Co ja sieję?

Maria Konopnicka (1842–1910)

Poezye. Serya druga

Przez pola puste, przez czarne te role,Ponad któremi dzień wschodzi przyszłości,Idę — i rzucam siew bratniej miłościDla tych, co słabi — i dla tych, co prości,Dla tych, co twardą, ciężką mają dolę.I duszę własną wylewam, jak czaszę,Łez srebrnych pełną, by z nich, jako z rosy,Brały swą plenność jutrzejszych dni kłosy,Dni, w których nędzarz — dziś nagi i bosyUkocha cele i nadzieje nasze.Ja sieję ciszę, ja sieję pogodęW sercach tych, co są maluczcy u świata,Bo znam w nędzarzu człowieka i brata,Bo miłość — tylko miłości zapłata,A w nienawiści — wzgarda ma nagrodę.Lecz jeśli dreszcze uczuwa kto strachu,Na widok ramion tulących uściskiem,

Co odepchniętem jest — i to, co niskiem;Ten winowajcą jest snać — i z rozbłyskiemŚwitu drży, sądząc, że pożar na dachu.Ja ciepło sieję, by z niego, jak z ziarna,Światło na myśli błysnęło nam niwie;Drobne iskierki ja krzeszę cierpliwie,Własnem je tchnieniem zasilam i żywię,Zanim noc pierzchnie, noc głucha i czarna.Bo w słońcu tylko dojrzewa plon błogi;A kto dnia gwiazdę zadmuchnąć chce złotą,Ten — albo sam jest rażony ślepotą,Albo dłoń chciwą wyciąga już oto,Po zdobycz, łatwą wśród zmierzchu i trwogi.Ja ducha mego, ja krew moję sieję;Ja pragnę wstrząsnąć tę ziemię zoraną,Jak grzmot wiosenny, — aż jutro z niej wstanąLudzie, godniejsi piastować to miano:W tę ja pracuję, w tę żyję nadzieję!Pójdźcie, obaczcie, kto jestem i jakiSiew rzucam w rolę przyszłości! Zaiste,Ziarno me zdrowe, i płodne, i czyste,Tak mi dopomóż w tym siewie, o Chryste!I niech w dzień żniwa snop plonu mam taki!A ja wam mówię: mój kamień mogilnyMieć będzie napis: „braterstwo i zgoda.”I wzejdzie nad tą mogiłą pogoda,I brat tam bratu z miłością dłoń poda —

I pójdą razem — i słaby — i silny.Lecz teraz — jeszcze rozterki jest pora;Więc smutna jestem i pełna goryczy,I słowa moje, jak świst giętkich biczy,Rażą tym uszy, co w spokój zwodniczyChcą ukołysać sumienie — upiora.Tak! biczem jestem na serca, w tłustościWłasnej osiadłe i skrzepłe bezruchem!I jednych chłoszczę, i wstrząsam łańcuchemDrugich, — a wszystkich chcę porwać mym duchemKu dnia rozświtom, ku wielkiej przyszłości.Kto tam iść nie chce, niech kopie mogiłę,Niech się zawczasu w grób ciemny położy;Bo przyjdzie w słońca promieniach duch Boży,I przyszłość ludom narozcież otworzy...Ja wam to mówię — ja mówić mam siłę!A w dniu tym, razem z mrokami nocnemi,Z krzywdą, z niedolą, i z hańbą i z nędzą,Duchy światłości obłudnych rozpędząA pająk własną udusi się przędzą,I spokój będzie, i miłość na ziemi!

A teraz rzućcie, gdy chcecie, kamieniem.Ale zaprawdę, jeżeli ja wzruszęPieśnią choć jednę zakrzepłą w lód duszę,Jeśli choć jednę łzę bratnią osuszę;Kamień — u nóg mych upadnie ze drżeniem!