Nie mogę mówić (Konopnicka, 1915)
Nie mogę mówić do was, jakbym chciała,Ani do głębi serca wam otworzyć...Ale wy wiecie, jak drży i jak pałaSłowo to, które pragnę tu położyćI stanąć przed niem z pochyloną głową —Wielkie, zaklęcia pełne, ciche słowo.
Kto je odgadnie, łza zwilży mu oczyI serce w piersiach gorąco uderzyI tęcza duchów jasnych go otoczyBłyskawicami stalowych pancerzyI tarcz, co przeto tylko były siłą,Że poza niemi także serce biło.
Kto je odgadnie, uczuje, jak pióraZ ramion mu rosną do górnych polotów,Jak zeń trosk drobnych opada wichura,Jako z duchami jest i jak jest gotówWybłysnąć, niby ciosowa kolumna,Silna — bo w gmachu, że gmach dźwiga — dumna.
Kto je odgadnie, ten pójdzie na poleSłuchać wiosennych świergotów skowronka
I stanie cichy i wpatrzy się w rolę,Jak siewy wschodzą na ziarno do słonkaI wybiją mu myśli tajemniczeNa podniesione w błękity oblicze.
A potem wróci i zbudzi się nocą,O gwiazdy oprze oczy zadumaneI będzie się czuł ogarnion tą mocą,Co do gniazd pędzi ptaki obłąkaneI ludy pędzi pod zorzę jutrzennąI jest tęsknotą wielką i bezsenną.
Lecz teraz mówić tu z wami nie mogęTak, jako czuję i jakobym chciała,Bo smętność czasów zachodzi mi drogę,Wiatr chwyta słowa, a nocna mgła białaChce rozproszona wpierw być i rozbita,Nim pieśni wstaną, nim dzień nam zaświta.
Więc z dala tylko stoję i milczącaMówię dziś do was zamkniętych ust cisząI czołem w brzaski zwróconem do słońca...I wiem to, że mnie te serca usłyszą,Które nawykły samotnem swem biciemGadać z tęsknotą, z nadzieją i z życiem.