O dniu...
Poezye w nowym układzie. Tom I, Fragmenty
O dniu, co jako pątnik pobladłeś znużonyI sam przed sobą w cieniów kryjesz się zasłony,Powiedz, gdzie ty prowadzisz całą ludzką rzeszę?Gdzie poszły już miliony? Gdzie ja z niemi śpieszę?
Porywam się do lotu, dech tracę w pośpiechu;Nie mam chwili dla szczęścia, dla snów, dla uśmiechu...Jakaś ogromna, ślepa unosi mnie siła...Czuję, że mnie coś woła, — śpieszę — to mogiła!
Znikam, tracę kształt, nazwę, ulatniam się, gasnę!To, co było mną wczoraj, dziś nie jest mi własne...I miłość, i nienawiść, ster życia przewodni,Zdmuchnięte z mojej duszy, jak płomień z pochodni.
Gdzież jestem? — Czy, rozwianą po rosach na łące,Pałającą źrenicą wypatrzy mnie słońce,I wypije mą duszę z kielicha tej róży,Tak, jak pije łzy ludów, łzy mórz i łzy burzy?
Gdzież jestem? — z mgłą poranną wiatr rozniósł sny moje,Szumią w samotnych lasach ducha niepokoje...Żar piersi mej przechodzi w bijący puls ziemi,A tęsknoty się skarżą nocami cichemi!