźwignął z mogiły,I gdy wskrzeszenia głos zabrzmiał proroczy,Wstał pełen siły.I tobie głos ten rozbrzmiewał o świcie,A dotąd całun śmiertelny cię dławi...Więc już wygasło, Łazarzu, twe życie?— Ergo erravi?

Wierzyłam w ciebie, jak czciciel w swe bogi,I pieśni tobie składałam ofiarę,Tyś mi i w grobie był żywy i drogi...Dziś — tracę wiarę.

Martwoty ducha obeszły cię pleśnie,Rdza pierś twą zjada i serce ci trawi...Więc próżne były ofiary i pieśnie?— Ergo erravi?

Ileż to razy czekałam wśród nocyDrgnięcia tej ziemi, co łono twe kryje.Ileż się razy zrywałam z niemocy,Z okrzykiem: żyje!Lecz ranek płoszył nadzieje zwodnicze,Jak płoszy jastrząb drużynę żurawi,I znów w zwątpieniu godziny me liczę...— Ergo erravi?

Po pustym polu, bywało, wiatr wionie,Pomiecie liściem uwiędłem i suchem,A ja ze łzami wyciągam już dłonieZa twoim duchem...Lecz wiatr opada na skiby te czarne,A żaden duch się z mogiły nie jawi,I znowu cisza i zimno cmentarne...— Ergo erravi?

Z Chrystusem ciebie równali prorocy,A jam z tych była, co wstali przed słońcem,By końca wielkiej doczekać się nocyZ sercem bijącem...Lecz noc odlata na czarnych piór puchu,I wschód w jutrzenkach różanych się pławi,A w grobie twoim ni głosu, ni ruchu...Ergo erravi?...

I wiosna przyjdzie i kwiat rozwinie,A z moich oczu nigdy nie zginieBezbrzeżne, białe pole...

I lato przyjdzie, i kłos zadzwoni,A w moich oczach wciąż, jak na dłoni,Bezbrzeżne, białe pole.

I życie przejdzie i śmierć zamroczy,Ale ja w trumnie otworzę oczyW bezbrzeżne, białe pole.

I północ przyjdzie, i z grobu wstanęI zwrócę oczy me zadumaneW bezbrzeżne, białe pole...

Nie tego żal mi, com straciła w drodze,Lecz żal mi tego, czegom nie posiadła.A kiedy cicha w kraj zmierzchów odchodzę,Więcej mnie smęcą ulotne widziadłaSzczęścia, co nigdy mojemi nie były,Niż zostawione za sobą mogiły.

Bo dusza moja w swym wzlocie i pędzieW przyszłość podana jest skrzydłami obu,I nie ku temu tchnie, co jest, lecz będzie,I nie chce płaczką żadnego być grobu,A choć minionych rzeczy jest pamiętną,Jutrzenne nosi i wschodowe piętno.

I nieraz bywa zadumana w sobieO świetle gwiazd tych, co się jeszcze ziemiNie tknęły, ani na smętnym tym globieOdbiły swemi strzałami złotemi...I myśli, co też gwiazdy te oświecą,Gdy wieki miną, a blaski dolecą?

I o tych żniwach duma, o tych plonach,Których siewacze za pługiem upadli,I nigdy na swych ojczystych zagonachNie zbiorą chleba, i leżą wybladli,Z oczyma, które im wyjadła rosa,A nie zobaczą z swych siewów — ni kłosa.

I o tych grodach, co będą dźwignięteZ głazów łamanych dziś, pod ziemią twardą;I słyszy owe oskardy wyklęte,Owe kilofy walczące z pogardą,Co dobywają fundament budowy,Gdzie budowniczy nie skłoni swej głowy.

Ach, i o pieśni słowiczej, co wiosnąNie utuliła mnie w ciszy i w cieniu;O ustach, które pieszczotą miłosnąNie tknęły moich, i o tem pragnieniu,Które ugasić mogła kropla rosy,A i tej nawet nie dały niebiosy!

Noc się zbliża. Wenus błyszczy...

To godzina, to czas mój.

Tu przechodzić będzie tyran...

Zimno mi... Wrócę się...

Stój!

Kto mnie woła?

Grób cię woła, tchnie ci swoją zgrozę.

I ja także jestem grobem, bo skazańców wiozę.

Ha, czekajmy na tyrana!

Co za wicher...

Ha!...Lecę, wołam, i w przestrzeni sieję pomstę zła!Niosę krzyki tych tułaczy konających z głodu,Co w obczyźnie patrzą w stronę swojego narodu,I na Grecyę obracają gasnące źrenice...

Wstań, Nemezys! Wstań, Nemezys! Podnieś swą prawicę!

To mój czas. Jak piorun błyskam, kiedy noc zapada.

Pełną jestem ciał umarłych...

Krew... krew na mnie spada!Rzeki zewsząd niosą trupy! Trupów tych nie zliczę...

Krew! Krew na mnie! A tam gną się karki niewolnicze.Tyran idzie i w niebiosa sięga jasnem czołem:A w mojem się łonie trupy przewalają społem.

Oto łańcuch. Jak pies mi się w żywe przeżarł ciało.Za to, że się dziecko moje chlebem przełamałoZ wywołańcem, co uciekał. Dziś, już nie mam syna.

Słuchaj! Serca mną nie szukaj. Tam tylko — gadzina.

Prawem byłem, a dziś widmem z wydartą źrenicą.

Ja kapłanką byłam czystą, dzisiaj — nierządnicą.

Zabrał oddech i powietrze... Rzucić trzeba gniazda.

O ty ziemio! O ty ziemio, kędy żadna gwiazdaJuż nie świeci! O ty Grecyo, Grecyo nieszczęśliwa!

Synu, to ja matka twoja.... Matka cię przyzywaSynu, ja wyciągam ręce, zakute w łańcuchy...Synu! To ja, matka, jęczę!.. Synu! Czy ty głuchy?

Co? Mam zabić go tak, w nocy? Mam uderzyć nożem,Przed tym wielkim okiem Boga, przed bezbrzeżnem morzem?Zabić go przed tą ciemnością idącą po niebie?

To jest tyran!

Idź, idź..., uderz...

Ja rozgrzeszam ciebie!

W sławnej auli, w Toledo,Uroczyście brzmią fanfary.Na duchowny turniej spiesząRóżnobarwne ludu tłumy.

Nie jest to potyczka świecka,Nie żelazo ma tam błyskać.Bronią będzie tylko słowoScholastycznie wyostrzone.

Nie rycerscy paladyniWalczyć będą, w dam obronie,Boju tego szermierzamiJest mnich szary, oraz rabin.

Zamiast w hełmach — ten w kapturze,Ów w jarmułce szabasowej.Jeden szkaplerz ma pancerzem,Drugi śmiertelną koszulę.

Który Bóg prawdziwym Bogiem?Czy ten srogi hebrajczykówBóg jedyny, za któregoWalczy Juda Nawarrejczyk,

Czy też Bóg troisty w sobie,Miłościwy Pan Bóg chrześcian,Którego rycerzem Joze,Brat gwardyan od Franciszkanów?

Przez potęgę argumentów,Przez logiczne syllogizmy,I cytaty autorów,Co najwyższą są powagą,

Każdy z nich chce przeciwnikaDoprowadzić „ad absurdum”,I boskości najprawdziwszejBoga swego dowieść światu.

Uradzono, że ten, któryW sporze będzie pokonanym,Wiarę swego adwersarzaPrzyjąć jest obowiązany.

Jeśli żyd, to sakramentemChrztu zostanie oczyszczony.

Jeśli chrześcianin, to sięPoddać musi obrzezaniu.

A każdemu z nich przydanoJedenastu towarzyszy,Którzy w doli i niedoliLosy ich podzielać mają.

Pełna wiary i otuchyJest drużyna gwardyana,I święconej wody kubłyTrzyma do chrztu w pogotowiu.

I potrząsa kropidłami,I kołysze kadzielnice,Przeciwnicy zaś tymczasemObrzędowe ostrzą noże.

Tak gotowe oba wojskaW szrankach stają w pośród sali,A lud pcha się niecierpliwieOczekując walki hasła.

Pod złocistym baldachimem,W otoczeniu dworskiej ciżby,Król jegomość i królowa,Co wygląda jak podlotek.

Nosek ma francuskim krojemI figlarną, drobną buzię,Czarującą rubinamiUśmiechniętych ciągle ustek.

Piękny, ale wątły kwiatek,(Niech się Bóg zmiłuje nad nim!)Z rozkosznego swego krajuTutaj został przesadzony.

Tu, na grunt ten zimny, twardy,Na hiszpańskiej grunt grandezzy.Tam się zwała „Blanche de Bourbon”,„Donna Blanca” tu się zowie.

Król zaś nosi imię Piotra,A przydomek ma: Okrutny.Lecz dziś jest wesołej myśli,Od imienia lepszy swego.

Więc łaskawie oto gwarzyZ dumną szlachtą swego dworu,A i żydom też niekiedyGrzeczne jakie słówko rzuci.

Obrzezani ci rycerzeSą to króla faworyci:Rozkazują w jego armii,Zarządzają finansami.

Aż w tem nagle bicie w bębnyI trąb dźwięki sygnał dają,Że języczny bój otwarty,Że dysputa się zaczyna.

Już się gwardyan franciszkańskiNaprzód rwie z pobożnem męstwem,

A głos jego naprzemianyTo grzmi, to szyderczo zgrzyta.

Przedewszystkiem — w imię Ojca,Syna i świętego ducha,Egzorcyzmuje rabina,Złe nasienie Jakóbowe.

Gdyż przy takich kontrowesachCzęsto dyabeł w żydzie siedzi,Ażeby go swą chytrościąI dowcipem opatrywać.

Gdy wygnany był już dyabełMocą świętych egzorcyzmów,Puścił się mnich do dogmatówI katechizm swój roztoczył.

Prawił, jako w jednym BoguTrzy znajdują się osoby,Które przecież są jednościąNierozłączną i prawdziwą.

Tajemnica, którą łatwoPojmie każdy, kto się wyrwałZ nieszczęsnej rozumu matni,I z okrutnych więzów jego.

Prawił, jako Pan najwyższyW Betleemie się narodziłZ Dziewicy, która zarazemMatką była i Dziewicą.

Jak położon był Pan świataW nędznym żłobku, i jak przy nimWół i osioł w zadumaniuStały, zbożnych bydląt dwoje.

Prawił potem, jak Pan świataPrzed Heroda oprawcamiDo Egiptu uciekł; zaczemZniósł krzyżowej śmierci mękę,

Pod Poncyuszem, pod Piłatem,Co podpisał wyrok krwawyZa Faryzeuszów woląI żydostwa sprośnej tłuszczy.

Prawił, jak Pan pogrzebanyZ grobu powstał dnia trzeciego,I jak potem własną mocąNa niebiosa wstąpił w chwale.

I jak stamdtąd znów na ziemięZstąpi, gdy się spełnią czasy,By w dolinie JozafataSądzić żywych i umarłych.

„Drżyjcie żydzi!” tak rzecz kończył„Przed tym Bogiem, któregościeBiczowali i męczyliI straszną mu śmierć zadali!

„Bogobójcą, pomsty ludem,Jesteś ty żydowskie plemię!

Zawsze ty wydajesz na śmierćZbawcę, co cię chce odkupić!

Wyście grodem tym, o żydy,Gdzie szatany rade siedzą.Ciała wasze, to koszaryDla dyabelskich legionów.

„Tak mówi Tomasz z Akwinu,Którego zwą Wielkim wołemUczoności, a który jestŚwiatłem wszystkich bożych wołów!

„Żydy! wy jesteście wilkiI szakale i hyeny,Które wietrzą po mogiłach,Szukając trupiego żeru!

„Żydy, Żydy! Wyście wieprze,Pawjany i jednorożce,(Które zwą nosorożcami,)Krokodyle i wampiry!

„Wyście kruki i puszczyki,Nietoperze, sprośne dudki,Bazyliszki, sępy krwawe,Nocy i szubienic ptaki.

„Wyście trutnie, wyście krety,Wyście żmije i ropuchy,Jeże, gady... Chrystus kiedyśZdepcze, zetrze wasze głowy.

„Lub gdy chcecie, o przeklęci,Zbawić wasze nędzne dusze,Z synagogi starej złościUciekajcie w miasto święte!

„Uciekajcie w jasne ludy,Gdzie z błogosławionych zdrojów,Spłynie na was łaski woda!Tam zanurzcie głowy wasze.

„Tam Adama zmyjcie z siebieZ pierworodną zmazą jego.Tam z serc waszych zmyjcie pleśnieZestarzałe od lat tylu!

„Czy słyszycie Zbawiciela,On was nowem mianem woła!Idźcie się na łono ChrystaIskać z win waszych robactwa!

„Bóg nasz Bogiem jest miłości,Przypodoban owcy cichejDla zmazania grzechów naszychUmarł on na drzewie krzyża.

„Bóg nasz jest miłości Bogiem,Jezus Chrystus jest mu imię,Jego słodycz i pokoręNaśladują wszyscy wierni!

„I dlatego my tak cisi,Ludzcy i pokoju pełni,

Żadnych sporów, żadnych kłótni,Bo nasz wzór — Baranek cichy.

„Za to w niebie będziem kiedyśJako aniołowie boży,Z białą lilią w ręku chodzićPo kwiecistych, rajskich łąkach.

„Zamiast grubej guni mniszejNosić będziem białe szatyI muśliny i jedwabie,Złote kolce i pstre wstęgi.

„Tam nie będzie tonsur. Z głowyZłote spłyną nam kędziory,A dziewice najpiękniejszePleść je będą i rozplatać.

„Wybornego wina czaryZnacznie większej miary będąNiźli nasze tu szklenice,A z nich tryśnie napój złoty.

„I przeciwnie, znacznie mniejszeNiźli tu kobiece usta,Będą usta pięknych dziewic,Które w dziale nam przypadną.

„Tak w radości i w rozkoszyPrzejdzie dla nas wieczność cała.Na śpiewaniu: Halleluja!Na śpiewaniu: Kyrielejson!”

Skończył gwardyan. I wnet mnichyPewne, że już światło wiaryNa niewierne serce spływa,Raźno chrzestny sprzęt podają.

Ale wodowstrętne żydyOtrząsają się ze zgrzytem,A Reb Juda Nawarryjczyk,Tak wywodzi swą replikę.

„Aby pod swój siew uprawićDucha mego twardą rolę,Cały wóz gnojowy obelgWyrzuciłeś na to pole.

Każdy swoją ma metodę,Do której jest nawykniony.Ja nie gniewam się za twoją,Owszem, dank składam z mej strony.

„Dogmat Trójcy — ten nie możeDo naszego przystać ducha,Gdyż reguły trzech od młoduKażdy z nas wykładu słucha.

„Że w jedynym twoim BoguTrzy znajdują się osoby,To rozumiem. Sześć tysięcyByło bogów dawnej doby.

„Ten, którego zwiesz Chrystusem,Obcy mojej jest źrenicy.

Nie mam także przyjemnościMatki jego znać, dziewicy.

„Przykro mi, że dwa tysiąceTemu lat, czy coś bez mała,Jakaś się tam nieprzyjemnośćW Jeruzalem jemu stała.

„Czy to żydzi go zabili —Dowieść dziś nie ma sposobu,Skoro sam corpus delictiDnia trzeciego zniknął z grobu.

„A to, czy był spokrewnionyZ Bogiem naszym, to z waszeciPrzeproszeniem, wątpię, bowiemBóg nasz nigdy nie miał dzieci.

„Bóg nasz nigdy nie umierałJagnięciem na śmierć wydanem,On ludzkości nie był nigdyFilantropem, pelikanem.

„Bóg nasz, to nie Bóg miłości.Gruchać — nie jest mu nałogiem.On jest Bogiem piorunowym,Twardej pomsty on jest Bogiem.

„Grom jego nieubłaganieW pierś grzesznika karą bije,A za winy ojców swoichPóźny wnuk w pokucie żyje.

Bóg nasz żyw jest! On w niebieskimGmachu swoim wolny gości,I przed wieki i na wiekiW swojej trwa nieskończoności.

„Bóg nasz — On jest zdrowym Bogiem.To nie myt jest, nie marzenie,Blade, cienkie, jak opłatek,Albo jak Kocytu cienie.

„Bóg nasz mocny jest. On w rękuDzierży księżyc, gwiazdy, słońce,Trony drżą, padają ludy,Kiedy ściągnie brwi grożące.

„Bóg nasz — wielki to jest Bóg!Dawid śpiewa, że wielkościJego nikt nie zmierzy. ZiemiaJest podnóżkiem jego nóg.

Bóg nasz kocha się w muzyce,Lubi hymny, lutni dźwięki,Ale, jak chrząkanie wieprzków,Są mu wstrętne dzwonów jęki.

„Lewiatanem zwie się ryba,Co nurtuje mórz głębiną,Z nią to igra Pan i Bóg nasz,Dnia każdego, przez godzinę.

Za wyjątkiem dziewiątegoDnia, w miesiącu „Ab”, dnia, który

Widział upadek Syonu,Bo w tym dniu jest zbyt ponury.

„Sto mil długi jest Lewiatan,W płetwach zaś jest tak potężny,Jak król Og; a ogon taki,Jak cedr bywa niebosiężny.

„Lecz mięso ma delikatne,Lepsze, niźli żółw z rosołu.A w dniu wielkim zmartwychwstaniaPan do swego wezwie stołu

Cały lud swój, lud wybrany.Przyjdą mędrcy, sprawiedliwiI wyborną ową rybąKażdy wówczas się pożywi.

„Część podana będzie z czosnkiem,Z sosem białym, część na winie,Z przyprawami, z rozynkami,Jak się karp podaje ninie.

A po białym owym sosieRzodkiew w główkach pływa sobie...Taka ryba, Frater Joze,Smakowałaby i tobie.

A sos szary też wyborny,Ma rozynków sporą dozę...Ten niebiańskoby uraczyłTwój żołądek, Frater Joze!

„Co Bóg warzy, dobrze warzy.A ot rada dla waćpana:Namyśl się i daj obrzezać,A skosztujesz Lewiatana”.

Tak uczony prawił Rabbi.Łechce, kusi, jako może,A rozkosznie mrucząc żydziWyciągają już swe noże.

Aby jako tryumfatoryWrogów swoich oskalpować,I te „spolia opima”Na zwycięstwa dowód schować.

Ale mnichy twardo stojąPrzy swych ojców świętej wierzeI żadnego obrzezańcemZostać, jakoś chęć nie bierze.

Więc po żydzie znów wziął słowoFrater Joze nawróciciel,I znów pełne kubły pomyjLał na głowę mu ten chrzciciel.

I znów Rabbi replikowałZ żarliwością wstrzymywaną,I choć serce w nim kipiało,Przecież nie wybuchnął pianą.

Powoływał się na „Misznę”,Komentarze i traktaty.

Przywiódł też „Taumes-Jantofa”Wielce poważne cytaty.

Lecz spotkała go odpowiedźTak bluźniercza, jak i wściekła,Gdyż do wszystkich dyabłów mnich goWraz z „Jantofem” słał do piekła.

„No, więc dosyć już, o Boże!”Wrzasnął Rabbi głosem sowy.Cierpliwości mu już zbrakłoI szał buchnął mu do głowy.

„Taumus-Jontof” nic nie znaczy?Cóż więc znaczy? Biada! Biada!Ukarz panie, świętokradcę,Niech pochłonie go zagłada!

„Bowiem „Taumus-Jontof,” Panie,Toś Ty sam jest, wielki Boże!A bluźnierca TaumesowyGromu Twego ujść nie może!

„Niech przepaści go pochłoną!Jak Korego i Datana,Co powstali przeciw Ciebie,Przeciw Ciebie, swego Pana!

„Rzuć twój piorun najognistszy,Na bluźniercze te warchoły!Wszakże miałeś dość w SodomieI w Gomorze siarki, smoły!

„Uderz Panie, w tego mnicha,Tak jak niegdyś w Faraona,Kiedy naszych żydków rzeszaUciekała objuczona.

„Sto tysięcy miał za sobąKról ten jeźdźców i junaków,Zbrojne stalne, jasne miecze,Lotne strzały u sajdaków.

„Tyś wyciągnął rękę, Boże,A te hufce niezliczone,Z Faraonem, jak kocięta,Morze połknęło Czerwone.

„Uderz, Panie, tego mnicha!Niech wie szalbierz ten opasły,Że pioruny w twojej dłoniNie zamokły, nie wygasły!

A ja Ciebie i Twą chwałęBędę śpiewał, będę głosił,I jak Miriam w bęben bijącW pląsach będę się unosił!”

Tutaj nagle wpadł mu w mowęMnich, okropnym gniewem wzdęty:„Bogdaj ciebie Pan poraził,Potępieńcze ty przeklęty!

„Niczem twoje mi pioruny,Niczem twe piekielne działo,

Bom pożywał dzisiaj ChrystaUtajone Krew i Ciało!

„Chrystus jest potrawą mojąPrzedniejszą od LewiatanaZ białym sosem, z czosnkiem, z rzodkwią,Gotowanym przez szatana!

„Ach! Zamiast tu dysputowaćJakże chciałbym cię na stosiePrażyć, razem z twą czeredą,W wrzącej smoły czarnym sosie!”

I tak turniej ten o BogaI o wiarę grzmiał na sali.Lecz rycerze nadaremnieI wrzeszczeli i sapali.

Już dwanaście godzin przeszłoToczy się ten bój bez tamy,Już publika się zmęczyła,Już się silnie pocą damy.

Już i dwór się niecierpliwi,Siaki taki w kącie ziewa,Gdy do pięknej swej królowejKról w te słowa się odzywa:

„Radbym słyszeć twoje zdanie.Powiedz zatem, moja miła,Czy za żydem, czy za mnichemRaczej byś się oświadczyła?”

Donna Blanka patrzy pilnie,Pilnie myśli, pilnie bada,Paluszkami czoło ciśnie,I tak wreszcie odpowiada:

„Kto ma racyę, mnich czy rabin,Tego królu, nie wiem wcale!Lecz po jednym i po drugimWartoby wykadzić salę”.