Wstęp (Konopnicka, 1915)

Maria Konopnicka (1842–1910)

Za ostatnim poetą zamknęła się brama.Trudno się skarżyć; cześć im oddali ziomkowie.Charmides, z wieńcem lauru na wzniesionej głowieI w płaszczu purpurowym, wyglądał, jak dramaZ wlokącym się poza nią długim epilogiem.Menander takoż w wieńcu, który mu na czołoDali ateńscy męże, piał pieśnię wesołą,Jakby mu Dyonizos bratem był — nie bogiem;A wiedząc, że się sława rychło zmienia w marę,Niósł z niedbalstwem wspaniałem pełną wina czarę,By pić zdrowie ojczyzny — za ojczyzny progiem.Eutydem niósł lirę, brząkając w nią z cicha,A pierś jego wezbrana, co smutkiem oddycha,Tak pełna jest tęsknoty — i łez — i zadumy,Że za każdem ust tchnieniem unoszą się tłumyMar powiewnych, przejrzystych i wiązanką płową,Jako wieniec róż bladych, lecą mu nad głową.Filebus, z olimpijskim spokojem na twarzy,

Szedł, jak mąż, który dźwiga na barkach Hezjoda;A za nim w niewidzialnej postępują straży:Kunsztowna antystrofa, rzeźbiona epoda,I orzeł Zeusowy nad głową się ważyI otacza go grecki błękit i pogoda.Timeus kroczył blady, obuty w koturny,Niosąc z dzieł swych tragicznych popiołów dwie urny;A gałąź cyprysowa, owinięta kołem,Zdawała się ze zgrozy wstawać mu nad czołem.Milczał; jeśli wychodząc nie rzucał przekleństwaNa miasto obłąkane i pełne szaleństwa,To jedynie dlatego, by ziemia pobladła,Nim on przestąpi bramę, w przepaść nie zapadła.Dajmon zamykał pochód i wybuchem śmiechuŻegnał Ateny, pieśń swą przekazując echu...I zaraz też podgórza dzieliły się wiernieSpadkiem poety, rapsod skandując misternie,Coraz to przeźroczyściej, coraz ciszej... ciszej...Tak, że ostatnie dźwięki Zeus ledwo słyszy.

Plato odetchnął. Odtąd poezya zdradzieckaUmysłów wytrzeźwionych oczadzać nie będzie,

I żadna już od pieśni nie zadrży pierś grecka...Ostatnią lirę, w kącie rzuconą na śmiecie,Po jakimś zapomnianym włóczędze-poecie,Strzaskano, jak bezbożne, przeklęte narzędzie.Pierzchły już bezcielesne, urojone mary,Których nikt nie przykroi do rozsądnej miary;Odtąd mieszkańcy miasta, stojąc na swych progach,O tem, co rzeczywiste, radzić będą zimnie,I nikt przy jakimś grzmiącym, pełnym ułud hymnieNie będzie roił baśni o chwale i bogach.Epos przestanie kłamać i drażnić umysły:Na wzruszenia jest wymiar ogólny i ścisłyI nikt pod wpływem pieśni, omamiony słuchem,Nie będzie śnił, że leci nad światy gdzieś duchem...Ludzkość, wolna od rodu wieszczów i rapsodów,Przestanie pragnąć zdrojów żywych i ogrodówI nie będzie roiła o cudach dziwacznieI na byt swój powszedni trzeźwo baczyć zacznie.Cóż jest pieśń? — Dźwięk słów pusty, jako wiatru szelest.Poezja najpiękniejsza jeszcze prawdą nie jest,I, jako płonne zielska, po drogach zarasta...Lecz dziś wszystkie wyrwano! Poza bramy miastaOdprowadzono wieszczów z wieńcami na czoleI przed poezją wrota do Aten zaparto.— Tak dumał prawodawca.

— Cóżto za pacholę,Z głową wzniesioną w niebo, źrenicą rozwartąSzeroko, patrząc w błękit ten, czysty, jak falaEgejska, gdy w niej jutrznia łuny swe rozpala,Stoi w cichym zachwycie? Nad niem szumią drzewa,Ptak wędrowny skrzydłami bije i pieśń śpiewa,Olimp w mgłach gubi czoło, jak senny atleta...Echo pieśni Homera w błękitach gdzieś kona,

A wokoło powstają bohaterów cienieI ojcowie o wielkiem sercu idą smutni...Zadumanemu chłopcu pierś chwyciło drżenie;Spłonął i wyciągając młodzieńcze ramiona,Głosem czystym, jak kryształ, wołał: »Lutni... lutni...«— Jakto, wielcy bogowie! — czyż znowu poeta!?