W Olszynce
Zrywają się orły nasze,I Dybicz się zrywa.Szachowskiego korpus nowy,W pomoc mu przybywa.
Rzuciły się nowe pułkiNa Olszynkę krwawą,Kipi walka — aż MoskaleWzięli stronę prawą.
Wnet Chłopicki rzuca na nichGrenadyerskie roty,A Skrzynecki z lewej stronyBierze ich w obroty.
Wre gwałtowny bój na nowoZ jednej, z drugiej strony,Pcha zajadłość do napadu —Męstwo — do obrony.
Trzy ataki wytrzymali,Jak lwy mężnie stali —Grenadyerzy nasi dzielniPod ogniem Moskali.
Świeże roty Dybicz pędzi,— Bij, plemię sobacze!Przyjęły ich ogniem żywymDział naszych kartacze.
Ustępują jegry z lasku,Okrzyk słychać trwogi,Wtem moskiewski granat raniChłopickiego w nogi!
Stygnie wojsko wnet bez wodza,Jak bez duszy ciało...Próżno woła tam Prądzyński— Gońmy jegrów śmiało!
Choć sto kroków jeszcze, dzieci,A weźmiemy działa! —Tak miłego wodza ranaDucha im zabrała.
— Co? Chłopicki ranny? — szepczą,Stoją z niemym żalem —Tylko dzielny ich SkrzyneckiZakrył przed Moskalem.
Tak się dzień ten skończył krwawy,Mroki już zapadły,Pod Olszynką cichną działa,Cichnie bój zajadły.