Pod okienkiem mojej izby... (I)

Maria Konopnicka (1842–1910)

Poezye wydanie zupełne, krytyczne tom IV

Pod okienkiem mojej izbyGaj zarasta laurowy,— Jest czem wieńczyć piewców czoła,Lecz do wieńca niema głowy.

Pieśń ci bije z nieba, z ziemi,Wiekuista i wszechżywa;Ale żaden tutaj pieśniarzWieńca laurów nie zdobywa.

Morze-wieszcz przepastnych głębin,Co ma gwiazdy za słuchaczy,Laur rzucony z pian swych strąca,Nawet unieść go nie raczy.

W nieśmiertelnym jego hymnieJest krzyk życia, jęk konania;Cały ból jest ludzkiej piersi,Lecz bez sławy pożądania.

Wichr z rozwianym w chmurach włosem,Ślepy gęślarz na gór szczycie,Nie wie nawet, że za lauryGdzieś w nizinach dają życie.

Pieśniom jego orły wtórzą,Gdy je pęd po turniach goni...

Cóż mu laury? Gdzie jest wieniec,Co mu górnej sięgnie skroni?

Nagle schodzi Noc i wznosiSwą gwiaździstą lirę w ciszy,Lecz kuszących szmerów lauru,Wniebowzięta ani słyszy.

Ona śpiewa o tem słońcu,Co zagasło i znów wskrześnie,A po strunach lecą rosy,A z rosami lecą pieśnie...

Lecą pieśnie na ugory,Kwiat nadziei pęka, rośnie;Przez sen ziemia drży i wzdychaKu dalekiej jakiejś wiośnie.

I to serce laurem gardzi,Co tu tęskni, drży i śpiewa.— Jedna tylko dobra gospaMa pożytki z tego drzewa:

W mamałydze liść ugniata,Na krzewinach wiesza chustyI uschniętą gałąź lauru,Jak zwyczajne łamie chrusty.