Surma

Maria Rodziewiczówna (1863–1944)

Nikt z ludzi nie wiedział, że Ulisia i Roman miłują się z sobą. Ona była jedynaczką u bogacza, on — synem komornicy, parobkiem u gospodarza. Oni sami nie gadali nigdy ze sobą o „lubieniu“, bo wiedzieli, że na jesieni los ich rozłączy, że się rozejdą jak drogi za wsią. Ona do kościoła pójdzie do ślubu, a on do dworu na zarobki. Tymczasem wiosna była. W brzozowych zaroślach co wieczora i co ranka spotykali się, bez zmówienia, bez myśli. Pierwszy raz przypadkiem — on z wołami czarnemi, ona z wołami krasnemi — na paszę, po robocie. Rzekła mu wesoło pozdrowienie, bo śmiała i zaczepna była dziewucha, on jej odpowiedział półgębkiem, bo z natury mruk był i do gawędy nie ochotny. Paśli opodal na polance i widzieć się musieli. Ulisia śpiewać zaczęła, parobczak łyko darł i w milczeniu słuchał. Brzeźniak cały się maił, a dołem ruczaj biegł, złotym „łotociem“ obrzeżony. Zacisznie tu było, a tak odludnie, że ptactwa mnóstwo osiedliło się w gąszczu i pilnie gniazda sobie wiło. Woły, po kolana w młodej trawie brodząc, prędko się nasyciły i legły, a na ziemię majowy zmierzch się nasuwał i zalegała cisza odludzie. Roman młodą łozinę odciął, korę całkowicie oddzielił i wnet ligawkę sporządził. Zerknął na dziewczynę, rad się jej pozbyć, bo mu wstyd było dorosłemu grać, jak pastuszek nieletni, ale potem ramionami ruszył. To i co? Niech się prześmiewa — jednakowoż ona nie dla niego, on nie dla niej hodowany. Ledwie, że ją znał. Zagrał sobie zcicha, potem coraz śmielej. Dziewczyna przestała śpiewać, zbliżyła się ku niemu, i patrząc nań — słuchała. Podobał się jej odrazu, bo go dudka słuchała, jak żywa. — Czemu ze skrzypcami w karczmie nie grywasz? — Bom na służbie. — Szmat ci płacą? — Matka zabiera... nie wiem! Matka o ziemię się sądzi z Jankami. — E... gadają, że nic z tego nie będzie. Ruszył ramionami, dudkę schował w pień spróchniałej wierzby i zegnał woły z łąki. — Chodźmy razem, będzie ochotniej! — rzekła Ulisia. — Nie jedna nam droga. — Do cmentarza jedna... a tam straszy! — Do cmentarza wszystkim jedna! — mruknął. I poszli, on patrząc apatycznie pod stopy, ona raz wraz ku niemu zerkając. Suchy był, chudy, czerniawy — w biedzie wzrosły i zhodowany. Matkę jego, gdy owdowiała, wygnał mężowski brat z chaty z niemowlęciem u piersi. Ale była to kobieta młoda i dzielna, miała też rozum nie babski. Bez lamentów ustąpiła, poszła z dzieckiem na służbę do dworu. Mało miała czasu dla niego, ale grosz zbierała chciwie. Półnadzy bywali oboje, butów nigdy nie znał Roman, ani kożucha, i już od sześciu lat zaczął zarabiać, pasając indyki, gęsi, potem nierogaciznę. Gdy miał dwanaście lat, matka zrachowała swoje kapitały i zabrawszy go opuściła dwór. U gromady uprosiła plac na wygonie za wsią i postawiła sobie chatynę malutką. Potem już tylko zarabiała dziennie rok cały; zarabiał i chłopak, ale grosza nigdy nie miał w ręku, bo matka dalej skąpiła na proces z bogatym szwagrem. Osiem lat tak trwało — i sprawiedliwość tak zwlekała, jakby ci, którzy jej wyglądali, byli nieśmiertelni. Gdyby kobieta obliczyła pieniądze, które ją to kosztowało, przeraziłaby się, z łez jej i stękań tyloletnich strumień by się złożył — jednakże nie myślała ustąpić. Romana oddała w służbę do gospodarza, by się roboty wszelakiej nauczył, sama dzień w dzień szła na zarobki, zawsze głodna, bosa, obdarta, a w niedzielę odwiedzała doradców i adwokatów, bez żalu oddając im tygodniowy grosz na sprawę. Drwiono z niej we wsi. Wskutek ciągłej poniewierki i nieszczęść i zawodów zgryźliwą się stała nawet dla jedynaka, gdy ją odwiedzał w sobotnie wieczory. Chłopak zaznał więcej razów niż pieszczot i nie pamiętał, by kto do niego przychylnie zagadał, nie wiedział co odpoczynek i śmiech i swawola. Tak rósł i tak dojrzał... — Dobrze ci u Stefana? — zagadnęła go Ulisia po drodze. — Nie bije! — odparł apatycznie. — Powiadają, że swą Seklitę chce ci dać! Podniósł oczy. — Naco? — Głupiś!... na żonę... jak sprawę wygracie. I śmiała się z jego miny jakby zawstydzonej, gdy o tem posłyszał. Tak się śmiała, że nawet nie obejrzała się na cmentarz, który mijali w tej chwili. Wnet się i drogi ich rozdzielały. „Dobra noc“ — rzekli sobie obojętnie. Ale nazajutrz znowu się spotkali przy wołach i razem poszli w łozy szukać czajczych jaj na wieczerzę. Mówili już więcej i śmielej. Dziewczyna go zaczepiała na żart, na ciekawość, czy ten mruk się obejrzy. Nie odpowiedział na zaczepki, ale poczerwieniał i umilkł, jakby zalękły. Wydrwiła go w oczy, ale wróciwszy do chaty, nikomu o Romanie nic nie rzekła i znowu wieczorem pognała woły na polankę. Potem dzień po dniu przywykli do siebie. Nie zaczepiała go więcej, stała się cichsza i zadumana. Siadywała na zwalonej brzezinie i słuchała jego ligawki. Nie kwapiła się do domu; on pierwszy dawał hasło do powrotu. Aż raz wieczorem, naprzeciw cmentarza, coś ją wystraszyło okrutnie. Krzyknęła i rzuciła się ku niemu, przypadła mu do piersi, objęła za szyję. Trzęsła się z lęku, czy też ją inna moc tak targała. Spłoszył ich skrzyp wozu, odskoczyli i już słowa nie rzekli aż do rozstaju. Tego dnia on pierwszy pożegnanie wymówił: — Do zobaczenia, Ulisiu! — Dobrej ci nocy, sokole! Woły ich tak się poznały, że porykiwały zdala do siebie. Co za dziw, że poznali się i polubili ludzie!... Zaczęła mu przynosić ukradkiem jaki przysmak, podarowała mu szalik czerwony, połatała mu siermięgę. On jej nic dać nie mógł, bo nie miał, więc jej grywał tylko i wyszukiwał dla jej wołów najlepszej paszy. Chwalił ojciec Ulisię, że się nie leniła pasać, że i nie dospała nocy, i straciła czasem wieczerzę, byle tylko były syte. Radowała się matka, że dziewczyna kraśnieje zdrowiem i urodą i do roboty idzie jak do tańca, i nawet w niedzielę ojca wyręcza, skoro świt woły wypędza, po zmroku wraca. A że wracała ostatnia, nikt ich nie podpatrzył u krzyża na rozstaju, jak się żegnali, a w gęstym brzeźniaku tylko ptaszki podglądały ich pocałunki. Roman się odmienił. Ruszał się raźniej, szedł prosto i żywo, czasami po ustach milczących uśmiech mu się przemykał, a w ciemnych oczach błyskało tajemniczo. Co soboty dopominał się u matki świeżej bielizny i swarzył się o czerwoną tasiemkę do koszuli, co dotąd było nieznanym zbytkiem. Pewnego wieczora znalazła go Ulisia nad robotą. Spory olszniak ściął na dwoje, rozłupał i wyżłobiwszy napowrót złożył i obręczami ścisnął. — Będzie surma! — rzekł jej. — Jak hreczkę zbiorą i swaty do ciebie chodzić zaczną, to wtedy na niej zagram. — Nieprawda, swatów wygonię! Jeszcze rok wolna pobędę, jeszcze lato woły popaszę z tobą. Zagraj mi zaraz, spróbuj surmy. — Nie godzi się! — odparł przejęty i wierny ślepo tradycji. — Do jesieni niech czeka. Dziewczyna wytrąciła mu z rąk robotę. — Jutro już nie przyjdę! — westchnęła. — A kto? — zapytał niespokojnie. — Ojciec sam. Mnie do lnu gonią. — Tak i ja myślał, że niedługo naszego! — zamruczał ponuro. — Co wieczora na rozstaje do ciebie wybiegnę! — Nie wybiegaj, jeszcze cię ludzie dopatrzą i po wsi rozplotą. — To i co? Jakiś ty głupi. Żebyś ty rozumny był, toby wszystko inaczej poszło. — Nie chcę innym być, ani ciebie zmarnować. Rozgniewało ją to i obraziło. — Takie to twoje lubienie głupie. Nie wybiegnę do rozstaju, boś nie wart. Spędziła swoje woły i odeszła sama. Na złość mu śpiewała całą drogę skoczne, weselne śpiewki. Cały tydzień nie poszła nawet w jego stronę, po robocie wieczorami swawoliła i tańczyła w karczmie. Najbardziej dokazywała tej niedzieli, gdy go ujrzała wśród parobków. Nie tańczył, ani pił, nawet do izby nie wszedł. Przez okno do wnętrza patrzył, a smutne jego oczy nie schodziły z niej, gdy hasała piękna, bogata, wyróżniana przez chłopców. Kręcił się najbardziej przy niej Teodor, bratanek jego, ten, z którym się o ziemię sądzili, a Ulisia chichotała z nim. Chciała Romanowi pokazać, czem była, i jaką dziewkę stracił przez swoją głupotę, ale jego żałosne oczy nie schodziły z niej i taka ją ogarnęła wreszcie rzewność, taki żal, że choć taniec trwał dalej, znikła z karczmy, skryła się do matczynej komory i tam w kącie przepłakała całą nockę, narzekając na swą dolę. Nazajutrz wieczorem pobiegła pod krzyż na rozstaju. Człowiek tam siedział skulony, więc ona udała, że dalej idzie, tylko przystanęła chwilkę. — Roman, kogo ty wyczekujesz? — spytała szyderczo. — Nikogo. Tak sobie zaszedł... odpocząć! — odparł łagodnie i smutno. Rzewność chwyciła za serce dziewczynę. — Nie złujesz na mnie? — spytała nieśmiało, siadając obok niego. — Nie. Toż ty nie moja, ani moja będziesz! — A mnie do ciebie tak nudno, sokole! — szepnęła. Pogładził ją po głowie i ramieniem objął. Płakała, sama nie wiedząc czego, bo jej wcale ni źle, ni smutno nie było. I tak się pogodzili. Odtąd codzieć wybiegała na rozstaje do niego. Nie dał się namówić do karczmy, ani do znajomych, ani do sąsiadów, ani do żadnej zabawy. Skryty był i lękliwy, a taki jak dziewczyna wstydliwy. Ni się pochwalił z jej kochania, ni skorzystał, ni się na włos uzuchwalił, ni jej kiedy rzekł złe słowo. Dziwiła mu się bardzo i czasem aż się gniewała, ale szła co wieczór pod krzyż i tęskniła po nim dzień cały. Aż około pół lata wszystko się skończyło. Zjechał do karczmy żyd ludzi na flisy godzić, płacił bardzo drogo. Romanowej matce donieśli o tem ludzie, wpadła jak furja do chaty Stefana zabrać syna. Chłopak właśnie z sochą wrócił i woły wyprzęgał, gdy się gwałt w izbie uczynił. Gospodarz wymyślał wdowie od „szachrajów“, ona krzyczała, że dosyć jej parobek darmo mu napracował, i zbierała jego szmaty z ławy w sieniach, gdzie sypiał. Roman na to wszedł i zrozumiawszy, o co rzecz idzie, stanął po stronie gospodarza, tłumacząc matce, że gdy go przekarmiono na przednówku, to słuszna, by lato odsłużył, że inaczej krzywda będzie dla Stefana. Na to wdowa wpadła w pasję, wyrwała mu z rąk kij, którym woły popędzał i zaczęła go nim okładać. — To ty mnie uczyć będziesz i sądzić, błaźnie? Ty chcesz być od matki starszym? To ty mi bunt czynisz! A do chaty, smarkaczu, a do chaty! Ja ci pokażę, kto starszy! Wygnała go aż na ulicę, porwała szmaty i obojętna na łajanie całej rodziny Stefana, wyszła z kijem na ramieniu, odgrażając się w duchu, że go na plecach Romana pobije w kawałki. Chatyna ich stała na wygonie, więc nikt nie widział, czy dotrzymała słowa, ale już nazajutrz o świcie Roman poszedł z kompanją flisaków pieszo mil kilkanaście do punktu, gdzie ich tratwy czekały. Ludzie we wsi zboża pożęli, trawy pokosili i na rok przyszły pola obsieli, a flisaki nie wracali. Mówiono, że kilku utonęło, że cholera ich dziesiątkuje, że złe febry ich trapią. Wdowa słuchała tego i płakała, suchy swój chleb samotnie jedząc, ale potem zaczynała rachować tygodnie, a każdy był po trzy ruble — i osychały jej łzy. Nareszcie w chłodną już jesień zaczęli wracać. Najpierw najzdrowsi i najleniwsi — chłopy rosłe i wesołe. Wybiegła do nich na drogę. — A mój Roman gdzie? — Został się. Febra go do cna zjadła. Jeśli się przywlecze, to ostatni. A może i umrze. Wtedy ją dopiero strach zdjął. A nuż nie wróci? Po wygonie, opodal chaty, bocian samotny się wałęsał. Odleciały silne i zdrowe, on został na zimę... na śmierć. Może jej Roman tak się zostanie nad rzeką i umrze, bo iść nie mą mocy? Chciała biec do niego, ale nie miała chleba na drogę, ani wiedziała gdzie go szukać. Codzień więc tylko wyglądała flisaków, pytała o wieści. Oni przez złośliwość bezduszną drażnili się z nią. Mówili, że się utopił już dawno, że go okradli, że w szpitalu leży — każdy co innego. Więc przestała pytać. Stawała u płotu i ponuro na nich patrzyła, gdy mijali chatynę, myśląc, że może który sam się odezwie. Ale się kwapili do domów, i nikt we wsi nie lubił baby jędzy, więc nikt jej nie zaczepiał. Nareszcie wszyscy wrócili, oprócz dwóch, którzy na cholerę zmarli, a Romana nie było. Stefan, ilekroć wdowę spotkał, szydził z niej bez litości. W chatce dach się zawalił i nie było komu go naprawić, brakło drew i chleba. Czarne dnie przyszły, kobiecie opadły ręce, siedziała w pustce, nie czując głodu i chłodu, tylko rozpacz bezbrzeżną. Bocian skazaniec, nie mając w bagnie pożywienia, do chatki się przyplątał. Ze ścian spróchniałych wybierał robaki i w śmieciu glist szukał, a wieczorem, zawracając szyję, klekotał żałośnie, lub zamyślony, z obwisłemi skrzydły, wpatrywał się beznadziejnie, z bierną rezygnacją w chmury zimowe, zasnuwające horyzont. A tymczasem Roman się wlókł do chaty. Ze szpitala się zawcześnie wyprosił, rachował na swe siły i tęsknotę. Szedł pół dnia, a resztę czasu z febrą się borykał. Wsuwał się wtedy pod krzak przydrożny w jamę piaskową, pod most, gdziekolwiek czuł trochę ciepła i zacisza. Tam paroksyzm przebywał i znowu się wlókł, coraz wolniej. Ludzi się bał o przytułek prosić, do karczmy zajść grosza żałował. Pił wodę, a czasami w lesie ośmielał się ognisko rozpalić i upiec na węglach znalezione przy drodze bedłki. Bywały dnie, gdzie wcale iść nie miał siły. Leżał na mokrej ziemi, otulając się szmatami siermięgi; myślał wtedy, że umrze. Ale wnet majaczała mu w oczach chata na wygonie i krzyż na rozdrożu, dźwigał się z jękiem i szedł, zaciskając zęby, starając się o słabości nie myśleć. Poznał wreszcie swoją okolicę, zobaczył dymy nad wioską, zaleciał mu w nozdrza zapach chleba. Teraz już dojdzie! Odpoczywał co kilkadziesiąt kroków, kijem się podpierał, wszystkie bóle czuł srożej, ale wierzył, że jeśli i zamrze, to w chacie. Drżącą ręką skobel wrótek poruszył i do drzwi zakołatał. — Otwórzcie, matko... — Roman! — krzyknęła z wybuchem szczęścia. Po chwili przed kominem siedział dygocąc. Matka porąbała kawałek płotu, by go ogrzać, przystawiła garnek kartofli, wydobyła mu świeżą bieliznę i siermięgę niedzielną. Ale nawet go nie popieściła, nie pocałowała; na rogu stołu rachowała przyniesione pieniądze. Dwa dni przeleżał na piecu, ale i tyle było odpoczynku i wywczasu. Zahartowany, twardy, zmógł chorobę, napędzała robota, napędzała zima i deszcz, który zwalonym dachem zaciekał. Wtedy spytał matki, co we wsi słychać, a oczy miał w ziemię wbite, jakby wiedział, że niema czem się radować. — Dobrze słychać, synku! — odparła. — Stryj twój snać czuje, że sprawę z nami przegra, kiedy Teodora „w prystupy“ od siebie daje! Czuje, że ciasno stanie na polu. Na wiosnę swoje będziesz orał! — Do kogóż idzie Teodor? — Do starostowej Ulisi. W niedzielę ślub wzięli! Roman słowa nie rzekł. Nie znać było po nim uciechy z własnej roli. Jak siedział na ławie, tak jeszcze bardziej się zgarbił i łokcie do żeber przycisnął, jak kiedy dreszcze zaczynały trząść i męczyć. A wdowa mówiła dalej: — Ja się ogarnę i do adwokata pieniądze poniosę, a ty nie trać czasu. Naści rubla, wyproś u kogo furmankę, taj o krokwiach pomyśl. Ano, grosza żałuj, bo wiele go nam trzeba będzie na zimę, a ot ja przez ciebie już trzeci dzień na robotę nie chodzę. I poszła. Drobny październikowy deszcz zakrywał cały świat, obijał resztki liści, wicher jęczał przeciągle. Roman długi czas przesiedział bezczynnie, lenistwo go opanowało i niechęć do jakiegokolwiek zajęcia. Wtem ktoś do drzwi zapukał. Wstał więc i otworzył. Na progu bocian straceniec stał zmokły, skostniały, tak nieszczęśliwy, że o przytułek i chleb człowieka prosił. — Chodź, nieboraku! — rzekł Roman, ustępując mu z progu. Ptak wszedł i nieśmiało w kąt się wtulił; okrągłe jego oczy miały wyraz błagalny. Parobek rzucił mu chleba kawał, resztkę kartofli. — Ot i bydlę już mam na gospodarkę! — szepnął, uśmiechając się smutnie. — Byleż go matka nie wygnała, nieboraka. Wtedy przypomniał sobie matczyne polecenie i, zostawiwszy ptaka na straży chaty, wyszedł. We wsi grzmiało od weselnych bębnów i krzyków tańczących gości. Romana coś odtrąciło z ulicy. Zapomniał o furmance i krokwiach, poszedł poza gumnami, na rozstaje. Na krzyżu nowy fartuszek ktoś zawiesił, poznał wyszywanie krasne — i stęknął. Zawrócił na drogę do lasu, na cmentarz mimochodem spojrzał i do polanki owej trafił, kędy wiosną Stefanowe woły pasał. Brzeźniak stał bezlistny, wicher go smagał i deszcz, w strzępach wisiały gniazd resztki, a starą wierzbę starość pochyliła w ruczaj. Tu i tam powałęsał się Roman, garść wrzosów zerwał, a wreszcie z pod zielska wodnego wydobył swą surmę, którą tu na wiosnę był schował, na ramię ją wziął i ruszył zpowrotem. Droga i pole, i łąka — wszystko już było puste. Ni zwierza, ni człowieka. Za fartuszek Ulisi parobczak wrzosy zatknął, ku wsi popatrzył żałosnemi oczyma i, oparłszy surmę na płocie, zadął. Zapłakała, zajęczała olszyna, i to zawodzenie rozdzierające popłynęło z wichrem, nisko nad ziem iąziemią ku weselnym odgłosom

Już hreczkę pożęli, dziewczynę mi wzięli, Hej, idzie zima, hej, zima... Już hreczka skoszona, robota skończona, A doli niema, hej, niema...

U starosty w izbie Ulisia siedziała za stołem, za korowajem, zdejmowano jej wieniec z głowy, zawijano namitkę. Na chwilę śpiewy się przerwały i jęk surmy doleciał. Ulisia głowę podniosła nasłuchując, choć to przecie nic nie było rzadkiego to granie. A wtem ktoś wszedł z podwórza i rzekł do pana młodego: — Gadali, że twój bratanek na flisach przepadł, a on zdrów... pod krzyżem ot w surmę dmie. Teodor splunął niechętnie. — Taki ród podły, to go nic nie zgubi — mruknął ze złością. Ulisia spuściła głowę i ręcznikiem weselnym zakryła oczy łez pełne. Romanowe granie dla niej było, jak to jej był wiosną obiecał... Hreczkę pożęli, swaty ją wzięli, a on przyszedł pod krzyż pożegnać ją po swojemu, smutno, a potajemnie, żeby nikt nie zrozumiał. I zdjął ją żal okrutny za chłopakiem, który głupi był i sponiewierać jej nie chciał, chociaż tylekroć mógł, bo go miłowała bez pamięci. Śpiewy weselne zagłuszyły płacz surmy, krewni zaczęli darzyć dziewczynę, rzucając na korowaj pieniądze i płótno. Ulisia płakała, aż się dziwowały swachy i kumy, co jej tak nagle do serca przystąpiło...

Gdy Roman wieczorem do chaty wrócił z surmą, a bez krokwi, matka wpadła w gniew straszny, porwała instrument i wrzuciła do pieca, wymyślając mu i grożąc. On się jej nie opierał, spojrzał jak płomienie objęły surmę i spokojnie rzekł: — Nie będę już więcej nigdy grać, ni próżnować. Niech zgore. Jeszcze ja dzisiaj słaby się czuł, taj chory. Więcej tego nie będzie. Poszukał oczyma bociana, dojrzawszy go śpiącego w kącie, dodał: — A ten sierota niech z nami zimuje. Ostał sam, jak i ja... i takiż słaby. — Niechta! — mruknęła wdowa, ułagodzona jego pokorą i wspomnieniem choroby. I tak się lato Romanowe skończyło.