Pleśń

Maria Rodziewiczówna (1863–1944)

Była zima, do parterowej izby „ojca Wincentego“ cisnęło się biedactwo z całej kamienicy. Izba była obszerna i ciepła w drugim podwórzu otoczona w koło mieszkaniami ubogiemi, w których stale panował niedostatek, choroba, występek i ponurość złej doli. Wincenty Jakuszyk stanowił wyjątek. Z zawodu stolarz; gdy zestarzał oddał warsztat synowi, a sam nie mogąc żyć bezczynnie, założył w tej izbie pracownię reparatorską. Był prawdziwym mistrzem w odświeżaniu antyków, w łataniu i klejeniu starych gratów, i miał do tego żmudnego fachu prawdziwe amatorstwo. Pracował nie tyle z potrzeby, bo posiadał mały kapitalik, ile z zamiłowania do zajęcia, i miał już taką naturę, że go wszystko cieszyło, zajmowało — i już tak dane mu było w duszy, że ludzie lgnęli do niego, jakby czuli, że ich lubi. W dzień było jeszcze w izbie jako tako przestronnie, ale byle wieczorem zapalił lampę, jak te ćmy ściągało wszystko do ojca Wincentego. Juści nie było to towarzystwo z frontu ani z pierwszego piętra: przychodziło dwóch druciarzy, i piekli w piecyku kartofle, przychodził niemy Franek syn praczki, przychodził żydek krawiec, Mendel, i grzał się w kącie przy kuchence, przychodził pan Wyszyński, żyjący z przepisywania aktów, i Wojciechowa, wdowa, matka trojga dzieci, utrzymująca się z posługi i garbus Szynkiel, sprzedający za Żelazną Bramą wybrakowaną porcelanę, a już rej wodziła, i prawie się czuła sublokatorką panna Katarzyna Jeleniewicz, hafciarka, mieszkająca w przybudówce na podwórku obok śmietnika. Druciarze, Mendel, Wojciechowa przychodzili do kuchenki jak do własnej. Grzeli się, piekli kartofle, gotowali herbatę — ojciec Wincenty już zwykł wieczorem ogień rozpalać dla nich, choć dowodził, że to „do kleju“ mu potrzebne. Reszta gości cisnęła się do stołu i do lampy. Wyszyński rozkładał swe papiery, panna Katarzyna haft, Szynkiel kleił porcelanę, niemy Franek sadowił się naprzeciw gospodarza przypatrywał się robocie, i pomagał. Oprócz tych stałych gości zdarzali się przejściowi. Wstępował każdy, który czegoś potrzebował pożyczyć, dostać, poskarżyć się, opowiedzieć, poradzić się — czasem byle się pośmiać, bo ojciec Wincenty wesół był i żartobliwy. Było w tej izbie jasno, ciepło, i jakoś tak każdemu swojsko. Otóż pewnego wieczoru w październiku kompania była w komplecie, i panna Katarzyna wchodząc ostatnia oznajmiła, że do grajka poszli goście, bo ją pytało jakichś dwóch panów, czy pan Sulima zawsze tu mieszka. Grajek zajmował pokój nad ojcem Wincentym od trzech lat, i dużo o nim było gadania w kamienicy. Najprzód się ożenił, potem umarło mu malutkie dziecko, wreszcie przed rokiem żona go porzuciła. Tyle tematów na języki kumoszek z panną Katarzyną na czele. — Może to od żony nowe swaty. Wartałoby, żeby ją nazad wziął, a to podobno śpiewa w szantanie. — Słyszała ją panna Katarzyna. Winszuję! To panna Katarzyna tam bywa? zaśmiał się gospodarz. — Także żarty! Wcale na ten przykład nie byłam w Paryżu, a wiem, że tam jest MarsyliankaMarsylianka. — Aha — to racya. A co to, Marsylianka? — Co się pan Wincenty ze mną droczy. Myśli, że niewiem. Oho! Marsylianka to taka kobieta co po ulicach śpiewa! Pan Wyszyński nawet się uśmiechnął, i zmylił w przepisywaniu — zaczął skrobać scyzorykiem. — Leciwa ta kobieta, bo już sto lat w Paryżu śpiewa. No, a o Sulimowej kto mówił? — Kelner jeden, co ją tam widział! Pan Wincenty to jeden tylko upiera się, że ten grajek to jakieś cudo! — A pannie Katarzynie co on złego zrobił! Chyba to jedno, że się z panią nie ożenił. — Och — nie bardzo wielkie szczęście ten zamąż. Ja to wcale zatem nie płaczę. Ale ja spytam co grajek komu zrobił dobrego? Czy kto słyszał od niego choć dobre słowo. — Ja u niego nocował cały miesiąc! odezwał się Mendel ze swego kąta. — No, to może on żydowski dobrodziej! mruknęła. Na górze dał się słyszeć hałas przewracanych mebli, po chwili szybkie kroki na schodach. — Ot i poszli sobie goście — nie długo bawili! ozwał się Szynkiel. Co on ma być wesół, albo szukać kompanii. Wstyd mu o tę żonę. — Dobry musiał być — kiedy od niego uciekła! — Oj i ten kobiecki naród jak się uda, to bez pory zamęczy! rzekł flegmatycznie starszy druciarz. U nas była jedna baba... — Trza lubić jak duszę, a trząść jak gruszę, przerwał Wincenty. — Pan Sulima dobry człowiek, szepnął Mendel. Tamtej zimy to on mnie na świecie utrzymał. Panna Katrzyna zagadała o innych podwórzowych sprawach — upłynęła dobra godzina — nagle niemy Franek coś zabełkotał — patrząc na sufit. Mimowoli wszyscy spojrzeli — na suficie była ciemna plama. — Co to? spytała panna Katarzyna. — Aaa... bełkotał Franek, wskazując na stół przed sobą. — Krew! krzyknął Wincenty. Ludzie — tam na górze — zamordowali Sulimę!... Rzucili się wszyscy bezładnie do drzwi i na schody. Druciarze dopadli pierwsi. Drzwi były tylko przymknięte — w pokoju paliła się lampka, leżało przewrócone krzesło — a przy łóżku, twarzą do ziemi skurczony — grajek. W jednej chwili stancya była pełna ludzi i wrzawy. Mężczyźni podnieśli rannego. Miał całe piersi i ręce, któremi ranę snać cisnął, lepkie i czerwone — kałuża krwi na ziemi, twarz śmiertelna. — To te dwa, co byli! To te dwa! krzyczała panna Katarzyna. — Wody, bandaży! wołał ojciec Wincenty. Z całej kamienicy ludzie biegli, rósł hałas i bezładne opowiadania. Zjawił się stróż z policyantem, wezwano pogotowie. Zanim przybył lekarz obnażono i przewiązano jako tako ranę. Grajek żył, był dźgnięty nożem w piersi, krwi zeszło massę, ale dyszał. Oczy miał zamknięte, i milczał. Policyant rozpoczął badanie świadków, i zapisywał: Grajek nazywał się Michał Sulima, był skrzypkiem w orkiestrze — mieszkał w kamienicy od trzech lat — dwa lata z żoną — od roku sam, spokojny człowiek, nietowarzyski — wieczory spędzał w domu, płacił komorne akuratnie — nikt mu nie usługiwał, jadał na mieście — gości nie miewał. Tyle o nim wiedział stróż i rządca. Potem panna Katarzyna opowiedziała swe spotkanie z dwoma porządnie ubranemi panami, którzy ją spytali czy pan Sulima tu mieszka, i poszli na górę. Mroczno było — twarzy nie zauważyła — jeden był kulawy, drugi miał na sobie palto z peleryną — tyle pamięta. Przybyło pogotowie, lekarz obejrzał chorego, i potwierdził, że cios był zadany długim wąskim nożem zapewne, że skierowany w serce ośliznął się — i przebił płuca. Rana nie była śmiertelną, ale upływ krwi znaczny, i stan wielkiego osłabienia. Sanitaryusze dźwignęli chorego, i unieśli go do karetki — pokój policyant opróżnił z ludzi i opieczętował. Publika poczęła się powoli rozpływać, tysiące snując komentarzy. Nazajutrz brukowa gazetka umieściła krótkie sprawozdanie o wypadku, i na tem się historya mordu Michała Sulimy dla szerszej publiczności zaczęła i skończyła. On sam ocknął się w sali szpitalnej. Ocucił go przeciągły głuchy jęk sąsiada. Spojrzał, sala była wielka, mroczna, pełna ciężkich dyszeń, stękań, westchnień — na dworze była noc. Sulima spróbował się nieco dźwignąć — i osłupiałym wzrokiem przeszedł po tych mrokach. — Szpital! Śmierć! pomyślał. Ot i taki kres. Na silniejszy jęk sąsiada poruszyła się w głębi szara postać, zabielał kornet szarytki. Zbliżyła się — pochyliła nad jęczącym. — Oj, dobrodziko, mnie już koniec! zaszemrał. — Módl się, módl! Pan Bóg łaskaw! odszepnęła. — Jeśli łaskaw, niech rychlej śmierć da! Nie mogę już wytrzymać! Dobrodziko, jak umrę, dajcie wiadomość matce. Pamiętacie adres: Wołyńska gubernia Zasławce — wdowie Ubyszowej — na plebanii u księdza Świrki — ja już tam nie wrócę. Mój Boże — a matka czeka, o głodzie i chłodzie — wszystko na mnie oddała — teraz chyba żebrać. — Bóg jej nie opuści. Módl się — chcesz — ze mną. I poczęła powoli, słowo po słowie, gorącym szeptem. — Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się Imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje. — Przyjdź królestwo Twoje, domówił chory — i ucichł. Jakieś rzężenie chrapliwe już tylko wychodziło z krtani, rozpoczęła się agonia. Zakonnica uklękła, zaczęła modlitwy przy skonaniu, kilku chorych podniosło się na posłaniu, Sulima patrzał — ale obejmowała go gorączka, wzrok się zasnuwał jakąś mgłą, pamięć mętniała — myśli kłębiły się bezładnie, ogarniała niemoc straszna, najdłużej wracało w mózgu: Zasławce, wdowa Ubyszowa — przyjdź królestwo Twoje — i wreszcie nic. Potem, ale już długo potem, gdy mu wróciła przytomność, i wyszedł z niebezpieczeństwa, oznajmiono mu, że ma składać zeznanie przed sędzią śledczym. — Nic nie mogę objaśnić! Nic nie pamiętam! rzekł spokojnie. Nie znam tych ludzi! Ale sędzia nie zważając na to — jął rozpytywać przedewszystkiem o niego samego. — Ależ ja nic nie popełniłem złego! zaoponował niechętnie. Papiery mam w porządku, znają mnie w kamienicy! — Proszę odpowiadać. Nazwisko, stan, zkąd rodem? Zrezygnowany, skupił się, zamyślił, i powoli uważnie dawał tylko lakoniczne odpowiedzi. — Sulima, Michał — szlachcic, rodem z Wołyńskiej gubernii — ale od dzieciństwa zamieszkały w Warszawie. Sierota po ojcu — matka żyje, wyszła powtórnie za mąż — za fabrykanta, Westermana, nie wie, gdzie obecnie jest — nie bywa u matki od kilku lat. Szkół nie skończył — na czwartej klasie przestał — uczył się muzyki — skrzypkiem jest, stroi fortepiany, przepisuje nuty. — Żonaty? — Tak. — Gdzież żona? — U rodziny. Ma matkę i brata. — Czem się trudnią? Nazwisko? — Żelezińscy. Mieli restauracyą i zajazd na Podwalu. Teraz nie wiem, gdzie są, i co robią. Może wyjechali. — Od dawna z żoną nie żyje? — Od roku. — Niech opowie przebieg napaści. Znowu Sulima odetchnął, i chwilę jakby sobie przypominał przejście i jego szczegóły. — Było to wieczorem. W stancyi było ciemno. Leżałem na łóżku, musiałem zadrzemać. Zbudził mnie hałas padającego sprzętu. Zerwałem się, krzyknąłem: kto tam. Wtedy jeden mnie obalił, drugi uderzył w piersi — i zemknęli! — Nieznajomi? Jak wyglądali? — Nie zauważyłem. Ciemno było. — Ale było dwóch — nie więcej, nie mniej? — Zdaje mi się. Zresztą nie pamiętam — ze snu. — Tak! Dlaczegóż jednak świadkowie twierdzą, że zastali lampę zapaloną? Sulima popatrzał na papiery, które sędzia przeglądał, i zamyślił się. — I znaleziono was daleko od łóżka, przy komodzie, szuflada w niej była otwarta, i rzeczy rozburzone. — Musieli ograbić, gdym padł — nie pamiętam. — Ale pamiętacie, co było w komodzie? — Trochę gratów, bielizny, odzież, książki. — Oto spis — co znaleziono w szufladzie. Sulima spojrzał na papier — czytał powoli. — Nic nie brak? — Nic! Spojrzał spokojnie w oczy sędziego. — Nie macie na nikogo podejrzenia? — Nie. — Mieliście może niechętnych, wrogów? — Nigdym nikogo nie skrzywdził. — To nie racya. — Z mojej strony to racya. Za innych nie odpowiadam. Myślę, że byli to jacyś rabusie przygodni, zastali drzwi otwarte — weszli, myśleli się obłowić. Nie zbogacieją z tego, co wzięli. — Więc coś wzięli? — No — moją krew, prawie życie. Co ja więcej mieć mogę odparł żywo. Nikogo nie posądzam, ludzi tych nie znam, jeśli się niejasno tłumaczę, to dlatego, że sam szczegółowo nie pamiętam. Mam jeszcze bardzo osłabioną głowę. Zresztą poco sprawa, panie! Ja do nikogo pretensyi nie mam. — Sprawiedliwość i prawo nie może na mord pozwolić. Sulima uśmiechnął się blado. — Czy to dopiero mord, jak krew przelano! rzekł. Kazano mu podpisać protokół, i wrócił na salę. Leżał zwykle dnie całe bez ruchu i głosu, jakby spał — odwiedził go raz tylko „ojciec Wincenty“ stolarz — i krawiec Mendel. Stary mu opowiadał, że wziął do siebie jego szczygła z klatką, a żyd jakby zawstydzony, gdy już odchodzić miał, położył na łóżku dwa jabłka. Zresztą nikt się nie zgłosił. Zrazu, gdy była godzina odwiedzin patrzał na wchodzących — potem nie podnosił oczu. I tak powoli zdrowiał, aż dnia pewnego doktór kazał go wypisać. Pożegnał tedy serdecznie siostrę Józefę — i spytał, czy już napisała do owych Zasławiec — do wdowy Ubyszowej o śmierci syna. Dawno napisała, i odesłano węzełek szmat. Sulima pomyślał chwilę, wreszcie spytał o szczegóły choroby Ubysza. Dowiedział się, że umarł po operacyi odjęcia nogi — z gangreny. Nic zresztą o nim zakonnica nie wiedziała. Gdy Sulima wyszedł ze szpitala, była późna — szara, jesień. Powlókł się, trzęsąc, do domu. Dowiedział się od stróża, że gospodarz żąda komornego za ubiegłe dwa miesiące, a w przeciwnym razie zafantuje rzeczy. Stancya była nieopalona, z zaduchem wilgoci, pusta prawie. Sulima spojrzał na komodę, i przedewszystkiem otworzył wierzchnią szufladę. Obojętnie odgarnął odzienie i bieliznę, sięgnął w głąb pod papier, osłaniający deski, i wydobył zwitek papierów, związany nitką. Nitkę tę zerwał, z papierów wybrał kilka — wsunął do kieszeni surduta, resztę odłożył napowrót — potem przewrócił całą zawartość szuflady, i uśmiechnął się. — Pugilares wzięli! szepnął. Usiadł na łóżku i zamyślił się. Dzień się kończył, w pokoju utopionym między ściany kamienic było już zupełnie mroczno. Ktoś do drzwi zapukał, i wszedł stary Wincenty. — Dowiaduję się, że pan wrócił! Ależ tu chłód — chodź pan do mnie szczygła zobaczyć. Bestya tak śpiewa, że aż miło słuchać. No, jakże się pan czuje? Słabo jeszcze? — Ot, znośnie. Niema czasu się pieścić. Trzeba żyć. — No, i nie złapali hyclów? Okradli pana? — Wzięli, ile było w komodzie. Teraz za zaległe komorne trzeba graty zbyć. Żeby choć starczyło. — Nie oddawaj pan żydom — ja nastręczę kupca. To warte ze trzydzieści rubli. Sulima spojrzał po gratach, wspomniał, jak je zbierał sztuka po sztuce całe cztery lata. — To i wystarczy dla gospodarza! rzekł spokojnie. Stary się roześmiał. — W panu to nijakiej żółci niema. A toćby pan choć nasobaczył, żeby sobie ulżyć! — Jużem klął kiedyś! — A tobym też do upadłego tych zbójów szukał, pomsty i sprawiedliwości dochodził. — Jużem i tego kiedyś próbował. Nie będę więcej. — Iii, niecierpliwie fuknął stary — bo też z pana cały pantofel. Aż złość patrzeć. Wszystko się panu rozłazi. — Nie umiem swojego ni trzymać, ni bronić. Ja to sam czuję — i ustąpię ludziom z drogi, wszystko oddawszy. — Ale, spróbuj pan! A co jeść będziesz jutro? Sulima ramionami ruszył. Stary splunął ze złością. — No, chodź pan tymczasem do mojej izby, do ciepła, do światła. Juści, że w takiem położeniu, to może z człowieka cała moc opaść. Ale Sulima się nie poruszył. — Dziękuję, ojcze Wincenty, ale zaraz wyjść muszę na miasto i późno wrócę. Trzeba o jutrze pomyśleć. Jeśli wasza łaska, tobym chciał co rychlej graty zbyć, choćby jutro. — Dobrze — dobrze — to się zrobi. Ale rozumniejby było, żebyście nie latali tak zaraz ze szpitala. — Aha, a co jutro jeść będę! odparł z uśmiechem bladym Sulima. Stary mrucząc wyszedł. Tedy grajek się ubrał w palto, i wysłuchawszy, że na schodach cicho, wysunął się na podwórko. W bramie rzekł do stróża. — Ojciec Wincenty obiecał mi na jutro kupca na graty. Niech się gospodarz o tę zaległość uspokoi. — No to gospodarz mówił, coby pan i za miesiąc z góry zapłacił, bo przez gratów, to zabezpieczenia nijakiego nie będzie. — Ha, no — to się wyprowadzę! Ze zwieszoną głową poszedł przed siebie, zda się bez celu. Ale on pomimo osłabienia wiedział, że tam dojść musi, gdzie postanowił, choćby potem padł bez ducha. Daleko od środka miasta w dzielnicy fabrycznej — zadzwonił do furtki w murze. Za murem w głębi podwórza był gmach fabryczny, huczący jeszcze robotą i oświetlony — z boku elegancka oficyna. — Pan w fabryce? spytał stróża. — Wyjechał na miasto przed chwilą. — Pani u siebie? Sama? — Tak jest. Sulima dalej nie pytając, poszedł ku oficynie i zadzwonił. Otworzył elegancki lokaj i groźnie spojrzał na wynędzniałego człowieka. — Po wsparcie? To do kantoru — naprzeciwko. — Nie — powiedźcie, pani, że Sulima chce się widzieć w ważnym interesie. Lokaj coś mrucząc poszedł w głąb mieszkania, zostawiając go u drzwi — po chwili do przedpokoju weszła spiesznie kobieta już niemłoda, szeleszcząca jedwabiami, z twarzą pełną niepokoju i trwogi. — Co to? Skąd ty? Co się stało? rzekła szeptem, wprowadzając go do gabinetu, i zamykając drzwi. Spojrzała nań: — Co z tobą? Takiś zmieniony? — Dziś wyszedłem ze szpitala. Matka przecie wie, co ze mną było. — Niewiem. Co? Popatrzał na nią przejmująco. — Nie wie, matka. Ano, to chwała Bogu. Jużby było za ohydne! No to powiem. Dwa miesiące temu mordowano mnie. — Ciebie! Boże! Kto? Za co? — Za złoto. A kto, matka się nie domyśla? Mam powiedzieć? — Mąż matki z Feliksem Zielezińskim. Kobieta krzyknęła, chwyciła się za głowę. — To nie może być, wyjąkała. — Dlaczego? Przecie już zabili starego Zielezińskiego. A teraz wiecie, kto będzie trzecią ofiarą: stary Turan! Czy matce jeszcze bielmo z oczu nie spadło przez dziesięć lat. Czy matka dotąd wierzy i kocha tego człowieka. — Michale, milcz. Ciebie zaślepia nienawiść! — Mniejsza — nie przychodzę tu po pomstę — żebym jej pragnął — jużby dawno byli w kryminale. Nie ja ich ześlę w katorgi. Niech żyją długo krzywdą, potem roboczym — i sytością grabieży i krwi. Przyszedłem, bo jutro stąd odejdę daleko i zniknę już na zawsze — rozpoczynając nowe życie, chcę wszelkie wspomnienie minionego zostawić — wam. Był w moim posiadaniu oblig pana Westermanna na sześćdziesiąt tysięcy — mojej części po ojcu. Matka cały nasz fundusz oddała temu człowiekowi i potem, gdym dorósł, dostała od niego ten papier, i dała mi. Mam go już pięć lat, nie tknąłem grosza procentu, chowałem go na ratunek dla nas, gdy katastrofa przyjdzie. Bo przyjść musi — ruina, nędza — i hańba i wstyd. Tego skryptu zażądali odemnie ci dwaj zbóje — zapłaciłem zań krwią, a nie dałem, i nie znaleźli go w ukradzionym pugilaresie. Oto jest — oddaję go matce, i błagam w waszym interesie zamilczcie, że go macie — do pory. Miałem też jeszcze inny dokument — zeznanie przedśmiertne starego Zielezińskiego — podpisane ostatniej nocy, gdym nad nim czuwał w szpitalu. Dał mi to, błagając, bym ratował córkę. Wydarłem ją z rąk tych łotrów groźbą, że wszystko odkryję. Musieli mi ją dać. No — nie na długo — opętana już przez nich była, stoczona gangreną złota i błota. Wróciła do nich. Teraz jest ich narzędziem na Turana — dla mnie stracona. Ale i ona może być kiedyś odrzucona, gdy stanie się bezużyteczną — pogrążona w hańbie i nędzy. I ten dokument składam w ręce matki dla jej ratunku — gdy pora przyjdzie. Niech mi matka poprzysięgnie — na krzyż Pański — że moje polecenie spełni. Więcej nic nie żądam — i nie stanę nigdy na drodze waszej. Kobieta osunęła się na fotel, i patrzała nań z jakiemś osłupieniem i zgrozą. On był bardzo podniecony, jakby w gorączce. — Straszna ta droga wasza, ludzie na wyżynach. Idziecie jak ślepi na wszystko co was otacza, na wszystko co depczecie, miażdżycie, spychacie! Oszaleliście w pogoni za zbytkiem, dobrobytem, rublem, ogłupieliście w egoizmie, ogłuchliście na wszystko, na to co wkoło was jęczy, zgrzyta, i klnie — ogłuchliście nawet na głos sumienia. To co otworzy wam oczy i uszy, co wróci wam rozum i sumienie — to będzie krew i ogień, i ryk rozpętanych bestyi — w które wyście zamienili ludzi. Poznacie ich wtedy, tych wszystkich co wam dają to, coście ukochali — wygodę, dobrobyt, zbytek, złoto, rozpustę, wszystkie rozkosze i ułatwienia cywilizacyi. Ani przeczuwacie ile to milionów będzie, i ani w malignie gorączkowej nie widujecie takich istot. Wy miewacie przesyt zbytku i wygód, ale nie myślicie, że może przyjść przesyt trudu tym, którzy życie całe czyszczą wasze klocki, ślepną nad wyrobem waszych koronek, gniją i duszą się po podziemiach i fabrykach, zamierają powoli robiąc wam zwierciadła, i tworząc zbytek — całe życie są niedojedzeni, brudni, niewyspani, i wtedy tylko weseli, gdy nietrzeźwi. Zobaczycie ich kiedyś — wszystkich, gdy i oni oszaleją, i syci tworzenia przyjdą niszczeć. I oto wasza pomyślność, szczęście, sława, świetne położenie. Zato i dlatego matka zdradziła pamięć ojca zmarłego, zato i dlatego odtrąciła matka mnie — na to — poszły pieniądze ojca marzyciela — zato tych dwóch morduje ludzi, zato i dlatego pozbawiono mnie żony — a ją czci i sumienia. — A teraz patrzy matka na mnie jak na szaleńca, i słucha jak obłąkanego. Prawda, po co ja wam to mówię! Czas mi odejść. Oto są te dokumenty. Spełni matka — moje polecenie? — Michale, opamiętaj się! Co tobie! wyjąkała załamując ręce. Nie możesz mi wybaczyć, żem słaba kobieta potrzebowała opieki. Nienawidzisz człowieka, który ci w niczem nie zawinił, miał zrazu najlepsze dla ciebie chęci. — Dosyć! przerwał Sulima. Pytam, czy matka spełni moje polecenie? — Ależ mój drogi, schowam te papiery, jeśli tak chcesz, nikomu o tem nie wspomnę — i mam nadzieję, że sam po nie przyjdziesz, gdy wrócisz do rozsądku. Ale — czy nie może być inaczej — czy ty nie zechcesz wrócić do matki. — Idę do niej! rzekł, kładąc na stole papiery, a kierując się do drzwi. Tedy zrozumiała, że był zupełnie obłąkany, i poczęła trząść się ze zgrozy i wrażenia, i czuła, że omdlewa. Sulima otworzył sobie sam drzwi na schody — i zeszedł na podwórze. W fabryce grał właśnie sygnał skończenia pracy. Stanął za furtą, na ulicy i czekał wyjścia robotników. Po chwili poczęli płynąć obok niego szarą, leniwą falą: mężczyźni, kobiety, wyrostki, dzieci prawie. Zaleli ulicę pogwarem, stukiem ociężałych kroków, w świetle latarni mignęli bladością i brzydotą twarzy o rysach tępych lub dzikich. Mijając go rzucali niektórzy spojrzenie obojętne, bezmyślne lub nieufne, i rozpełzali się do swych nor mieszkalnych, lub szynków. Kobiety były gadatliwsze, głośniejsze, kłóciły się i lżyły, lub rzucały cyniczne zaczepki i żarty. Parę młodszych zajrzało mu zuchwale w oczy: — Na kogo to pan czeka? spytała jedna. — I — po proszonem łazi! burknęła inna. — Szpicel może. W tej chwili w ulicy rozległ się tupot podków końskich i szmer gumowych kół powozu. — O — stary! przeszło pomrukiem wśród robotników. Powóz stanął u furty. — Brama! krzyknął stangret. Sulima zbliżył się spokojnie, i otworzył drzwiczki. — Co tam! rozległ się ostry, rozdrażniony głos, i natychmiast, jakby, poznawszy go pan Westerman dodał: — To pan? Czem mogę służyć? Gromadka robotników zatrzymała sią, gapiąc. Sulima rzekł z cicha, spokojnie, ale z jakąś straszną siłą: — Mam u pana pugilares i dwadzieścia pięć rubli. Proszę o zwrot. — Co! ryknął głucho fabrykant. — Proszę o zwrot, i zapowiadam, że jeśli w tej chwili nie otrzymam — będziemy zaraz obaj w cyrkule. Nie radzę czynić skandalu! Westerman spojrzał na gromadkę robotników, na otwierającą się bramę, sekundę się tylko zawahał, sięgnął do kieszeni — podał asygnatę. Nie rzekł słowa, Sulima się usunął, konie wpadły w bramę, wszystko to trwało minutę. Dwóch robotników przyjrzało się uważniej Sulimie. On też podniósł na nich oczy, i zdawał się na coś czekać. Poznał ich, mało się zmienili: tępe ich rysy — jakby zaśniedziały tylko przez czas. Ale on musiał być już w niczem do swego młodego „ja“ niepodobny, bo po chwili uwagi — odwrócili oczy, i odeszli za innemi. Na uliczcze opustoszałej stawało się coraz ciszej, Sulima powoli powlókł się do pierwszej spotkanej garkuchni, wszedł, usiadł w kącie, i zażądał piwa. Bardzo był osłabiony i zapewne głodny ale przełykał z takim trudem, że nie próbował nawet stałych pokarmów. Oparł głowę o ścianę i patrzał tępym wzrokiem przed siebie. Garkuchnia zrazu pełna ponurej wrzawy głodnych robotników opróżniła się też — wreszcie posługacz trącił go — wzywając by sobie szedł precz. Zwlókł się tedy i poszedł. Kurs był długi do śródmieścia — odpoczywał kilka razy pod bramami, na schodkach sklepów — i wreszcie dobrnął celu. Stróż, który mu otworzył, nie otrzymawszy napiwku, zawarczał przekleństwo, i Sulima, zobojętniały, nieprzytomny — dopełzł po schodach do swej stancyi. Rano ocuciło go targanie za rękę. Nad nim stal ojciec Wincenty i jakiś drugi jegomość. — Wstawaj no pan — przyprowadziłem kupca na graty, wołał stolarz. Trafia się wyśmienicie: ten pan, co dopiero się zaręczył, i szuka gniazda. Kupiłby wszystko hurtem, i zostałby w miejscu; a pan tymczaczasem — u mnieby kątem pobył, za nim do siebie przyjdzie. Sulima zebrał siły i wolę — wstał, i rozpoczęto targ. Właściwie targowali się nowonabywca z ojcem Wincentym — skrzypek zebrał tylko do płóciennego, ręcznego kuferk a swe szmaty, w koszyk złożył trochę nut, książek, papierów, na wierzchu umieścił skrzypce, i siedział apatycznie, patrząc po ścianach i sprzętach. Nowonabywca, zecer, zwrócił się wreszcie do niego. — No, jakże. Weźmie pan za to rupiecie czterdzieści rubli? Daję, bo muszę, to i połowy nie warte, ino, że ma pan faktora — jak węża i nie chce mi się zbierać i szukać gratów. — Bierz pan! odparł Sulima, nie zważając na protestujący wzrok starego stolarza. Zecer skwapliwie podał rękę na zgodę, wyliczył pieniądze, i snać rad z interesu, zaproponował zapić sprawę w knajpce, ale Sulima odmówił. — Ledwie żyję, jak pan widzisz. Nie wesoła ze mnie kompania. Ojciec Wincenty opowiedział szeroko zajście, a zecer rzek z przechwałką. — No niechnoby ze mną we dwóch spróbowali. Juści, że pan patrzy na księżą oborę. No — więc kiedy targ ubity, to ja się już tu wieczorem sprowadzę. — A pan niechno się do mnie zabiera na noc. Ot zaraz przeniesiemy garderobę! rzeki stary, Sulima nie miał siły oporu, dał ze sobą robić co chciano. W izbie u stolarza objęło go ciepło i senność. Ułożył się na ławeczce przy piecu, i od dawna zasnął raz pierwszy kamiennym snem. Gdy się ocknął paliła się już lampa i zwykłe towarzystwo napełniało lokal. Rozmawiano po cichu. Zerwał się na nogi, jakby przerażony i zawstydzony. Przedewszystkiem odczuł głód — i pokrzepienie, i pierwszą twarz, która mu wpadła w oczy — był Mendel krawiec. — Nu, pan, dzięki Bogu, już poprawił się! szepnął żyd życzliwie. Może pan głodny? On właśnie pożywał swą wieczerzę — suchą bułkę z odrobiną śledzia. — Juści, że głodny! zawołał ojciec Wincenty. A co — wyspał się pan uczciwie! No to weźcie, tam w piecyku, com dla was przygotował. — Daj wam Boże zdrowie, ale co zanadto to za wiele. Jest parę groszy w kieszeni, no i należy się odemnie gościna, na pożegnanie sąsiadów. — To się pan od nas wyprowadza? spytała panna Katarzyna. — Zamówił mnie jeden znajomy do Łodzi. Szepnął coś do Mendla, i żyd po chwili przyniósł piwa i kilka paczek wiktuałów. — Co się pan rujnuje! Zaprotestowano przez grzeczność, ale każdy uprzątał ze stołu swą robotę. W mig znalazły się różne szklanki i czarki — niemy Franek nastawił samowar, z paczek wyjrzały serdelki, ser, bułki. Ludzie się wzdragali niby, ale byli wszyscy głodni, a ojciec Wincenty skrupuły przeciął. — Słusznie. Każdy rad funduje przyjaciołom, i w kompanii godzi się poweselić. Juści nasz grajek — jakby z tamtego świata wrócił. Niechże żyje zdrów, i niech zapomni przebytej biedy. — Daj Boże! potwierdzili wszyscy. — Zagrałby też nam pan coniebądź! rzekła panna Katarzyna. Już to kunszt swój to pan posiada akuratnie. Czasem słuchając pana to aż za serce coś ściskało. — U panny wedle serca zawsze jakiś defekt jest! zaśmiał się ojciec Wincenty. — Czy, aby mnie skrzypce jeszcze nie zapomniały rzekł Sulima. — Dobył instrument, i spróbował strun — potem począł grać jakąś popularną melodyę — ku uciesze publiki. Zaczęto nawet podśpiewywać. Wtem drzwi się gwałtownie otworzyły, i wpadła Wojciechowa praczka, krzycząc. — Nie słyszycie, ludzie. A toć tam w tym przeklętym pokoju znowu kogoś mordują. Zerwali się wszyscy — wybiegli na schody — wtedy posłyszano z góry jęki kobiety. Sulima roztrącił ludzi — wbiegł na schody, pchnął drzwi — były zamknięte. — Otwierać tam! krzyknął. Jęk kobiety ucichł, jakby zduszony — a głos zecera, zły, zuchwały odpowiedział. — Kto tam? Czego? — Otwierać! — — Jakiem prawem się dobijacie! Ja u siebie! — Kobietę w tej chwili puść, bo policyę zwołam. — A cóż to — gwałtem ją tu przywlekłem — czy co? Sama przyszła. Zaśmiał się zuchwale zecer — odzyskując przytomność, i czując, że ustąpić musi przed jawnością skandalu. Otworzył drzwi — wypchnął z izby kobietę — i napowrót się zaryglował. Kobieta wpadła wprost na stróża, który ją porwał za ramię. — Ja ci ta, ścierko, pokażę, awantury wszczynać w kamienicy. Chodź ino! — Nie ruszać jej! rzekł twardo Sulima. Do mnie była przyszła nie wiedząc, żem się wyprowadził. Chodź! dodał zwracając się do kobiety. Szepty, śmiechy, pomruk towarzyszył, gdy schodzili. Na podwórku gwizdano — z okien wychylały się głowy kumoszek — kobieta, trzęsąc się, ukrywając twarz — szła, cisnąc się do Sulimy — tak minęli podwórze, wydostali się na ulicę. Sulima skinął na dorożkę. — Michale! szepnęła kobieta. Zdawał się nie słyszeć, cofnął się do bramy. Chwyciła go za ramię. — Michale — ja do ciebie przyszłam. — Po co? Feliks cię przysłał? Miałaś otruć czy tylko okraść? — Ty jesteś potwór! — Ja. A ty zatem co? Ofiara moja? — Tyś mnie zgubił. — Żmijo! mruknął. Przyszłaś po te papiery! Nie udało się! Wracaj — powiedz im, że nie dostaną, nie zniszczą. Niech czekają sądu. Idź! — Ty nie masz prawa mnie wypędzać. Wrócę kiedy zechcę, musisz mnie przyjąć, utrzymywać. Ja mam prawo — zobaczysz — przekonasz się. Jesteś mój mąż — zapomniałeś! No to ja ci się przypomnę. Stała przed nim jak furya, konwulsyjnie trzymając się ramienia. Znał jej hysteryczne ataki, i wiedział, że lada chwila nadejdzie. Popatrzał na nią, wstrząsnął się, i rzekł głucho. — No — to chodź. Zaśmiała się dziko, nieprzytomnie, i uchwyciła go za rękę, czuł jej paznogcie w ciele, i gorący oddech pełen wyziewów eteru palił mu twarz. Tak szli, a ona szeptała: — Pozbyłeś się mnie, i myślisz, żeś wolny. Nigdy, nigdy. Żona jestem prawna, poślubiona. Kiedy zechcę, wrócę. Twój dom — mój dom. Spytaj kogo chcesz — księdza, prawa. Kochać mnie musisz, opiekować się, karmić, utrzymywać. Przyszłam teraz do ciebie, i pozostanę. Nie potrzebuję siedzieć na karku rodzinie — mam męża. Dokąd ty mnie prowadzisz? Nie odpowiedział nic, poczęła mu paznogciami drapać rękę, dyszeć dziko, i nagle poczuł dojmujący ból — ugryzła go w ucho. Przyspieszył tylko kroku, i wszedł w bramę. Były w tym domu umeblowane pokoje. W paru słowach załatwił najem w kantorze, brudny fagas otworzył im jakieś drzwi, zapalił świecę — i wyszedł. Kobieta rozejrzała się błędnie, śmiała się dziko, z jakimś szatańskim tryumfem, i poczęła zdzierać odzież ze siebie. Sulima zdmuchnął świecę. Była godzina trzecia po północy, gdy ojciec Wincenty posłyszał nieśmiałe skrobanie do drzwi — i wpuścił grajka. Zapalił przytem lampkę, i przeraził się twarzy wchodzącego. — Co, panu? zawołał. Krew macie na twarzy, Sulima usiadł i machinalnie dotknął ręką policzka, potem oparł łokcie na kolanach, ukrył głowę w dłonie, i tak bez ruchu pozostał. — Czego ta kobieta chciała? spytał stolarz, Sulima podniósł głowę. — To moja żona! — Poznałem — ale zkądże jej przyszło. Toć was porzuciła? — A teraz chce wrócić — ma prawo. — No — i cóż będzie. Przyjmiecie napowrót? — Widzieliście to pożycie? — Ba. Widziałem może więcej niż wy. — Nie — ja niedługo byłem ślepy — wiem wszystko. Niedawno mnie mordowali — a ot, boję się — że, gdy tu jeszcze zostanę — sam mord popełnię. Muszę iść ztąd — muszę — muszę — bo krew przeleję. Ojciec Wincenty pokiwał głową. — No, juści — idźcie. Was tu zagryzą. Nie macie w sobie mocy na złe. Nie dacie rady! Zostawił płonącą lampkę, i położył się. Sulima zapatrzony w próżnię, straszny wyrazem tępej rozpaczy przesiedział do rana. Ledwie świt zerwał się — opanował go gorączkowy pośpiech. Trochę swych gratów zebrał w jeden tłomok z kołdry — załatwił rachunek u gospodarza, rozpłacił się co do grosza, i przyszedł się pożegnać. — Dokąd pan jedzie? spytał stary stolarz. — Ot, przed siebie — byle najdalej. — No, a jakby kto pytał? — Powiedzcie, żem do nowego świata pojechał, albo żem umarł. Ucieszą się. Dziękuję wam za dobre serce. Aż mi dziw, że tacy jak wy, ojcze, są na świecie! Uścisnęli sobie dłonie twardo. — A szczygieł wasz? zawołał stolarz za odchodzącym. — Dajcie mu wiosną wolność! odparł Sulima.

Późnym wieczorem, w Sobotę — na tydzień przed Bożem Narodzeniem Sulima wysiadł z wagonu trzeciej klasy, na stacyi małej i pustej w zapadłym kącie Wołynia. Ostąpili go żydzi woźnice, i po upartym targu jeden zgodził się dostawić go do Zasławia za rubla. Okazało się jednak, że i ta cena była wygórowaną, bo gdy minęli długą groblę i most — znaleźli się w miasteczku. Przynajmniej tak nazywano ulicę niebrukowaną, zabudowaną dwoma rzędami zagród, w których z niskich okienek świeciło światło. Innego oświetlenia nie było — dopiero na wielkim placu zabudowanym w środku kramami na rogu kopciła latarnia. — A dokąd wy? spytał woźnica. — Do kościoła! Tedy żyd minął plac, skręcił w boczną uliczkę i stanął przed furtką w parkanie. Naprzeciw stały jakieś konie, świeciły latarnie powozowe, i gromki głos stangreta fuknął. — A nie zaczep no tam, psia mać! Sulima wysiadł, zapłacił, i wziąwszy swój tłumok wszedł za ogrodzenie. Kościół czerniał wśród cmentarza, i był pomimo spóźnionej pory otwarty. Sulima rzucił tłumok przy parkanie i poszedł do środka. Wewnątrz było ciemno — w głębi tylko migotała lampka — i snuł się ze świeczką posługacz. W pustce rozlegały się donośnie stąpania jego butów, i szedł echem przeciągłem czyjś kaszel. To stara kobieta siedziała w ławkach skulona, i mamrocząc pacierze, stękała i kaszlała. Sulima uklęknął obok niej, i czekał aż się posługacz zbliży. Ale w tem u wejścia rozległa się rozmowa: gruby, zirytowany głos męski, i dźwięczny, wesoły kobiecy. — Spiło się, bydle, a jakże. Klnę się na dalibóg, że huncwota wygonię jutro! huczał bas. — No, ale w takim razie, któż mi zaakompanjuje zaśmiała się srebrnie kobieta. Nie wierzę w kunszt Musiałka — ale jeszcze mniej w swój! — No, no, spróbujemy. Fabian — a świeć że, gamoniu. Rozległy się kroki na drewnianych schodach do chóru, potem u organów błysnęło światło. Sulima podniósł oczy. Niewprawna ręka dotknęła organów, potem rozległ się czysty, piękny śpiew. Próżnia kościoła i mrok wchłaniała go — powtarzały donośnie, rozchybotało się powietrze melodyą. Wtedy Sulima nagłem postanowieniem wzruszony — wstał — i odnalazłszy schody — poomacku, potykając się w ciemności — wszedł na górę — znalazł drzwi chóru i wszedł. Ksiądz barczysty, olbrzymiego wzrostu, z twarzą dragona, z oczami sędziego śledczego, źle ogolony z gęstą siwą czupryną — odwrócił się na szelest drzwi — i na widok obcego gromko huknął. — A ty tu czego? Kto zacz? — Organista! rzekł Sulima. — Co? Jak? Zkąd? — Wstąpiłem spytać — może znajdę służbę. Ksiądz wziął jedną ze świec stojących u organu — i przytknął mu prawie do twarzy. — Bies cię tu przysłał — jak pokusę, rzekł oglądając go bystro. — Biesom zanadto dobrze się dzieje, żeby mieli wchodzić w organistów. — Ho, ho — dowcipny nawet. No, to któż ciebie tu zadyrygował? — Potrzeba chleba. — No — toś dobrze trafił na dziś. Jutro po nabożeństwie rozmówimy się o dalszych sprawach. Tymczasem masz nocleg, wikt i dwa złote. — Siadaj — pokaż, co umiesz. Kobieta na hałaśliwą mowę księdza przestała śpiewać, i przyglądała się także, tym obojętnym lekceważącym wzrokiem kasztelanki na obskurnego oficyalistę parafialnego. Sulima zdjął palto, roztarł swe zgrabiałe ręce i zasiadł do organów. Nuty znalazł rozłożone, więc spróbowawszy instrument, grać zaraz począł. Organy, jakby poczuły mistrza rozległy się potężnem swem tchnieniem, kobieta poczęła śpiewać. Ksiądz przechylił głowę, ucha nadstawił, twarz mu się wygładziła, straciła wyraz zły, zamruczał coś — co było zadowoleniem zapewne. Sulima już w nuty nie patrzał — znał tę pieśń więc oczy utkwił w mroki nawy — i szedł za melodyą. — Skończyli. Już bas księdza huczał, śmiała się kobieta — on jeszcze cichemi akordami utrzymywał echo w kościele. Wreszcie wstał. — No, no — musisz być dopiero szubrawiec i drapichrusta — jeśli tak grając włóczysz się za służbą! rzekł ksiądz. — Ależ, proboszczu! upomniała kobieta. — A cóż to, pani myślisz, że dobrego człowieka i zdatnego organisty nie trzymałby do śmierci każdy ksiądz. A Ubysz mój, chodził po świecie? Co? Bestya umarł — na złość mnie, a tego jego smyka własnemi pieniędzmi kształciłem poto, żeby mnie też okpił, ladaco. — On umarł! rzekł Sulima. — A ty zkąd wiesz o tem? — Leżeliśmy obok siebie w szpitalu. — Aha — toś ty z Warszawy. Fiu, fiu, droga krama. Pewnie myślisz, że tu się u mnie obłowisz. Figę zjesz, ja się obedrzeć niedam. — A zatem, do jutra, księże proboszczu. Będę o jedenastej. Dobranoc! rzekła kobieta. — Poczekajże — pani — poświecę na tej drabinie. Fabian — świeć — albo ty — ten stary ciemięga jeszcze się i sam zwali. Sulima wziął świecę, i poszedł naprzód — gdy byli na dole kobieta zatrzymała się sekundę. — Dziękuję, wam! rzekła, podając mu rubla. Cofnął się gwałtownie — spojrzała nań zdziwiona, potem ruszyła lekko brwiami, i uśmiechnąwszy się niewyraźnie, powtórzyła „dziękuję,“ i zbiegła ze schodów. Ksiądz sapiąc schodził, i burczał do kościelnego. — Zamykać kościół, i spać. Nie łazić mi po miasteczku, a jakby jutro Musiałek się pokazał — precz wygonić. No — Ubysz, chodźno zemną — na egzamin. Zaraz rozkąsim — coś za ptaszek. Stosowało się to do Sulimy. Poszedł tedy za księdzem — przez cmentarz, do drugiej furty, za którą leżało obejście plebanii. Obszczekało ich parę psów — minęli jakąś chałupkę — i weszli do domu księdza — w ciemny korytarz. — Kulesza, światło! huknął ksiądz. Otworzyły się drzwi, ukazał się człek brodaty, w kożuchu czarnym, z lampą w ręku. — Znowuś na rzece był, hultaju. — Dalibóg nie, proszę łaski księdza. Na pocztę chodziłem po gazety — czekałem na naczelnika. — Kolacya gotowa? Podawaj. Weszli do pokoju przesiąkłego zaduchem cygar i pleśni — na pierwszy rzut oka Sulima się domyślił, że ksiądz nie miał gospodyni. Było brudno, pusto, meble stały krzywo — pod oknem bez firanek — na stole przykrytym zniszczoną ceratą stał samowar, walały się okruchy chleba, parę poszczerbionych talerzy, kalendarz — kałamarz, jakieś księgi. Ściany były nagie, białe, kąt zajmował monumentalny kaflowy piec ziejący ciepłem — przy nim stała kanapka. Ksiądz się rozebrał z watowanego płaszcza, zasiadł w wygniecionym fotelu za stołem, odsapnął. — No, a teraz gadaj. — Co ksiądz każe? — Gadaj wszystko. Za co cię wydalili? Z jakiej parafii? — Z żadnej mnie nie wydalono. To będzie moja pierwsza posada. — No, no! Pokażno papiery? Świadectwa! Cóż to myślisz, że cię tak weźmie kto, z ulicy. Sulima dobył pasport. Ksiądz odsunąwszy dokument jak mógł najdalej od oczu — jął czytać: Michał, syn Adama Sulima — szlachcic lat 27 katolik — zapisany w Warszawie — szeregowiec zapasu — żonaty. — Co, żonaty! przerwał ksiądz — a dzieci ile? — Ani jednego. — A żona gdzie? — Pozostanie w Warszawie. — Ta, ta, ta — stare sztuki! Znam się na tem. Ubysz przysięgał to samo, zgodził się za kawalera, a potem, baba się zjawiła — no i naturalnie on umarł — a baba mi została na karku i niema sposobu jej się pozbyć. Sulima śmiertelnie znużony, głodny, osłabiony do reszty gorącem izby, nic nie odparł, ledwie się trzymał na nogach, powieki mu opadały. Ksiądz nareszcie to spostrzegł. — Coś ty, chory? — Nie — tak słabo tylko! — Siadajże, czegóż tkwisz jak czapla. Wstał otworzył szafkę, i podał mu pełen kieliszek. — Masz, wypij. — Dziękuję księdzu — nie mogę — nie piję. — Także łgarstwo. Już przekonałem się. Kto niby to nie znosi kieliszka — pokaże się wierutny pijanica. No — nie chcesz — ja piję. Wychylił kieliszek i głosem do gromu podobnym ryknął: — Kulesza, kolacya! Brodacz wpadł — niosąc półmisek zrazów z kaszą. Rękawem starł stół — podał talerze i widelce, i wyszedł, zabierając ze sobą samowar. — No, jedz. Chleb tam na oknie, podaj! Przez chwilę panowało milczenie posilania się prawdziwie głodnych; z pod oka ksiądz patrzał na Sulimę — jak kupiec patrzy na towar, który mu jest potrzebny, ale do którego się nie chce zapalać, by nie przepłacić. — Ciekawym, co ty myślisz zacenić mi ten swój kunszt warszawski? rzekł wreszcie. — Nie żyłem na prowincyi — nie wiem jakie tu ceny. — No, ale tak mniej więcej, ileż zarabiałeś w Warszawie? — Ksiądz mi da tyle co brał mój poprzednik. — Ho, ho — musiał ci powiedzieć Ubyszak przed śmiercią. Ale to co innego. Ubysz i księgi prowadził, i był praktyk w liturgii — ho — ho — jeszcze mnie podpowiedział — a ty co? Smyk — fryc! Zresztą co tu długo gadać — dam sto rubli — mieszkanie, opał, kawał ogrodu — a resztę to sobie sam dorobisz. Sulima uśmiechnął się blado. — Jeśli ksiądz wie, że za tę sumę się utrzymam tutaj — to poco mam się targować. Przyznaję, że ksiąg prowadzić nie umiem, żadnego nabożeństwa nie znam — na organach grać potrafię. — Jak nie znasz i nie umiesz, to się musisz nauczyć. Ubysz zostawił nuty i książki, kupisz je u wdowy. — Nie kupię, bo nie mam zaco. — No, to utrzymasz babę do śmierci, a ona ci zato da tę bibułę. Tylko ci zapowiadam, że jak żonę sprowadzisz — fora ze dwora. No, a jakbyś się okazał nałogowy, lub jaki inny gałgan, to mogę cię po miesiącu wydalić. — Ale też jeśli nie wyżyję z tej sumy — to wolno mi po miesiącu odejść. — Ot, nie wyżyjesz! Myślisz, że tu Warszawa! Tu jeszcze nikt z głodu nie umarł. Ot, jeszcze do świąt tydzień — zaraz coś uciułasz za opłatki. W święta też jakiś grosz za kolendę kapnie. A to pogrzeb, to ślub, to chrzciny — ho, ho, Ubysz zbierał. Trzeba być gospodarnym. — Tego to chyba nigdy się nie nauczę! rzekł Sulima kręcąc głową. — Toś osioł i gamoń. Jakże to — i rzeczy nie masz! — Zostawiłem na dworze, przy furcie. — Idźże po nie. Dziś tu przenocujesz, na kanapie. Jutro po nabożeństwie wniesiesz się do mieszkania po Ubyszu. Mszę potrafisz grać? — Nie wiem, spróbuję. — Będzie chryja! zamruczał ksiądz. Skoro świt idź na, chór i przegraj. Ach ten Ubysz, ten Ubysz — ładnego on mi figla spłatał. Sulima wyszedł po swój tobołek. Gdy mijał chałupę, eskortowany przez zajadle ujadające psy — natknął się na jakąś postać. — A co? Zgodził was proboszcz, spytał rozbity, drżący głos starej kobiety. Juści, że zgodził — umiecie grać, a mój Antoś umarł. — Kto pani jest? Ja żadna pani — Ubyszowa jestem wdowa, sierota. Ot tu mieszkam jeszcze, ale ksiądz burczy — trzeba będzie wam kwaterę opróżnić, pewnie jutro. — Mnie niewiele miejsca trzeba — pomieścimy się! — I, albo to ksiądz pozwoli. Całe życie tu pokutuję — ot, tak docześnie. Gryzie mnie i gryzie. Ile on już kobiet wygryzł. Ot Fabiana żona w miasteczku, Kuleszyna umarła, zakrystyanów trzech się zmieniło, przez żony. Ino ja wytrzymałam. — Jakże to? Tak kobiet nie cierpi? — Kat jest, prześladowca. Kury nie wolno mieć, bo grzebie, wieprzaka, bo ryje, — bielizny nie wolno powiesić na płocie bo brzydko. Dziecko mu krzyczy, pomyje mu cuchną — ot — żyć nie daje i tyle. — Przecie was z mieszkania nie wyrzucił? — No nie, ale co parę dni, byle mnie spotkał kusi. — Jakto kusi? — Ot tka gwałtem sto rubli, i każe do miasteczka się wynosić. Już mi tam mieszkanie wynajął. — Toć przecie was ukrzywdzić nie chce. — Jakto! To nie rozumiecie jaka to krzywda. Spytajcie się drzewiny — choćby przydrożnej, co woli. Czy zestarzeć i zgnić na miejscu, czy, że ją zetną i choćby na królewski sprzęt użyją. Oj — młodziście. — To się nie gryźcie. Zostaniecie. Pomieścimy się, rzekł z cicha. Chyba, że i ja tu nie ubędę. Stara teraz dopiero cicho płakać zaczęła. — Wstąpcie — zobaczycie kąty! rzekła. — Zaraz — ino rzeczy przyniosę. Zostawiłem pod parkanem. — To was przeprowadzę. Poszli we dwoje, i gdy wracali z rzeczami, rzekł: — Ksiądz kazał dziś nocować na plebanii. — Juści — tam lepiej, wygodniej — i ciepło. Ja rzadko palę. Tak się opuściłam, zleniłam się — od tego dnia — jak mi odesłali szmaty Antosia nieboszczyka. Tak już i nie czuć — czy głodno, czy syto — czy zimno czy ciepło. Wszystko jedno. Weszli w ciemną sień, stęchłą jak piwnica. Stara otworzyła drzwi na lewo, do dużej izby pustej zupełnie i mrocznej. Światło padało z drugich drzwi i izby, która stanowiła zarazem sypialnię i kuchnię. Tam też ze sprzętów było tylko jedno łóżko, stół — i stołek. Czuć było, że dawno na kuchni nie gotowano, ani palono w piecu. Paliła się tylko lampa przed Matką Boską starym, odymionym obrazkiem — nad łóżkiem. Wokoło na ścianie było wiele innych świętych, różańce, palmy, gromnica, święcone wianeczki. — Za sienią jest jeszcze jedna stancya i spiżarnia. Mieszkanie duże — i ciepłe — jak palić. Sulima obejrzał się, i wzdrygnął. — I wy tu tak sami zawsze, ciągle? — No, a jakże. Któż ma być. Kiedyś było nas dwoje — potem pięcioro — dwoje dzieci wzięła szkarlatyna — Antek poszedł na naukę — znowuśmy we dwoje zostali — potem stary mój na tyfus się położył — i nie wstał. Myślałam Antek wróci — ot i on mnie porzucił. A byli obadwa jak dęby — a ja całe życie niedomagałam i ja zostałam. Tak ci Bóg zadysponował. Sulima położył rzeczy w kącie, i obejrzał się. — To tu ino te cztery ściany? — Były sprzęty, ale nasze tom sprzedała — na chleb. I fortepian był — wszystko poszło! A wy to swoich nie macie? — Zkądże? Toć moja pierwsza posada na wsi. Z Warszawy jestem. — Ha, no — to kupicie. Jakże wasza godność? — Sulima, Michał. — Mojemu też Michał było. Toście i nie żonaci? — Nie mam żony. — To jakże tak będziecie. Ksiądz was nie zechce stołować. — Podobno macie nuty i książki organiście potrzebne. — Były, były — ale teraz u Grunera w zastawie. Niewiele na nie wzięłam — trzy ruble — ale warte dwa razy tyle. Dacie pięć rubli — to wykupię. Sulima ramionami ruszył w zupełnej nieświadomości co robić, a zbyt zmęczony, by myśleć. — Zobaczę jutro! rzekł apatycznie, i poszedł na plebanię. Ksiądz z drugiego pokoju zburczał go, że tak późno wraca, Kulesza bez ceremonii zgasił lampę, i rozbitek legł jak drewno na kanapę, nic nie odczuwając tylko zwierzęcą konieczność snu i odpoczynku. Gdy się zbudził, ksiądz już ubrany chodził po izbie, odmawiał łacińskie pacierze, i przerywając je co chwila rozmawiał ze stojącym w progu chudym, bladym, kaszlącym śledziennikiem. Sulima się zerwał, a ksiądz natychmiast wpadł na niego: — Co? Byłeś już u tej wiedźmy. W konszachty z nią wchodzisz. W opiekę ją bierzesz przeciw mnie. Co ci nakłamała? Co? Gadaj! — Jeśli ksiądz mówi o wdowie po moim poprzedniku, tom rzeczywiście u niej był, złożyłem tam już moje rzeczy — pytałem o te nuty i książki, o sprzęty... — No i co? — Powiedziała, że sprzęty sprzedała na chleb, że nuty w zastawie — chce za nie pięć rubli — no, a że mieszkanie obszerne, tom rzekł, że się pomieścimy. — Słyszysz, Muchalski — słyszysz! zwrócił się ksiądz do stojącego w progu śledziennika. — Toć właśnie mówiłem dobrodziejowi. Baba jakby na sto koni wsiadła. Po ciemku jeszcze wlazła do plewnika, nabrała woorek taki — plew — maciorę swoją wypuściła z chlewka — potem uchwyciła z moich sieni drew, a jakem słowo rzekł, to taki krzyk podniosła — jakby tu wszystko jej było. „Dla organisty biorę — takam sama gospodyni tu jak i ty“. Na twarz Muchalskiego zakrystyana wystąpiły z irytacyi żółtoczerwone plamy. Ksiądz przyskoczył do Sulimy — Żeby mi baby do wieczora u ciebie nie było. — Jam tu nie gospodarz — kobieta tu wiek zbyła, nie mnie jej rugować. Mogę sam odejść. — No to idź na złamanie karku. Ja tu pan i drwić z siebie nie dam. Muchalski — wyjąć okna w chałupie, i rozwalić piec! Wcielony szatan każda baba. Sprowadź mi Musiałka. Zakrystyan snać rad poleceniu zniknął. Sulima włożył paltot i skierował się też ku wyjściu. — A żebyś wiedział za kim się ujmujesz — to ci powiem, że ta jędza wszystko łże i udaje, krzyczał ksiądz. Kutwa jest, sknera, oszust. W poduszce ma pieniądze, a siły i zdrowia jak parobek. Całe życie mnie okrada, ciągnie z pola, z ogrodu, z gumna, ze spichrza. Męża głodziła, syna głodziła, sama się głodzi, a grosze dusi. Chciała cię orznąć na tych starych szpargałach — a meble powynosiła cichaczem, bo przeważnie moje były — i bała się, że nie dam zabrać. — Proszę dobrodzieja — Musiałek wczoraj wieczór pojechał do Bereźnicy — na chrzciny! oznajmił Kulesza, ukazując się z dymiącym samowarem w objęciu. Oburzenie i bezsilna złość odebrały mowę księdzu, chwilę stał jak piorunem rażony — wreszcie wrzasnął. — No to co, ośle! Kościół nie stoi na Musiałku, będzie suma bez organów. Zobaczymy kto kogo będzie prosić. A Musiałek ogrodu za rzeką nie dostanie! — Proszę księdza proboszcza, rzekł łagodnie Sulima, przecie ja mogę sumę odegrać, a potem się oddalić. Toć przecie drobnostka, a jeśli mogę się przydać — to usłużę za gościnę — bez żadnego wynagrodzenia. Byle jakie nuty, tobym zaraz spróbował. Ksiądz popatrzał nań wściekle, potem zniknął w dalszych pokojach — wrócił — rzucił na stół pięć rubli, i krzyknął Kuleszy. — Masz — zanieś tej jędzy — niech daje nuty. No — popamięta! Ty — tu siedź — wypij herbaty — i marsz na chór. Sapał, dmuchał, fukał, i krążył jak tygrys po klatce — po długiej chwili Kulesza przyniósł worek ciężki. — Gdzie były? spytał ksiądz. — Na strychu! — A co — masz — jaki to oszust baba! No cóż. Muchalski okna wyjął. — Wyjął, ale baba siedzi! — Zmarznie! szepnął Sulima, szperając w nutach. — Tobie nic do tego — masz nuty — idź — i graj! Sulima w milczeniu usłuchał. Na rozkaz księdza Fabjan poszedł przed nim, by kościół otworzyć. Chałupa organisty stała bez drzwi i okien — wewnątrz płaczliwy glos Ubyszowej się rozlegał. — Pocóż piec psuć, poco — ja już sobie pójdę. Na żebry, w starce, do kruchty. Zaraz, ino te szmaty zbiorę — ot już idę — na miasteczko — furkę uproszę — wieczorem wszystko zabiorę. Niech to tymczasem zostanie pod waszą opieką. Fabjan otworzył tylne drzwi kościelne, i weszli przez zakrystyą. Kościół w dzień zaimponował Sulimie czystością i porządkiem — wszystko było w najgorszym smaku, jaskrawe, szpetne, ale świeże, błyszczące, utrzymane starannie. — Ho, ho! rzekł Fabjan z dumą — już to takiego gospodarza jak nasz ksiądz, to drugiego pewnie i w samym Rzymie przy Papieżu niema. A zobaczycie jakie krowy, konie — jak pole rodzi. Gospodarz na całą okolicę. Zaczął sprzątać w zakrystyi, a Sulima poszedł na chór. — Chodźcie no kalikować! rzekł. — Zaraz Jaśka wam przyślę. Jakoż po chwili zjawił się przy organach chłopak pyzaty, zasapany, zmarznięty — z miną typowego urwisa. Spojrzał na Sulimę ze złośliwą ciekawością i rzekł piskliwym falsetem. — A co mam robić? — Nie wiesz? ten spytał, patrząc nań uważnie. Chłopak się stropił, stracił rezon. — Pierwszy raz tu jesteś? badał Sulima. — I nie — ja Fabjanów! — No to poco pytasz? — Ja tak sobie! bąknął. — No to „tak sobie“ — rób — jak kiedyindziej — a tutaj kalikuj! Jasiek wtulił głowę w ramiona, i zniknął za organami. Po godzinie Sulima poczuł się przygotowanym do sumy, i uwolnił go. Ale chłopak pozostał gapiąc się na niego, gdy porządkował nuty. — Pan to umie grać, sto razy jak Musiałek, rzekł wreszcie: — On jest mieszczanin — wieprze bije. Uu, bogaty — ma dom z facyatą, gospodarz. A gołębi to ma pewnie kopę. Na weselach przytem gra, i wszędzie. — Na czem gra? — A na harmonii. Ma taką wielką — pewnie kosztuje z dziesięć rubli — dwa rzędy klawiszów! Pan pewnie też potrafi na harmonii grać!? — Nie wiem — nie próbowałem. — Pewnie pan potrafi — kiedy pan ma taką moc na organy. Ja księdzu do mszy służę. — Ileż ci lat? — Marcin co po mnie, to ma już dziesięć — mnie pewnie czternaście — bo jest Julka między nami. — A do szkoły chodzisz? — Już drugi rok nie. — Skończyłeś? — I nie — wypędził nastawnik. — To ruska szkoła? — A jakaż? ruska, rozumie się. A pan to z Polszy? — Jakto: z Polszy? Co to znaczy? — No z Polszy — z Warszawy? — A ty ruski? — Nie — ja katolik. — No i Polak? — Nie — ojciec z Budek mazurskich z za Bereznicy — tutejszy. — Więc u was Polak — to taki z Warszawy? — A za cóż ciebie nastawnik ze szkoły wypędził? — Ja nie zechciał z drugiemi uczennikami iść do popa z kolendą po rusku. — Dlaczego? — Panienka z Dubinek nas powstydziła, że my ruscy — to nas trzech takich nie poszło, i wypędzili. — Jakaż to panienka z Dubinek? — A ta, co śpiewa na sumie. Tamte chłopcy zebrali po miasteczku kilka rubli — a my nic. Śmieją się teraz z nas. — No, to czemuście na drugi rok z niemi nie poszli. Chłopak ramionami ruszył. — Mieliśmy ich prosić! Nie, to nie. — A dużo was takich jest — katolików? — Dużo — pewnie trzydziestu. — To czemuż się nie nauczycie polskich kolend? — Bo to połowa w szkole jest. Starzy im każą słuchać nastawnika — a reszta to się boi. Śpiewają sobie po domach — a i nie umieją dobrze. Nikt nie nauczy. Ot już ludzie się zbierają — to bractwo — zaraz zaczną godzinki. Skoczę ja — zobaczę — czy już naprawdę Ubyszowę Muchalski zwojował. Ociec tu przyjdzie — przed sumą. I zniknął w czarnej czeluści kręconych schodów. Sulima oparł się o galeryę chóru, i patrzał na kościół. Poczynał się zaludniać. Awangardę nabożnych stanowiły staruchy w watowanych tułubkach, z głowami okręconemi w chusty, i dziady w kożuchach lub szarych kubrakach. Rozsiedli się w ławkach, wykaszlali się, otarli nosy — i zaczęli na chwałę Boską godzinki. Dziady starali się śpiewać jaknajgrubiej — baby jaknajpiskliwiej, wszyscy zgodnie fałszując jaknajokropniej. Zanosiło się to na długo, i zapewne było oddawna przyjęte bez protestu, uszy wszystkich z tem się oswoiły i nikt na to nie zwracał uwagi. Ludzie się snuli tymczasem po zakrystyi — dzieci płakały w kruchcie, Fabjan kłócił się z Muchalskim — aż wreszcie opanował śpiew i ruch bas potężny księdza Cwirki. Wśród jękliwych godzinek dolatywało wyraźnie: — Co? Natalka Parczewskich do wywodu. Trzy ruble niech płaci za dzieciaka. Ja ich nauczę obrazę Boską urządzać. Z Budek dwoje do chrztu — a jakie? oboje rodzice katolicy? Aha, Łabędzkich i Skowrońskich, dobrze — dobrze? Dawajcie dzieci. A wy co? do Spowiedzi? Nie mogliście to wcześniej. Muchalski — stułę. Wy czego? Aha, msza żałobna za matkę. To trzy ruble z egzekwiami — i we środę — jutro zajęte.

zapiszczały staruchy w ławkach. Ksiądz wypadł na kościół — przeszedł szturmowym krokiem, że mu ledwie mógł nadążyć Muchalski, w kruchcie rozległo się parę dosadnych moralnych nauk o skromności i nieczystości, potem łacina i po chwili trzymając się stuły weszła na kościół kobieta z dzieckiem na ręku. Baby od godzinek odwróciły się ku niej z nienawistnem spojrzeniem cnotliwych matron, a ksiądz wpadł do konfesyonału, i kiwał na penitentów. — No — i na cóż czekacie! prędzej, prędzej. Gdy spowiadał, wzrok jego biegał po wszystkich kątach kościoła — spieszył się, i ledwie hamował swe rozdrażnienie. Ostatni penitent jeszcze go w rękę nie pocałował gdy już wyleciał do zakrystyi — i rozległo się jak grom: — Fabjan — pajęczyna znowu jest przy Majowym ołtarzu — takiś ty sługa domu Bożego! A szyba znowu wybita — pewnie twoje własne gołębie to zrobiły. To ty, durniu, myślisz, że ja to ścierpię dłużej. Gospodarz tu jestem — i precz wygonię — jeśli taki bezład będzie. Marsz — sprzątać! No, gdzież te dzieci do chrztu. Po chwili już chrzcił — musztrując chrzestnych, i recytując w szybkim tempie modlitwy. Tedy jego bystre oko dostrzegło na chórze Sulimę, i wezwał go ruchem lewicy, gdyż w prawej trzymał książkę. Sulima zeszedł i podążył do zakrystyi. — Cóż się gapisz? Spróbowałeś mszę? Niechno mi będziesz barłożyć na organach! Masz tu — ponotuj te dzieci — metryki trzeba popisać. W grubej zatłuszczonej księdze, służącej za zbiór intencyi mszalnych, notatek wielkanocnych spowiedzi — jakichś rachunków i bezładnych szeregów nazwisk znalazł Sulima czystą stronnicę, i tam zapisał co mu rozkazano. Kościół tymczasem coraz się napełniał, i coraz nowi interesanci wchodzili do zakrystyi. Wśród nich ukazała się wreszcie „panienka z Dubinek“ którą wnet poznał Sulima. Śmiała się, obserwując miotającego się proboszcza, wreszcie skinęła na Sulimę, i rzekła: — Pójdę na chór. Za chwilę będą dzwonić na sumę. Ruszył za nią, wołając Fabjana. — Cóż? Zajął pan posadę? spytała, gdy byli przy organach. — Tak, wczoraj mnie ksiądz umówił, a dziś rano już dostałem dymisyą. — No, do wieczora jeszcze daleko. Jeszcze parę razy będzie pan przyjęty i odtrącony, ale w rezultacie ksiądz pana nie puści. — Ale ja nie wytrzymam, i odejdę. — Chyba. Myślałam, że pan szuka posady. — Potom tu przybył, ale jakże zostać. — A tak — najspokojniej, nie zważając, i nie spierając się. Proboszcz musi krzyczeć i miotać się — taką ma naturę. Pan się kształcił w Warszawie? — Tak — ale organistą nigdy nie byłem, i studyowałem grę na organach z amatorstwa. Z zawodu skrzypek jestem. — Ma pan wybitny talent, prawdziwą iskrę Bożą. Że też pan się znalazł w tej głuszy! — Z iskrą Bożą chyba tylko żyć w głuszy. Nawet pierwszy raz w życiu pani mi to słowo rzekła tutaj. Wśród ludzi tam uchodziłem za przeciętnego grajka. Grywałem w orkiestrze w teatrze — czasem w kwartecie restauracyjnym, czasem na balu. Przybyłem tu żeby być sam. — O, zdaje mi się, że pod wielu względami odczuje pan tu kompletną samotność! uśmiechnęła się. Rozkołysały się dzwony, z paszczy schodów wynurzył się Fabjan — dzwonek w zakrystyi zajęczał — rozpoczęła się suma. Sulima począł grać, wytężył całą uwagę, aby w porę przerywać i odpowiadać, ale nigdyby z trudności technicznych nie wybrnął, żeby nie wskazówki i komenda panienki. Gdy skończył był przekonany, że do organów tych już się drugi raz nie dotknie. Czuł się kompletnie na organistę niezdatnym. Panienka pożegnała go uprzejmie, dodając: — Do widzenia. Czekamy na opłatki — i wyszła. On się nie kwapił. Opadło go znużenie i wielka apatya — znowu oparty o galeryą chóru, patrzał na opróżniający się kościół. Wszyscy ci ludzie gdzieś szli, do czegoś wracali — on nie miał ni celu ni gniazda. Przerwał mu zadumę chłopak Fabjana, wpadający jak wicher z wielkim łupotem kutych obcasów. — Niech pan leci. Ksiądz krzyczy, że aż strach. Poszedł mimowoli spiesząc, na plebanii proboszcz piorunował, a ledwie go ujrzał napadł z góry. — Gdzie siedzisz — tutaj ludzie o opłatki napastują a Muchalski twierdzi, że ta stara wiedźma blachy zabrała, kościelne blachy! Żebyś mi je zaraz odebrał — i wziął się do roboty. Jutro opłatki być muszą — i żebyś mi je duchem rozwiózł. Rozlokuj się w mieszkaniu — a co do twego grania, to uważajże; nie zasłuchuj się jakby mnie przy ołtarzu nie było, a ludzie na twój koncert się zeszli. Ty słuchaj i patrz na mnie, a nie popisuj się. A śpiewać to nie raczysz! Cóż to za facecye! Myślisz, że codzień panny będą. — Kiedy ja, proszę dobrodzieja nie umiem śpiewać. — Jakto nie umiesz. Otwórz gębę i basta. Umieć to jeszcze potrzeba! Teatr tu masz pokazywać, czy jakie sztuki. Także zawracanie głowy! Nuty ci wykupiłem — masz wszystko co trzeba. Na nieszpory Magnificat sobie powtórz — no i te blachy żeby mi były Sulima zupełnie odurzony wyszedł. Stanął w sieni i po chwili rozmysłu — począł się śmiać. Aż mu dziwno było, ale nie potrafił utrzymać powagi wobec tej szczególnej teoryi śpiewu. Poszedł do swego mieszkania. Znalazł tam dziwny obraz. Wszystkie rzeczy Ubyszowej były złożone w pierwszej stancyi, i stał nad nimi Muchalski, klnąc. — Gdzież stara? spytał Sulima. — Licho ją wie. Poszła niby po furmanki, i przepadła. A mnie zapowiedziała, żeby jej co nie zginęło tymczasem muszę wartować. — To wszystko jej sprzęty? — A jej. — No to jak ja będę tu mieszkać? Muchalski ramionami ruszył. — Trzeba księdza poprosić. Może co udzieli. Ale ten projekt nie podobał się Sulimie. — A co będę jeść? spytał. Muchalski powtórzył ruch ramion. Tedy Sulimę ogarnęła złość — wyszedł w sień — znalazł połamaną ławkę — przywlókł ją do stancyi — pod piecem zobaczył trochę kartofli i garnek drutem ujęty — nie zważając na obecność zakrystyana zajął się iście robinsonowem gospodarstwem. Uleciały mu z głowy myśli rozpaczne, zniknęła apatya — było zimno, głodno — trzeba było żyć. Muchalski po chwili rozmowę sam zagaił. — To jeśli pan już się tu rozgościł — to pan tych gratów może pilnować. Ja pójdę do domu. — Nie, pan nie pójdzie! odparł spokojnie ale stanowczo Sulima. Mnie te rzeczy nie zostały powierzone, i ja kobiety rugować nie będę. Panu ksiądz polecił — to pan musi spełnić. — A jak baba do wieczora się nie zjawi? — To pan tu będzie do wieczora. — Toć zdechnę z głodu! Teraz Sulima ramionami ruszył. Napełnił garnek wodą i kartoflami — zapalił w piecu i poszedł na plebanię. Przyniósł ztamtąd soli i kawał chleba. Muchalski skulony na jakimś tobole, nieśmiało się odezwał. — Żeby pan po dobroci — choć chwilę mnie zastąpił tobym skoczył na miasteczko, i babę przypędził. — Po dobroci, to i owszem. Po dobroci też dostanie mi pan od księdza i tu mi dostarczy bodaj tapczan i stolik. — A dobrze — nawet jest trochę gratów w składzie na dzwonnicy to można wziąść choćby zaraz. — To chodźmy po nie. I poszli. Na dzwonnicy był istny Pociejów — w godzinę Sulima się umeblował — i wtedy uwolnił Muchalskiego. — Powie pan księdzu, że mnie pan ulokował i że Ubyszowej już niema. Już ja się ze starą załatwię. Po dobroci wszystko się zrobi. Gdy został sam — posilił się kartoflami, izbę uporządkował, i tak mu czas prędko zeszedł, że ani się obejrzał, że już była pora na nieszpory. Zaledwie zdążył przegrać i spróbować głosu już ksiądz wpadł do zakrystyi. Ludzi zeszło się niewielu, Sulima lepiej się z nieszporami połapał jak z sumą, i odważył się śpiewać, uzuchwalony rannemi godzinkami. Był bardzo rad, że go ksiądz do siebie nie wezwał, i wrócił milczkiem, szybko do chałupy. Gdy wszedł zastał w izbie — Ubyszowę. Jakby nic, z największym spokojem i pewnością już napowrót rozpakowała graty, usłała pierzyny — rozwiesiła obrazki — i — piekła z wielką wprawą opłatki. Nie uczynił jej żadnej uwagi — nie zaprotestował, czuł się bezmiernie zmęczonym — nie miał światła więc się rozebrał, i legł spać w pierwszej stancyi. Stara też nic doń nie rzekła, gospodarzyła u siebie aż późno w noc. W nocy nakarmiła swego wieprza, zrobiła zapas wody i drew, uporządkowała do reszty mieszkanie. Gdy zrobił się dzień, ani jej było śladu, ale na stole w stancyi Sulimy, leżały powiązane w paczki opłatki i stało ugotowane śniadanie. Poszedł do kościoła, ale ksiądz spotkał go w zakrystyi. — Nie trzeba dziś twego drumlenia. Zaraz ruszaj z opłatkami po parafii. — Nie mam pojęcia, gdzie mam jechać, ani komu dać. Nigdy nie byłem organistą. — I ja się księdzem nie urodziłem. Dam ci mój wóz i konia — powiezie cię Florek co zawsze nas wozi. On wie, gdzie jechać. A pamiętaj wszędzie po Budkach dzieci o pacierz spytać, a po dworach gładko życzenia złożyć. Ale czy ty masz opłatki? — Leżą gotowe. — A gadasz, że nie masz pojęcia. Poco ci pojęcie — kiedy masz i opłatki i parafian! No — ruszaj, ażebyś na Niedzielę był z powrotem. — Cały tydzień mi to zajmie! — A cóż ci się zdaje? Mała parafia? Sulima biernie szedł za falą, która go niosła. Ledwie upakował opłatki i ubrał się — już zajechał wóz księży, dwa tłuste mierzyny i parobek. Zajrzał do alkierza Ubyszowej — ukryta była pod pierzyną. — Z opłatkami jadę. Zamknijcie sień. — Oto — żeby znowu spokoju nie mieć. Zamknijcie chałupę od frontu na kłódkę — mnie tu niema. I naciągnęła pierzynę na głowę. Uczynił jak chciała i po chwili jechał na drabiaku w nieznany sobie kraj.

Za miasteczkiem wjechali zaraz w lasy. Były mocno przecięte i w wyrobie. Dużo chłopów ociosywało podkłady. Mróz był tęgi — mierzyny okryły się szronem, parobek zagaił rozmowę. — To „najsamprzód“ zajedziemy do Newelskiego dworu. — Kto tam mieszka? — Panowie. Nie pomnę jak się zowią. Ze trzy ruble dadzą. Na folwarku też kilka złotych się zbierze. Nieboszczyk Ubysz to lubił tam i zanocować, bo to reperacyi sporo bywało. — Jakto reperacyi? — A harmonii. Nieboszczyk majster był na wszelkie instrumenty. — A do Dubinek wstąpimy? — Wracając — to z przeciwnej strony za Horyniem. — A kto mieszka w Dubinkach. — Panowie — nie pomnę familii. Ale to niewielkie. Panicze sami za ekonomów — panienka po Budkach bywa. Nieboszczyk Ubysz tam nie lubił bywać. Do stołu z państwem proszą. — A cóż to złego? — Jak komu. Ubysz gadał — co woli u ekonomów zjeść. Jakie to państwo, co każdego w salonie sadza, a potem za opłatki nic nieda. Ot u grafa dochód. Tam organista do kredensu ledwie wstąpi, a kamerdyner opłatki na srebrnej tacy poniesie i wróci z pięciu rublami. To się nazywa państwo. Zamilkł — i po chwili dodał. — Ubysz mi zawsze trzy ruble gościńca dał — za to wożenie. Zebrał sobie pewnie ze trzydzieści. Czy wam w tej kapocie nie zimno? — Juści że zimno. — Weźcie mój zapaśny kożuch. Sulima przyjął chętnie ofiarę, i dzięki temu żywy dojechał do pierwszego dworu. Stanęli pokornie za bramą — wedle instrukcyi parobka poszedł na boczny ganek i znalazł się w kredensie. Lokaj poszedł go zameldować i po dość długiem oczekiwaniu wśród czeredy różnych psów — wyszła pani domu. Ukłonił się, ona go obejrzała od stóp do głowy. — To pan organista nowy? Nie spodziewałam się, opłatki już mam? Któż tak późno rozwozi. Ale cóż robić. Wezmę paczkę. Sulima podał — ale złożyć życzeń nie umiał. Położyła na stole rubla i wyszła. Z uczuciem wstydu i upokorzenia wziął pieniądze i spytał lokaja, czy kto jeszcze żąda opłatków. — Idź pan na folwark — do ekonoma! mruknął. Tam przyjęto go gościnniej. Ekonomowa poprosiła siedzieć, dała herbaty — jęła rozpytywać o nowiny miasteczkowe. Że zaś znała wszystkich a on nikogo, więc ona mu rozpowiedziała, a on słuchał. Przyszedł ekonom, zjawiła się wódka i zakąska, starano się zbadać kto on taki — czy familijny — a gdy powiedział, że jest samotny, jeszcze stali się serdeczniejsi. Trzy dorosłe mieli córki dwie „w obowiązku“ jedną w domu — zapewne roili o zięciu. Ale on pić nie chciał, rozmawiać nie umiał — spieszył. Zapowiedzieli przy pożegnaniu, że go w święta odwiedzą. Otrzymał gotówką trzy złote, i parę kiełbas „na nowe gospodarstwo“. Parobek pochwalił się, że wóz upchał sianem i wyprosił ośminę owsa dla koni. Ruszyli dalej. Krótki dzień zimowy miał się ku końcowi, gdy zaczerniały na tle lasu bezładnie rozrzucone chaty — i wjechali między płoty. — To Budki Worońskie. Tu zanocujemy u Rafała — zdecydował parobek. Oni tu wszyscy Skowrońscy. Rafał najbogatszy. To szlachta — Mazury. Jakiś człek w kapocie siwej mijał wóz, i stanął. — A kogo to wieziesz — i dokąd? — Nowy organista — z opłatkami. — A to zajeżdżajcie do mnie. Bardzom takiemu gościowi rad. Zaraz drugim powiem — to się zejdą. Skręcili w bok między opłotki, do jednej z zagród. Opadły ich psy i dzieci — potem baby — i wprowadzono Sulimę do chaty niczem się od chłopskiej nie różniącej, ciasnej, brudnej, pełnej ludzi. Znał nory zamieszkałe przez miejską biedę, więc nie raziło go to tak bardzo, owszem znalazł, że to mrowie ludzkie, które go wnet otoczyło, wyglądało zdrowiej i syciej, ubrane było schludniej — niż miejski proletaryat, ale zdumiał nad tem, że te, tak zwane Mazury, szlachta i katolicy — mówili doń jakąś polszczyzną, prawie niezrozumiałą, a pojmowali z trudnością jego język. Trafił na chwilę wieczerzy, ugoszczono go uprzejmie, posadzono na pierwszem miejscu, zeszli się sąsiedzi — w izbie uczynił się tłok. Zaczęto go wypytywać skąd przybył. Ody powiedział, że z Warszawy — nikt nie wiedział, coby to było. Kobieta starsza, gospodyni domu, spytała — jaki to kraj. Myślał, że drwią z niego. Spojrzał po wszystkich. — Nikt z Was nie był w Warszawie? — To musi gdzieś za Kijowem. Ktoś się odezwał. — I nie czytaliście o Warszawie? — A gdzie mieli czytać. My nieczytelne ludzie! Westchnęła jedna z kobiet. — Książek u was niema? — Nie. Skąd mają być. Były u niektóry z modlitwami — ale onegdajszej zimy wypaliły się nasze Budki. Człek w biedzie i harowaniu o czytaniu i nie myśli. — Ale czytać umiecie? Dzieci przecie w szkółce się uczą. — Szkółka w gminie o dwie mile. Nic posyłamy chłopców — nie sposób. — No, a tutaj nikt nie uczy? — To nie wolno. Zabronione. Dawniej, we dworze uczyli, — ot ja umiem czytać — i Szymon i Antoni — ale mało co pamiętamy już — dworu dawno nie stało — generalski teraz — żyd dzierżawi. — Ksiądz mi polecił przesłuchać dzieci z pacierza i katechizmu. A tego kto uczy? — Ot co, który pamięta, to swoich uczy. No chłopcy zdawajcie egzament panu organistemu. Uczynił się w tłumie ruch — i — wszystkie dzieci zniknęły bez śladu. Mężczyźni roześmieli się, jak z najlepszego dowcipu. — „Wciekli“, szelmy. Pobojali się! — wołano. Oni się nie pokażą, aż pan nie odjedzie. Chytre chłopcy. — To wy nie chcecie, żeby umieli? — Myby chcieli — ale co zrobić bąknął któryś. — Ot, przebędą wiek i tak! rzekł inny apatycznie. — Poczną czytać, to robić nie zechcą. — I starych przestaną szanować. — A pieniędzy na te nauki trzeba, a skąd ich wziąść. — To cóż u was się robi w zimowe wieczory? — Albo to się kiedy robota przebiera. To sieć wiązać, to statki narządzać a zresztą w lesie wyrób to jak się człowiek siekierą namacha na mrozie to w domu sen morzy. — A kobiety? Nie czytają? Śmiech gruchnął po izbie. — Kobiety — żeby czytały! A ktoby prządł? — Ale — i dzieci niańczył? — A z chłopcami swawolił? — Ale — a ozorem mieł? Posypały się dowcipy. Kobiety poczęły się odcinać — gwar, śmiechy ogarnęły izbę. Patrzał po nich Sulima, i bardzo mu było smutno. I wtedy zauważył w tłumie, wyrostka o twarzy suchej i bladej — lat może szesnastu. Siedział wśród innych na ławie, ale się nie śmiał, i patrzał tępo przed siebie. Poczuł na sobie wzrok Sulimy — i podniósł oczy. Były jedne wśród wszystkich myślące. Ludzie wyśmieli się dowoli, i wreszcie gospodarz Rafał się odezwał. — No, panowie sąsiedzi — kury pieją, czas spocząć. Pan organista też znużony — więc prosimy o opłatki. Wszyscy spoważnieli, sięgnęli w zanadrza po szmatki z pieniędzmi. — Juści, bez tego Świąt nie będzie. Prosimy. Brali, płacili i dziękowali jeszcze, a paczkę swą, każdy zawijał z nabożeństwem w czystą chusteczkę. Uważał Sulima, że blady wyrostek umyślnie chciał zostać ostatnim. Nareszcie i on położył swoje dwa złote, paczkę opłatków wziął i dodał jeszcze złotówkę — mówiąc z cicha, i prędko. — Jabym chciał książki — asbukę — po naszemu. — Niemam przy sobie. Przyjdźcie do mnie w Święta, to dam. — Czego ty, Witalis, chcesz? zagadnęła gospodyni. Chłopak nie odpowiedział — prędko wyszedł. — Ani chybi — prosił pana o służbę. Niech pan bierze. Nieroba, mruk — i stojąc — gotów spać. Ma ci z nim matka, skaranie Boskie i to taki jedynak, i trzy córki! Dziewczyny robią, a on psy pasie. Izba się tymczasem opróżniła. Gospodarz zaprowadził gościa do alkierza, gdzie mu wysiano łoże pierzynami — i pożegnał. Sulimę jednak długo sen nie brał, tak miał głowę pełną myśli i wielkich zamiarów, a potem śniło mu się, że stał wśród wyciętego lasu, wśród pni wiekowych z marną motyką — i musiał karczować. O świcie ruszono dalej, bo parobek napędzał do pośpiechu. Gdy minęli osadę i byli na pustym szlaku, obejrzał się — i chytrze uśmiechnął. — Ani się domyśla Szostak, gdzie jego konie, co mu ukradli w przeszłym tygodniu, szukał po całym świecie, a one u Rafała w odrywie schowane. — Więc oni kradną, ci ludzie? — Ojoj — lepszych majstrów nie znaleźć. — Powiesz Szostakowi? — A mnie co do tego. Niech pilnuje swego! Sulima dalej nie pytał. Zapatrzył się smutnie na szary las, na drogę prostą i pustą, i zatrzymał oczy na leniwie kręcącym się wiatraku na górze. Przed nimi tąż samą drogą — szedł samotny chłop w kożuchu. Gdy go dopędzili — poznał Sulima wyrostka Witalisa, i odruchowo głową mu skinął. Chłopiec w kożuchu, z rękami wtulonemi w rękawy szedł pod wiatr, i tak spojrzał, że Sulima zatrzymał woźnicę, i zagadnął. — A dokąd idziesz? — Do młyna, spytać o pszenicę — matka posłała. — Przysiądźże. Chłopak wskoczył na sanie, plecami do parobka i po chwili milczenia, rzekł: — Musi stąd, do tej „Polszy“, co pan opowiadał — to bardzo daleko? — Nie bardzo. Koleją doba jazdy. — A ile też „koleja“ kosztuje? — Kilka rubli trzeba mieć. — A tam pięknie być musi? — Oczyby ci na wierzch wylazły! mruknął parobek, a Sulima spytał. — Chciałbyś tam być? — To dziwo. Małoby co ja chciał! — Ale — wam się młodym a hultajom zdaje, że za morzem — wół po groszu! rzekł parobek. — Czy to każdemu tylko wół w głowie. — No, a tobie co? — Ot — chciałoby się — co inszego. Nud męczy! — Żebyś ojca miał, toby ci prędko ten nud wygnał. — Albobym tu już nie był. A tak matki porzucić nijak. — A mówiono mi u Rafała, że matce nic nie pomagasz. — Mnie ta nikt na Budkach dobrego słowa nie da — jako i ja nikomu. — A dlaczegóż tak? — Ja na ich robotę patrzeć nie mogę, a ich gadania słuchać. Przez to i matkę na mnie buntują, a ona wiadomo, jak owca. — Matkę twoją to nawet ksiądz proboszcz chwali. — Ale, prosiaki umie spaść na dziwo. — Juści rozumniejsza od ciebie. — Zawszeć nie dorówna rozumem ni Rafałowi, ni Janowi, bo baba. Kraść jej nie sporo — i ze mnie też na Budkach pociechy mieć nie będą — na tę sztukę. — Niechno się dowiedzą, co na nich gadasz! — To co — ja im w oczy mówię! Co mi zrobią — w kupie budynki — nie spalą, — a jak ubiją — to niech zgniją w turmie. — Dlaczegóżeś na nich tak zawzięty! wtrącił Sulima. — Bo hycle są, i durnie! Ot i młyn. Dziękuję panu — a ja na Pasterkę przyjadę — to zabiorę, co mi pan obiecał. Zeskoczył — parobek za nim splunął. — Ot gadzina. Na własną krew jad żyga. — Czy ty także z nimi konie kradniesz? — To nie, ale też Mazur jestem. Takie szczenię powinno hambit mieć, i nie szczekać na swoich. — To oni powinni ambit mieć — i nie kraść. — Ot — im też nie roskosz. Piach mają i sitowie. — Przy kościele służysz, a tak mówisz. — Pożyje pan, to zobaczy — jak tu jest. Umilkli, i parobek snać obrażony — stał się mrukliwy. Wstępowali do dworów i dworków, do chat i oficyn. We dworach Sulimę przyjmowano w kredensie — po chatach już bardziej stanowczo pytał o pacierze i czytanie. Z pacierzem bywało jako tako, czytać prawie nikt nie umiał. Nareszcie już piątego dnia o południu, parobek wskazał batem kępę topoli — i duże, omszone dachy starych budowli i mruknął: A ot i Łubinki. I tam, jak w każdym dworze, zajechali z boku pokornie, i wszedł Sulima do kredensu. — Państwo przy obiedzie. Proszę poczekać! — rzekł chłopak w samodziałowej kurcie, podając mu grzecznie krzesło, a sam poniósł wazę. Po chwili znowu się ukazał. — Proszę pana do stołu! Sulima tak się zdziwił, że aż poczerwieniał. Wszedł do jadalni, i odrazu spostrzegł znaną już sobie panienkę. Oprócz niej przy stole siedziało dwóch młodych ludzi, stary pan i jegomość w szarym kubraku. Stary pan wskazał mu uprzejmie miejsce i rzekł: — Prosimy kościelną osobę na postny obiadek. To jestem ja, to moje dzieci, wszyscy Bohdańscy, a to gość miły, pan Teodolicki. — Jaszczołd do usług. Geometra przysięgły! — poprawił jegomość w kubraku, podczas gdy młodzi się śmieli. Sulima się skłonił i usiadł, a stary mówił dalej: — Córka mi opowiadała pana zjawienie w kościele. No, widzę, że pan już obowiązek objął. Cóż ksiądz? — A krzyczy! — odparł spokojnie Sulima. — On musi być z rodu trębaczy Jozuego. — Kiedy tamci byli Żydzi — wtrącił Jaszczołd. — No i żadne mury się nie walą od tego trąbienia — uśmiechnął się jeden z młodych. — Barłożysz, Teodolicki. Jozue miał trębaczy z Egiptu. Nie czytałeś? — Nie przypominam sobie, ale kiedy pan tak mówi — rzekł pokornie geometra. — A jakże pańska godność? — zagadnął stary. — Sulima Michał, ale zdaje mi się, że tu u księdza będę Ubyszem. — No, bo i kto może tyle nazwisk spamiętać. — Pewnie nie ojciec, który wszystkich obdarza przezwiskami — rzekła panienka. — Otóż właśnie Sulimę zapamiętam, bo to nasz herb i stryjeczna siostra mego dziada była za Sulimą. A pan z Warszawy? — Tak. — A fortepiany stroić pan umie? — Umiem. — Ot, licho pana przyniosło. Zaraz pan klawikord narządzi, spać nie dadzą człowiekowi. — Kiedy ja gwałtem nikomu nie stroję. — Wiadomo, niby teraz na święcie postęp i delikatność. Słowa gwałtu, niewoli, bezprawia. Gadanie. Machnął pogardliwie ręką. — Jakież wrażenia ma pan ze swego objazdu? — spytała panienka. — Strasznie. Wszak tu ludzie mało co więcej wiedzą niż jaskiniowi troglodyci. — No, no, przecie noszą spodnie i gotują jedzenie! — rzekł stary. — Umieją kłamać w sądzie i modlić się w kościele — dodał jeden z młodych. — To ostatnie mniej, bo w wielu miejscach nie umiały dzieci pacierza, że nie wspomnę o czytaniu i pisaniu. — A któż ma ich uczyć? — Ano, myślę, że ci, co umieją. — A to spróbuj pan, ale pierwej spytaj moich dzieci, ile to kosztuje. — Ale za to u nas umieją! — rzekła raźno panienka. — Przekona się pan jutro na naszych Budkach. — Apprenez, ma chère, apprenez, et après vous serez assise dans la chèvre! Gdy się Sulima zaśmiał, dodał: — To pan i po francusku umie, panie Klawiszyński. — Umiem, ale też gwałtem się uczę. Ale przecie ten lud nie może trwać wieki w takiej ciemnocie. — Pal pochodnię oświaty, pal, vous serez aussi assis dans la chèvre! — W żadnym razie wysokich posad się nie spodziewam, a robić coś trzeba. — Jest jeszcze jeden mrzonkarz. No, mam nadzieję, że ksiądz Puzon pohamuje pana w rozpędzie. Że też żadne z was nie chce się z tem pogodzić, że nic robić nie wolno, no i nie warto. — Jeden mówi: nie wolno, drugi mówi: musisz! — szepnęła panienka. — O ty, dla ciebie nie istnieje: nie wolno, ani słuchasz żadnego: musisz. — Owszem, istnieje dla mnie: nie wolno być pasożytem i: musisz czynić. — Osły jesteście wszyscy troje. — A przed chwilą ojciec mówił, żeśmy Bohdańscy. — Zaśmiał się syn starszy. — Panu wszyscy dzieci zazdroszczą! — wtrącił pojednawczo geometra. — Pewnie, pewnie! Jest czego. Na dystans, na dystans. Niechby tak spróbowali na blizką metę. — Stary, mrucząc, dał hasło powstania od stołu. Sulima, skłoniwszy się, chciał się wycofać, ale młodzi ludzie i panienki zatrzymali go, i rozpoczęła się rozmowa półgłosem we framudze okna. Jaszczołd wyszedł za starym, po chwili i on do rajcującej gromadki się przyłączył, ale wtedy głosy się podniosły, i posłyszał tylko. — O, ksiądz Cwirko jest wzorowym gospodarzem na plebanii. Zobaczy pan latem, jakie miewa urodzaje. — Czy pan już się przedstawił u prystawa? — zagadnął starszy Bohdański. — Nie wiedziałem o tym obowiązku. — Ależ to konieczne. Papiery swoje powinien pan przedstawić i, poznajomić się — dodał z naciskiem. — Będzie to pana kosztować pięć rubli. — Powinien pan też poznać uradnika. — Będzie to kosztować trzy ruble. Tak, panie Jaszczołd? — Nie wiem, panie łaskawy, nie wiem! — Przecie pan bywa u tych potentatów, grywa pan im na harmonii i opowiada nowinki. — Jak pragnę szczęścia, to haniebne na mnie oszczerstwo. — Alboż to coś złego. — To pewnie Sołohub na mnie wymyślił. — Sołohub. My go nie znamy — rzekł z uśmiechem Bohdański, mierząc bystrem okiem geometrę. — Skądże panu Sołohub przyszedł na myśl. Jaszczołd poczerwieniał. — To mój najzawziętszy wróg. Onegdaj na ulicy krzyczał, że jestem socyalista. — Ja już to gdzieindziej słyszałem. — Nie może być? Gdzie? — O, aż w Żytomierzu, od urzędowej figury. Dowodzą, że prawomyślność tak gorąca Jaszczołda wydaje się bardzo podejrzaną. Geometra pobladł. — Pan chyba żartuje. Ktoby o mnie wiedział. — Wierz mi pan, że wszyscy i wszystko! — rzekł Bohdański. Sulima na żądanie panienki przyniósł opłatki. — Ja do pana wstąpię też po paczkę! — rzekł Jaszczołd — bo my sąsiedzi z plebanią. — Aha, a z drugiej strony kościół graniczy z doktorem włościańskim, że też Pan Jezus ma zawsze jednakowe towarzystwo! — ozwał się stary Bohdański, stając w progu. — Ciekawym tylko, który z was, czy Teodolicki, czy Truciński, opamiętacie się przed śmiercią. Myślę, że żaden, i w tem cała różnica, przez dziewiętnaście wieków. Sulima radby był jeszcze trochę pomówić z młodymi, ale spostrzegł, że Jaszczołd im zawadzał, więc się pożegnał i wyszedł. — Do widzenia! — rzekła mu uprzejmie panienka. — Już na noc będziemy w domu! — zakomunikował mu woźnica. — Tylko jeszcze do tutejszych Budek wstąpimy, ale tam ino sześć chat. To same kołodzieje. — Kto to jest w miasteczku, Sołohub? Znacie? — spytał go Sulima. — Ojoj, kto go nie zna. Jego Trutniem przezywają. Podle cmentarza mieszka i sto pni pszczół ma, i księdzu się podchlebił, to jak zeszłego roku grabarz pomarł, to nikogo nie dopuścił i sam grabarzem został, choć chleba mu nie trzeba. — On Polak? — Polskiej wiary, naszej, ale nie tutejszy. Będzie lat dwadzieścia, jak się zjawił i plac kupił od Lejzorowej, co do Palestyny wyjechała. On to całkiem kręcony, a zły, a szczekliwy. Każdy go się lęka i z drogi schodzi, nawet naczalstwo. On umie złe zrobić. — Jakto: złe? — Biedę narzucić, w chorobę wpędzić. Całe szczęście, że mało się pokazuje na miasteczku. — Sam mieszka? — Sam. Czasem do niego syn przyjeżdża, jakiś cudaczny, na pana patrzy. Stary w kapocie chodzi. Ot i Budki Dubienieckie. Wjechali między chałupy i, jak wszędzie, wnet wóz obiegła ćma dzieci i kobiet. Wszedł Sulima do jednej z zagród i, już oswojony, pozdrowił i jął dzieci pytać o pacierz. Umiały wszystkie. Gdy spytał o czytanie, odpowiedziały śmiało, że umieją. — No, to pokażcie, jakie macie książki. Na to zaległo chwilowe milczenie, aż jeden ze starszych odparł: — U nas niema nijakich książków. — Więc jakże uczycie czytać? — My nijak nie uczymy. — A dzieci przecie umieją? — At, durne umienie. Żadnej „powiestki“ nie potrafią „rozebrać.“ — To jeśli wam o „powiestki“ chodzi, powinniście posyłać do narodnej szkoły! — rzucił niecierpliwie. Mazury spojrzeli po sobie i odparli: — Wiadomo, że powinni, ale dzieci w domu potrzebne. Zauważył Sulima, że źle ich zażył, bo i dzieci stały się nieufne, a starsi zacięli się w oświadczynach swej prawomyślności. Na widok opłatków nastąpiła chwila wahania, jakieś szepty, wreszcie oświadczyli, że im do miasteczka niedaleko, i sami się na plebanię po opłatki zgłoszą. Sulima ramionami ruszył i odjechał. Gdy się oddalił, Mazury rzekli: — Juści wasąg i parobek proboszczowski, ale on to jakiś cudzy. Gada nieczystym językiem i nadto śmiało pyta o książki. Musi być w tem jakieś oszukaństwo. Sulima ani przypuszczał, że to jego warszawski akcent wydał się tym Polakom tak podejrzanym i „nieczystym.“ Tymczasem na dworze uczyniła się zupełna odwilż. Posiwiały lasy, poczerniała droga, niebo zasnuło się chmurami, w powietrzu krakały wrony. — Ot — i nie będzie ryby na święta — rzekł parobek. — Będzie jutro śnieg z deszczem walił ze trzy dni. No, my jeszcze w porę wrócimy, za godzinę będziemy w domu. A dużo też pan zebrał? — Nic wiem. Nic liczyłem. — Nieboszczyk Ubysz dawał mi zawsze trzy ruble. Sulima sięgnął do kieszeni i dał mu tę sumę, a potem, nie słuchając podziękowań, zamyślił się, pełen znudzenia i zniechęcenia. Przed nim, na końcu czarnego, pustego szlaku, występowało z mgły miasteczko. Jeszcze mu się nie był przyjrzał, teraz dopiero uważnie patrzał. Była to na tle zimy szara, duża plama, jakby śmiecia czy pleśni. Domy były nizkie, drewniane, koślawe, płoty dziurawe, podwórze brudne, ulice krzywe, pełne śmietnisk i zamarzłych kałuż. U wstępu do zagród był cmentarz, gęsto porosły nagiemi drzewami, podzielony na dwa wyznania, potem niedaleko żydowska bóżnica. Nad szarą masą domostw górowały kopuły dwóch cerkwi i wieże kościoła. W rynku skupiło się całe życie, wielkie kwadratowe kramice zajmowały środek placu, wokoło mieściły się wszelkie przybytki: poczta, szynki, „kamera“ sędziego pokoju i porządniejsze domy kupców Żydów i urzędników policyi i akcyzy. Plac był pusty, bez drzew, z czterema studniami i dwiema latarniami na słupach, które się nigdy nie paliły, i z szopą, jakoby zawierającą przyrządy straży ogniowej. Z placu tego rozbiegały się na wsze strony ulice domostw, zrazu żydowskich, w końcu mieszczańskich, i biegły do polnych szlaków, w kraj. Po ulicach było pusto, na rynku w powszedni dzień snuło się trochę żydowstwa i kóz, w święto zjeżdżało się chłopstwo i Mazury. Codzień dwa pociągi kolei wyrzucały trochę towaru i chałatowej publiki, ale miasteczko było nie handlowe, senne i zapleśniałe, nie produkowało nic, niczem się nie zajmowało i nie potrzebowało też nic prawie od świata. Gdy Sulima mijał cmentarz, ujrzał człowieka w żółtym kożuchu, stojącego w bramie. Parobek uchylił czapki, a gdy go minęli, szepnął: — Ot i Sołohub. Pewnie ktoś umarł, może nasza Ubyszowa. Sulima się obejrzał, i Sołohub patrzał na sanie, ale już było daleko, by się przyjrzeć. — A to jego zagroda! — wskazał parobek długi parkan, tak wysoki i szczelny, że widać było nad nim tylko czuby drzew. Gdy wjechali na podwórze plebanii, Sulima zerknął na swą chatę. Wyglądała zupełnie bezludna, dym nie szedł z komina, ścieżka była zawiana, szyby zamurowane szronem. Zdjął go strach, że stara może zamarła, ale się wnet uspokoił, słysząc gniewny głos księdza koło drwalni: — A ja ci, ośle, mówię, że drwa w nocy ktoś ciąga, wczoraj poznaczyłem. Ot tu nadebrano dziesięć co najmniej polan. Masz pilnować, ale tobie ryba w głowie. A to kto? Aha, Ubysz z kolendy. No, prędko się uwinąłeś. Szedł do domu, Sulima za nim. — No, cóż? Nieźle uciułałeś? Ileż? — Nie wiem, nie liczyłem. Pewnie więcej rubli, niż ludzi, umiejących czytać. — Cóż to ma do rzeczy! — Ano to, że, co mi dali, trzeba użyć na elementarze i książki. — Co? Żeby jutro donos był. Ja ci stanowczo zabraniam wtrącać się w nieswoje rzeczy. Masz pilnować organów i metryk. Patrzcie go, kurator naukowy! — Ksiądz dobrodziej sam mi kazał pytać o pacierze i czytanie. Pytałem, nikt prawie nie umie. Cóż na to robić! — Krzyczeć, napominać, pogrozić, że mnie powiesz. — Ja też mówię! — To dosyć. Reszta moja rzecz. Nauczać niewolno, książek rozdawać nie wolno. Ja ich urzędownie złaję za takie niedbalstwo, niech sami o tem myślą, ja za nich pokutować nie myślę. A coś zebrał, to twoje, ja ci mówię, i nikt od ciebie nie wymaga jakiegoś apostolstwa. Zajmij się, żebyś umiał grać i śpiewać, metryki miej w porządku, to twój obowiązek. — Jako organisty, a jako człowieka? — Jako człowieka. Nie łajdacz, nie pij, grosz szanuj i przełożonych słuchaj. No, dosyć gadania, i żebyś mi z temi książkami nie zaczynał, bo ja gospodarz parafii i ja na to nie pozwalam! Wszedł do domu i drzwi za sobą zamknął. Sulima poszedł do siebie. Kłódka u drzwi była zamknięta, ale gdy wszedł do izby, usłyszał w alkierzu turkot kołowrotka, i po chwili zajrzała Ubyszowa. — No, zdrowo pan wrócił. Jakże się udało? — Co się miało udać? — Jest ze trzydzieści rubli. Opłatki piękne popiekłam i dużo. Zostało co? — Ot, te trochę. — A pieniądze? Usiadł pod piecem i położył na stole sakiewkę. Ubyszowa poczęła skrzętnie, z zamiłowaniem rachować. Patrzał chwilę na jej ręce, potem wzrok odwrócił. — Jest wszystkiego ośmnaście rubli. Bardzo licho. Oj, nie umie pan, nie rozumie swej kondycyi. Zebrała pieniądze do chustki i poniosła do alkierza. Po chwili przyniosła salaterkę zacierki i smarzonych kartofli miskę. — Zabraliście sobie pieniądze? — spytał spokojnie. — Schowałam. Jak pan zechce, to weźmie. Wiadomo, ja na pana łasce. Opłatki moje były, ale jak pan za nie pieniądze weźmie, to co ja zrobię? Oddam, byle mnie pan stąd nie wygnał. Ruszył ramionami. Poniekąd miała racyą, opłatki jej były. Jak sam zarobi, użyje wedle woli, tymczasem nic nie umiał i nic czynić nie mógł. — A ta strawa też wasza? — spytał. — Ej, co tam. Jest trochę mąki i kartofli, oleju wzięłam na kredyt. Pan na nowosieleniu, jeszcze nic nie zarobił. Jaż się nie boję. Przyjdzie pan do grosza, to może nie ukrzywdzi. Ja i usłużę i opiorę i zwarzę, wiadomo, ja biedna i na łasce! — Ile też wyniesie mój wikt i opierunek miesięcznie. — Czyż ja wiem! Jaż nie oszukam na grosz. Wszystko zapiszę i panu przedstawię. Da Pan Bóg dochody, starczy panu! Ot, jeszcze z miasteczka jutro po opłatki się rzucą. Mam gotowe! — Toć wasz dochód, nie mój! — No, pewnie, po sprawiedliwości: Sulima się roześmiał. — Ano, popróbuję miesiąc. Jak mi nie starczy, pomyślę inaczej! Zawszeć u was kredyt znajdę. Na dworze zmierzchało, skrzypnęły drzwi, ktoś wszedł. Ubyszowa zniknęła w alkierzu, a gość spytał: — Czy pan organista w domu? — Jestem. — Zaświećcie cokolwiek, bo ja po „dziele.“ Sulima zapalił lampkę i ujrzał, że gość jest uradnikiem. Był to drab barczysty, rudy, brodaty, o burych biegających oczkach i zwierzęcych szczękach. Zmierzył wzrokiem pokój i gospodarza i dodał: — A wy czemu dotąd u stanowego się nie stawili? — Nic wiedziałem, że powinienem. U nas to tylko pobytowi złodzieje muszą się meldować w policyi. — To u nas cale naodwrót! — rozległ się od progu głuchy, posępny głos. Uradnik się obejrzał, marszcząc brwi, ale się zaraz roześmiał. — Ot i kompania, maleńka a czestna! Witam, panie Sołłohub. Czy kto umarł? — Nie, ja po opłatki, ale nie przeszkadzam, zaczekam. Usiadł na zydelku pod piecem, zgarbił się, ręce wsunął w rękawy kożucha, oczy przymknął, zdawał się drzemać. Uradnik rozsiadł się przy stole. — Zimno tu u was, i widzę, głodno. Nawet nie macie kropli na rozgrzewkę. — Dopiero com wrócił z parafii. Gospodyni nie mam, sam nie piję. Innym razem ugoszczę. Tymczasem niech mnie pan objaśni, z czem mam iść do stanowego? — Ot, to rozumne pytanie. Z czem? No, z przywitaniem! — grubo roześmiał się uradnik, mrugając w stronę Sołłohuba. — Taksa dziesięć rubli! — mruknął tenże. — Nu, nu! Taksa! Różnie bywa. Wiadomo, kto smaruje, jedzie. A kto stoi, też smarować nie zawadzi, żeby rdza nie napadła. Nu, pokażcie wasze papiery. Sulima wydobył pasport. Policyant przejrzał go uważnie. — A żona gdzie? — Niema. — Jakto niema? musi być. — To chyba nie policyjna sprawa, ale kościelna. — To się mylicie, i kościół nawet jest podczyniony policyi. No, to wy skończyli szkoły i jesteście za organistę, i jeszcze w Zasławcach takich. No, ładno. A dlaczego to wy po Budkach gadali, żeby dzieci książki miały. To nie wasze dzieło. — A czyje? Wskażcie, to się tam zwrócę. Naród tak ciemny, że litość bierze. — Wy organista, a nie inspektor szkolny. Wy pilnujcie swoich organów. Jak ciemno, to zapalcie więcej świec w kościele, żeby jaśniej było, a naród należy do naczalstwa, nie do was. — To ja się zwrócę do inspektora szkolnego. Ja niczego fałszywego nie chcę. Ja ubogi, książek kupować nie będę. — I uczeniem też wam się zajmować nie wolno. Sulima chciał coś gorąco rzec, ale poczuł na sobie przejmujący wzrok Sołłohuba i umilkł. — Ja wam radzę na początek, ja spokojny człowiek, mnie żadna ochota mieć z wami do roboty — pisaniny, ambarasu, kramu na darmo. Otóż, chcecie tu być i jeść spokojnie chleb, to pilnujcie organów i swoich dochodów. Zbierzecie grosz, pamiętajcie o przyjaciołach, żeby się nie zmienili, i nie mieszajcie się do niczego. A jak inaczej będziecie żyć, to i goły stąd wyjdziecie i nie po swojej woli. Nu, a do stanowego idźcie nie zwlekając. Wstał, rozejrzał się po izbie, szukając czegoś i dojrzał skrzypce w pudełku. — To wy muzykant. To ładno, zagracie mi w święto którego wieczora, jak będzie kompania. Przyślę po was stójkowego. I gitarę wam dam do reperacyi. I, nie czekając zgody, wyszedł. Sulima jakby odurzony, patrzał za nim, na drzwi. — Aha! — ozwał się przeciągle, na pół z ziewnięciem Sołłohub, wstając z pod pieca. Tedy mu się Sulima przyjrzał. Brodacz, szpakowaty, z grymasem złości czy ironii na twarzy. Miał na sobie dobrze znoszony, ruski kożuch i długie buty. Pomimo ten strój przeciętnego mieszczanina z Zasławiec, Sulima odczuł w nim jakąś inną kulturę i ozwał się z ukłonem: — Przepraszam pana, żem nie usłużył zaraz, ale tak mnie ten człowiek odurzył. — To żaden człowiek, to uradnik. — Czy to nie uprzejmie, żem urzędem nie nazwał? — Nie, ale zna pan jaką maszynę, ot lokomobilę? — Znam, to co? — Toć, jeśli pan weźmie z niej w ręce jedną śrubę, to pan nie powie, że to lokomobila, ta śruba. Zresztą, nie można nikogo nazywać człowiekiem, bo takiego niema. Każdy jest jakąś zrobioną, utoczoną, upiłowaną częścią jakiejś maszyny. — A jeśli nią nie jest? — To jest odpadkiem, idzie na szmelc lub w śmiecie. Pan tak na mnie patrzy zdziwiony. Ja jestem ten sam grabarz, co gawędził z Hamletem. Może mię pan sobie przypomniał! — Trudno, bo obadwa są fikcyą. — Dlaczego. A Buddę kto widział, a Mahometa pan znał osobiście? Wszystko jest fikcyą, a wszystko jest prawdą. — Co prawda, dziwny z pana grabarz. — Szekspirowski, a pan dziwny organista. Ja pana znam. — Z owych czasów? — Nie, dawniej. Chodził pan po świecie i grał na jakiemś wyśnionem przez siebie i nieznanem narzędziu muzyckiem. Wszyscy zatykali uszy i gnali pana precz, a że nie mogli pana się pozbyć, więc wreszcie tą samą lutnią rozbili panu głowę. A pan znowu ożył i gra, i to jeszcze na organach księdza Ćwirki, w Zasławcach! — Zapewne, muszę, nie mogę inaczej. I pan grabarzem znowu jest. — Ho, ho, z umarłymi dobrze obcować. Ale pana to mi żal. Pan chce żywych a śpiących budzić. Oni śpią z głodu, nie budź ich pan, bo co im dasz, jak zawołają jeść i pić? Otruty wszelki posiłek i napój, gdy się doń dorwą, oszaleją i oszukani pana wezmą za pierwszą ofiarę. — Wtedy mię pan pogrzebie. — A czy pan pewien jest, że to, co pan zamierza, dobre jest i mądre? — Tak, wierzę! — Ano, to giń pan! Powiedział to ponuro, niechętnie i wyszedł. Sulima narazie zdumiał i patrzał na drzwi, gdy rozległ się za nim szept Ubyszowej: — To „zły!“ Czego on gadał z panem. On pana opęta. — Oszaleliście! — mruknął, mimowoli odczuwając strach. Toć on grabarz kościelny. — Aha, spytajcie się księdza, jak się go lęka. — No, to było jemu się oddać w opiekę. Byłaby skuteczniejsza, niż moja. W tej chwili skrzypnęły drzwi, Ubyszowa umknęła, do stancyi weszło trzech chłopaków, którym przodował Jasiek Fabiana. Wszyscy obejrzeli się nieufnie, i Jasiek, podszedłszy bliżej, jął szeptać do ucha Sulimie. — Niech pan się nie lęka. My, dalibóg, nikomu nie powiemy, i wiemy gdzie chodzić. Może pan nas nauczyć. — Czego? — Tych prawdziwych kolend. My znaleźli takie miejsce, gdzie nikt nie posłyszy. Może pan z nami iść. Tamci już czekają. — Ależ ja się wcale niczego nie lękam. Prowadźcie. Zdjął skrzypce i, narzuciwszy palto, wyszedł za malcami. Dwaj puścili się naprzód, Jasiek go eskortował i szeptał: — Jak pana nie było, to my się zmówili, żeby się nauczyć, ale Józef Musiałek wygadał się przed ojcem, a ten strasznie na pana zły, to poprzysiągł, że uradnikowi donos da, i za to pana na Sybir ześlą, to my się już polękali i obsiedli, aż tu wczoraj Malwinka przybiegła z Dubianek i powiedziała, że dostaniemy dziesięć rubli, jak zaśpiewamy na Pasterce, tak my całą noc łamali głowę i znaleźli takie miejsce, że nas nikt nie wyszpieguje. — Kto jest Malwinka? — Moja siostra, ona tam służy. — Zuchy jesteście. A nie macie czego się lękać, bo nic złego nie robimy. — Kto wie, co złe. My przywykli, że wszystko nie wolno. My ojcom nie pisnęli słowa, bo by nas pozamykali. — No, a to miejsce daleko? — Daleko, ale dobre. Za mogiłkami, we młynie. Oddawna szli jakimiś zaułkami, poprzez mieszczańskie gumna, przesadzając płoty, noc była bardzo ciemna, psy ich tylko napastowały, ludzi nie było widać. Nareszcie znaleźli się na skraju miasteczka, kędy nie szła żadna droga, a horyzont przecinał parkan cmentarza. Stali przed kupą starych, koślawych domostw, chlewów i szop, z których się dobywał wstrętny zaduch i ogłuszający stukot. — Co to za fabryka? — To młyn Icka Czymbara. Deptak, a to skóry śmierdzą, ale tu nikt nie przyjdzie. Niech pan śmiało wchodzi. Już tamci czekają. Chłopak otworzył drzwi, i znaleźli się w izbie dużej, nizkiej, oświetlonej kopcącą lampką. Na ławach siedziało kilku wyrostków, stara Żydówka w peruce darła pierze pod piecem. Chłopcy powstali i ostąpili Sulimę, całując go w ręce, chociaż się bronił. Patrzali nań trochę nieufnie jednak, i nie zaczynali rozmowy. Zwrócił się do Żydówki: — Pozwalacie nam tu grać i śpiewać? — spytał. Jasiek zachichotał. — Ona głucha, jak pień. Niech pan o nic się nie troszczy. Icek wie, my się z nim umówili. Daliście? — spytał towarzyszy. — Dali! — odpowiedzieli unisono. — No, to zaczynajmy. Spróbuję waszych głosów. Usiadł ze skrzypcami w rogu, otoczyli go kołem, i zaczęła się przygotowawcza nauka. Okazało się potem, że żaden nie umiał słów, należało, by każdy je sobie przepisał, ale z tych dwunastu katolików żaden nie umiał pisać po polsku, a dwóch tylko umiało czytać. Śpiewali tedy na pamięć, powtarzając za Sulimą, przekręcając słowa, widocznie źle nawet rozumieli treść. — Jutro przyniosę kantyczki i papieru. Musicie się nauczyć czytać i pisać. A może wolicie przyjść w dzień do mnie na naukę? Tedy najstarszy chłopak o ponuro patrzących oczach, jakby herszt bandy, rzekł: — Myby woleli, ale nie wolno. Pan dla nas dobry, my pana nie zgubimy. Wolimy Ickowi się opłacać. — Jakto, płacicie mu? Roześmiało się kilku. — A jakże, każdy przynosi za wieczór jajko! — Skądże macie tyle jaj? — Muszą być — mruknął najstarszy. Patrzał po nich Sulima, i wyrwało mu się: — Żebym ja był bogaty. — To co? — rozległ się nagle ode drzwi gruby głos. Chłopcy się rozskoczyli, kilku szmyrgnęło do alkierza, inni zwrócili się do głuchej Żydówki. Ale po sekundzie opamiętali się, był to grabarz Sołłohub. — Słychać was aż u prystawa. Spotkałem Jaszczołda, pytał, co to być może ten wrzask. — Niech przyjdzie, zobaczy! — rzekł zuchwale herszt. — Śpiewać każdemu wolno. — Iii, nie bardzo. W kilkunastu, w nocy u Czymbara. Spytaj uradnika, czy wolno. Ustąpił od progu i ręką machnął. Chłopcy milcząc wysunęli się i rozpierzchli w mroku. Sołłohub zbliżył się do Sulimy. — Chcesz pan być bogatym. Myśli pan, że to szczęście i zwycięstwo i wielkość. — Byłem bogaty i wiem, że to nie wszystko. Ale nędzarz nie uczyni nic. — A pan myśli, że coś uczynić można dla tego! Rzucił ręką wokoło, daleko. — Wolno czynić tu tylko źle lub nic. — Nie prawda. Czynić dobrze trzeba. Tu jest okropnie. — Pod jakim względem? Dla kogo? — Chociażby tych uświadomić. — A jak ich pan uświadomi, czy im pan da to, co zrozumieją, czego zapragną. Czy pan ma dla tych niewolników ziemię obiecaną? Nie. Zostawże ich w mroku, nie ucz, że byli, kiedy im rzec nie możesz: będziecie! Zresztą, rozejrzyj się pan, zrozum sam, gdzie jesteś, poznaj wszystkich, nie idź na oślep. Te urwisy, z którymi pan dzieło rozpoczynasz, to zgraja próżniaków i małoletnich złodziei, plaga miasteczka. — Nie mogą być inni w takich warunkach. — A pan może zmienić warunki? — Będę się starał zwrócić ich myśl i żywość w inną stronę, zająć głowy czem innem, niż kradzieżą. — No, niedługo tu będzie tej pańskiej roboty. Zapewne panna Bohdańska wypisała sobie pana z Warszawy. — Nie wiem nawet, o kim pan mówi. Sołłohub się zaśmiał. — Aha, jest spisek. — A pan zapewne tajny policyant! — wybuchnął Sulima rozdrażniony. — Nie, coś więcej. Ale na spiskach znam się lepiej, niż pan. I rzeczy niedozwolonych nie robiłbym we młynie, o sto kroków od zagrody Musiałka, którego pan pozbawił chleba i łask księdza Ćwirki, i który się na pana odgraża. Głupia jest wasza robota, a jeszcze głupiej prowadzona. Siły nie macie, prawa nie macie, pieniędzy nie macie, żebyście choć mieli jaki program, organizacyę, ład w głowie! Tfu! Splunął, wydobył z kieszeni kożucha fajkę, zapalił i rzekł krótko: — Chodź pan! Było coś takiego w tonie, że Sulima usłuchał. Noc była mroźna i gwiaździsta, śnieg skrzypiał pod nogami, miasteczko spało, psy tylko ujadały po opłotkach. Zasławce mają sześć tysięcy ludności, w tem Żydów cztery, prawosławnych tysiąc trzystu, katolików siedmiuset, w całej parafii katolików trzy tysiące. Wszyscy albo drobna szlachta i panowie, albo Mazury, przybysze z za Buga, osadzeni po dobrach magnackich, niegdyś, dla wyrobu klepek, potażu, smoły, teraz niema tych panów, niema tych lasów. Mazury trudnią się przeważnie procesami, kradzieżą i niby to gospodarzą. Liczne majątki zostały w polskich rękach, przeważnie średnia własność; wielkie dobra są w obcych rękach, siedzą tam jacyś rządcy lub Żydzi dzierżawią. Powiatem rządzi policya, oświeca duchowieństwo, panują Żydzi. Panują, choć mają jeszcze mniej praw od Polaków, trwają, mnożą się, bogacą. Polacy topnieją, ustępują, ubywają i biednieją. — Czy pan tu dawno mieszka? — zagadnął Sulima. — Dziesięć lat. — A jest jaki znak pana pracy? — Mojej pracy? — powtórzył, oglądając się nań, Sołłohub. — Pewnie wykopałem ze sto grobów. — Umarłym, a żywym ile pan grobów odkopał? — Ja nie Chrystus, Łazarzów nie wskrzeszam. — Więc pan tu osiadł dla kawałka chleba? — Sulima się roześmiał. — Tak jako i ja. — O nie. Pan tu przybył na czyjeś wezwanie, a ja musiałem wrócić. — Na czyjeż miałem przybyć wezwanie? — Ano, Bohdańskich. Pan ich krewny. — Ja? Śni się coś panu. Wypadkiem dziwnym dowiedziałem się o śmierci organisty w Zasławcach. W szpitalu obok mnie umierał. Okoliczności zaś tak się złożyły, że musiałem z Warszawy się oddalić. Nie wiem, dlaczegom tu się skierował, ot, los, traf czy przeznaczenie. Chciałem tylko bardzo daleko odjechać! — A pan rodem z Warszawy? — Prawie. Przybyłem tam, mając pięć lat. — Czy ojciec pana ma na imię Józef? — Tak. Nie żyje już, ledwie go pamiętam. — Aha. Tom go znał, dawno, w szkołach. Nie żyje? — A matka? — Matka wyszła powtórnie za mąż. — Mieliście majątek w Witebskiem. — Ojciec sprzedał. — Aha, to dlatego pan tu przybyłeś? — Jakto? Dlatego? Sołłohub nie odpowiedział, w myślach pogrążony. Zdawał się iść bez celu, wreszcie więc Sulima stanął i chciał się z nim pożegnać, ale wtedy stary jakby się ocknął i rzekł: — Ja pana chcę zapoznać z kimś, co pana dużo nauczy. — Tak w nocy? — W dzień się nigdy nie zobaczymy. Przywykaj pan do ciemności, w niej będziesz żyć. Jesteśmy u celu! Byli nad rzeką, wśród krzaków łozy i stali przed chatą, zupełnie od innych osamotnioną. Okna zakrywały z wewnątrz słomiane okiennice, świeciło się przez nie. Sołłohub zapukał w szybkę. Wewnątrz ktoś się poruszył, i po chwili odsunął się drewniany skobel w sieni, na progu stanął wysoki chłop. Spojrzał, nic nie rzekł, tylko się usunął i otworzył drzwi chaty, potem za wchodzącymi sień napowrót zaryglował. Stanęli w izbie bielonej, czystej, ale bardzo ubogiej. Pod piecem kobieta stara, ubrana po mieszczańsku, przędła. Była wysoka, szczupła, prosta, o twarzy chudej, śniadej, pooranej zmarszczkami, a dziwnie jednak młodej. Oczy miała bardzo piękne, czarne, mądre, z pod chustki wyglądały włosy, zaledwie siwiejące. Na widok Sołłohuba wstała żywo i pochyliła się, jakby go chciała pocałować w rękę, powstrzymał ją i rzekł. — Myślałem, że jeszcze nie śpicie, i przyprowadziłem wam przyjaciela. Nowy nasz organista, pan Sulima. — Słyszałam pana granie w niedzielę. Prosto anielskie. Tyle świata znam i w tylu kościołach bywałam, a takiego grania nie słyszałam. Proszę spocząć, a może panowie pozwolą herbaty? — Nie, my chcemy tylko pogadać z wami, Makarowo. — Ot, co z głupią babą państwo mogą gadać. — Ot, powiedzcie, gdzie wasze dzieci? Co piszą, jak im się powodzi? Kobieta się zaśmiała dobrodusznie. — To i rozumiem. Chce pan swemu przyjacielowi dowieść, że to: chrzanu nie przetrzesz, baby nie przeprzesz. Hej, toby gadania było na sześć niedziel, żeby od początku zacząć. To historya stara. Makar, ile też Stasiek ma lat? — Dwadzieścia siedm skończył na Różańcową! — odparł spokojnie powolnym głosem stary, który pod oknem sieć wiązał i do rozmowy się nie mieszał. — A my się pobrali na Wniebowstąpienie, to będzie temu dwadzieścia ośm lat i zim i jesieni i wiosen. Przędła znowu i, powiedziawszy to umilkła, na chwilę i podniosła oczy na stary, ciemny obrazek Częstochowskiej, który wisiał na ścianie między oknami, oświetlony lampką. Wzrok jej stał się młodzieńczo jasny i bardzo dumny. — A przez wszystkie te czasy tośmy byli zawsze jedno: on, ja i nasza Królowa! Zwróciła się do Sulimy, który się w nią wpatrywał z wielkiem zajęciem, i jęła opowiadać. — My nie tutejsi. Ja się urodziłam i wychowałam dworką, ojciec służył wiek cały w lesie, ja niedorosłą poszłam do państwa, do garderoby. Było nas u rodziców pięcioro, bieda, aleśmy czytać wszyscy umieli, matka nauczyła, a potem we dworze, z panienką i więcej się uczułam. Śmiesznie się panu teraz zda słuchać, ale wtedy tom bardzo gładka była, kawalerów miałam do wyboru: katoliki, oficyalisty, nawet szlachta. Tego oto Makara tom prawie nie znała, chłop ze wsi, najbogatszego gospodarza jedynak, ale ot, chłop i ruski. Aż tu raz ni stąd, ni zowąd zjawia się w garderobie. Czego? do panienki; po co? po książkę; to ty umiesz czytać po polsku? — Umiem. — A któż ciebie uczył? — Sam. — Nu, dziwo, patrzę na niego, taka jakaś twardość i moc była w nim, a słowa jakby rąbał, a oczy miał zawzięte i uparte, ale nie chytre. Spodobał mi się, poco się zapierać, ale patrzę jak na chłopa, nie na równego sobie. Przyszła panienka, dała książkę, powiada: ale pamiętaj, że to nie wolno, ufam tobie. Tyś ruski. A on mówi: ja szczerbowiec. — Co to znaczy? — przerwał Sulima, zwracając się do chłopa. — Był taki Szczerbow, naczelnik w naszych stronach, ludzi do konia przytroczył, do swego duchownego przyprowadził, zapisali i puścili. Byli tacy, co zapomnieli i zgodzili się, a drudzy zapamiętali i tylko milczeli, takiż ojciec był i ja. — I ja jakem to posłyszała, tak zaraz inaczej na niego już patrzę! — mówiła dalej kobieta. — Przez te książki zanęcił się do garderoby, coraz przyjdzie, w kącie siądzie, milczy, czeka na panienkę, gadania to z nim żadnego nie było całą zimę, ale ot, na oczach ciągle był, w święto w kościele bywał, przed Wielkanocą jak tak raz siedział w kącie, pytam: u nas już spowiedź odbyta, odpowiada: moja spowiedź to rubel, już zaniosłem. — Jakto? nigdy się nie spowiadacie? — Pierwej tom chodził, a teraz to mi się nie godzi. — Jakto, teraz? — Odkąd miłuję Polkę, odpowiada nie patrząc na mnie. Ale mnie jakby kto w pysk dał, jakby żagwią w oczy zaświecił, takem zrozumiała, i zrobiło mi się jakby wstydno, a potem złość porwała. — I wam się zdaje, że was może Polka zechce? A on spokojnie powiada: — Jednej już wiarę poprzysiągłem, samej największej, przyjęła mnie, to i do tej drugiej za swatkę mi będzie. Popatrzałam na niego i za jego oczami idę, a on patrzy na ten obrazek, z domu go miałam, nad posłaniem wisiał. — Zeszłego lata chodziłem do Częstochowy — on prawi — i obietnicę stamtąd mam, że z panną Marynią ślub wezmę. To i czekam, aż i do panny przykaz przyjdzie od owej Pani, Królowej. A wtem panienka weszła, książkę mu dała, pożegnał się i wyszedł. Ot, jak przyszła moja dola. Od tego razu więcej ni nalegał, ni wspominał, ni zaczepiał, tylko co spotkał, oczami milczkiem pytał, a mnie się coraz mocniej ten „przykaz“ serca czepił, jakbym mus czuła, wolę Pani. Na Wielkanoc spotkaliśmy się na Rezurekcyi i całą bandą wracali, ze dworu naszego; służba i ze wsi on jeden. Zabrał go ekonom na nasz furgon i powiada: — Będzie wam, Makar, od waszego parocha, za to bywanie w kościele. A on jakby już zeswatany był, mówi: — Jeszcze gorzej będzie, jak się ożenię z Polką. — Oho, to i tego chcecie? Jużci w kościele ślubu nie weźmiecie. — Ale to i ostatni raz wtedy w cerkwi będę. Dzieci matczyne będą. — A jakże to zrobicie? To nie wolno. — Jak zrobić, to mnie nauczy wasza Królowa, my tylko będziemy jej słuchać. — A któż ta wasza Polka? A ja wtedy musiałam słowo „przykazu“ już ludziom rzec, bo sama nie czułam, jak powiedziałam: — Ja! Oj, co się potem zrobiło, com ja się nasłuchała, i od dworni, i od panów, i od ojca, i od braci. Jakie urąganie, naśmiewisko, klątwy i groźby i prośby i odmowy. Ze służby mnie wydalili, ojciec do domu nie przyjął, ksiądz przy spowiedzi złajał, znajomi się odwracali, kawalery ogadywali, przyjaciółki się odwracały. Jakaś litościwa Żydówka szwaczka przyjęła mnie na kwaterę, ni wiana nie miałam, ni wyprawy. Taka się uczyniła nienawiść, taka poniewierka, taki wstyd, że oto sam Makar stracił moc, przychodzi i powiada: — Nie godzi się przeciw wszystkim iść. Niech panna Marynia wróci do swoich. Ja ustąpię. Alem wtedy ja nieludzką, nieziemską moc w sobie czuła, zakamieniałam, jako taki, co ma „przykaz“ królewski. Obrazek mój ze ściany zdjęłam, pocałowałam go, jemu do ust dałam i mówię: — A choćby w Sybir, w kaźń, w dozgonną ciemnicę, ale my razem i Ona z nami! No, i na Wniebowzięcie wzięliśmy ślub w cerkwi. Wodzili nas, śpiewali, kadzili, a cerkiew była pełna ludzisków, patrzali, jak na dziwo. A jak już ceremonię skończyli, tak ja na cały głos powiadam: — A oto ja poprzysięgam, że nie postanie tu więcej noga nasza, ni dzieci naszych. Amen! Rumor się zrobił. Polękali się wszyscy, myśleli, że mnie prosto do ostrogu zabiorą, ale duchowny i dyaki jakby pogłupieli, i my poszli do chaty Makara, ot, do roboty prosto, bez żadnych godów i biesiady. Stary jego ojciec tak powiedział: — Ono tych dwoje nie na uciechę się pobrali, ale rekruty na wojnę idą. Niema racyi im śpiewać i żartować! Tak się zaczęło. Za to, com rzekła w cerkwi, to zapłacili z chaty, nie wypomnieli mi, że na to sprzedali młodą źrebicę, Makarową hodowankę, ale ja na hambit wzięłam i poprzysiągłam językiem więcej nie wojować, ale chytrością, i pracować dla tej chaty ze wszystkich sił. Przyodziewki dworki zwlekłam, po wioskowemu się ubrałam, od roboty pleców nie odgięłam, a jedna dumka zajmowała nam obojgu głowy, gdym się poczuła matką. My oboje proste ludzie, grube i twarde, tylko to ciągłe myślenie a zawziętość, co nas całych ogarnęło, to w te dzieci z nas przywarło. Takie same porosły, spokojne, utajone, a twarde, a bezpieczne, jako żelazo i kamień. A wszystkie takie katoliki, żeby z nich pasy darli, nie odstąpią. Pięcioro, trzech chłopców, dwie dziewczyny. — I żadnego nie macie przy sobie? Kobieta spojrzała przelotnie na męża, sekundę się zawahała i odparła: — Nie dla siebie ich chowaliśmy, ale dla Pani. Napokutowaliśmy się dosyć, niech oni żyją swobodą i prawdą. Dokuczy milczeć i kryć się i udawać całe życie, z najświętszem i najdroższem się taić. My, jak sowy, żyli, oni mogą sokołami być. — I jakżeście dokazali takiego dzieła? — Zaraz pierwszy Stasiek się urodził. Święcona woda w domu była, ledwiem oprzytomniała, wołam do Makara: Ochrzcij go z wody! Takci z ojcem uczynili. Na drugi dzień już przysyła paroch o chrzest, powiada Makar: żona ciężko słaba, jak wstanie, to będzie czas. I tak zeszło parę tygodni. A jednego wieczora po cichu klacz założyli do wozu, i powiózł mnie Makar o mil siedm, do kościoła, gdzie nas nikt nie znał. Makar w lesie został, ja sama na plebanię poszłam. A miałam ci ze sobą swoją panieńską metrykę, i nie wstyd mi było kłamać. Powiadam, że dziecko mam nieślubne, że z miasta swój wstyd uniosłam, że je na mamki chcę oddać i do służby muszę wracać. Gadam i gadam, a ksiądz bystro na umie patrzy, a ja myślę z serca: natchnij go, Ty Królowo! i oczu nie spuszczam. Pytał raz i drugi, potem się zamyślił, głową pokiwał i woła zakrystyana: ochrzcił! A jak przyszło do metryki, pyta, ile ma dziecko, a ja rzekę: rok i cztery niedziele. — Drobne się udało! — powiada ale mnie Królowa do niego przyprowadziła, bo dodaje. — Jak się takie drugie wam trafi, to idźcie z niem do Borowej, to w Mińskiej gubernii, i niech wam ksiądz Boćko metrykę wyda. No, i tak mnie poratował, i grosza nie chciał wziąć. Wróciłam do Makara, i pojechaliśmy do znajomej mieszczanki, jużeśmy się z nią przedtem umówili, i tamci Stasiek został. Wracamy, jakby nic, po kilku dniach przysyła po Makara paroch, dawaj dziecko do chrztu! — Jakie dziecko, żona poroniła, niema dziecka! Ot i zaczęło się śledztwo. Ciągali i jego, i mnie, i starego do policyi, śledztwo we wsi było. Ale że my się tego spodziewali, to świadków na nic nie znaleźli, a doktór od rządu, to wziął dziesięć rubli, i inni też potrochu, i tak się uciszyło. Ale nasz stary powiada: — Trza na drugi raz, dzieci, to chytrzej urządzić, bo nie stanie płacić tyle! Zaczęliśmy tedy znowu coś innego przemyśliwać, a tu widzim, że nas wokoło szpiegują. Jakoś na drugi rok w żniwa, czuje ja, że mój czas przychodzi, takem jednego wieczora zabrała trochę łat i poszłam w lasy. Tam u nas lasy świat. Powiada Makar: pójdę z tobą. Ani mi się waż, powiesz, żem poszła na odpust do Kalwaryi, za tobą będą, śledzić, a ja się skryję, nie bój się! Pilnuj żniwa, dość tobie i roboty i kłopotu w gospodarstwie za dwoje! I poszłam śpiesząc, bo czuje, że daleko nie zajdę. Takci w lesie Kazik się urodził. Żeby pan widział, jak to się zaraz obzierał po święcie takiemi czarnemi oczkami, a pamiętam, jak dziś, jak na tej polance przede mną goniło się troje wiewiórcząt z matką, wcale się mnie nie bojący. Przeleżałam sobie w jarzynach dni parę, nasz stary mnie odszukał, prowiant przyniósł. Zmocowawszy się, poszłam, ludzi się przepytując o tę Borowę. A było drogi mil czterdzieści. W głuszy to kościółek był, zaszłam na plebanię, pytam o księdza Boćkę, zakrystyan powiada, toście się spóźnili, już trzy lata leży w ziemi. — Jakże to, mówię, toć mnie lat temu dwa jeden ksiądz tu przysyłał. Nogi miałam zdarte, z grosza się wykosztowałam, dwa tygodnie szłam i napróżno. Taka mnie żałość zdjęła, że zapłakałam, bo to i dzieciak zesłabł całkiem, i mleka nie miałam z tego zmęczenia i tak cała zesłabłam, że, myślę, ot i dojdę, i nawet Makar nie będzie wiedział, gdzie zmarłam. A na to ksiądz wszedł i zaczął mnie rozpytywać, a z żałości tom już zbyła strachu i wszystko wyznałam. Myślę, odmówi, wygoni, no to niech choć prawdę wypowiem! Ale ksiądz to taki był ostrożny i papiery kazał pokazać i badał i chciał złapać na czem, ale nijak nie mógł, bo i jakże! A wreszcie mówi: dostaniesz, kobieto, metrykę z podpisem księdza Boćki, ale jakże kto ci uwierzy, że to dziecko trzyletnie. Nieboszczykowi nic nie uczynią, ale ciebie będą ciągać. Ja już się na to ofiarowałam. Powiadam, niech się dobrodziej nad oną drobiną zlituje. Może i żyć nie będzie, ledwie zipie. No i ochrzcił, daj mu, Boże, niebo, a potem trzy dni mnie na plebanii przetrzymał, ażem się zmogła, chciał, bym dłużej odpoczęła, ale mnie już jakby sto mocy przybyło, jakem ten papier miała na piersi. I poszłam. No, i wstąpiłam do Staśka. Chował się u mieszczanki, bez mleka, bez wielkiego starunku, wiadomo, łaska, oj, modlę się za nią codzień, ona mnie poratowała, nie dałabym rady inaczej. Ale chowała go Królowa, patrzę, oczom nie wierzę, chłopak już gada i biega, na czteroletniego wygląda, a jeszcze i mieszczanka, Sabina jej było, powiada: Wzięlibyście go już sobie, w izbie nie utrzymać, psoci, wszędzie lezie, i ludzie zaczynają o niego się pytać. Co robić, już wolę to małe znowu wziąć, a tego zabierzcie! I ot któregoś wieczora, takci wyrachowałam, by ludzie nie widzieli, przyszłam do chaty ze Staśkiem. Jezu, byłoż to uciechy, chłopy moje to go mało nie rozdarli z kontentności. Ale mało było tego dobrego, już na drugi dzień się po wsi rozniosło, że u nas dziecko jest. I wieczorem tyc, włazi policya. — Co za dziecko? — Moje! — odpowiadam. — Gdzie chrzczone? — W kościele. — Jakiem prawem? — A takiem, że moje. A on do Makara: — Jakeś śmiał? Jaki ksiądz chrzcił? Ruszaj w tej chwili do miasteczka, do prystawa. A Makar ani się rusza, cedzi przez zęby: — Anim go chrzcił, ani hodował. Jej dziecko, to i po jej wierze zapisane. — Co łżesz. Bękartybyś do chaty przyjmował! — To nie wasz interes, moja chata. Jak przyjąłem, to i będzie. — Łżesz! Ruszaj do prystawa. Tam ciebie nauczą prawdę gadać. Jak zabrali Makara, tak wytrzymali dwa miesiące. A tu i nasz stary się położył. Zostałam sama z całą gospodarką. Ano nic! Co inni na wsi robią, robię i ja. Wożą ludzie kopy, wożę i ja. Patrzą, jak na dziwowisko. Zwiozłam. Zaczęli pod żyto nawóz wozić, wożę i ja. A Stasiek ze mną wszędy, niema mu kiedy ni grymasić, ni siedzieć w chacie. Nocami, bywało, piorę szmaty i jeść warzę, a zboże na siew praczem młócę, bo cepem nie umiem. A tu ludzie za pługi się wzięli, biorę się i ja. Pole nasze było podle Kudyrki sąsiada. Skąpy był, swarliwy, zazdrosny o nasz dostatek, chciał swą jedynaczkę za Makara wydać, więc mię osobliwie nie cierpiał. Cały czas, jakem się tak sama mordowała, to mi się przyglądał i urągał. Nie odpowiadałam ni słowa. Ale oranie to mi nijak nie szło. Moc miałam, ale pług i konie nijak mi się nie słuchały. Męczę się, męczę, zawracam, i ciągle opacznie wychodzi. A Kudyrko za miedzą stał i patrzał. Aż tu podchodzi i, nic nie mówiąc, odsunął mnie, pług wziął i orze. Przeszedł jedną i drugą skibę, dziękuję mu, mówię, teraz może dam rady. Oburknął tylko, precz do południa orał, a potem wrócił na swe pole. Wieczorem, jakem krowy doiła, przychodzi do obórki i powiada: — Idźcie jutro z mojemi babami len zbierać, a ja wam będę orał. Dobrze zrobię, bo mi się widzi, że jak tak pogospodarujecie rok, a najwyżej dwa, to sprzedacie mi swoje zagony. — Jak wola Boża — powiadam — pierwej człowiek dostał duszę, niż ziemię. — Co wam się zdaje, wiecie wy, z kim się do wojny porywacie. Zgnijecie po turmach! — To co. Dusza nie zgnije, a umierać każdemu trzeba. Postał, popatrzał na mnie, wstąpił do starego, ale jak mu wspomniał o sprzedaży gruntu, tak chory z ławy się porwał i, za kij porwawszy, z chaty go wygonił. No i przez to orać więcej nie stał, mozoliłam się sama, i stary o kiju na pole wylazł, uczył mnie, trochę pomagał, ale ani słowa złego rzekł, że to przeze mnie taka nędza, ani na dolę narzekał. Święty to był, i dobry, i mądry ten nasz gołąb serdeczny. Przestała mówić na chwilę, otarła fartuchem oczy. — Wszelakiej biedy zaznałam: i głód, i chłód, i więzienie, i bicie, i bezdomność, i włóczęgę, tylko jednej nie miałam nigdy i przez to może i tamto zniosłam. Było nas w chacie troje, a potem i dzieci, a nigdy nie było swarki, ni złości, ni przeklinania. Takie osobliwe te moje chłopy były. — Ot dziwo! — ozwał się Makar. — Albo to swarka z chłopów? Przez baby się znachodzi. A my z kim mieli się swarzyć? Z tobą? Za co? Jak ja wtedy z ostrogu wrócił, to zastał i zasiane i zebrane, i chudobę w porządku, i chleb dobry, i w chacie czysto, i ojciec oszyty i omyty, i dziecko wesołe, zdrowe, czyściutkie, a cała wieś mi zazdrościła. Zwyczajnie, jak człowiek się ożeni, to zawalisko do domu weźmie. Baba albo próżniak, albo latawiec, albo jędza. Ciągle narzeka, kwęka, brudas, niechluj, nieroba, plotkuje, z całą wsią się kłóci, starszych w chacie nie słucha, dzieci hoduje, jak prosięta, mężowi co słowo, to się sprzeciwia, a sama nic nie pojmuje, ni o Bogu, ni o świecie! Byłby i ja, jak inni sąsiedzi, co w chacie ino z musu, jak na uwięzi, a wreszcie biją i w zwierzę się obracają. Jak u nas inaczej było, to i ja był inakszy. Spojrzał na Sulimę i dodał z uśmiechem, który jego surową, twardą twarz odmłodził o całe dziesiątki lat. — Nie byle jaką dostałem, od takiej swatki. Kobieta, zatopiona w swych pamiątkach, jakby nie słuchała tych pochwał dla siebie. — Wrócił, jak już ludzie posieli, wziął się do młócki, ja do lnu, i jakoś ścieliło. Nasz stary też pozdrawiał, i zima zeszła bez nijakiej turbacyi, tylko wsiowi to się lękali nawet do naszej chaty zachodzić, tak naczalstwo groziło i buntownikami nas nazywali. Aż koło Wielkanocy nakazuje do umie przez kramarza Sabina, mieszczanka, że chora ciężko, żebym Kazika zabierała. Poleciałam tam co rychlej, jeszczem przed śmiercią trafiła, jeszcze mi przy świadkach dziecko oddała w opiekę. Zabrałam chłopaka, jej pochówku dopilnowałam i wróciłam do chaty. Jakeśmy zaczęli we troje radzić i rozważać, tak trza było chłopcom metryki mieniąc i uczyć ich, że się na wywrót nazywają, a jeden toć jeszcze całkiem głupi był. A tu zaraz na trzeci dzień już ktoś donos dał, jest policya. Dajemy metrykę, zaczęli czytać, pisać, kręcić, pytać tak chytrze, na różne strony, to jego, to mnie poosobno, poszło na długi sąd, bo to i owego księdza zaplątali, i mieszczan, sąsiadów Sabiny, aż do gubernii zaszło, trwało tej męki dwa lata, i wreszcie wyrok zapadł, żeby nam dziecko zabrać i do pryjutu oddać. Jak z takim papierem uradnik przyszedł, tak już nie wiem, co się ze mną stało. Porwałam za siekierę i powiadam: kto mi dziecko tknie, śmierć zrobię. Ludzie, co się zeszli gapić, precz uciekli, uradnik sam został, naklął, naurągał, zapowiedział, że jutro mnie do turmy wezmą i poszedł. Radzimy, co robić, aż tu w okienko od alkierza ktoś puka. Wyszedł Makar, pod ścianą ojciec mój stoi. Od ślubu u nas nie był, a widać wszystko wie, bo szeptem, krótko mówi: „Dajcie mi dziecko!“ Do nóg mu padliśmy, a on nagli: prędzej, a policyi powiedzcie, niech szuka! Zakręcił Kazika w połę i w ciemności przepadł. Nazajutrz sądny dzień, w chacie pełno strażników, starostów, jakby po dziesięciu zbójów przyszli. Makara i starego do pół śmierci zbili, mnie pognali do ostrogu. Chcieli, bym sama szła, ale myślę: dziecka nie ostawię, więc go ze sobą poniosłam. Tak zaszłam do miasteczka, trzymali kilka dni, popędzili do powiatu i zamknęli do ostrogu. Było nas tam w jednej izbie piętnaście kobiet. Zaraz mnie tam choroba zwaliła i przeleżałam bez pamięci kilka tygodni. Jakem do zmysłów wróciła, patrzę, Stasiek jest, odetchnęłam, kobiety go karmiły, pytam, czy moi się dowiadywali, powiadają, że nikogo nie było, myślę, źle widać z nimi! Kobiety dawaj mnie rozpytywać, za co siedzę, opowiedziałam wszystko, dziwiły się, do głowy im nie trafiało zrazu, myślały, że się taję, żem kogoś ubiła, czy otruła, a w końcu ulitowały się nade mną, nijakiej krzywdy ni dokuczliwości mi nic czyniły. I tak siedzę w tej turmie i siedzę. Oj, to była zgryzota, jak czas biegł, a tu czuję, że znowu matką zostanę. A tu z domu ani wieści, całe trzy miesiące. Lato na świecie, pracują ludzie, a ja siedzę. Zaduch, robactwo, ni odzieży, ni szmaty na zmianę, błagam o sąd, o jakiś wyrok, żeby choć wieść jaką dostać. Nic, jakby mnie już na świecie nie było. Dopiero w sierpniu zjawił się Makar, jak trup. Opowiada, że go dotychczas trzymali w więzieniu i męczyli, żeby wydał, gdzie dziecko. A jak puścili wreszcie, to nie było po co do chaty i zachodzić. Za koszta i kary procesu sprzedali bydło i zboże na pniu, i starego też nie zastał. Jak go wtedy przybili, to i nie wstał. A przed śmiercią sąsiadów zwołał i powiedzieć kazał: Choć mię i zakopią tu, jak szczerbowca, niech się oni za mnie modlą, bo z tamtej strony to ja się wytłómaczę i inne mieć będę papiery. A oni niech po swojemu robią i jedno, aż do śmierci! Taki ci nam testament zostawił, nasz gołąb serdeczny! Makar tedy od tej pustki precz poszedł, chałupę, jak trumnę, ćwiekiem zabiwszy. Po nocy, cichaczem do ojca na straż wstąpił i dowiedział się, że Kazika skryli u żonatego brata, aż w drugiej gubernii, tedy do mnie się dobił. Stróża w ostrogu wódką przekupił, i takeśmy się zobaczyli. Jak się dowiedział, żem brzemienna, to zapłakał i powiada: Teraz tego nie uratujemy! Bo co za chytrość można było wymyślić w więzieniu, pod strażą będąc! Już Makar do domu nie wrócił, tylko w mieście został, w najem chodził, a jak grosz zarobił, to mnie niósł. I tak czas biegł. Umyśliliśmy o sąd nie dokuczać, przytaić się, żeby mnie nie widzieli, może zapomną. Zwierzyłam się kobietom, co razem siedziały; różne były, złodziejki, podpalaczki, włóczęgi, a tylko parę rozpustnic-pijaczek, naśmieszki ze mnie stroiły, reszta wzięły mnie w opiekę. Oj, przemyślny naród taki po więzieniach i niczego się już nie bojący. Grunt był, żeby nie zachorować, by do szpitala nie wzięli, a na sali — to się coś wykręci. I tak się też stało. Dochowały tajemnicy, ja do ostatniego momentu i podłogi szorowałam, i bieliznę sołdacką prałam, a jak nocy jednej Bolek się urodził, to jedna, co kochanką felczera była i przez to czasem wychodziła w nocy, okręciła go w szmaty, wykradła się z nim na miasto, Makarowi oddała i wróciła. A rano pognali mnie do podłóg szorowania, i trza było nic nie okazać, by podejrzenia nie wzięli. Długi czas Makar się nie pokazał, w trwodze go wyglądałam, aż wrócił. Co miał robić z taką drobiną? jak mu rzucili, tak zabrał i poniósł drogą, myśli sobie, niech Królowa prowadzi. I tak go zaprowadziła do jakiegoś dworu. Tam on dziecko na progu położył, okutawszy w stary kożuch, i dodał kartkę, że katolik i Bolesławem mają go ochrzcić, i niedaleko się schował, czekając, co się stanie. Wyszedł raniutko sam pan, zobaczył, dwornia się zbiegła, kartkę przeczytali, i ekonomowie zabrali małego. Makar zdala wszystkiego dopilnował. Ochrzcili w parafii, i u ekonomowej został, bo właśnie karmiła swoje małe, wtedy Makar wrócił. Nie wiem, ileby mnie tak trzymali, ale pod wiosnę jakiś manifest wyszedł, i dużo ludzi z turm puścili, i mnie z nimi. Zabraliśmy się piechotą do domu. Stasiek już dreptał przy nas, a takeśmy byli biedni, że po drodze żebrać trza było. Daleko było z gubernii w nasze strony, i nikt nas nie znał. Szmat też mało co i a nas ostało, szczęście, że do ciepła się miało, i takeśmy doszli. Zastaliśmy w domu taką pustkę i nędzę, że zrazu tośmy, jak ogłupieli, siedzieli w chałupie. Ni strzechy, deszcz w izbie padał, jak na dworze, ni żywej bydliny, ni ziarna na posiew, ni Chleba, ni kartofla, jak te czajki, byliśmy, co przylecą wcześnie i śnieg znajdą na ziemi. A we wsi to się lękali do nas i przemówić, i wstąpić, a zresztą to i nienawiść czuli, bo się byli z wiarą, co nakazane, już pogodzili, a kędyś na wnętrznościach wstyd za to czuli. Aż tu raz ze dworu przysyłają: czybym do prania nie przyszła. Makar oburknął, że to pamiętał owo wypędzenie przed ślubem, ale ja posłuchałam. Stasiek był ze mną. Zaraz go klucznica przyhołubiła, nakarmiła, do pani poprowadzili. Gdym wróciła wieczorem, dzieciak mi powiada: — Pani mi kazała pacierz mówić, a potem mi dała książeczkę z obrazkami i kazała dopiero w chacie z ojcem przeglądać. Za koszulę, na piersi sama włożyła i kazała dobrze pilnować. Przychodzimy do domu. Stasiek Makarowi książkę oddaje, Historya Święta to była z obrazkami. Otwiera Makar, a w książce trzysta rubli. Przestraszył się, a potem hambit go porwał — i zaraz czapkę na łeb i do dworu. Ale i pan i pani w żywe kamienie się klną: nic i nic, żadnych pieniędzy nie dali, nie wiedzą, skąd, co? jakby z nieba spadły. — Skądże się w książce znalazły? Kto je włożył? — jąka Makar. A pani na głowie mu rękę kładzie. — Kto? Królowa. A pan dodaje: — Żołd ci płaci. Twoje są. Popatrzyli mu tak w oczy, że go w gardle zdusiło. Zamiast dziękować, przeżegnał się i poszedł. I takeśmy znowu stanęli na nogi. Ludzie się dziwowali, szpiegowali, może co i podejrzywali, ale ze dworu to nijakich nam łask nie czynili, owszem, bydlę jak w szkodzie zajęli, to trza było płacić, za każdą wygodę odrobić, jednako, jak cała wieś. Na oczach podejrzliwych byliśmy, a nic nie dopatrzyli. No i powoli jakoś wszystko ucichło, nikt, zda się, na nas zwracał uwagi, nabraliśmy śmiałości. Co jakiś czas dowiadywaliśmy się do dzieci, niby to na odpust lub jarmark jechaliśmy, nikt nie szpiegował, władza jakby nam dała żyć po swojemu, i myśmy przestali przemyśliwać chytrości, kiedym się znowu poczuła brzemienną. Jakoś słabowałam, zima była, bezdróż. Myślimy, może się nie zaraz rozniesie, że u nas rodziny, a do tego dziewczynę Bóg dał, może o nią nie tyle będą zawzięci. Opuściliśmy się w czujności, i zaraz nas za to Pan Bóg pokarał. Jakoś w tydzień, jeszczem leżała, malutka przy mnie, aż tu nagle pełne podwórze policyi. Tak wpadli, jak zbóje, i już o nic nie pytając, Makara przytrzymali, mnie pchnęli, chwycili dziecko, na wóz siedli i pojechali. Jezu, jakeśmy się porwali, taką moc czułam, że ani pamiętam, jakem za tym wozem poleciała. Makar, zanim klacz zaprzągł, het daleko byłam. Lecę, lecę, a krzyczę, a wyję, ni błota nie czuję, ni śniegu, co wali, ni wichru, lecę, lecę, a wyję, i pazury wyciągani, a we mnie taka zgroza, taka zajadłość, że, byle dopaść do nich, będę kąsać, będę rozdzierać. Ale gdzie dopędzić konia! Trzy wiorsty było do parafii, jakem dopadła, wynoszą już moje dziecko po chrzcie. I tamem bez zmysłów padła. Jak do przytomności wróciłam, patrzę, w izbie wieczór, lampka się pali, Stasiek już śpi przy mnie, na lawie siedzi Makar, ręce opuścił, głowę zwiesił, patrzy w ziemię. — Dziecko! Marynia! — pytam. — A ot leży — mówi nie swoim głosem — tylko nie Marynia, ale Olga. Zwlokłam się, wzięłam się do roboty, jak nieżywa, a co dziecko zapłacze, to jakby i ono narzeka na mnie, żem nie upilnowała, a z Makarem to i w oczy sobie nie patrzym, a choć gadamy, to nie to, co myślim. Aż wreszcie raz Makar powiada: — Już nam tu nie być. Trza iść w świat. — Od tej ziemi! Od tych kątów, z tej chaty! O Jezu! o Królowo! dokądże pójdziemy? — Za morze, do Ameryki. Ludzie idą. — A dzieci? A Kazik, a Bolek? Zostawimy ich? Pochytał głową z frasunku i myślenia, aleśmy już szczerze gadać zaczęli. Myśleliśmy, najciężej postanowić ziemię zbyć i ze swych stron po woli swej odejść na zawsze, ale się pokazało, że i tej ziemi zbyć nam nie wolno, bo wykup na niej był, a paszportu to nam wcale wydać nie chcieli. Albo giń z duszą na miejscu, albo się tułaj bez grosza i prawa. Ważyliśmy, co czynić, a wreszcie na jesieni sprzedaliśmy chudobę i zboże, zebrali paręset rubli i poszliśmy na służbę do dworu. Całą zimę szykowaliśmy się do drogi i, skoro wiosna, poszliśmy. Umówił się z nami jeden Żyd, że nas przez granicę przeprowadzi! Oj, krzyżowa to była droga manowcami i nocą. Bolka tośmy odebrali zaraz po drodze, a Kazika brat nam dostawił już niedaleko granicy. Ja niosłam dwoje młodszych, Makar dwóch starszych. Ludzisków takich, jak my, była cała banda, a Żyd prowadził, szliśmy, jak owce posłuszne, a nic nie wiedzące. W jednej chwili kazał nam biedz, lecieliśmy co mocy, rozległy się krzyki, my jeszcze lepiej lecim, ile sił, a tu gruchnęły strzały, lecim, nic nie wiemy, co za nami, a tu Żyd krzyczy: stać! Byliśmy zagranicą, oglądani się: Makar z tyłu, wracam, patrzę, krew na szyi, a chłopców trzyma, ale zaraz osłabł i na kolana upadł. Ramię miał przestrzelone, i cud, że nie padł odrazu. Ludziska nie porzucili nas, opatrzyli ranę i doprowadzili do miasteczka. Ale tam osłabł zupełnie, trza było ostać, juści czekać na nas nie mogli. A tu ledwieśmy znaleźli schronienie i myśleli, że przecie wolni jesteśmy za tą granicą, spadli na nas pruskie urzędniki, jednaka wszędy niewola. Kto? skąd? poco? jak się nazywa? poco przybywa? No, juści trza rzec, żeśmy z tamtej strony, nie umiemy łgać ni fałszować, ot, głupie chłopy, prosimy, by nas zostawili w spokoju, gotowiśmy dzień i noc pracować, byle już zostać. Już lepiej śmierć, jak wracać, tyle przebywszy. Ale nas te Niemcy i słuchać nie chcieli, żeby człowiek do kamienia mówił, jednako! Tyle, że dali zostać, aż Makarowa rana się zabliźniła, w szpitalu umieścili i nie zbytnio obdarli. A potem odstawili do granicy i w ręce graniczników oddali, i takeśmy wrócili, jak taki tonący, znowu w wir na przepadłe. Aleśmy już sobie przemyślili, co i jak czynić, bo to tak na ziemi, mówi Makar, jak sądzono komu zielskiem deptanem być, to i moc zielska trza mieć. Więc na posterunku pytają go: Kto? powiada: Iwan, a jaki? Kropiwa, a skąd? z Permu, a gdzie papiery? zgubił, a poco do Niemiec szedł? bo zabłądził, a czem w Permie był? nie pamięta, a kogo tam zna i ma? zapomniał. I tak wszystko w kółko! Zbili go do pół śmierci, a potem do mnie się wzięli, a ja na wszystkie pytania na gębę pokazuję i na uszy, żem głucha i niema. I takeśmy się uparli, żeby się nie splątać. Zamknęli nas do komórki, potem odesłali do więzienia jednego, potem do drugiego, coraz dalej, dalej, w jednem krótko byliśmy, w drugiem dłużej, już nam wszystko jedno było, byle razem. Badali nas urzędniki, bili nas stróże, żarło nas robactwo, dokuczali więźnie inni, a ileśmy zmienili tych więzień, to i nie spamiętać. Wiadomo: zielsko, które każdy depce. Aż wreszcie wysłali nas do tego Permu. No, jakeśmy tam dotarli, tak się kłamstwo wydało, sprawę nam nową wytoczyli i skazali na osiedlenie do Syberyi za włóczęgę. A to było przeszło od tego odprowadzenia z Prus całe trzy lata. No, myślim, na osiedleniu gorzej nie będzie, byle razem. Dzieci porosły, zdrowe były, i już wszystko wiedziały, i kto są, i za co pokutują, i jako żyć muszą, a były wszystkie, jako stal a złoto, takie mocne i czyste, a chytre i umiejące myśleć. Przy tych różnych rewizyach, to nas odarli ze wszystkiego, ale ten obrazek i te dziecinne metryki tośmy potrafili skryć i uchować, choć się widziało, że na nic nie będą potrzebne. Aż tu raptem piorun w nas spadł. Jednego wieczora zabrali Makara i z jedną partyą pognali na tę zsyłkę. Ledwie mógł nam parę słów rzec: — Jak tylko będzie możliwe, ucieknę i będę was szukać, ty z dziećmi zdaj się na los, tylko mi jaki znak zostaw, kędy cię zeszlą! I takeśmy się zostali bez niego. Jakoś w miesiąc i nas pognali, dowiedziałam się, że do Tobolska wiodą, takem wychodząc, wydrapała na ścianie krzyżyk i Tob..., mało otuchy mając, byśmy się w życiu już spotkali. W Tobolsku już nie czas było niemej i głupiej udawać, jak tylko urzędnik zaczął nasze papiery sprawdzać, tak mówię, żem katoliczka i dzieci moje też, a jak się nazywam, tom zapomniała, niech mnie na wolę puszczą, to sobie przypomnę! Przetrzymali nas tam parę miesięcy w więzieniu a potem wysłali do jakiejś wsi na życie. Policya zdała nas jakiemuś gospodarzowi, on nam dał w chlewku kwaterę, i takeśmy dobrnęli, zda się, ostatniego celu życia. Szczęście, a łaska Królowej, lato było. Łachmany nasze połataliśmy, chlewek uprzątnęli, Marynię, najmniejszą, zostawili jako gospodynię, a czworo wnet się do roboty rzuciło. Wieś nad Tobołem leżała, a naród tam przemyślny i handlowy. Stasiek wnet się wprosił do rybaków, co solili ryby, i na żart pozwolili mu z braćmi przy sobie zostać bez zapłaty i pomagać. Ja od domu do domu poszłam, o pranie prosząc, i wnet też robotę znalazłam. Ach, Boże, robota i nie turma wreszcie! Było mi, jakbym się na świat narodziła! Wieczorem zebraliśmy się wchlewku, jakby w pałacu, malutka Marynia jak stara obmiotła ściany, znalazła pod płotem starą beczułkę, zebrała siano w jeden kąt, chłopcy dostali ryby, ja przyniosłam chleba, ale nam się z radości i jeść nie chciało. Przybiliśmy do ściany obrazek Królowej, i pierwszy raz głośno wszyscy razem pacierze odmówili. Na to akurat z chaty nasza gospodyni przyszła wołać, byśmy na strawę szli. Zła weszła, co się dziwić, nie uciecha przesiedleńców dostać. Stanęła, patrzy, słucha, a potem i sama trzy razy się przeżegnała przed naszą Panią i dobrym głosem przemówiła. Podziękowałam za strawę, mówię, syci my na dziś tym spokojnym kątem, nie będziemy wam dokuczać. Dziwując się poszła. Nazajutrz skoro świt, poszliśmy do roboty. Stasiek, jak ojciec, prowadził młodszych nad rzekę, ja do prania. Wracamy, nie poznać naszej Maryni, wzięły ją do chaty gospodarskie córki, ubrały w różowy perkal, nakarmiły, na wieczór już nas gwałtem wszystkich do wieczerzy zabrali, a po tygodniu, to już wcale nie boczyli się, że im przesiedleńców narzucono, już się nie bali, że im ciężarem będziemy. I takeśmy tam ostali na długie lata, myśleliśmy, że już do śmierci. Przywykli ludzie do nas, my do nich, minął rok i drugi. Staśka wziął kupiec do sklepu, Kazik z Bolkiem wkręcili się na naukę do majstrów, jeden do stolarza, drugi do malarza. Nie mieli lat i siły, ale kto ich przygarnął, to nie wypędził, a gdy mnie spotkał, to dobre słowo rzekł. Mnie z Marynią wzięła na służbę stara, bogata wdowa, która utrzymywała gospodę nad rzeką. Nasi gospodarze mówili, gdym się zgodziła, że nikt u niej miesiąca nie dosłużył, a ja przebyłam lata. Co wieczór chłopaki do izdebki naszej przychodzili, ni dnia żaden nie chybił. Nauczyłam ich wszystko czworo czytać i pisać po naszemu i, co sama umiałam, o ziemi i o Bogu. Pamiętam raz, Stasiek przyleciał, jak nieprzytomny, ze sklepiku z książką. Jakiś przejeżdżający wymienił ją na tytoń, kupiec chciał podrzeć na zawijanie towaru, i chłopak ją sobie wyprosił. Wiersze to były, nasze śpiewy historyczne. Juści, Królowa je nam przysłała, jako to ziarno, co żyć daje! Przez tyle światów nas znalazło cudem. Tośmy już wszyscy z tego się uczyli i tak nauczyli, że było które z tych dzieci w nocy zbudzić i spytać: ktoś ty? toby każde odpowiedziało:

Kto przybył, gdzie się jaki włóczęga pojawił, tom o Makara pytała. A bywało takich gości wielu w gospodzie, i nareszcie jeden, co łodzie ciągnął, zbiegły katorżnik, powiedział mi, że z Iwanem Kropiwą razem uciekali i że tamtego pojmali. I dodaje: on nigdy nie wyjdzie na człowieka, bo rżnąć nie chce, on baba! Tedyśmy stracili ostatnią nadzieję, że się zobaczymy w życiu, i wspominaliśmy go jak umarłego. Aż tu pewnego dnia wołają mnie do mego gospodarza, tego pierwszego. Powiadają, jakiś wysoki czynownik w przejeździe, chce mnie badać. Wchodzę, siedzi wielki pan w orderach, ekstrapoczta stoi przed domem. Popatrzał na mnie bystro i pyta: — Wy, żona Makara Tyszki? — Ja! — odpowiadam, bo nie pora łgać takiemu, co już wszystko przeszedł. — A dzieci żyją? — Żyją wszystkie. — Przyprowadzić ich tutaj. Chciałam iść — powiada — niech kto inny idzie. Skoczyli dziesiętniki, wnet przywiedli wszystko czworoczworo. Strach mię zdjął, żeby co głupiego nie powiedziało które. Srogo po nich spojrzał i powiada: — Kto wy tacy? Stasiek naprzód się wysunął: — My Polaki, katoliki! — powiada. — A ojciec kto? — Ojciec, jak my. Wszyscy jednacy i inaksi nie będziemy. — A wiecie, że to nie wolno? — Inaksi nie będziemy! — w jeden głos mówią. Popatrzał po nich, podumał. Do mnie się obrócił. — Makar Tyszko trzy razy uciekał. Wiesz, co to znaczy. — Ano wiem, do nas chciał. Byśmy mogli, do niego byśmy szli, a potem razem do ziemi. — Szaleni, głupcy! Pięścią w stół uderzył. — Pan, jako pan, inne ma myślenie, my chłopy. Nam nic nie straszno odpowiadam. Potem do ręki mu się pochyliłam. — Jeśli wielmożny pan wie, kędy Makar mój jest, to niech mi powie. — Poco? — Wieść mu prześlę, żeby był spokojny, że dzieci jego drogą iść będą. — Napisz list! mruknął. Wszyscyśmy napisali, jak które umiało, i łzy nam kapały na papier, że mało co można było wyczytać, a takeśmy się śpieszyli, żeby temu panu dobra wola nie przeszła. On tymczasem jakąś rewizyę robił, wszyscy go się bali, wielka osoba był. A wreszcie to nasze pisanie wziął i pojechał, i znowu długo żadnej wieści nic było. Aż tu jednego dnia, kiedym w kuchni była, słyszę, Marynia krzyczy: tato! Lecę do izby, gdzie był szynk, patrzę, dziecko na rękach u strasznego brodacza, ona, co bała się takich oberwańców. Dziw, że mi ze szczęścia serce wtedy nie pękło, żem zmysłów nie postradała! Kobieta przestała mówić, zapatrzyła się w Sołłohuba, pochyliła się ku niemu, złożyła ręce, i łzy jej się rzuciły do oczu. Stary grabarz się zmarszczył, zgarbił się, skurczył i potrząsnął niechętnie głową. — No, cóż na was napadło? — mruknął. — Zmęczyli się gadaniem, czy tkliwość za Makarem zdjęła. Bo to już późno! Wstał, jakby mu raptem pilno było odejść. Milczący Makar podniósł głowę. — Kazał pan kobiecie gadać, to jakże jej opuścić ten szmat cały doli, cośmy przeżyli razem za pana opieką. Toć jak pacierze odmawiamy, a dojdziem do tych słów:

to ich nie opuszczamy. — Iii! — żachnął się Sołłohub. Przyszli my tu, by się dowiedzieć, gdzie dzieci wasze. Dawnoście mieli wieści od Staśka z Rygi? — Już dawno. Może się zagniewał, żeśmy mu odesłali te pieniądze, co nam był przysłał. Kazikowi w Ameryce dobrze, pisał niedawno. — O Bolka też niema kłopotu. Pisał mi syn, że już po włosku trzepie doskonale. Dziewczętom najciężej. Makarowa pokiwała głową, a Sulima spytał: — Dlaczego im najciężej? — Mają fałszywe papiery! — odparł Sołłohub. — I nie są przy was? — Marynia służy aż w Warszawie, a Jadzia tu niedaleko, we dworze. Rzadko do nas wpadną, boć to niby obce, straszno czem się zdradzić. Sulima wybuchnął. — Więc dlaczego cierpieć tak to wszystko? Dlaczego nie idziecie stąd, nie uciekacie za granicę, na kraj świata? Makar popatrzał na niego bystro. — A pan był na kraju świata? My byli. To pan nie wie, co to cudza ziemia, a my wiemy! I ten, co w Ameryce, i ten co, w Rydze, i ten, co z młodym panem Sołłohubem, jedno piszą: wrócim, a myby mieli dla wygody rzucić, my, chłopy! — A Królowej jako powiemy? Poco odchodzim! — dodała Makarowa. Trza jedno robić, choć niewiele, jednego pilnować do końca. Sołłohub oparł ciężko rękę na ramieniu Sulimy: — Słyszałeś pan, to cała mądrość życiowej pracy. Ale Sulima zwrócił się do kobiety: — Nic daruję wam końca opowieści, muszę wszystko po dzień dzisiejszy słyszeć. Przyjdę jutro, pozwolicie? I jutro i codzień radbym was słuchać. Makarowa uśmiechnęła się. — Nie poradzę! Słyszał pan, pan Sołłohub zabronił. To niechże sam dokończy. Resztę, to on tak samo zna, jak i my. — No, no, dość na dziś. Jak kto nas spotka o tej porze, to licho wie, jaka ulęgnie się plotka, a pana Ubyszowa do domu nie wpuści. Dobranoc. — Do zobaczenia! — rzekł z żalem Sulima. — Przyjdę reszty dosłuchać. Gdy się znaleźli na dworze, w mroźnej ciszy nocnej, kury piały późną godzinę. Szli chwilę, milcząc. — Bohatery! — szepnął Sulima. — I to nie takie z książki, nie z gęby, nie z zamiaru, jako u nas wszyscy. Mówiłem panu, to nauka. Co my warci! Wstydu! Kto z nas potrafi tak chcieć! — Pan ich dawno zna? — O, niedawno! Żebyż dawno! Możebym nie grabarzem był. Alem ich poznał po wszystkiem już i tylko tych dwoje ludzi wśród mrowia małp. I tylko grabarzem być mogę, bom trup! Zawrócił nagle i bez pożegnania przepadł w mroku za jakiemś domostwem. Sulima, oszołomiony, pełen zaciekawienia, niepokoju, rozbudzonych marzeń i zamiarów gorączkowych, poszedł, błądząc wśród opłotków, do domu.