Na szczytach

Maria Konopnicka (1842–1910)

Poezye w nowym układzie. Tom IV, Obrazki

Tatrzańskie stoki w ziołach toną,I noszą odzież rozkwieconą,Na mchu stawiają stopy bose,I traw oddechem piją rosę...

A wyżej kamień nagi błyska,Szumiące zdroje wrą z urwiska,Lecąc ożywczą w dół kaskadą,Z jasnością świeżą, srebrną, bladą...

Szczyt zasię białe pienią śniegi,Jak puhar, pełen aż po brzegi,Złamanym błyskiem słońca miga,I wiecznym chłodem w lód zastyga...

Wędrowiec w niżniach zrywa kwiatyI piersi krzepi świeżą wonią...Na połoninie zdrój skrzydlaty,Jak ptaka w locie chwyta dłonią...

Aż gdy lodowe gór widziadłoTchem swym zastudzi krew na szczycie,Wtedy się pyta z twarzą zbladłą:«Życie! Gdzie jesteś, ciepłe życie?

Wirchy! wy wirchy zamrożone,Na dyamentową gór koronę,Posępne siostry czarnej chmury,Wy nie jesteście sercem góry!...Prąd, co z rodzinnej bije ziemiTętnami młodych sił żywemi,Wam nie przenika piersi drżeniemI nie zajmuje krwi płomieniem...Zastygłe w bieli, nizkim stokomCiężycie masą granitową,I zimną, trupią waszą głowąDech zamrażacie tym obłokom,Co deszcz wiosenny ziemi niosą,I plony pracy krzepią rosą...Gdy burza siecze wasze ciałoI piorunową kryje szatą, —Lodowisk waszych płachtę białąPonad góralską widzę chatą,I drżę, i pytam przerażony:Ach! naco górom te korony?