Anioł milczenia

Maria Konopnicka (1842–1910)

Poezye w nowym układzie. Tom I, Fragmenty

Z lutnią, po której złote struny biegą,Klęczę na rąbku szaty Najwyższego,I białe czoło obracam w tę stronę,Kędy wirują globy rozpalone.Przejrzystą dłonią wygładzam etery,Echem miarkuję rozśpiewane sfery,By nie przerywać ciszy majestatu...I — pokój... pokój... pokój! — szepcę światu.

Byłem, gdy z myślą Bóg rozmawiał własną,Byłem, gdy w służbę wziął jutrzenkę jasną,Byłem, gdy z mgławic, co mu zdobią szaty,Strząsał dzień biały i słoneczne światy.W pierwszem zwierciedle błękitnego morzaJam się przeglądał, zanim weszła zorza,I zanim z pąków wytrysnął rój kwiecia,Niosłem na łonie pokoju stulecia.

Tam, kędy z okiem opuszczonem stoję,Dogrzmieć nie mogą ziemi niepokoje,Żywiołów burze ja trzymam w granicy,Bom jest skinieniem wszechmocnej prawicy.Kiedy nad zakres do przyszłości biegąHarde pytania: »poco? i dlaczego?Ja w jasnych palcach wstrzymuję zasłonę,Którą od dzisiaj jutro oddzielone.

Między błysk gromu a grzmot — stopę stawię,I rosą polnym kwiatom błogosławię.Na skrzydłach moich wioskę twą kołyszę,Smutnych łzy liczę i westchnienia słyszę...W ciszy twych gajów, w poranki majowe,Tęsknem dumaniem poświęcam twą głowęI ducha twego prowadzę po niebie,Byś »siadł i zamilkł i wzniósł się nad siebie«.

Ja płaszcz królewski rzucam na ramionaMilczącej nędzy, co w ukryciu kona,A dłoń wychudłą podnosząc z barłogu,Samemu tylko spowiadam się Bogu...Ja balsam daję na palące rany,Ja dźwigam z tobą ból niepodzielany,Ja tułaczowi pot ocieram z czołaI z samotnikiem zasiadam u stoła.

Mędrca mądrością jestem i rozwagą,Myślicielowi daję prawdę nagą,A jako źródło, bijące od wieka,Wzmagam, oczyszczam, podnoszę człowieka...Jam jest wymową grobów i cmentarza,Urokiem nocy, powagą ołtarza,Jam jest rapsodem dziejowym ruiny,Pociskiem wzgardy i rumieńcem winy.

Kto mnie ukochał, znalazł skarb pogody,Pokoju ducha i ciszy i zgody;Zgiełkliwa zgraja pierzcha i uciekaOd milczącego w zadumie człowieka.

Ja jestem słońcem, pod którego żaremDojrzewa zamysł, i jam jest ciężarem,Którego słabi podźwignąć nie mogą...Jestem potęgą, której zdeptać nogąNie podołają najwięksi mocarze...Ja jestem siłą, co zniewagę karze...Jam broń niewinnych i pomsta straszliwa,Od której zbrodzień tajny dogorywa.

Nad popiołami zwyciężonych grodówOtrząsam z skrzydeł nadzieje narodów,Lecących w próżnię, jak wymietna plewa,Którą wiatr przed się drażni i rozwiewa...

W bladych klęsk ślady postępuję krwawe,Z nędznym skazańcem jedną dzielę ławę,Na zgliszczach śpiewam Hiobowe pienia,I jestem czarną chorągwią zniszczenia.

Najbliższy Panu i najmilszy Panu,Ja z perłą padam na dno oceanu,I z ciszą morską odbywam narady,Których z przestrachem słucha sternik blady.

Nad bojowiskiem wyciągam ramiona,Jestem modlitwą tego, który kona,I jestem krzykiem matki, gdy przybieżyOdszukać syna wśród trupów żołnierzy,I krew jej ścinam, i wstrzymuję tętna,I na niej żywej — trupa kładę piętna.A przy kurhanie, co zamknął dzień czynu,Ja staję w miejsce pomników, wawrzynu,I tam, gdzie zimny dziejopis nie słucha,Gwiazdom skon mężnych podaję do ucha.

Pod krzyżem Zbawcy, gdy wiara i miłośćRzuciły w żalu Golgoty pochyłość,Kiedy odchodził setnik do bram miasta,Gdy włos stargany wiązała niewiasta,

Gdy noc zgłuszyła żołnierstwa okrzyki,A rozgwar ciżby omdlewał już dziki:Jam został jeden i słyszałem z drżeniemJęk Boga... Ziemio! módlmy się milczeniem!