Na Dunajcu
Ziemia polska w pieśni
Lecimy!... on mnie w swoje pochwycił ramionaI runęliśmy w przepaść z skalistego proga...A fala, żarem piersi mojej przenikniona,Modrym słupem bryznęła aż w niebo, do Boga,Skrytego za sklepieniem swojem tajemniczem...Za nią poleciał krzyk mój, pytaniem nabrzmiały,I potrącił błękity, i powrócił z niczem...
I runęliśmy w przepaść... Najskrytsze szczelinyRozdniały od strzał srebrnych, które puścił z sykiemDunajec przez granitów zwalonych odłamyI wszystkie przemówiły dziwacznym językiemJakiejś pełnej burz, wstrząśnień, przeddziejowej dramy,I zaczęły się skarżyć cicho jako starce,
Którym czci nie wyrządza wnuczę pokolenie,I o których niewdzięczne zapomniały syny!...
Precz, łódko! Precz, ty wiosło! Niech w szalone harcePochwycą mię tej fali stalowe pierścienie!Jak delfin, w modrych toniach spławię grzbiet mój ślizgi,Czołem rozbiję pianę skroploną na bryzgiI w powietrzu ustami zdmuchnę te opale!Ha, co tak wre? — Krew moja, czy Dunajca fale?...
Przylegam do wód piersią, jak strzała do łuku,Ich pośpiechem zdyszany, ich tętnem kipiący,Mieszam bezwiedny okrzyk do gromkiego huku,Od którego brzeg skalny drży, jako reduta,Ogniem podminowana i dymem zasuta...Tajne prądy nurtują do dna potok rwący,Jak pierś moją namiętne, tłumione porywy...I wyciągam ramiona, jak jeździec tej fali,I naglę ją do biegu, i chwytam się grzywySrebrnej mego rumaka, i pędzimy dalej...O, dalej!... Chciałbym uciec od brzegów tych ciasnych,I lecieć tam, gdzie księżyc wschodzi zadumany,I o rąbki tych chmurek, od gwiazd łuny jasnych,Oprzeć skrzydła — i spocząć, jak orzeł ścigany!