Klaudya (Konopnicka, 1915)

Maria Konopnicka (1842–1910)

Wczesnym się rankiem Roma ze snu zrywa...Od Awentynu leci wieść straszliwa

I wiecznem miastem zgroza wstrząsa blada...— Wielcy bogowie! Kamienny deszcz pada!Strzaskanych głazów huk w powietrzu słychać,Lecą — i zemstą zdają się oddychać...Wschód zakrwawiony z za Tybru wyziera,Niby płomienna zniszczenia bandera;Ciężkie chmurzyska nad miastem się wloką,A jakby Jowisz kamienną opokąTron swój wieczysty druzgotał na szczęty,Takie się walą granitu odłamyNa place miejskie, na forum, na bramy,Tocząc się z mostu w Tybrowe odmęty,I barykady dziwne w oka mgnieniuWznosząc w ulicach, kamień po kamieniu.— Barroniusz pójdzie kiedyś do okopów,Nazwać te głazy »budową Cyklopów«.Zamęt, ścisk, trwoga... lud tłoczy się, krzyczy,Pomnaża ciżbę zastęp niewolniczy,Który, jak zwykle, dzień publicznej klęskiJuż brał za odwet krzywd swoich zwycięski...— Gniew bogów, choćby nawet gniew kamieni,Ma sprzymierzeńców, gdzie są uciśnieni.Rzuca miękkiego triclinium wygodęLelius, w pół ledwo utrefiwszy brodę;Klisten wybiega, zdyszany, bez wieńca;Lucynie braknie kupnego rumieńca;Tryfoniusz opak chlamidę nakłada;A wszyscy krzyczą: biada! biada! biada!...

»Eheu! eheu!... o Jowiszu grzmiący!Rozmarszcz brew swoją, która bogi kruszy,I wskaż, jakiemi ofiary dymiącyOłtarz ci podnieść?« —Tak modlą się w duszyObywatele Romy; strach przyginaKark, choćby twardy, jak kark Rzymianina.

— »Do ksiąg Sybilskich pośpieszcie kapłany,Wróżby z pod klamer dostańcie dwunastuI w nich czytajcie, czem zagraża miastuCud ten złowrogi, cud ten niesłychany?Ty, ludu, czekaj! Pierś twa bez oddechuNiechaj przynagla kroki ich skwapliwe...Hermesie! boże skrzydlaty pośpiechu,Bądź z nimi!«

Lecą godziny straszliweOczekiwania... mdleją w sercach tętna;Ciżba dysząca, trwożna i namiętna,Na przód podana, jako morska falaPrze się pod samo wzgórze Kwirynala.Otwarte usta, płonące źreniceW lot chcą pochwycić wróżby tajemnicę.Naraz — dreszcz przebiegł tłumy... między zgrająPodniósł się okrzyk: »Wracają!... wracają!«

Z odkrytą głową wszedł augur na wzgórze,Kreśląc hieroglif laską swoją krzywą,A wrzawy tłumów zażegnawszy burzę,Tak mówił mową dziwnie przenikliwą:— »O ludu rzymski! ten deszcz granitowyWieszczy nam ciężkie klęski i niedolę.Może Numidy rzucą step jałowyI przyjdą nasze zaorywać pole...Może Etruski sztuką jaką zdradną,Lub inne wrogi w bramy miasta wpadną...Może Kampania urodzi bliźnięta:Głód i mór blady... może... O! przeklętaGłowa ta siwa, co wam klęski wróży!«To mówiąc, starzec, palce swe zanurzyW srebrzystej brodzie, a rwąc ją w żałobie,Za wieszczby swoje złorzeczy sam sobie.Tłum jęknął głucho, jakby ujrzał z dala,W jasnowidzeniu, hufce Hannibala...

Wtem drugi augur zadumany kroczy;W księdze Sybilli utopione oczyPodniósł powoli i spojrzał dokołaI rzekł: »Rzymianie! Rozjaśnijcie czoła!Oto, co wróży księga prorokini:— Gdy nieprzyjaciel jarzmo na was czyni,Gdy głód ogryza kości własnych dzieci,Gdy mór na skrzydłach zaraźliwych leci,Romie zbawieniem od śmierci i wrogówBędzie Idea, wieczna matka bogów,

Którą Pessynunt w świątyni swej chowa«. —Zaledwie augur wymówił te słowa,Tłum, jako morze, chłostane przez burze,Zawrzał, zahuczał i tak ścisnął wzgórze,Jakby w objęcia chciał je wziąć z kapłanem...A kapłan powiódł okiem zadumanemPo ciżbie — i rzekł:— »Lecz tylko w ramionaMęża, co w piersiach ma serce dziewicze,Zejdzie z ołtarza bóstwo tajemnicze...Kto się niegodny dotknie doń — ten skona«.A tłum się cofnął milczący — i w ciszyLiczy się z sobą. — Ludu! Jowisz słyszy!

Jest w Rzymie młodzian, czysty jak dziewica;Lat mu dwadzieścia cztery już dobiega,A piękność niewiast, co żądze podżega,Nigdy płomieniem nie pali mu lica,Nigdy w nim mętnych pożądań nie budzi,Jak bezcielesny duch żyje wśród ludzi...Czoło ma jasne, jak dziewczyna młoda,Z oczu mu patrzy cisza i pogoda,Ust jego usta nie tknęły płomienne...A jakieś mgliste obrazy wpółsenne,Którymi rozkosz wabi go z daleka,Odpycha, jako niegodne człowieka.Gdy tęskni — pieśń mu starczy do zabawy;Kocha Rzym, braci i nadzieję sławy...Toż gdy, po tajnej z sumieniem naradzie,Senat w dwie urny gałki losów kładzie,W głos jeden buchnie ciżba niezliczona:

»Scypjona chcemy! Scypjona! Scypjona!...On niech do Frygji poprowadzi flotęI Attalowi skarby szczerozłote,Medymny zboża i szat drogich mnóstwoNiech odda w zamian za ochronne bóstwo!Nigdy godniejsze nie tknęły ramionaŻadnej bogini... Wyszlijcie Scypjona!«Nie wiem, czy zacni brodacze w senacieWyborem takim byli ucieszeni;Senon, Papinjan lekko się rumieni...Lecz nie z zazdrości — mylisz się mój bracie —Tak nizkich uczuć nie pokrywa toga...Zresztą — głos ludu był już — głosem Boga.

Krysztalnym szlakiem od Ostji przez morzeLekka flotylla srebrną brózdę porze;Białe jej żagle, brzeżone purpurą,Jak skrzydła mewy, trzepocą się górą,Tchnieniem swem nagląc statek w chyżym biegu...Z wioseł pryskają piany nakształt śniegu.W pół obnażeni atleci wioślarze,Ruchem kolejnym chyląc się po parze,Wznoszą ramiona żylaste, drgające,Które w bronz żywy przepala im słońce;A fala gniewna, jak rumak stepowy,Co poczuł nagle uzdę i podkowy,Żuje wędzidła i srebrnym tchem bucha,

I drży i parska, przecież jeźdźca słucha...O! śpiesz, Scypjonie! o, śpiesz! Niech widomieZagości bóstwo w zrozpaczonej Romie,Niech ją prawicą wyciągnioną strzeże!...Już tłumy ludu zaległy wybrzeże,Jak przypływ morza hucząc niecierpliwe...Augur z dala wzniósł czoło sędziweI rzekł: »O ludu! tyś na całym świecie,Jak mąż potężny, a słaby — jak dziecię!« —

Walerjus Falton o wspaniałej brodzie,Którą w senacie podczas obrad gładzi,Orszak Rzymianek dostojnych prowadzi,Przodując zacnie w poważnym pochodzie.Gdy statek piersią z brzegami się zetrzeI krzyk radosny rozegrzmi powietrze,Domowych ognisk kapłanki te czysteZ pokładu wezmą bóstwo tajemniczeI nieść je będą w miasto wiekuiste,Rąbkiem szat białych zakrywszy oblicze...

Tłum dech wstrzymuje. Patrz! prosto, jak strzała...Płyną tu... widać już żagle i wiosła...Mglista flotylla mknie, jak gdyby rosła,W oczach tężeje i nabiera ciała.Już na pokładzie dojrzeć może okoMłodzieńczą postać smukłą i wysoką —To Scypjon!

Cóż to? — Opodal jak kwiatek,Rzucony w wodę w zadumy godzinie,Drobna, perłowa koncha, lekko płynie,Jakiś nieznany, wiotki, nikły statek...Numid zsiwiały na żarach pustyni,Numid na wietrze gorącym spalony,

Drogę mu krętą przez fale skróś czyni,Pluskając lekko wiosłem w obie strony,Jakby igraszki przypomniał chłopięce.W łodzi, niedbale zwiesiwszy na ręceGłowę, ciężącą bogactwem warkoczy,I w morzu czarne utopiwszy oczy,Klęczy wpatrzona w głąb toni żeglarka...Nie wiem, czy na dnie liczy piasku ziarka,Czy drobnych rybek śledzi korowody,Czy, jak w lusterko, patrzy w szklane wody;Lecz gdzie spojrzenie jej w fale zapadło,Morze odbiło gwiazdy, jak zwierciadło.Prawe jej ramię nagie aż do spinki,Co pierś zakrywa tuniką GreczynkiI łunę złota rzuca na jej ciało,Z łodzi zwieszone, a przez dłoń jej białąI drobne palce — morze, szemrząc, pluskaI tak się marszczy, jako modra łuska.

Lecz nagle, niby ze snu rozbudzona,W stronę flotylli zwróciła swą głowęI oczy duże, oczy opaloweUtkwiła, milcząc, w źrenicach Scypjona.Coś się w powietrzu zmieszało... Czy faleRozkryły na dnie perły i korale,Czy nenufary rozkwitły u brzegu,Czy gdzieś syrena plusnęła się w biegu,Czy żagiel zadrgał, jako pierś człowieka,Czy drobna rybka przed siecią ucieka,Czy gdzieś Najady zaplotły się wieńcem,Czy srebrne piany spłonęły rumieńcem...Któż zgadnie?... Scypjon usty spragnionemiChwycił powietrza głęboko... głęboko...A potem zadrżał i spuścił ku ziemiDziwnymi żary pałające oko.

Jeszcze za wiosłem rozpryśnięte piankiGasły w powietrzu, w tęczowej iskierceZwierciedląc ciche, przejrzyste błękity,Gdy okręt wstrząsł się i stanął, jak wryty.Przekleństwo!... Scypjon poczuł, że ma serce,Bijące żądzą dla ziemskiej kochanki!Próżno wioślarze, jak łuki wygięci,Chłoszczą wiosłami obumarłą falę,Próżno z wód krzeszą iskry i opale;Okręt się w lewo, to w prawo zakręci,Przechyli, zadrgnie i znów nieruchomy,Jak fatum, wróży zagubę dla Romy.— »Na barkach własnych wynieśmy boginię!Choćby po trupach, ktoś przecie dopłynieI miasto zbawi!... Kto na śmierć się waży?«Dwóch, trzech, dziesięciu rzuci się żeglarzyTam, gdzie bogini, w swej bieli kamienna,Źrenicą z głazu patrzy, niby senna,Niby pochmurna, niby zadumana,Na spłonionego rozkoszą młodziana.Hannon wyciąga ramię gladjatoraI dotknął białej draperji... wtem nagle,Grom huknął w maszty i świszcząc, zdarł żagle...Hannon padł martwy, oczyma upioraWpatrzony w bóstwo, nad którego czołemWęże błyskawic zaplotły się kołem,Rzucając łunę ognistą, czerwonąNa brew zmarszczoną i kamienne łono.

Przez tego trupa z obliczem zczerniałem,Co drogę wpoprzek zawalił swem ciałem,Nikt nie śmiał dłoni ściągnąć; a wśród ciszySłychać, jak piorun warczy, grozi, dyszy...— Niechaj śmiertelny zmazy swej się lęka,Bowiem grom dzierży wiekuista ręka!

Z brzegów tymczasem wrzawa się podniosła:Krzyki powietrze sieką, jako wiosła,Piersi, jak żagiel statku, wzdyma burza,A lud, jak odmęt, prze się, kipi, nurzaI wre i szumi i pryska w przestworzaPianą uniesień. — Augur z oddaliSpojrzy i rzecze: »Oto są dwa morza,Lecz spokój mędrców jest po stronie fali«.

Rzucając w koło spojrzenia sokole,Walerjus dojrzał drobną, nikłą barkęI pogrążoną w zadumie żeglarkę,Która się własnym marzeniom uśmiecha...A jej przepaska, puszczona na wolę,Z wiatrem się niesie, jak skrzydła motyla...Dojrzał i szepnął: »Klaudja...«

Była chwilaCiszy wśród tłumu po tym szepcie; echaTylko nadbrzeżne, miękkie i pieszczotne,Szepnęły: »Klaudja...« i umilkły drżące,Jakby to imię miało samo z siebieJakieś oddźwięki namiętne, palące,Od których więdną kwiaty i wilgotneRosy zajmuje płomień, a na niebieGwiazdy blednieją i lecą strącone...Lecz chwila była krótką. OburzoneMatrony rzymskie spojrzały zjadliwieNa tę samotną i na tę niedbałąO świat i ludzi i wrzawę ich całą,Na tę milczącą dumnie i wzgardliwie...I wnet za pierwszej Lucyny przykłademOstre przy mówki sypnęły się gradem:— »Klaudja bez grona niewolnic wychodzi...«— »Klaudja, w kosztowne przybrana tkaniny,

Z głową odkrytą, jak miejskie dziewczyny,Z jednym Numidem zasiada do łodzi...«— »Wszak na ozdobę żeńskiemu strojowiPół uncji złota lex Oppia stanowi;A Klaudja depce krajowe ustawy:Złoto w przepasce w trójnasób przeważa...«— »I dziś dla godnej zalotnic zabawySama w tej barce płynąć się odważa...«— »Gdy płocha młodzież wielbi wdzięki marne,Oczu nie spuszcza, nie rumieni lica...«— »Męża za pana nie zna, niewolnica...«— »Śmie w niebo zwracać oczy swoje czarne,Jakby pytała u bogów zuchwale,Czy sprawiedliwie dzierżą losów szale!...«

Słów tych słuchając, Falton ręką białąPrzygładził brodę i rzekł: »Na Jowisza!Wiem ja, skąd morzu ta niemoc i cisza...«Jeszcze nie skończył, już w ciżbie zawrzało...Wskazał na łódkę — a oto wnet z tłumuWyleciał kamień ciśnięty, jak strzała...Wyleciał, świszcząc, i wśród fali szumuTak się trzepotał, jak gdyby jaskółka,Lecąc nad wodą, pióra w niej maczała.Padł, a tuż po nim rozbiegły się kółkaPo drżącej wodzie, coraz szerzej, dalej,W krążki i kręgi ciemne, aż na faliWielka się plama posępna wylęgłaI steru barki bokiem swym dosięgłaI objęła ją zmąconymi prądy,Rzucając na nią cienie, jako trądy.Augur zadrżał i rzekł: »Wielkie bogi!Widziałem dzisiaj sądów ludzkich drogi«.

Zaledwie morze wygładziło lica,Padł drugi kamień, jak zatruta strzała,I przyniósł z sobą słowo: »Zalotnica!«Głośne, syczące. — Żeglarka powstała,Strząsając z szaty rozbryzganą pianę,I obracając oczy zadumaneNa brzeg, gdzie ryczał tłum wściekłością zdjęty.Biały kwiat z włosów rzuciła w odmętyI rzekła: »Oto broń moja jedyna...Widzę tu sędziów — ale gdzie jest wina?«Słowa jej z fali zmieszały się szumemI powróciły, w pół drogi odbiteGradem kamieni. Rozwścieczonym tłumemFalton dowodzi, on najtrafniej ciska...Patrz! kamień z rąk mu, jak z procy, wypryskaI trafia ramię żeglarki odkryte,Przepaskę ciału dając koralową...Porwał się Numid i jak lew zraniony,Ryknął, pustynię wspomniał i swobodę...I drgającemi czarnemi ramionyWyrwał maszt z łodzi, okręcił nad głowąI z świstem rzucił przez spienioną wodęW sam środek tłumu.Ruchem monarchiniWstrzymała Klaudja dzikiego wioślarza.— »Stój !« — rzecze — »Jowisz sąd nad ziemią czyni!...Niechaj się słaby nigdy nie znieważaWalką z silniejszym... chcę cierpieć dostojnie«.A potem, wzniósłszy piękną głowę hardoI wodząc okiem po tłumie z pogardą,Wsparła na sterze rękę swą spokojnieI rzekła: »Wielki ojców moich Boże!Sądź mnie tu, teraz, wobec tego ludu!Jeślim się żadną nie zmazała winą,Ty spotwarzonej daj świadectwo cudu:

Niech za mym pasem, rzuconym na morze,Wstrzymane statki do brzegu dopłyną!« —Rzecze i z bieli szat swoich powiewnychSzarfę błękitną, tkaną w gwiazdy złote,Niewolnic z Tyru przedziwną robotę,Zwolna odwija...Cisza, jak w świątyni,Zalega brzegi... tylko gdzieś z dalekaKonają resztki jakichś szmerów gniewnych,Jak echa burzy. — Jowisz sądy czyni...A niech śmiertelny pomsty nie docieka!...

Z ostatnich węzłów pas Klaudyi rozwityZadrżał od wiatru, czy od bicia łona...A w chwilę potem, żeglarka wzruszona,Promiennym wzrokiem wpatrzona w błękity,Szepcąc: »O bogi!... spełnijcie przysięgę!...«Rzuciła w morze lazurową wstęgę,Widną na falach, jako mleczna droga,Od pokrzywdzonej — do sędziego Boga.

Okrzyk namiętny podniósł się z okrętu.To głos Scypjona... buchnęły płomieniemPiersi młodzieńcze... wyciągnął ramionaI — jednem falę zmierzywszy spojrzeniem,Jak stał, tak skoczył i znikł wśród odmętu.Morze! Dzień Zamy blizki!... Strzeż Scypjona!...Tłum zawrzał głucho, wstrząsany kolejąDreszczami zgrozy i cudu nadzieją...A taka cisza wybrzeże zaległa,Żeś słyszał chwilę tę, jak w wieczność biegła.

Dziwna to cisza! słychać serca bicie,Szelest krwi w żyłach i oddechu drżenieI jako struna prężące się życieI wszechpotężną wymowę — milczenie.

Piersią drgającą odtrącając pianyI szturmem biorąc każdy cal przestrzeniI szlak przed sobą pięścią bijąc szklany,Za sobą krzesząc snop drogich kamieniI brózdy znacząc wskróś morza tęczowe,Dopływa Scypjon do łodzi.

Wzniósł głowęI patrzył chwilę płomienny i bladyW czarne źrenice milczącej żeglarki.A potem wyrzekł: »Wierzę!...« Zaś owinąłRzuconą wstęgą rękę i od barkiPotężnym rzutem zwróciwszy się, płynąłW spienione jeszcze poza sobą ślady.

Blizko już... bliżej... wyciągnione ramięW dwoje ostatni bałwan wody łamie,Ostatnią przepaść ziejącą zwycięża,Dosięga liny, chwyta ją, wyprężaI wiąże do niej błękitną przepaskęI falom rzuca na łaskę, niełaskę...Drzyjcie!... Sąd Boga!...

Schwytany za skrzydłaCiszą śmiertelną, okręt, jak ptak dziki,Pojman w zdradzieckie, kryształowe sidła,Miota się, zrywa, drży... Tłumu okrzyki,Który, jak wulkan, lawą szału bucha,Niecą widomie jakiś zapał męski

W rzeczy tej martwej, co zda się mieć ducha,I lekko, chyżo, pochód swój zwycięski,Jakby stęskniona do brzegów i ziemi,Przyśpiesza, wiejąc żaglami białemi...

»Klaudja!« — tłum krzyczy — »Klaudja niech boginiZ białego kwiecia ofiarę uczyni!...«— »Klaudja niech orszak dziewiczy prowadzi!...«— »Evoe! Klaudya!... Szlijmy do niej posła!...«Walerjus Falton piękną brodę gładziI rzecze: »Płynę, niech podają wiosła!«A tam na falach cicha, nieruchoma,Ze złożonemi na piersiach rękoma,W chwiejącej łódce bez masztu, samotna,Błądząc myślami poza tłumu wrzawą,Stoi żeglarka. Źrenica wilgotnaW przestrzeń gdzieś patrzy wpół dumnie, wpół łzawoI widzi może zórz przyszłych wybuchyI sprawiedliwość, pojętą przez duchy.