Cytara Tymona

Maria Konopnicka (1842–1910)

Poezye w nowym układzie. Tom II, Helenica

Na rynku w Skias ciżba wre,Zajadle lud się tłoczy,Na smagłe lica bucha gniew,Jak żagwie płoną oczy.

Rąk wyciągniętych cały lasDrga urąganiem wściekłem,A krzyki, klątwy, wzgardy śmiech,Powietrzem lecą spiekłem.

Jak w górach wicher drzewa gnie,Tak ludzkie gną się szyje,Jak burza, tak ta ciżba główPrzewala, pcha się, wyje...

Nie pomni Skias, odkąd niemWysoki Olimp władnie,By w rynku jego taki tłum,Tak tłoczył się bezładnie.

Kobiety, dzieci, kto tam żyw,Na kulach starce drżące,

Wszystko to pędzi, jak na dziw,A z góry świeci słońce.

I złotych blasków leje zdrójZ lazurów greckich ciszy,W ten ludzki wrzątek, w mrowie to,Co oburzeniem dyszy.

I rzuca złoty promień swójNa słup wkopany w piasku,Co dwa ramiona zbite w krzyż,Podnosi w cichym blasku.

Ten słup — to pręgierz wzgardy jest,To na bluźnierców kara.Lecz teraz na nim lekko drżąc,Kołysze się cytara.

Nie czterostrunna lira to,Nie ten tetrachord stary,Na którym piano bogom pieśńDoryckiej, zbożnej miary.

Na dźwięcznej desce dziesięć strunWysrebrza się pod słońce,A lekki wiatr oblata jąI budzi echa drżące...

Cytarę ową zrobił mistrzZ najprzedniejszego drzewa,I dał jej duszę, dał jej głos,Co jako ptaszę śpiewa.

Z Miletu Tymon przyniósł ją,Ukrywszy pod opończą,I szła, na sercu brzęcząc muPiosenką swą skowrończą.

I tak radośnie nawskróś pól,Przez cudny kraj otwarty,Do Skias wracał, gdzie miał ród,Do swej ojczystej Sparty.

Surowy pieśni dawnej ton,Nieraz go chwytał w sidła,Gdy, jako orzeł w słońcu, chciałRozwinąć oba skrzydła...

Nieraz, więziły go jak mur,Te ciasne struny cztery,Gdy ręką nowych szukał brzmień,Do szerszej tęsknot sfery.

Więc cieszył się, że nowy dźwiękI nową pieśń dobędzie.

Lecz baczny Efor zabrał mu,Mistrzowskich rąk narzędzie.

Ten sam to był, co struny dwieNa złotej zerwał cytrze,Gdy Frynis z Lesbos przyniósł ją,Dodawszy promion chytrze.

Od wieków Sparcie było dośćNa czterostrunnej lirze,Od wieków był Tetrachord w czci,W Tessalii i w Epirze.

Na pierwszej strunie pean brzmiał,Ku wiecznych bogów chwale,Na drugiej piano smętny tren,Umarłym ojcom żale, —

A z trzeciej szła wojenna pieśń,Gdy Ares brał obiaty,Przy czwartej hymeneów dźwięk,Do ślubnej wiódł komnaty.

I dosyć było czterech strun,Na wszystkie sprawy życia,Na wszystkie drgnienia ludzkich duszDo trumny, od powicia.

Kto wie do czego nowa pieśń,Na nowych strunach służy?Odmawia może bogom czci?Obyczaj dawny burzy?...

Ludowi może wieścić chceSny jakieś, jakieś mary?...Od razu lepiej zniszczyć złe,Uchronić zwyczaj stary!

Więc gniewny efor sroższą dziśWymyślił jeszcze karę,I wielostrunną, w rynku, w Skias,Obwiesić dał cytarę.

A obwoływacz, miejski zbir,Od domu szedł do domu,By przykład się ten głośny stał,I miasto strzegł od sromu.

Zakipiał wieścią w Skias lud,I biegnie młody, stary,By urąganiem zwiększyć swemWiszącej kaźń cytary.

Jak Pelion, kiedy śniegi sweW doliny rzeką puści,

Tak huczy ten wezbrany gniewZ tysiąca ust czeluści.

I pada kamień, pada proch,I ślina wzgardy leciNa tę bezbronną cichą gęśl,Co drży i w słońcu świeci.

Lecz nagle Tymon rozdarł tłumCisnący się dokoła,I śmiało podszedł pod sam słup,I śmiało podniósł czoła.

Na smagłej twarzy gniewu żarZ bladością walkę toczy,Wysoko bije młoda pierś,Goreją wzgardą oczy.

— Spartanie! — woła — Odkąd toApollo zdał swe moceW efora ręce, co go lży,I lirę mu druzgoce?

Odkąd to boski Zewsa ptak,Schwytany ma być w sidła,Kiedy w błękitów wolnych szlakPodnosi wolne skrzydła?

Odkąd to pieśń, ten złoty zdrój,Ma w biegu być cofnięta,Przeto iż efor powie: stój!I wolnej — włoży pęta?

Odkąd to — pytam — Skias, tu,Z purpury jest odarta?Czy już wolnego nie ma tchuW swych piersiach nasza Sparta?

Widzę tu motłoch, lecz gdzie lud,Przed którym mógłbym śmielePrzyszłości pieśnią wieszczyć cud?Gdzie są obywatele?

Jak sępy mściwe, które rwąPrometejowe łono,Tak spada dzicz na lirę mą,Słonecznie ostrunioną.

Wysoki Zeus przecież miTę łaskę swoją dawa,Że pieśń zduszona głośniej brzmi,Niźli eforów prawa.

W wnętrznościach moich słyszę ją,Tę pieśń ogromnej miary,

Jak się wskróś lądów i wskróś mórz,Z tej niemej rwie cytary!

Od jońskich brzegów aż po tońEgejskiej modrej fali,Niesie ją złoty Feba koń,Co się w jutrzenkach pali...

Z Oaty mi gdzieś biją w słuchPotężnej pieśni tony,Od Chios się podnosi duch,Skróś wieków uwielbiony...............

Mówicie: czterech strun mam dość,By piać ku Bogów chwale?A któżto pieśni wzbronił rość,Jak rosną morza fale?

A kto jej wzbronił róść, jak las,Od ziemi aż do nieba?Kto jej zamierzył kres i czas,Gdy zmilknąć jej potrzeba?

Kto mi tajemnych duszy drgnień,Śmie liczbę trzymać w ręku?

Kto może wiedzieć ile tchnień,Ile mam w piersi jęku?

Kto liczył, ile boskich strzałRzuca mi słońce złote?Gdy lirę chwytam, abym grał,Nadzieję, ból, tęsknotę?

Kto porachował gwiazdy te,Których harmonię słyszę,Gdy noc wiosenna wonie tchnie,W szeroką ziemi ciszę?

Wiecież jaki jest pęd i ruchW nienarodzonej pieśni?I gdzie ją niesie skrzydłem duch,I jakie światy prześni?

A ja zaprawdę mówię wam,Idzie już czas i pora,W której duch zerwie fałsz i kłamHańbiących praw efora!

Zaprawdę, chwila idzie już,Kiedy ta ziemia całaPod srebrem rzek, pod złotem zbóż,Jak lira będzie stała!

I milion strun ozwie się z pól,I pieśń popłynie wolna,I wyda rozkosz i wyda ból,Najlichsza trawka polna.

I każda łza tych chłodnych ros,Które po łąkach stoją,Znajdzie swój krzyk, znajdzie swój głos,I trąci struną swoją!

I milion strun ozwie się z chat,Gdzie milczy dziś Helota,I stanie Grecya, stanie świat,Jak jedna lutnia złota!

A na tej lutni wieczny duch,Swe jasne palce złoży,I zadziwionym ludom w słuch,Pieśń wpadnie nowej zorzy!

I wionie ziemią wielki mir,I zestrój i pogoda...A ta największa będzie z lir,Co strun duchowi doda! —«............

Mówi — a każde z jego słów,O piersi tłumu trąca,A w blaskach stoi kaźni słup,I brzęczy cytra drżąca...