Dwie noce wigilii (Konopnicka, 1915)

Maria Konopnicka (1842–1910)

Jak wianuszek srebrnych puchów,Co na ziemi spada skroń,Tłum leciuchnych, białych duchówPrzez błękitną leci toń...Dobrą wieśćŚpieszy nieśćTym, co we łzach — tym, co w trudzieNocą ciemną śnią o cudzie...Ach! zbudźcie się, smutni ludzie!A ty dzwoń,Wietrze cichy:Niech mgła bladaZ gwiazd opada,Niech rozbłysną światów roje,Jako pełne słońc kielichy,Co nam ogniem poją duchy!Niechaj ziemia pchnie swe ruchyNa gwiaździstych szlaki dróg...A ty dzwoń,Serc tęsknoto!Strzałą złotąLeć w niebiosy,Na błękitny próg!...Niechaj dłoń

Wzniesie w góręStarzec drżący, siwowłosy;Niech zaklina dżdżową chmurę,By wydała w perłach rosySmutnej ziemi odkupienie...Niechaj pierś potężna młodziŻarem swoim przetli cienie,W hymn zamieni jęk i zgrzyt,Więźniów nocy wyswobodzi,W czyn skrysztali dusz pragnienie,Niech przyśpieszy świt!................

Ach! już idzie — ach! już wschodzi!Ach! już błyska jutrznia boża!Już się płoni wschód od morza,Łuną jasną, wielką, białą,Drżącą w błyski różowawe...Ziemio! ziemio! wstań: już dnieje!O, ty będziesz wysłuchana!Na kolana... na kolana...Grom... zaćmienie... ave! ave!A słowo się ciałem stało.

Bóg się rodzi — moc truchleje,Pan niebiosów obnażony...................

Jakże dziś ciemno! Czyż gwiazdy niebieskieJuż się wytliły i zgasły w błękicie?Czy noc zwinęła zasłony królewskie,By ludzie spali o świcie?Jakże dziś ciemno! I ziemia tu marzyO słońcu — wielkiem, djamentowem słońcu,

Co chodzi w blasków żywiących koronie...Kiedyż to będzie?... Ha! po lat tysiącu,A może — po lat miljonie —A może nigdy... Może, gdy wygasnąOstatnie, skąpe błyski ideału,U białych kolumn ludzkości ołtarzyLudzie chodzący ostrożnie, pomału,W ciemnej, okropnej, bezgwiazdnej ciemnicy,Przy łunie jakiejś krwawej błyskawicyBędą mówić: »Jak nam jasno!«I tak przywykną już duchem do mroków,Że na wschód zorzy wołać będą: »Gore!«I będą chronić oczy swoje choreOd tych promieni, co biją z źrenicyOstatnich światła proroków.Zapomną, że im Bóg obiecał z niebaDać dzień wieczysty — jeśli świt zdobędąI staną, jako zgaszone pochodnie,I w cieniach nocy dobijać się będąPrzez dziwne, słońcu nieznajome zbrodnieO nędzny kawałek chleba!Ziemia zastyga... jej wieniec z promieniW pokład się żużli i popiołów mieni.Ja sam — ileżto blasków na mej drodzeZgubiłem! — W zamian cóż takiego wziąłem?Kilka pchnięć w serce... i dziś — z chmurnem czołem,Jak król, co stracił swą koronę, chodzęPo tej zaćmionej ziemi...Boże!... Boże!...Kogo ja wołam?Jaka to noc ciemna!Choćby w tej chwili przez krater buchnęłaSyczących żarów kolumna podziemnaI rozpaliła wielkie lawy morzeI oceany płomieniem zajęłaI w skrach cisnęła w pobladłe niebiosyŁunę straszliwą, krwawą, jako włosy

Ogniste — w wielkim tym, czarnym przestworzeJeszcze byłoby ciemno...Boże!... Boże!...................Wieczorna gwiazda wschodzi... jaka drżąca!Tuli się w rąbki ciemnego błękitu...Ach! gwiazda tylko — gdy nam trzeba świtu!Gwiazda — gdy nam trzeba słońca!Niegdyś promyczek ten był srebrnem hasłemPomiędzy Bogiem — a młodzieńczym duchem...Lecz dzisiaj — patrzę nań z sercem wygasłem,Okiem zmąconem i suchem...Dziw: blada gwiazdka rośnie, potężnieje,Pękiem promieni od wschodu wybiegaI gorejącym blaskiem swym zażegaGasnące ducha nadzieje...I staję przed nią niemy — i wzruszony...

Bóg się rodzi — moc truchleje,Pan niebiosów obnażony!...................Co za głos!... Jakież wywołałem mary?Cicho!... To ojciec modli się z czeladką...Ach! widzę wioskę — i dworek nasz stary,Wielkie ognisko, co świeci i grzeje,Jarzącą, strojną choinkę dla dzieci...Dziada siwego, jak biały opłatek...I dym błękitny, co wije się z chatek...I gwiazdkę, która im świeci......Miałżeby jeszcze łzy — wydziedziczony?...

Ogień krzepnie — blask ciemnieje,Ma granice Nieskończony...................Dość!... dość, na Boga!...Matko! moja matko!