Poezye — całość
Małe piosnki z serca nucę,Gdy mi nucić trzeba —Raz łzę gorzką w piosnkę rzucę,To znów promyk z nieba....
Ogień, ogniem, choć w iskierce —Strzedz go trzeba święcie —Pieśń, gdy ma być jak zaklęcie,Musi przejść przez serce!
Listek ledwie szemrze w głuszy —A jak to bór szumi —
Łezka mała, ale w duszyNieraz pożar stłumi....
Z pszczółek drobnych co za roje —A jak silne pracą!...Bożeż Ty mój, piosnki mojeZdadzą się téż na co?...
Z okwieconéj lipyBiorą pszczółki miody,Sobie dla pożytku —Ludziom dla osłody.
Wziąłbym-ci ja skrzypkiZ lipowego drzewa,Aby słodko grały,Co mi w duszy śpiewa.
Wziąłbym-ci ja skrzypkiI pod chaty chodził,Abym piosenkamiLudziom dobędolę słodził....
Nad rozlane tonieLeć piosnko-pociecho,W smutnych ludzi łonieZnajdziesz wdzięczne echo.Poproś o jałmużnęAż przy Bożym progu —I za biedną ziemięPoskarż ty się Bogu;Poskarż ty się BoguZ wysokiego nieba,Że zadużo wody, —A zamało chleba!...
Hej, żagle zwinąć!... z prądem łódź popłynie,Minęła burza i ciemna noc minie,Do lądu drogę oświecą nam zorze —Naprzód!... tam przyszłość szeroka, jak morze...Ducha nie topcie, a wyjdziem z powodzi....Starsi do steru, — a do wioseł młodzi!...
Bądź, jako fala, co przez ciemne tonieNiesie spokojna skrytą siłę w łonieI ciągle naprzód dąży z swą drużyną,Czując, że za nią inne fale płyną....
Bądź, jako fala w jasnych wód krysztale,W których się słońce odbija wspaniale
I połącz bracie w młodem łonie swojemWytrwałą siłę z pogodnym spokojem....
Bądź, jako fala, nie jak ślepy w bieguBałwan, co pryska na skalistym brzeguI w szale wściekły, a wichrem smagany,Pędzi, by zginąć rozbity na piany....
U noc świętojańską u zdrojaŻycia naszego i doliZjawia się wróżka-dziewojaW złocistéj swéj aureoli....
I trzyma wieńce dwa w dłoni —Dwa wieńce z uroczych kwiatów,Cudownéj krasy i woni,Z niebiańskich zebrane światów.
Oba jednako poświęci,I rzuci w fale strumienia —W jednym jest kwiatek pamięci,A w drugim kwiat zapomnienia...
Jeźliś znał miłość prawdziwą,Choćby przez chwilę jedyną,
Płyń za tym w drogę szczęśliwą,Za którym szczęśliwi płyną....
Lecz jeśli płocha kochankaStruła ci serce, młodzieńcze —Rzuć wiosło.... drugiego wiankaNie złowisz, słowem ci ręczę!
Księżyc się za chmurę schował,Gdym cię pierwszy raz całował,I gdyś padła zapłonionaZ cichym szeptem w me ramiona...
Stary plotkarz z za obłokuNieopatrznych miał na oku,Potem plotkę swą na ciebiePo calutkiem puścił niebie.
Dziś ciekawych gwiazdek rojeTajemnice znają mojeI niech tylko w noc mnie zoczą,Szemrzą, szepczą i chychoczą!...
Ot, mam teraz z niemi biédę,Gdy pod twoje okno idę;
Jako mleczna droga długa,Każda gwiazdka na mnie mruga.
Niechaj sobie mruga zdrowo,Z pochyloną pójdę głową,Dużo sobie z tego robię,Gdy mam całe niebo — w tobie!
Co dzień w pogodny ranekTą drogą muszę iść,A w oknie z za firanek,Gdzie winogradu liść,Jej twarz, jak róża biała,Wygląda ku mnie tam —Czy nas kto zmówił z sobą?Nie, — nie wiem sam!...
Sam nie wiem, jak się stało, —Być może, cuda są:Dwoje się ust spotkałoI — jam całował ją....O całus jam nie prosił,Nie rzekła: „nie!“ lub „dam“...Jakoś się usta zbiegły —Jak?... kiedy?... nie wiem sam.
Wietrzyk się pieści z różą,Nie pyta: kochasz mnie?Róża się w słońcu nurza,Niemą rozkoszą tchnie....My się kochamy wzajem,Lecz żadne, ręczę wam,Nie rzekło jeszcze: kocham!...A czemu?... nie wiem sam....
Ja patrzę w mą niebogęI cudne roję sny,Chcę mówić i — nie mogęI tylko serce drży....I chciałbym wieczność spędzićPod winogradem tam;Wieczność?.. czy nie zamało?..Ach! nie wiem, nie wiem sam!..
Snuj się nitko pajęcza,Po powietrznéj snuj fali!Wietrzyk prządkę wyręcza,Snuj się nitko pajęcza,Nim się letnie słoneczko dopali.
Złoty liść się z drzew sypie,Choć ich wietrzyk nie ruszy —Smutno, niby na stypieZłoty liść się z drzew sypie —Coś w naturze zamarło, coś w duszy....
Przyszła wiosna rozbudziCo usnęło w jesieni,Lecz co zwiędło u ludzi —Tego wiosna nie zbudzi,Nie odświeży zwarzonéj zieleni....
Tylko marzeń pajęczaNić się będzie snuć długo,Serce prządkę wyręcza,Więc mknie nitka pajęcza,Lecz na wiosnę nie trafi już drugą....
Chmury od nieba do ziemiRozpięły wilgotne struny —Wicher palcami swojemiRwie z nich, miast tonów — pioruny!...
Z harfy téj dziko-ponuryAkord się burzy wyrywa —Zda się demonów grzmią chóry,I piekło kantatę śpiewa....
Lecz na méj duszy błękiciePogoda zabłysła tęczą,U tobie myśli me, dzieciędziécię! —Jak echa eolskie dźwięczą;
Zda się anioły im wtórzą —A tak mi jasno i miło,Jakby się w pierś mą przed burząCalutkie słońce schroniło....
Ty się do mnie nie śmiéj dziewczę,Oczyma modremi,Bo mi serce z bólu płacze,Kiedy rzucisz niemi.
Ty się do mnie nie śmiéj, proszę,Ustami z kaliny,Bo mi piersi żal rozrywa,Choć nie z twojéj winy.
Inna miała takie usta.Takie same oczy —I zraniła biedne serce,Że do dziś krwią broczy....
I tę inną, jak zaklęty,We śnie i na jawieCiągle widzę, chcę przeklinaćI wciąż błogosławię.
Biedny rozbitek, płynę bez wiosłaI z drżeniem czekam na nową burzę,I widzę — oto fala wyniosłaZ zielonych brzegów rzuconą różę....
Patrzę i nie wiem, czy podjąć z toniTen cudny wytwór krasy i woni —Ach, bo rozbitek wśród fal i burzy,Gdy nie ma wiosła, cóż mu po róży.
Płyń sobie daléj po modréj fali!...Kiedyś się niebo gromem wypali —Może nas wówczas znużona w bieguFala połączy na jednym brzegu....
Całowała mnie dziewczynaUsty różanemi,Pokochała mnie jedyna,Jedyna na ziemi....
Cóż mi z tego, mocny Boże!Moją być nie może, —Pójdę, w lesie grób wykopięI w grób się położę....
Pójdę topić się do rzeki,Lub w przepaść się rzucę,
Powędruję w kraj dalekiI więcéj nie wrócę....
Po co plamić mam sumienie?...Zamiary odmienię,Skoro wyszła za innego —Z inną się ożenię.
Po co ty mi piosnki śpiewasz,Kiedy miesiąc wschodzi?Chłodna rosa nocą pada,Głosowi zaszkodzi.
Kiedy masz mi co powiedziéć,Wstąp do chaty rankiem,Na kominie ciepléj siedziéćI radzić z kochankiem.
Masz grunt, konia i chałupę —To sprawa skończona,Księdzu daj na zapowiedzi —Będzie ze mnie żona.
Pruszy śnieżyk i pruszyPłatkami,Smutno młodym jest w duszy,Gdy ranisami....Smutniéj jeszcze, gdy trzebaIść drogąI nie widziéć, prócz nieba —Nikogo....A najsmutniéj, gdy drogaDalekaI nikt w końcu, prócz BogaNie czeka....
Gdy nic nie możesz kochać już —Weź bracie kij pielgrzymi,Wędrowne sakwy na się włóżI błądzić idź w pustyni...
Proś słońca, by sypnęło żar,Co nigdy nie wygasaI by przepalił jego skwarNieszczęsną skroń Paryasa....
Proś wichru, co się Samum zwieI w piaskach ludzi grzebie,Niech pełną piersią z puszczy dmieI kopie grób dla ciebie!...
Nie dam ci pereł, ni korali,Ani klejnotów nie dam,Jednak za miłość twoją chętnieNajwiększy skarb mój sprzedam —Oddam ci lutnię mą jedyną,Mą lutnię dam śpiewaczą —W niéj krocie piosnek mam zaklętych,Co śmieją się i płaczą....
W piosnkę téż zaklnę luba ciebieI puszczę w świat daleki.Na ziemi pieśnią.pieśnią, echem w niebieRozbrzmiewać będziesz wieki....W piosenkę zaklnę cię miłosną,Dźwięk w każdém zaklnę słowie —Będą ją śpiewać z każdą wiosnąSłowiki, kochankowie....
Biedny chłopak zakochanySmętną minę ma Westera —W sercu rana obok rany,Cudem tylko nie umiera.Znają go już nocni stróże —Co noc pod jéj okna chodzi, —Ona błogo spi na górze,On na dole w błocie brodzi....Ona błogo śni — nie o nim,Chociaż tak szaleje za nią,Ktoś jéj przysłał dziś anonimW krótkich słowach: „Kocham panią!“...Ten ktoś łatwiéj dopnie celu,Gdy ciekawość jéj podraźni —Z dwóch przy jednéj, przyjacielu,Los któregoś zawsze zbłaźni....
Uśmiech z ustek jéj nie zlata,Ząbki suszy do każdego —Śmieje się, choć nie wie czego,Wdzięczy do całego świata....
Ot, chychotka!.. tak ci w oczySpojrzy lubo i figlarnie,Że cię jakiś czar ogarnie,Serce omal nie wyskoczy.
I nie pojmiesz, jak się stało,Żeś się rozśmiał z nią serdecznie,Bo figlarce niebezpiecznieSpojrzeć w oczki nazbyt śmiało.
Skoro jeszcze śmiać się umieZ duszy całej — niech się śmieje,Kiedyś uśmiech łzami zlejeI zachmurzy się w zadumie.
Zmienna kolej z woli nieba:Raz radośnie, to znów łzawo,Bo to takie w życiu prawo,Że śmiech łzami spłacać trzeba.
Więc się jeszcze śmiej wesoło,Pókiś młodą i figlarną,Zanim życie chmurę czarnąNa pogodne rzuci czoło!...
Na dzień dobry pieśń ci niosę,Dziewczę moje złotowłose —Już się ocknął świat;Ranek sypie perły — rosęNa zieloną wrzosów kosę,Ranek — to twój brat!...
Wyjrzyj, wyjrzyj przez okienko,Smutnéj duszy méj jutrzenko.Bo w niéj jeszcze cień....Zbudź się, śpiewny mój skowronku,Ocząt gwiazdy zapal w słonku —Nocą bez nich dzień....
Pod twém oknem w rannéj dobieJako słowik nucę tobie,Patrz, — już spłonął świt....W sercu naraz jasno, błogo —Tyś budziła się niebogo? —Piosnko moja — cyt!...
Więc znowu Maj!... zakwitł pierwiosnekI znowu świeża zieleń.Znów doba snów, miłosnych piosnekI nowych rozanieleń....
Więc znowu Maj!... słowiczych trylówKoncert się w gajach pocznieI romans róż z zgrają motylów,Stokroć i jéj wyrocznie....
I księżyc, ach! kusiciel stary,Dziwy wyprawiać będzie,Zakwitną bzy, miłosne parySnuć się znów zaczną wszędzie...
Więc znowu Maj!... znów się powtórząOdwieczne, stare dzieje,
Bo chociaż kres wszystkiemu wróżą,Nie, świat się nie starzeje!...
I musi iść wciąż w nową kolejPrzez drogi swe konieczne —Nie zginąć mu!... wina mi dolej,Bo miłość z wiosną — wieczne.
Niech żyje Maj, co ukwieconyPrzychodzi na świat w gości —Niech zabrzmi pieśń na wszystkie stronyW cześć wiośnie i miłości!...
Za wszystkie moje żale, smutki,Użyłbym czarów sił,Zakląłbym ciebie w kwiat niezabudki,Coby łzy moje pił.
Zakląłbym ciebie w powój pieściwy,A siebie w dębu pień,Bym w twym uścisku przeżył szczęśliwyChoć jeden, jeden dzień!...
Zakląłbym w słonko moją kochaną,Skowronkiem wzleciał sam,
By cię piosenką witać co ranoTuż u niebieskich bram.
Zakląłbym ciebie w błękit, me dziecię,W jezioro, serce me,Abyś musiała przez całe życiePatrzeć i patrzeć w nie.
Zakląłbym ciebie w mogiłę, miła —Potem-bym umrzeć chciał,By mnie w objęcia twoje rzuciła —Choć śmierć, choć rozpacz, szał!...
Próżno zniewolić serce czarami,Zaklinać próżny trud,Miłość ma większą władzę nad nami,Niż wszelkich czarów cud.
Spraw, bym pokochać zdołała ciebieBez zaklęć, czarów, prób.Będę twym kwiatem, słonkiem na niebieI wierną, jako grób!...
Serce moje na weseleZaproszone w gości —Bierze ziemia ślub w kościeleWiosny i miłości....
Panna młoda wieniec kładzie —Nucąc pieśń radosną,Jak bukiety ślubne, w sadzieBiałe drzewa rosną.
Słonko wdziewa płaszcz z purpury,Istny tryumfator —A ptaszęce grają chórySwe Veni Creator.
Słonko w złotym dyademieIdzie jak pan młody,Zaprowadzić piękną ziemięNa weselne gody.
Cały świat się z sobą witaWśród kwiatów i piosnek —A poecie pieśń wykwitaJak świeży pierwiosnek.
Kiedy ja umrę, matulu droga,To mi uproście łaskę u Boga,Abym ja wyrósł wierzbą przy drodzeTam, gdziem na kopcu zwykle siadywał,Piosenki śpiewał, dumki wygrywałMojéj niebodze....
Kiedy ja umrę, niech wierzbą wzrosnę,Niech z niéj ligawki kręcą na wiosnęI grają na niéj ludziom do duszy —A ludzie będą w polu stawali,Łzy ocierali, piosnki słuchaliFletni pastuszéj....
Kiedy ja umrę, niechaj nie wiedzą,Żem to ja wierzbą wyrósł nad miedząI że to moje po polach granie,Tylko niech po mnie, chociażby jednaSmutna i łzawa, smutna i biednaPiosnka zostanie.
Dawniej, kiedy spojrzał na nią,To jak słońca blask,Życia jego była paniąI szafarką łask.Mogła zdeptać go jak trawę,Zerwać jako kwiat,Byle słówko jéj łaskawe,Byłby spalił świat.
Kiedy głowę odwróciła,Duszę targał szał,Kiedy czoło zachmurzyła,On, jak listek drżał;Gdy kto okiem na nią rzucił,On jak chusta bladł
I byłby się z wiatrem kłócił,Co jéj oddech kradł.
Dzisiaj sam nie wierzy zmianie,Ktoś go urzekł zły —Zobojętniał nagle dla niéj,Rozwiały się mgły....Inny dziś ustami zbieraTę słodycz z jéj licI miłośnie tak spoziera!...A on?— A on nic.
Leciał anioł nad gwiazdamiGdzieś po Bożą chwałęI postrącał skrzydełkamiDwie gwiazdeczki małe.
Za gwiazdkami, za jasnemiZniżył lot ku ziemi —I niebiańskie rzucił stronyAnioł zasmucony....
Szukał długo naokołoGwiazd strąconych dwoje,Aż rozjaśnił chmurne czoło:Ujrzał oczy twoje!...
W księżycową noc majowąPłynie piosnka w dal....Płynie, niby żywe słowo,W księżycową noc majową,Niby łzy i żal....
Rzewną piosnkę słowik śpiewa,Echo niesie wtór;Zasłuchane stoją drzewa,Kołysankę ptaszę śpiewa,Cały zasnął bór.
I o dawnych wiosnach marzy,Niby olbrzym w śnie —
Nad nim księżyc zwisł na straży....Cicho.... jakby wśród cmentarzy....Tylko piosnka mknie....
Tylko w dole, wśród gęstwinyLeśne kwiaty drżą —A konwalje i kaliny,Zasłuchane w pieśń ptaszyny,Chylą główkę swą....
W księżycową noc majowąOtwórz serce twe —Daj mu marzyć!... W jesień płowąBędziesz wspomnień tych połowąZłocił chmurne dnie.
Ziemia jeszcze pół we śnie,Mgłą poranną spowita —A wtém — listek szeleśnie,Jakby szemrał: „już świta!“...I przez całą dąbrowęRanne hasła w dal płyną —Ze skrzydełek swą głowęLeśne śpiochy rozwiną,I na gniazdkach dokołaGwar się budzi, rozmnaża....Świt, świt!... ptasząt chór woła.Świt, świt!... echo powtarza.
Powiał wietrzyk dąbrową,Trąca listki zielone,
Strząsa rosę perłową,Kwiatom schyla koronę,Budzi drzewa — w srebrnaweLeśne dzwonki uderza,Jakby dzwonił na „Ave“Skowrończego pacierza....A skrzydlaty chór spadaZ gniazd, nim słonko zaświeci,Gdzie kryniczna kaskadaZ wrzawą leci.... i leci....
I w krynicznéj kąpieliPluska sobie, swawoli,Dniem się nowym weseliI raduje z swéj doli;Kręgi toczy po wodzie —Ot, jak bywa w swobodzie!
Co świegotu i krzykuNa tym ptasim sejmiku!...Aż się dęby ciekawieNachylają nad wodą
Patrzeć, jak tam w zabawieIch pieszczochy rej wiodą.
Nagle.... cisza zachwytu,Milkną głosów tysiące....Na firmament, z gór szczytuZłote wspina się słońce.I jak mocarz, w purpuręStrojne, — jednem spojrzeniemWita całą naturę....
Oj, kazałoż mi lichoSłyszéć piosnkę tę cichą,Co w miesięczną noc płynie,Serca ludziom czaruje,Spokój sercom zepsujeI roztęskni, i zginie....
Bodajś piosnko przepadła,Coś mi spokój ukradła —Niech cię wicher potarga!Ciągle dźwięczysz w pamięci,W oku łza się wciąż kręci,A na ustach wciąż skarga.
Nie wiem po czém i za czém,A wybuchłabym płaczem,Jak sierota na grobie....
Moi zdrowi są przecie,Złote lato na świecie,A jam w ciągłéj żałobie.
Oj, kazałoż mu lichoSłyszéć piosnkę tę cichą,Co w miesięczną noc płynie.........Nie piosenki to wina,Inna smutku przyczyna:Chłopak śpiewał dziewczynie.
Śmieją się złote łany,Aż się kłos pokłada —Śmieje się zdrój świetlany,Aż ze skały spada —Śmieje się las zielony,Aże drzewa chyli —Śmieje się na wsze stronyRój kwiatów, motyli....
Zanoszą się od śmiechuPtasząt całe zgraje,Wiatr plotkę szepce echuI daléj podaje.Śmieje się słońce w niebie,Śmieje ziemia cała:„Po coś wierzył zalotnéj,„Że cię pokochała!“...
Choć kwiaty w około —Rozśpiewał się gaj,Zielenią wesołoUstroił się maj,Choć w polu radosnyFlet słychać pastuszka, —Ach nié ma ni wiosny —Bez mego kwiatuszka!...
Dzwoń sobie skowronkuNad skibą — dzwoń, dzwoń! —Lilijko, na słonkuWybielaj twą skroń,Motylku miłosnyPędź do twych igraszek, —Ach, nié ma mi wiosny, —Gdy milczy mój ptaszek!...
Życie, jak jesień.... coś w niém z blasków lata,Z uśmiechów słońca przez mgły i szarugi,Z złotawych błysków wśród szarego świata,Z kwiatów, co nigdy nie kwitną raz drugi....
Życie, jak jesień, — lecz serce, jak ptaszę,Co się promykiem lada światła łudziI pod niebieskie wzlatując poddasze,Nową piosenką o wiośnie się budzi....
A wiosna zawsze gdzieś tam za górami —Niebo słoneczném uśmiechem nas zwodziI jak te ptaki, łudzone blaskami,Czekamy wiosny — a zima nadchodzi.
Śpij spokojnie o miła,Choć noc wkoło burzliwa —Przymróż oczy twe cudne i śpij!...Tam gdzieś w lesie mogiła....Wicher liście z niéj zrywa —Ty, o żywym kochanku twym śnij!...
Choć w noc ciemną i słotęCzyjeś widmo pokutnePośród wichru się błąka i burz —Ty marzenia snuj złote,Pierzchną myśli wnet smutne,Tylko cudne twe oczy raz zmróż!...
Jakiś jęk tam żałosnyPłynie nocą, jak skarga.Niby piosnka z łez samych i krwi —Ty nie słuchaj, — miłosnyZawód duszę mu targa —Twoja dusza spokojnie niech śni....
Pod twe okno się skradaO północy cień bladyI zaziera.... co tobie?.. ty drżysz?Straszy ciebie twarz blada,To usłuchaj méj rady:Zsuń u łoża kotarę, zrób krzyż!...
Słyszysz?... w nocnym rozdźwiękuCoś o szyby twe dzwoni:„Ja przebaczam!“.... poznajesz ten głos?...Patrz — cień znika bez jęku —Wróć do zmysłów — ze skroniRozburzony odgarnij znów włos!...
Spij spokojnie, o miła,Po północy — tuż ranek,Burzy rykom zabrakło już tchu....Jutro — gdy będziesz śniła,Twój żyjący kochanekPocałunkiem obudzi cię z snu!...
Wstydliwa się zorza już kąpie w ruczaju,Hejnały śpiewają skowronki,Wiatr brzozom rozplata warkocze po gajuI dzwoni pobudkę we dzwonki....A tchnienie poranku rozbudza drzemiąceKwiatuszki wśród miękkiéj murawy —Mgła senna po nocy przespanéj na łące —Leniwo się wlecze nad stawy.
Świt spłonął.... tam w górze tak jakoś obłocznie,Że dusza wyrywa się okiem —Za chwilę i słonko już wspinać się pocznieNad ziemią po niebie wysokiém.
I ziemię-kochankę promienném spojrzeniemNamiętnéj miłości obleje —A ona rozkoszném odpowie mu drżeniemI całą się krasą rozśmieje.
Nie łatwo, choć słońcu, pokusom się bronić!Zatęskni i niebo porzuci —I zacznie w objęcia kochanki się kłonićI do niéj stęsknione powróci....Lecz gdybym ja kiedy skrzydłami lotnemiMógł z słońcem się jego wspiąć drogą,Gdy ono-by tęskne wracało ku ziemi —Czy miałbym ja wrócić do kogo?...
Śniły mi się konwalje noc całą,Strugę woni rozlewając dokoła....Z perłą rosy błyszczącą u czołaI ty byłaś konwalją téż białą —A dwa liście szerokie, zieloneNad twém czołem się plotły w koronę.
I widziałem konwalij tłum cały,Jak przed tobą schylały swą głowę,Dyademy i wieńce perłowe,Niby z hołdem u nóg twych składały,A tyś w dumie królewskiéj wyniosła,Nad głowami poddanek swych rosła.
I widziałem, jak potém u szczytuRozmarzone i jeszcze półsenneCałowało cię słońce promienne,Wychylone ku tobie z błękitu,I bezkarnie.... ach, całą swą siłąPocałunkiem w twe usta się wpiło!
Więc o słońce zazdrosny w błękicie,Że go zgasić nie mogłem w téj chwili,Gdyście usta ze sobą spoili —Obudziłem się ze snu o świcie....Lecz wciąż myśląc o szczęsnym rywalu,Patrzéć w niebo nie mogę — bez żalu!...
Gdym cię żegnał, lube dziécię,Maj rozwieszał liści zwoje —Słońce śmiało się w błękicie,Kwitły róże i powoje.
Jak więdnący kwiat u skały,Pochyliłaś smutną głowę —Tylko rosą łez błyszczałyTwoje oczy fijołkowe.
Tylko serca drżały skrycie,Choć zamarły w ustach słowa —
Na to całe, biedne życie:— „Bywaj zdrowy — bywaj zdrowa!“...
I jak dwa pokutne cienie,Co się muszą w drodze minąć,Gdy zaklęte przez milczenie,W ciemną otchłań muszę płynąć....
Tak nie rzekliśmy do siebieNic a nic w rozstania chwili....Słońce śmiało się na niebieDo powojów i motyli....
Cały świat się witał z majem,Pieśnią grały wiosny tchnienia,A nam tylko los nawzajemWzbronił słowa: „Do widzenia!“...
Dzisiaj mroźna zima miecie,Przygasł słońca uśmiech złoty —
I powiędło maju kwiecie,Zwiędło.... wszystko, prócz tęsknoty!
Więc gdy ciężko dźwigać brzemię,Co się zdawna w sercu chowa —Nad spowitą śniegiem ziemięZapóźnione-ć szlę: „Bądź zdrowa!“..
O witaj ty mi, zielona choino,Dalekich wspomnień mych świadku uroczy,W twoich światełkach utopiłem oczy,Jakbym był jeszcze tą małą dzieciną,Co do twych cacek śmiała się, choino!...
Dzisiaj, ja ciebie pytam zasmucony,Kędy te lata i ten domek kędy —Gdziem śpiewał jeszcze dziecinne kolendyI anim marzył, że rzucę te strony,W których się pień twój rozwinął zielony.
Choinko moja, tyś jak ludzkie życieCackami marzeń wkoło obwieszona —Serce się ku nim wciąż wyrywa z łona,
I do twych świateł, do gwiazd na błękicie,Aż je po jednéj, wszystkie zgasi życie....
A w końcu stoim z posmutniałą twarząPrzed marzeń własnych odartą choiną,I łzy nam tylko gorzkie, rzewne płyną,Jak u tych dzieci, — co o drzewku marząJeszcze po świętach, i matkom się skarżą.
Choinko moja, blaskiem marzeń złota,Ze wszystkich świateł, co na tobie płoną,Jedno, jedyne z gałązką zielonąZachowaj ty mi na resztę żywota!..
Pod osłoną chmur czarnych złote słońce zgasło,W dali grom huczał głuchy, niby walki hasło,Smutne brzozy, jak płaczki rozpaczą targane.Zawodząc szum żałosny, chwiały się rozwiane,A wiatr szarpał im liście i unosił w górę,Jakby draźnić chciał niémi nasrożoną chmurę....
Za brzozową aleją, zdala — w głębi saduStała altana, liściem skryta winogradu, —Przez okienka jéj barwne, jak złamane strzały,Błyskawice się cicho do nóg nam rzucały.Było nas tylko dwoje i — burza nad nami....Ty strwożona i drżąca, jak powój u ściany
Tuliłaś się do łona mojego ze łzami,Ilekroć jasne blaski wpadły do altany,I szeptałaś mi zcicha, cisnąc ręce moje,Niby spłakane dziecko: „Ja się burzy boję“....A jam musiał tłomaczyć tobie, jak dziecięciu,Że przed burzą schronienie znajdziesz w mém objęciu.Pamiętasz, że przed każdą potém błyskawicą,Memi usty twe łzawe oczy zamykałem?O! tych słów nie zapomnę nigdy, w życiu całém:— „Mym pierwszym pocałunkom, luba, gromy świécą,„I niebo dziś za świadka méj miłości służy!“...Ale ty się skarżyłaś wciąż na myśli smętne,Na jęki drzew, łamanych potężnym tchem burzyI na me usta, ciągle twym oczom natrętne.
Pamiętasz, jak się potém w to schronienie naszeZabłąkał i ktoś trzeci, ścigany wśród drogi?Płoszone jękiem wichrów, biedne jakieś ptaszę,Przyleciało, ćwierkając rozpaczliwie z trwogiI w ciemnościach się skryło gdzieś pod samym dachemI zmilkło nagle, jakby oniemiałe strachem.Ten towarzysz skrzydlaty dodał ci otuchy,Bo choć w dali się toczył odgłos gromów głuchy,
Spokojniejsza, oparłaś skroń na mém ramieniu:Własnych myśli słuchając, — twoje serce śniło....Jam o burzy zapomniał, jak ty — w rozmarzeniu,I tak nam lubo, błogo, tak nam dobrze było.Że wśród burzy spłakanéj wreszcie deszczu strugą,Siedzieliśmy tak troje razem, długo, długo....Ja, ty i ptaszę małe, co z kłótliwym grzmotemRozmawiało niekiedy lękliwym świegotem.
Dawno temu — a serce ciągle na uwięziOwych wspomnień, do znikłéj wciąż przeszłości wzdycha,Dziś, świéży liść się zwiesza z tych samych gałęzi,Niebo jasne, pogodne.... noc zapada cicha,Słońce niby w myriady iskier się rozprysło,A każda gwiazda płonie wśród błękitów fali....Kilka chmurek niezwianych na niebie zawisło....Spokój taki!... pastuszy słychać flet w oddali,W tchnieniu nocy z łąk płynie zapach sianożęci....Czemuż z zwieszoną głową smutny pytam siebie,Gdzie burza, co tak lubém echem gra w pamięci?Czemu niéma błyskawic i gromów na niebie.Dlaczego choć to ptaszę małe nie przyleciPrzypomniéć ową chwilę rozkoszną świegotem?...
Dlaczego teraz cicho, jasno, niebo świeci —Kiedym ja sam i smutny, — kiedy myślę o tém:Czemu serce na przekór téj pogodnéj chwiliZa dawną burzą tęskniąc, tak żałośnie kwili, —I ciężko mu dziś patrzéć, jak się z twarzą bladąMary krótkiego szczęścia w trumnę wspomnień kładą...
Noc spadła głucha, bez gwiazd i miesiąca —W burzanach nawet wietrzyk nie szeleśnie,Nad wodą wierzba zeschłe liście strąca,Lub śpiące ptaszę zamajaczy we śnie....Zda się, że kwiatów słychać oddech cichyPrzez zatulone płynący kielichy.
Brzegiem jeziora dwa złączone cienieSuną się zwolna pośród drzew gromady —A ciszę mąci lekkie głosu drżenie,Co się podstępnych fal obawia zdrady —Słowa, jak rosa spadają w toń ciemnąI niosą spowiédź miłości tajemną:
— „Luba“ — świat nocy oponą spowity,Cicho śpi teraz.... Daj mi dłonie obie!...Rankiem tak szliśmy przez łąk malachity —Te same drzewa kłaniały się tobie,Te same ptaki, co tam śpią — dziś rankiemNad twoją głową wzlatywały wiankiem,Jakbyś ty z niemi na gniazdku siadała —Albo téż była tych ptasząt kochanką,Że aż mnie zazdrość o te ptaki brała....
Pomnisz, pagórek woniał macierzankąI z łąk przecudne dopływały wonie —Więc na pagórku usiadłaś, na tronie —A jam ci znosił w podarku klejnoty:Szafir bławatów i maków rubinyI brylantami lśniący jaskier złoty —Pęki korali z rumianéj kalinyI szmaragdowe liście, a na berłoWysmukłą lilję białą — z rosy perłą.Sam u twych kolan, niby paź nieśmiały,Chyliłem czoło przed twym majestatem,Pytając z żalem, dlaczego świat cały,Ziemia i niebo nie jest tylko kwiatem,
Aby go zerwać mogły moje dłonieI u stóp twoich położyć przy tronie....Słońce, snać taką myśl grzeszną spostrzegło, —Bo aż się całe żarem rozpaliłoI na najwyższy szczyt nieba wybiegło —Rażąc nas ciągle swoich grotów siłą;Lecz tobie jakaś lipa przygarbionaCienistym płaszczem okryła ramiona.Niech jéj Bóg za to nie daje okwitać!...Ale od śnieżnych kwiatów dotąd siwa,Niech opowiada, gdy ją zechcą pytać,Że pod nią — kiedyś, tu.... para szczęśliwaWyznała sobie serc swych tajemnicęI ją za marzeń miała powiernicę....Albo niech lepiéj schylona staruchaMilczy i w sobie swą opowieść chowa —Świat takich zwierzeń dziś nieszczerze słucha,A gdy je późniéj rozstrzępi na słowaI na wiatr rzuci, by leciały echem,To jak kwiat z ostem — pomięsza ze śmiechem!
Pod cieniem nocy, tu od ludzi zdalaMożemy śmiało rozmawiać oboje,
Chyba nas zdradzą drzewa, wiatr, lub fala!...To złóż na usta wszystkie słowa twojeI pozwól zdjąć je ustami mojemi,Aby nas nic już nie zdradziło ziemi.Cóż?... milczysz?... Luba, w twojéj drobnéj dłoniOdpowiedz taka nieśmiała i drżąca —Czuję rumieniec tu — na twojéj skroni!“...
Noc była głucha, bez gwiazd i miesiącaI zalewałyrozlewały woń kwiatów kielichy —I daléj płynął miłości szept cichy....
Miała przyjść wiosna z dziewiczym rumieńcem,Miała przyjść wiosna z ptaszęcemi chóry,Z blaskami słońca, z świeżych kwiatów wieńcem,Umaić ziemię, rozchmurzyć lazury.
Miała przyjść wiosna, czar rozrzucić świeżyNa kwietne łąki, na srebrne ruczaje,Z odgłosem rzewnych słowiczych pacierzy,Płynących nocą przez uśpione gaje.
Miała przyjść wiosna dla serc rozstęsknionych,Co się ku niebu i ku słońcu rwały,A zamiast pąków nadziei zielonych,Martwéj żałoby leży całun biały....
Miała przyjść wiosna — ciepłém ogrzać tchnieniemZiemię i dusze zziębnięte od chłodu....Słońce, i kwiaty, i ciepło — marzeniem,Pierwszy dzień wiosny — nie pierwszym zawodu.
Mługą strugą na zachodzieŚwietlne blaski się rozlały —Złote plamy lśnią na wodzie,W złocie tonie zachód cały....W opalowych chmur dyademieSłońce zwolna składa głowęNa dyszącą skwarem ziemię,Między lasy szmaragdowe....Jak kochanek, na jéj łonieBłogo będzie śnić do świtu —Od całunków niebo płonie,Drży z rozkoszy i zachwytu....W gąszczach ptak na gniazdo zlata,Milknie piosnka nieskończona....Cudnaż chwila to dla świata:Ziemia słońce ma u łona!
W pocałunkach jego zaśnie,Noc w rozkoszy ją ochłodzi —Nim ostatnia gwiazda zgaśnie,Jutro nowy dzień urodzi.Nowych świateł buchnie falaZ narodzonym nowo dzionkiem —Szczęsny, komu los pozwalaTego jutra być skowronkiem!...
Jak siwy skąpiec, biała zimaW objęciu ziemię całą trzyma —I mrozu wpija w nią pazury,Gniotąc w nich cały skarb natury....
Jak chłopię uśmiechnięte, hoże.Wiosna rozlewa światła BożeI hojną ręką zieleń wiesza —I z pod całunów kwiaty wskrzesza....
Nieszczęsna zima, skąpa, chciwa,Sobie i drugim nieżyczliwa,Z wystygłém sercem, drżąc od chłodu,Ziemi nakłada więzy z lodu.
Nieszczęsna ziemia, czyliż nie wie,Jakie to wiosna ma zarzewie,Gdy miłość oczy jéj zapali!...Spojrzy — i wszystkie lody zwali.
Biednaś ty niebogo,Blada, smutna ziemio!...W polu ponad drogąSenne wierzby drzemią.Rozczochrane głowyZwiesiły żałośnieI przez sen zimowyMajaczą o wiośnie....Biednaś ty niebogoZiemio opuszczona,Nie masz dziś nikogoU swojego łona —— Wicher w śniegu brodziI w polu straż trzyma,Głuchą pieśń zawodzi:Zima — zima — zima!...
Biednaś ty niebogo,Smutna ziemio blada,Nad grudzistą drogąSłonko w mrok się skrada,Jakby mu na niebieŹle się teraz działoI patrząc na ciebieŁzami zapłakało....A ty pod całunemŚniéżnym tłumiąc dreszcze,Słuchasz, czy ta wiosnaNie nadchodzi jeszcze?...I wśród nocnéj ciszyŁudzisz się pociechą,Że twe serce słyszyNowéj wiosny echo!...
Słonko rzuca złotą strzałęW srogiéj zimy łono,Pierzcha z ziemi widmo białe,Z gór i dolin rozszalałeSkacze w toń spienioną....
Uśmiechnęła się radośnieZiemia bladolica,W skutéj piersi serce rośnie,Z utęsknieniem ku téj wiośnieWzdycha niewolnica....
Płacze łzami radosnemi,Zrzucając okowy, —
Dajże Boże biednéj ziemiPod tchnieniami wiosennemiLepszy żywot nowy!...
A niech promyk słońca złoty,Tkając łąk kobierceI zielone drzew namioty,Trochę blasku w mrok tęsknoty —Rzuci w ludzkie serce....
Uderzmy w dzwon, zanućmy psalmy,Weźmy do rąk zielone palmy,Zmartwychwstał Pan po swym pogrzebie...Już z łąk i pól całuny zdjęto,Obchodzi świat podwójne święto:Na ziemi, jak i na niebie....
Uderzmy w dzwon, zanućmy psalmy,Weźmy do rąk zielone palmy —Niech zabrzmi pieśń zmartwychpowstania!Piękny to dzień!... Natura całaW odświętny strój się przyodziałaI ziemia niebu się kłania....
Uderzmy w dzwon, zanućmy psalmy,Podwójny cud pieśniami chwalmy,Śpiewa swój hymn przestworze całe, —Co żywot ma wieczysty w sobie,Nie zginąć mu w nicestwa grobie,Odżyje na cześć i chwałę!...
Płyną pieśni, światła, woniePrzez zielony gaj —Słowik w gąszczu, serce w łonieWoła: Maj już, Maj!...Miesiąc fiołków i zieleni,I marzeń, i snów —Drzewo kwiatem się rumieni,Strumyk szemrze znów.I w słonecznym pocałunkuCała ziemia drży —Kochaj, całuj, śnij i śpiewaj,Rozkosz pij i ty!...Niech cię wiosny czar owionie,Sercu marzyć daj —Płyną pieśni, światła, woniePrzez zielony gaj!...
...„ Przez gęstwinę, przez dąbrowęPłyną światła szmaragdowe.Świętojańskich muszek krocieGradem spada na paprocie.Przez gęstwinę, przez dąbrowęKsiężyc wtyka srebrną głowę.W ciemnych gąszczach cisza głucha,Ziemia słucha i bór słucha....
Za chwileczkę, za króciuchną,Już północy gwiazdy dźwiękną,Z pod paproci światła buchną,Duchy skarbów w głębiach jękną,I kwiat szczęścia cudny błyśnieCzarodziejską swą koroną,
Pośród liści drżąc, zawiśnie —I na ziemi spadnie łono“....
Letniéj nocy sen uroczy,Z starych podań serce czyta —Wypatrzyłem tęskne oczyA ta paproć.... nie rozkwita.
W kółko, w kółko,Lataj pszczółko,Słodkie miody w ule znoś, —W polach, w lasach, nad krynicąKwiatów mała jałmużnicoO słodyczy kroplę proś!...
W kółko, w kółko,Lataj pszczółko!...Dobra macierz z ziemi téj:Choć ją chwastem wiatr zasiewa,Choć się chmurzy niebo w górze,Choć ją chłoszczą gromy, burze —
Ona w kwiaty miód rozlewaNa osłodę dziatwie swéj....
W kółko, w kółkoLataj pszczółko,Wszędy, wszędy kwiatów w bród,Kwitną lipy, kwitnie błonie,Kwitną ludzkie serca w łonie —Zbieraj pszczółko miód!...
Kocham ciebie, ziemio żyzna,Boś ty moja ojcowiznaWdzięczna, świeża, jak dziewoja,Moja, moja, moja, moja!...
Niby ornat, złotem tkany,Błyszczą kłosem twoje łany. —Echo z lasu, szmer u zdrojaPowtarzają: moja, moja!...
Dzeń, dzeń — sierpy dzwonią w polu,Bóg dał ziarna, czart kąkolu,Lecz ty człeku idź za pługiemI jednego nie siéj z drugiém...
Kocham ciebie, ziemio czarna,Co nam złote rodzisz ziarna —Z twoich blizn, zadanych wiosną,Latem kwiat i kłosy rosną....
Płynie falą ponad łanyŚpiew odgłosem powtarzany,Aż się w górze śmieją nieba:„Plon niesiemy, plon dla chleba“....
I radosnéj pieśni echoPod słomianą śpiewa strzechą; —Przy tym chlebie po połowieCiału, duszy Bóg daj zdrowie!...
Milknie lasów chór skrzydlaty,Zeschłym liściem wiatr szeleści,Zcichły piosnki, zwiędły kwiaty....Nie płacz serce swojéj straty,Wiosnę nowy kwiat obwieści.
Wytrwaj, choć cię jesień smuci,Choć cię chłodem swoim ziębi.Jeszcze lepsza pora wróci,Kwiat znów błyśnie, ptak zanuci —Dziś usnęło życie w głębi.
Jesień przędzę snuje białą,Wiatr ją rwie i mota,Wszystko zwiędło, uleciało —Została tęsknota....Babie lato smutnéj ziemiWłosiennicę szyje —Chmurne słonko oko mruży,Łzę pod rzęsą kryje....Smutna ziemio, biedna wdowo,Serce me przy tobie —Niosę-ć piosnkę, dobre słowo,Pociechę w żałobie....Obdarły cię wichry srogie,Jak zbóje, morderce —Zabrały ci, co najdroższe —Zostawiły serce!...
Smutnaś, tęskna pokutnica,Płaczesz drogiéj straty,Szydny wiatr ci dmie na licaZwiędły liść i kwiaty....Podnieś czoło, dumna wdowo,Choć cię troska gniecie —W niebie jest twój sprzymierzeniec,Twoje słonko przecie!Przetrwaj tylko z wiarą w łonieZwalcz zimowe chłody —Oto znów ci zwieńczy skronieNa wiosenne gody!...
Płacze drzewo liściami zwiędłemi,Łzawe niebo przygląda się ziemi,Smutne serce, jak słonko jesienne,W mrokach chwile wspomina promienne,I łzy roni, stęsknione nieboże —Że kochało, zapomniéć nie może....
Płacze drzewo liściami zwiędłemi,Wiatr je z jękiem rozprasza po ziemi,Mgły na okół rzucają zasłonę....Płacze serce samotne, wzgardzone —U natury wygasłych ołtarzy,Że nie było kochane się skarży.
Płacze drzewo liściami zwiędłemi,Wiatr jesienny się znęca nad niemi —Biedne serce, jak listek na wietrzeDrży, nim troska na próchno je zetrze,I marnieje wśród życia szarugi,Że nie może pokochać raz drugi....
Leć przez śniegi i zawieję,Głuchą puszczą piosnko leć,W echach lata nieś nadziejęI promykiem wiosny świeć —Leć przez śniegi i zawieję,Głuchą puszczą piosnko leć!...
Ponad lody, przez zamiecie,Nad srebrzoną śniegiem błoń,Maju dziecię, słońca dziecię —Skrzepłym sercem piosnko dzwoń, —Ponad lody przez zamiecieNad srebrzoną poleć błoń!...
Chociaż wichry mrozem dyszą,Uragany w dali grzmią —Smutne serca cię usłysząI zapomną dolę złą —Chociaż wichry mrozem dyszą,Uragany w dali grzmią....
Lecz miłości służ za gońcaI z otuchą ludziom spiesz.Nieś im blaski nieba, słońca,Z lodu nawet iskry krzesz —Niech miłości w tobie gońcaCzują smutne serca rzesz!...
Miewałem chwile dzikich burz,Wichrem mnie gnały losy —Miewałem wiosny pełne róż,I pełne gwiazd niebiosy.
Woniały dla mnie kwiaty jużI dnie ciemniały słoty —Kołysał mnie mój anioł-stróżWśród marzeń, dum, tęsknoty....
I uśmiech raz gasiły łzy —To z łez wstawały śmiechy,Na chorą duszę cudne snySłał Bóg mi dla pociechy.
Więc dzisiaj patrzę w nieba tońI czekam, co mi jeszcze
Wyrzuci Bóg na moję skroń —A nie dbam, czy pomieszczę.
I idę drogą moją, hen!...Gdzie słonko świeci Boże, —Aż kiedyś się na wieczny senPod nieba próg położę.
Zielone liście w gaju szumiały,Gdy się ich dłonie z sobą spotkały...Pogodne niebo świeciło wiosnąI ziemia była w dobie rozkwitu,Śmiało się do nich słonko z błękitu,Słowiki grały piosnkę miłosną....
Płakała ziemia, niebo płakało,Kiedy ją kładli w trumienkę białą....Powiędły kwiaty, zwiądł gaj zielony,Słonko się skryło w jesienne chmury,W głuchéj żałobie, w ciszy ponuréjŚpiewały tylko kościelne dzwony....
Raz tylko jeden słońce wyjrzało,Gdy w grób chowali trumienkę białąI smutne echo jęknęło w dali:„Wieczny spoczynek racz jéj dać Panie!“Nad grobem ciche płynęło łkanieI pieśń ponurą księża śpiewali....
Gdy świat się garnął ku nowéj wiośnie,Pęknięte serce jękło żałośnie,Zerwana miłość życie zerwała —Jedna mniéj dusza w bólu się wiła,Jedna mogiła więcéj przybyłaA nad mogiłą pieśń pozostała....
Dziewczyno, świeży nastał MajI w kwiat się stroi błoń,Pójdziemy w tan, rączęta daj,Kwiatami uwieńcz skroń!..
Pójdziemy w tan, las liściem gra,A echo niesie wtór,Dziewczyno ma, wiosenko ma,Słowiczy śpiewa chór....
Wonieje wiosną cały świat,I wiosna w sercu mém,I cała ziemia, niby kwiat,I życie zda się snem.
Dziewczyno, miłość budzi Maj,Rozkoszy czarem tchnie,Oczęta zmruż, całusa daj,Rozkwitnie serce twe!...
Przysłał do niéj liścik mały,Różowy a krótki:W liście tylko jedno słówkoI kwiat niezabudki....
Rozróżowił się świat cały,Gdy je odczytała,I zakwitła w niezabudkachPrzed nią ziemia cała.
Mały liścik cudnéj treściBarwi świat tęczowo,Bo w najmniejszym zmieścić można:„Kocham“ — wielkie słowo.
O młoda matko, gdy u twego łonaPierwszy raz dziecię małe zaszczebioce,Gdy nad kołyską siędziesz pochylonaCzuwać na straży dnie całe i noce —
Gdy cię łza pierwsza, pierwszy uśmiech wzruszyI wzrok dziękczynny poślesz w nieba stronę,Pomnij, o matko: w téj dziecięcéj duszyBóg ci powierzył skarby utajone!
Gdy raz się zcieśni twe rodzinne koło,Od zgiełku świata trzymaj się zdaleka,Z dumą pogodne możesz podnieść czoło,Boś dała światu nowego człowieka.
Stań, jak kapłanka przy domowym proguI tam w świątynię niech się dom twój zmieni,
Boś ty wezwana do pomocy Bogu,Jak biały anioł w koronie z promieni.
Świéć twemu dziecku na drogę żywota,By na manowce nie zbłądziło snadnie —W tobie niech pozna, co piękno, co cnota,Zanim go świata sieć oplącze zdradnie.
Naucz go kochać, co wzniosłe i święte,Co z nieba przyszło i co w niebo wraca,I co czarami poezyi zaklęte,I co genjuszów podźwignęła praca.
A w macierzyństwa twego aureoliZorane czoło świecić będzie jasno,I choć twéj skroni wawrzyn nie okoli,Przy takim blasku inne sławy zgasną!...
Będą tobie mówili, dzieweczko urocza,Że ten świat jest padołem, i płaczu, i zgrzytu,Niebezpieczny, jak otchłań, jak jaskinia smocza,W któréj ludzie łzy ronią od zmierzchu do świtu.Będą tobie mówili, że na każdym krokuCzycha jakaś zasadzka i rozczarowanie,Że za chlebem się tylko wszyscy cisną w tłoku,A kto ma większe pięście, więcéj go dostanie....Będą tobie mówili, że sfinks życia srogiSame tylko zagadki rzuca ludzkiéj rzeszy —Ten, kto ich nie rozwiąże, upada wśród drogi,A depcząc po nim, daléj zdyszany tłum spieszy;Że wszystko tu jest marność, i nicość, i złuda,Wszystko kończyć się musi zawodem przesytu —Człek przestał patrzéć w niebo, a Bóg robić cudaW tym labiryncie fałszu, i zwątpień, i zgrzytu.
Tak ci będą mówili na progu żywotaWszyscy, co wczoraj padli, albo jutro padną....
Jednak w tym labiryncie snuje się nić złota,Jest ktoś, co ludziom bywa łaskawą Aryadną,Przez którą się prostują wszystkie ścieżki kręteI rozwiązuje każda życiowa zawiłość,Co zwierza nam na drogę swe zaklęcia święte —Tym talizmanem życia, dzieweczko — jest miłość!...I kto ją zawsze czystą, trwałą nosi w sobie,Ten nie boi się wszystkich światowych straszydeł —Bez niéj człowiek jest płazem na tym ziemskim globie,Z nią przemienia swą istność i dostaje skrzydeł.
Niéma cię Panie!... na Golgoty szczycieKrzyż tylko nagi rozpina ramiona,Jakby chciał ludzkość przycisnąć do łonaI cudem nowe w niéj obudzić życie.
Niéma cię Panie!... a tu twoi wierniZnaleźli tylko twą koronę z cierni —I w niéj spuściznę upatrując swoją,Cierń plotą w wieniec i nim skronie stroją....
Lecz tyś powiedział, że po trzeciéj dobieRozpęknie wieko kamienne na grobie,
I z jego głębi, jako słońce czyste,Na noc zwątpienia — Ty wypłyniesz Chryste!
Więc téj jutrzenki cudownéj świtanieW zbolałych duszach obudza tęsknotę;Im ciemniéj w koło, gdy cię niéma Panie,Tém trwożniéj ludzkość patrzy na Golgotę....
Dawniéj, w niebo wznosząc ręce,Prosiłem natchniony!Panie Boże, méj piosenceDaj słowicze tony!Niech do bratniéj wnika duszy,Jako hymn weselny,Jak tęskliwy flet pastuszy,Albo dzwon kościelny!Niechaj takim czarem dzwoniJak rusałek pienia.Uśmiech sieje, łezki roni,Sercu dolę zmienia!...
Dziś z rozwianych piosnek smutnychNi śladu, ni echa....
Choć do marzeń bałamutnychSerce się uśmiecha,Jednak nędzę widząc bratnią,Dawnych mar nie pieści,Lecz do nieba śle ostatniąProśbę innéj treści:„Panie Boże, lutnię całą„Niech natchnie twa siła,„By się słowo ziarnem stało,„Pieśń w kłos się mieniła!“...
Szczęśni, co mogli uniknąć rozbiciaI w kruchéj łodzi płyną z cichą falą,I nie szukają nowych haseł życia,I na minione wczoraj się nie żalą,I jutro będzie im, jak dziś, jednakiém,Bo zawsze jednym płynąć będą szlakiem....
Szczęśni, co ciszę ukochali błogą,Miarową falą życia kołysani.Z zmrużoném okiem słodko drzemać mogą,Płynąc powoli do cichéj przystani —Jako spowite śpiochy, na pościeliUmrą — i o tém nie będą wiedzieli....
I tylko po nich w spadku pozostanieNiedojedzona wczoraj resztka chlebaI trochę wina w niedopitym dzbanie —I mówić o nich nie będzie potrzeba,A gdy ich imię wspomną w jakiéj chwili,Świat ze zdziwieniem zapyta:— Czy byli?...
Na bożéj roli groby się pleniąZ serdecznych rosną strat,Każda mogiła skryta zielenią —To smutny śmierci kwiat.W każdéj mogile pod ziemią czarnąWkopano serce czyjeś, jak ziarno;A gdy miłością za życia biło —Wschodzi pamięci kwiat nad mogiłą....
Po bożéj roli, w brózdy zoranéj,Wciąż chodzi śmierci pług,Każdéj mogile, łzami oblanéj,Sam błogosławi Bóg.Bo kto za życia kochał goręcéj,Za tym łez ludzkich popłynie więcéj,
I żalów więcéj u niebios proguZa zmarłym świadczy ludziom i Bogu....
A kto tu bardziéj na łez padoleKochał i cierpiał, czuł,Kto z grotem w piersiach, z cierniem na czoleW mogilny spada dół —Tego jak dziecię chore i senneWyżéj, w krainy ciszy promienneZ mogilnych mroków, z ziemskiego cieniaWznosi skrzydlaty duch ukojenia.
Chociaż ci płomień strzechę spaliI w gruz rodzinny dom rozwaliI cały twój dobytek zniszczy, —Gdy ci do pracy sił zostało,To wzniesiesz nowa chatę białąWśród czarnych zgliszczy....
Lecz kiedy dusza w tobie spłonieI gdy się spęka serce w łonie —Los z tobą gorsze miał igrzysko,Bo najsmutniejsza, bracie, strata,W środ wszystkich ruin tego świata:Dusz popielisko.
Piosenko, piosenko, leć, leć!...Nad sioła i grody,Nad rzeki i zdrojeZ słowikiem w zawodyLeć, ptaszę ty moje,Leć, leć!...
Piosenko, piosenko, nuć, nuć!...Po jednéj iskiercePo żaru drobinieW to biedne rzuć serceCo łzami zapłynie,Rzuć, rzuć!...
Piosenko, piosenko, płyń, płyń!...Gdy ludzka się duszaDo ciebie zaśmieje,A serce rozrusza,Rozrzewni, rozgrzeje —Giń, zgiń!...
Motyl pławi się w słońcu,Ćma do świecy leci....Kobiety ćmom podobne,Gdy miłość zaświeci.
Są łzy, co w duszy, jako głownie palą,Są serca, co się nikomu nie żalą,Są smutki, których nic już nie pocieszy,Są winy, z których Pan Bóg nie rozgrzeszy,Są krzywdy, którym nie dano sędziego —Chcesz znośniéj cierpiéć — nie pytaj: dlaczego?..
Przez nocy otchłań ciemną i ponurąLeciały z góry dwa niebieskie posły —Jednego skrzydła, jak śnieg biały niosły —Drugiemu lśniły purpurą.
Tam, gdzie ku ziemi schylała się drogaJaśniejszą smugą z niebiańskiego świata,Skrzydlaty goniec spotkał nagle brata,Skroń chyląc: „Chwalmy — rzekł — Boga!“...
W eterach głosy tajemnicze drżałyDalekiém echem podwójnego chóru, —Ziemia litanią śpiewała do wtóruNiebom, co hymnem rozbrzmiały....
— Lecę — rzekł pierwszy z skrzydlatych — na ziemię„Pokój obwieścić ludziom dobréj woli,„Zapalić światłem z Pana aureoli„Tę gwiazdę tam w Betlejemie“.
— „A ja — rzekł drugi niewstrzymany w locie —„Grzesznemu światu niosę odkupienie,„Kiedy ty gwiazdę rzucasz w nocy cienie —„Ja wznoszę krzyż na Golgocie“....
Witaj gościu tajemniczy,Co z przyszłości idziesz bram —Dziejów nowy budowniczyWitaj nam!...Jakie z sobą niesiesz daryNa gościniec światu — mów!...Dobre spełnisz nam zamiary,Czy zawiedziesz znów?...Dasz pociechę smutnym duszom,Czy dolejesz nowych łez,Ci, co cierpią — cierpieć muszą?Czy ich bólów kres?...
Tych, co drzemią w zmrokach, w cieniu,Obudź blaskiem nowych zórz,
Ludzkie serca krzep w zwątpieniu,Słabych siłę wzmóż.Na zwaśnionych duchów szaleTy oliwną gałąź rzuć.Tęczą opasz świat wspaniale,Chwile walki skróć;Wiarą niech nam pierś zapłonieW wspólnéj pracy przyszły plon,Połącz serca, połącz dłonie,Uderz w czynów dzwon!...
Zamiast burzyć — ty sklepieniaNowych gmachów pomóż wznieść,A świat hymnem uwielbieniaZabrzmi na twą cześć!Nim się droga twa rozświeci,Zanim twarz odsłonisz swą —Syna zgasłych już stuleciSpotykamy pieśnią tą:Witaj gościu tajemniczy,Co z przyszłości idziesz bram,Dziejów nowy budowniczy,Witaj nam!...
Szemrały bory głuchym rozhoworem,Kładło się słońce w Wiliji ramionaI szła po rosie pieśń dzwonów stłumionaZ kościelnych wieżyc wieczorem....
Jak cichy pacierz wśród cmentarnéj głuszy,Z mogił się szepty snuły tajemnicze,Blady mi smutek zstąpił na oblicze,A żal głęboki do duszy.
I nad zieloną lirnika mogiłąKląkłem w zadumie z czołem pochyloném,By uczcić prochy śpiewacze pokłonemI serce, co pieśnią biło.
A pod kurhanem jęknęło coś zcichaI jakieś dźwięki zagrały tajemne —I jakieś echa spłynęły podziemne,Jakby głos lutni, co wzdycha.
Znajome dźwięki i pieśń sercu znanaStroskaną duszę pociesza i pieści,I uczy serce brać „mądrość boleści“Z cierni rzucanych przez Pana. —
Więc wziąłem kurhan poety w ramionaI skroń tuliłem do cichéj mogiły....W głębi jéj tętna żywéj pieśni biły,Jak żywe serce wśród łona.
I całowałem z synowską czułościąGrób, co przemówił do mnie z taką siłą, —Wiedzcie: ten jeszcze żyje pod mogiłą,Co pieśnią żył i miłością...
W mrok idziem.... gwiazdy gasną za gwiazdamiI coraz ciemniéj, i chmurniéj nad nami,I coraz częstsza droga przez mogiły....Ni świecić komu przykładem i radą,Kiedy się mistrze do snu w trumny kładą,Gdy do czuwania zabrakło im siły!...
Po coś ty jeszcze odszedł za innemi,Aby tu smutniéj było na téj ziemiI większa pustka w polskiéj sztuki domu?...Po coś ty jeszcze zamknął się w tym grobie,Gdzie skarga nasza nie da spocząć tobie,Bo niéma mistrzu zastąpić cię komu!...
Przed trumną twoją długim korowodemSnuł się świetlanych tłum postaci przodemI w grób twój wstąpił cichy, smutny, łzawy...Tyś serce dla nich na strzępy rozdzierał.Tyś żył ich życiem, ich śmiercią umierał —Więc szły przed tobą cienie twojéj sławy.
Umiałeś wstrząsać cudze dusze swojąI poić łzami, co leczą i koją.Zachwycać pięknem i przerażać zbrodnią,Jako czarodziéj w poezyi kościele —Więc z wieńcem lauru na pochodu czeleSzedł geniusz sztuki z schyloną pochodnią....
Umiałeś rwać nas skrzydłami zapałuZ otchłani ziemskiéj w nieba ideału,Gdzie ciernie życia sztuka w kwiaty zmienia —Więc rzesza ludu szła z serdecznym płaczemZa wielkich duchów natchnionym tłumaczem,Wdzięczna za błogie chwile zachwycenia....
Umiałeś kochać sławę duszą czystą,Prawy człowieku i wielki artysto,Nie chcąc w świątyni sztuki być kramarzem;Więc nie w pstréj szacie szedłeś zwykłą drogą,Ale poważną obrzucony togąPrzed swéj bogini stawałeś ołtarzem.
A dzisiaj skromny, cichy ległeś w grobie....Więc odpoczywaj mistrzu! — pokój tobie!...Pokój twym jasnym cieniom wiekuisty!...W cichéj mogile, pod darnią cmentarzyNiech ci się błogo o twéj sztuce marzySen nieprześniony poety — artysty.
Kto zechce serce pokrzepić i ducha,Niech u mogiły twéj klęknie i słuchaPrzejęty cały piękna ideałem —A wówczas jeszcze wśród cmentarnéj ciszyTwój szept cudowny z za grobu usłyszy:„Kochajcie sztukę, jako ja kochałem!“....
14/IX 1886.
I nie przychodzi, i nie przylataBogdanka moja, jasna, skrzydlata.Piosenka moja, pociecha moja,W gościnę z lepszego świata....
Dokoła lekkie fruwają puchy,Jak w płatki śniegu zaklęte duchy,A jako widmo smutne z cmentarzaŚwiat taki biały, a głuchy....
Darmo myślami za tobą lecę —Śniegi na ziemi, lody na rzece,A takie smutne słonko nademną,Jak łza na niebios powiece.
Czy cię zmroziły zimowe tchnienia,Czy mrok, co moje serce ocienia,
Że nie przynosisz czarów zaklęcia,Co łzy na kwiaty przemienia?...
Żeś mnie rzuciła w ciężkiéj potrzebie,Gdy zgłuchła ziemia, zgłuchło na niebieI tylko szeptem serce się skarży:Piosenko, źle mi bez ciebie!
Żebyż tu słonko już raz wyjrzałoI w Morskiém Oku skąpało lice,Żebyż to lato z śnieżnych serdakówRozdziało Giewont, Krywań, Łomnicę....Żebyż to znowu wrócić na hale,W skaliste turnie, w lesiste stoki,Kędy szarotki gwiazdą na skale,Wstęgą w dolinach błyszczą potoki....Gdzie z poetycznych snów i dumania,Z melancholijnych marzeń tęsknicyTatrzańskiéj dziewy budzą pytania:„Nie kupiąm malin?... nie chcąm żętycy?“...Żebyż to znowu w te Tatry sine,Jak ptak uleciéć wyżéj i wyżéj,W zakamieniałej baśni krainę —Zdala od świata — w nieba pobliże!...
Góry, — fantazyi Bożéj okruchy,Potężne w niemym swym majestacie,Wy, jak modlitwa wznosicie duchyI ludzkim piersiom więzy zwalniacie!...
Kiedy nad światem jasny dzień się zmierzcha,Gwiaździste niebo odsłania swe łono;Tak najciemniejsza noc na ziemi pierzcha,Gdy serca ludzkie, jak gwiazdy zapłoną....I gdy miłości żar w sobie rozniecąZ bożego znicza iskrami świętemi,Zda się dwoiste ludziom nieba świecą:Jedno nad ziemią, a drugie na ziemi.
Nie chowaj oczu, kiedy szczęściem płoną,Niech patrzą w świat!Choćby się słońce skryło w twoje łono,Nie chowaj oczu, kiedy szczęściem płoną —Nie pomnę dawnych strat!
Lecz kiedy smutek twoje lica zwarzy,Wyciśnie łzy,Bladéj przed światłem nie odsłaniaj twarzy,Niech się każdemu twe oko nie skarży,Gdy serce z jękiem drży.
Bądź, jak ta muszla burzą wyrzucona,Gdy wicher dmie,
Orkanów echo nigdy w niéj nie kona,Lecz temu tylko spowiada się ona,Kto ku niéj schylił się.
Bądź, jak te kwiaty, co u skał się wijąWpatrzone w toń —I zbladłe lica w cień przed słońcem kryjąI tak bez skargi same łzy swe piją,Tłumiąc swych westchnień woń....
Senna cisza nocną porą,Puszczyk siadł na murów straży —Księżyc wpatrzył się w jezioroI z ruiną cichą gwarzy....
Pyta ją o czasy dawne,Pyta o jéj dawne dzieje —O to wielkie, głośne, sławne,Co w jéj murach dziś pleśnieje.
Pyta ją, czy w noce ciemneZawsze jeszcze z tajną żądząPrzez sklepienia jéj podziemne,Jęcząc, smutne cienie błądzą?...
Czy wciąż jeszcze nad wyłomemSowa strzeże skarb ukryty —
Czy jéj zawsze jeszcze gromemBurza z wież roztrąca szczyty?...
Czy pamięta, jak przed laty,Życiem wrzało jéj pustkowie —I roiły się komnaty.Echa niosły w dal: „za zdrowie!“...
Czy pamięta...Chmura ciemnaKsiężycowi twarz zakryła....Dziwny, dziwny czar tajemnaWspomnień w sobie chowa siła.
Kiedy serce przypomina,To łzy rzewne, tęskne leje —W gruzy sypie się ruina,Gdy swe dawne wspomni dzieje.
Płynęła noc straszna przez nieba sklepienie,Płynęła, jak mara cmentarna,A smutna, jak łzawe na grobach marzenie,Jak rozparz ponura i czarna.
Wśród ciemnéj otchłani, na nieba bezdrożeGłos jakiś się wyrwał zbolałyI wołał lękliwie: „O Boże.... o Boże!“A ziemia i niebo milczały.
I w nocy głębinach krzyk tonął sierocy,I słabło rozpaczy wołanie....Bóg słyszał.... bo z ciemnéj wysunął się nocyI gwiazdę wyrzucił w otchłanie. —
A gwiazda, spadając z tajemnym szelestem,W krzyż smugą rozprysła się jasną,I w toni wszechświata zadrgało: „Ja jestem!„Choć gwiazdy i słońca pogasną....
„Niech słabych nie trwoży noc ciemna i głucha„I głos ich błądzący po niebie —„Nad nocy otchłanią ktoś patrzy i słucha,„I smutnych pociesza w potrzebie“....
Przy kościele na dzwonnicyRzewne dzwony biją,Jakby jaki głos za zmarłychMówił litaniją....
Po cmentarzu wiatr powiewa,Co tu mogił strzeże,Jakby każdy liść u drzewaSzeptał swe pacierze.
Stary dziaduś z brodą siwąŚlepe oczy wznosiI o „światło wiekuiste“Nad grobami prosi....
A w mogiłach pod darninąGłuche szepty słychać,Tajemnicze głosy płyną —Grób zdaje się wzdychać...
Rzewniéj, smutniéj i żałośniéj,Niż jęk nieszczęśliwych,Zda się z łona grobów płynąćModlitwa za żywych.
Głuchy rozhowor płynie od boru....To starych buków różaniec cichy....Wietrzyk rozlewa w kwiatów kielichyPerłową rosę wieczoru.
Tu niezabudka w miękką murawęTuli swą główkę małą i słucha,Jak jéj coś strumyk paple do ucha —A same bajki ciekawe....
Na gniazdo ptaszę wraca znużone,Kończąc piosenkę zaczętą w borze....Księżyc się cicho kąpie w jeziorze,Noc swą zapuszcza zasłonę.
Pod Bożą męką małe pacholęGra na fujarce tęskno, rzewliwie —Dziękując Bogu za plon na niwie,Prosi o deszczyk na rolę....
A echo tony rozrywa zwrotkiI gdzieś w pobliską rzuca dąbrowę —Pomroku gasną blaski różowe,Dokoła spokój tak słodki.
Bożeż — mój drogi! w dzień życia lichyZsyłaj i spiekę, i burze —Lecz pozwól, kiedy dzień mój odsłużę,Niech mam choć wieczór tak cichy!
Niech spływa czoło dzień cały w znoju,W pracy na cierni, na grudach —Tylko gdy wytrwać pozwolisz w trudach,Daj spocząć w takim spokoju!...
Z opłatkiem do was idę, bracia moi,Po wszystkie krańce i po wszystkie brzegi,I tam, gdzie słońce złotem ziemię stroi,I gdzie noc ciemną białe plamią śniegi,Z opłatkiem do was idę, bracia moi!...
Pod dymną strzechę nizko schylam głowę,Gdzie życie pracy szarą snuje przędzę,Idę pomiędzy opłotki wioskowe —Szukać cię, starszy mój bracie w siermiędze!Niech Bóg ci serce i ręce da zdrowe!...
Pod cichy dworek, co jak gołąb białyTuli się w puchu zimowéj osłony —Niosę kolendę pełną Bożéj chwałyNa starą nutę, na serdeczne tony:Niech Bóg wam ojców dom zachowa cały!..
Do ciebie idę, spracowany bracie,Coś uznojone ledwie otarł skronie —Z opłatkiem w twoim dzielić się warsztacie,I szorstkie z trudu uścisnąć ci dłonie:Pokój wam, którzy ty]ko troskę znacie!...
Pokój wam wszystkim, ubodzy i mali,Co się o chleba suchy kęs trudzicie;Anioł, co Bożą dziś gwiazdę rozpali,Niech smugę światła rzuci w wasze życieI zmudnéj drogi kres ukaże w dali!...
Z opłatkiem do was idę, bracia moi,Po wszystkie krańce i po wszystkie brzegi,I tam, gdzie słońce złotem ziemię stroi,I gdzie noc ciemną białe plamią śniegi,Z opłatkiem do was idę, bracia moi!...
Opadają kwiaty marzeńW księżycowych blasków toni,Romantycznych piosnek nutaCoraz dalszém echem dzwoni....
Świat uroków czarodziejskichRozczarowań mgła pokrywa:Fantazyjne pierzchły cienie,Wyobraźnia śpi leniwa.
Chłodna, trzeźwa rzeczywistośćSwe żelazne kładzie dłonie,Na bijące ludzkie serca,Na płonące żarem skronie....
Minął czas wszelakich złudzeń....Poetycznych zaklęć władza
Mglistych widm gdzieś z poza świataW świat realny nie sprowadza.
I wyklęta dziś bezczynnaMelancholia bladolica —Minął czas w epoce słońcaCzułych wzdychań do księżyca...
Spada śnieżyca jedna za drugąI w całun stroi świat —Pastwi się sroga zima zadługo.Spada śnieżyca jedna za drugą,Dmie mróz — śnieżycy brat....
Jak blade widma, przez cmentarz głuchy,Śmierć z nędzą lecą wraz,I otulone w śniegowe puchy,Jak blade widma, przez cmentarz głuchyZwiastują klęski czas....
Ziemia, jak więzień w białéj koszuliZa winy długich latCzeka wyroku, w strachu się tuliI w swéj śmiertelnéj stoi koszuli.A nad nią biały kat....
Wygląda łaski drżąca grzesznicaI w niebo modły szle,I trwogą blade podnosi licaI wzywa wiosny drżąca grzesznica:„Przyjdź i wyswobódź mnie!“...
Choć macie w sercu żal i łzy,A w oczach smutek sam,Na ustach waszych uśmiech drży —Oczom i sercu kłam....
Komedyą życia gracie wy,Więc ja ją z wami gram —Choć w sercu chowam żal i łzy,Na twarzy uśmiech mam....
Mlusińscy?!... stara szlachta,Od aniołów gdzieś pochodzi.W herbie zwykle ma.... bociana,Ani poznasz, kto ich rodzi.
Główki płowe, oczki duże,Pulchne nóżki i rączęta.Rozkosz matek, duma ojców.Milusińscy — niebożęta.
Jakie to tam skapryszone,Jakie bywa dumne, harde!...Z nieba idzie prostą drogą,Więc dla ziemi ma — pogardę.
Z świata sobie nic nie robi,Często palce w buzi trzyma,Drwiąc ze wszystkich konwenansów —Na to nawet rady niéma.
Jakie to tam bywa śmiałe,Jakie umie stroić dąsy!Król nie król — niechby się schylił,To go zaraz łap za wąsy.
Król nie król — o wielkie dziwa!Któż-bo o tem nie pamięta,Że od wieków MilusińscyCo do nogi — królewięta.
Kiedy taki bobuś małyZ swéj poduszki się wychyla,Tobyś przysiągł, żeś go widział —Przy Madonnie gdzieś Murilla....
I spoglądasz trwożnie w niebo,Jedną prośbą wzbiera łono —Bo mu ztamtąd zapomnianychSkrzydeł tylko nie zrzucono....
Gdy to zacznie gwarzyć z tobą:„Bla-blu, bla-blu“.... to rozkosze!Kiedy wdzięcznie złoży dzióbek,„Plosę“ — mówiąc, zamiast: „proszę“,
Gdy rączkami ci obejmuje,I do ucha bez wytchnieniaW sprawie „lali“ i „pielnika“Daje już swe polecenia,
Tobyś duszę wyjął z siebie,Każdéj prośbie czyniąc zadość,Aby tylko MilusińskimNa chwileczkę sprawić radość.
Gdyby nie ci Milusińscy —Człekby nieraz skoczył w wodę,Lub rozdeptał gorzkie życie,Jak grzyb, albo złą jagodę.
Gdyby nie ci Milusińscy,Co nam ciernie życia złocą —Boże, iluż sercom biednymPustką byłby świat sierocą!...
Pocieszka nasza, nasze kochanie,Kiedy raniutko z kurkami wstanieI śpiewać zacznie, jak małe ptaszęI główką kręcić, niby skowronek,To jakby słońca dwa miał ten dzionek,Jedno na niebie, a drugie nasze.
Kiedy w łóżeczku rączęta złoży:„Dzień dobry Bozi i Matce Bożéj“,To taką minkę poważną zrobiI swój paciorek po słówku ćwierka,Ale ukradkiem od Bozi zerka,Kto mu do mleczka sucharek drobi....
Do stołu zawsze na swoim tronieKrólewicz siada w liczniejszém gronie
I faworytów musi mieć blisko:Kotka, co zwie się „Kizią“, i nianię,I „Hau-hau“, pierwszy gość na śniadanie,Brzydkie, jak potwór, lecz dobre psisko!...
Codzień pocieszne wśród takich gościBywają głośne sceny zazdrości,Wtedy malutki królik-despotaPaluszek wznosi z marsem na czole:„No — no!“... a mleko płynie po stoleI łyżka z kaszką spada na kota.
Straszny epilog po takiéj burzy!...I pies, i kotek, i on się szczurzy.Jedno na drugie patrzy z pod ściany —Brewki zmarszczone, buzia w podkówkę,Tak się nadąsa, tak schyli główkę,Taki na cały świat zagniewany!...
Gdy się rozpłacze, to żal się Boże!...Lecz kiedy za to w dobrym humorze,Kiedy do figlów przyjdzie ochota —Cały dom pełny śmiechu srebrnego,
Wdzięczy się światu, a świat do niegoI tak szczebiota, i tak szczebiota!...
Nieraz — osoba ta znakomita —Siądzie i niby dzienniki czyta:Bródkę podeprze, czółko zachmurzy,Usteczka wydmie mój pan dobrodziéjI po literach paluszkiem wrodzi.Jak gdyby jaki polityk duży.
Innym znów razem pisze i pisze,Lub paluszkami bębni w klawiszeI śpiewa przytem piosenki swoje —A ja się patrzę na niego z bokuZ śmiechem na ustach, a ze łzą w okuI ot matczyne sny sobie roję.
Dziwne mnie nieraz ogarną smutki:Mój ty jedyny, mój ty malutki,Mój ty kwiateczku w żywota wiośnie —W jaką cię kiedyś los popchnie drogę,Kwiaty, czy ciernie rzuci pod nogęI co też z ciebie jeszcze wyrośnie!...
I taką smutną mam wtedy duszę,Że westchnąć muszę, i płakać muszę,I tulę dziecko moje żałośnie,Jakbym się bała o jego losy.A sercem matki pytam niebiosy:„Boże, co z niego kiedyś wyrośnie?“
Jeszcze mi się śnią po nocySzmaragdowe Adryi tonie,I San Marco, i Piazetta,I Giulietta na balkonie.
Jeszcze widzę dwie kolumny,Z jednéj skoczyć chce lew dziki, —
Przy katedrze, dziwie świata —Dwa kamienne wykrzykniki....
Z drugiéj rycerz patrzy w zbroiNa potulnym krokodylu —Że jest świętym TeodoremWiedzą o nim od lat tylu;
Wiedzą o nim że w WenecjiŚwiadczył dotąd łask bez liku —Frontem zwrócił się ku miastu,Tyłem zaś do Adryatyku.
Między dwoma kolumnamiTo niewieścich wdzięków szranki —Czarne róże tu o zmroku,Smagłe błądzą Wenecjanki.
Chodzą krokiem wolnym, długim,Przy muzyki włoskiéj dźwięku,Z gołą głową, lecz w mitynkach,Z bukiecikiem kwiatów w ręku.
Chodzą, błądzą, niby cienie,Z fosforycznym blaskiem w oku,Błyszczą tylko czarne oczy,Białe zęby błyszczą w zmroku....
Czasem ci się wyda prawie,Że ten fior del ParadisoDrugie zęby ma w źrenicach,Które cię spojrzeniem gryzą.
Czasem taki cię owionieParny powiew, jak sirocco,Kiedy spojrzysz przy spotkaniuWnuczce dożów oko w oko....
Szedłbyś za nią przez PiazettęI przez ciasnych ulic skręty,Na kraj miasta, na kraj świata,W gór przepaście, w mórz odmęty.
Szedłbyś za nią do gondoli,Szepcąc ciągle: io t’amo,Gdyby nie szła właśnie z innym,Albo gdyby nie szła z mamą.
A ten inny przypominaApeniny, zbóje, noże,
Mama zaś, gdy nie jest wiedźmą —To nią jeszcze zostać może.
Ani poznasz z jéj wyglądu,Z popękanéj w zmarszczkach twarzy,Że dzień cały na oliwie....Ryby, a nie ludzi smaży.
Córa za to, jak syrenaZ Adrjatyku wyszła piany,Trochę zmięty ma garniturI włos trochę zaniedbany....
Fraszka!... wszakże tu w WenecyiCały efekt jest w ruinie —Po kanale z modrą faląWyrzucone śmiecie płynie....
Każdy pałac, jak ruderaW gruz się sypie i rozpada —Lecz w tych ścianach marmurowychSkamieniała tkwi ballada....
W księżycową noc czarownąŚrednich wieków wstają mary,I odmładza się Wenecya,A w niéj każdy pałac stary.
A z pałaców ciemnéj głębiŚpiew się nieraz wyrwie z łona,Jak zbudzony jęk tajemny,Co w posągach grał Memnona.
W srebrnych blaskach do okołaMorze i Wenecya tonie, —Sto balkonów, a gdzie spojrzysz,Siwy doża na balkonie....
W lśniącéj czapce z złotogłowiu,W purpurowéj szacie stoi....A na dole, na gondolachTłum lutnistów lutnie stroi.
I miłosna pieśń omdlewaNa sennego morza fali, —Słuchaj luba: ten, co śpiewa,Dogaressy wdzięki chwali....
Cisza.... księżyc.... łódź zakryta,Tajemniczy cień się snuje,Po kanale gondoliereGłuchém wiosłem fale pruje....
A w gondoli szepty ciche,Pocałunków słychać echa....Rozespany wioślarz ziewa,Tłusty księżyc się uśmiecha....
Tłusty księżyc sybaryta,Zblazowany cynik stary!...Nie dbaj luba — łódź zakryta,Noc i miłość rzuca czary....
Wioślarz będzie tak, ziewając,Pruł do świtu mórz głębinę,On miłości płatny świadek —Bierze lira za godzinę!...
Il duomo di San MarcoDziesięć wieków w sobie mieści,Schylasz głowę przed katedrą,Piękną formą wielkiéj treści.
Stary psałterz marmurowy....Złotem kapią gzemsy, mury —Na sklepieniach mozaiki,Jak przedwieczne miniatury.
Bronzy dawno poczerniałe,Srebrne wota świecą liczne —Ze ścian patrzą się na ciebieŚwiętych twarze ascetyczne.
Kiedy schylasz kornie czołoPrzed powagą ich surową,
Zdaje ci się, że ze ścianyKażdy święty skinął głową....
Więc na palcach cichym krokiemPo marmurów pstrym kobiercuChodzisz skromny po katedrzeZ jakiémś drżeniem grozy w sercu.
Zdaje ci się, że po kątach,W ciemnych mrokach na sklepieniuDrzemią duchy, siedzą maryW tajemniczym kaplic cieniu....
Wyda ci się, żeś w zaklętyWstąpił pałac z staréj baśni,Gdy przez szklanną okien łuskęSłońce wnętrza mrok rozjaśni.
Wtedy światłem drga mrok cały,Świętych się ożywia lice,Złotą iskrą się zapalaKażdy kamyk w mozaice;
Nieruchome archaniołyZ mozaikowych malowidełZaczynają z klęczek wstawaćI próbować złotych skrzydeł....
Tłum ascetów, poczerniałychNa sklepieniu wieków pleśnią,W sfałdowanych szatach długich,Z pietyczną wstaje pieśnią....
Organ huczy, dym kadzidełRozobłocznia nawę całą,A w obłokach Chrystus w górzeBłogosławi ręką białą....
O! duomo di San Marco,Średniowieczny relikwiarzu,Kiedyś cię postawią w niebieU aniołów na ołtarzu....
Słońce cuda w tobie czyni,Z każdym martwym kapitelem —
A prozaik lub filisterZtąd wychodzi marzycielem.
Utonąłem w kontemplacyiPrzed skrzydlatym archaniołem,Co ze słońca złotych blaskówAureole miał nad czołem.
Zapatrzony gdzieś w błękity,Niebu śpiewał serenadę,Oczy miał głębokie, smutne,Lica, jako marmur, blade....
Pani, sztuczka to szatana,Czy czar jaki wzrok mi mroczy?Ten skrzydlaty Cherub w górzeMa twe usta, twoje oczy....
Jestem gotów przysiądz nawet,Że to dziwne podobieństwoMa za powód jakieś w niebieTajemnicze pokrewieństwo.
Z bliźniąt pary jedno tylkoPan Bóg związał duchów ślubem —I dlatego tyś kobietą,A sobowtór twój Cherubem....
Nawet talent muzykalnyNa świadectwo rodu stanie —Cherub jest śpiewakiem niebios,Pani — grasz na fortepianie....
Prozaicznie mówiąc: wyspaPod Wenecyą, zwie się Lido —Ku niéj to co pół godzinyTam i nazad statki idą.
Pod przenośnią rzecby można,Że tu ludziom dla przysługi,Dobra ziemia z głębi morzaWystawiła język długi.
Język?... ozór rzec należy, —A po wązkim tym ozorze,Jako muchy łażą ludzie,A jak żabki skaczą w morze....
Tu niejedna ziemska Venus,Z kształtów lilja, z cery róża,Wszystkie swoje słodkie wdziękiW słonéj, morskiéj fali nurza.
Tu co rano widziéć możeszTłum półnagich nimf w kąpieliI trytonów, co pływackiPrzez wstydliwość kostyum wdzieli.
Damy noszą ubiór w paski,A kapelusz w kształcie grzyba —Tu niejeden ślédź wymokłyPływa z dumą.... wieloryba.
Tu się kąpie z ludzkiém mrowiemSłońce we dnie, księżyc nocą,Gwiazdy z nieba dają nurkaI tam z głębi wód migocą....
Morze, tyś jest nieba wanną,W któréj dniem i nocna porąPo kolei: księżyc, słońce,Gwiazdy codzień kąpiel biorą....
Powiedz: czy téż ta blondynaPełna wdzięku i urodyByła gwiazdką, co dziś w nocyNie zdążyła wyleźć z wody?...
Statek płynie, jak wąsatyWypasiony sum olbrzymi,Zamiast płetew warczą koła,Z grzbietu mu się komin dymi.
Jak robaczek świętojańskiLatareczka z przodu świeci, —Na pokładzie liczne gronoKobiet, mężczyzn, panien, dzieci.
Słońce w morze spadło właśnie,Złotych blasków trysła struga,
Każda fala się rumieni,Każda fala, zda się, mruga.
Jakby z morza tajnéj głębiWypłynęło syren krocie....Morze, niebo za Wenecyą,Niby doża jaki — w złocie.
„Perła Adryi“ na zachodzieGazą mroku się zaściela,Gmachów cienie drżą na wodzie,W światła stroi się la bella....
Na pokładzie siedzi jedna,Co syreną jest niemylnie —Z gracyą zjada winogrona,Lecz na zachód patrzy pilnie.
Przy niéj siedzi starsza druga,W rękach trzyma Baedeckera —Rzekłbyś, że inwentarz sprawdza:W książkę, to na brzeg spoziera.
Łokciem trąca towarzyszkę,Wzrok na Lida szle wybrzeże, —„Jutro — mówi — świeża kąpiel,I ostrygi będą świeże!“...
Mówi do mnie gondoliere,Co na imię ma Battista:— „Pójdź signore!... czas spokojny,„Morze gładkie, woda czysta“...
Przytém sprytnie się uśmiecha,Przed hotelu stojąc bramą —I kuszącym szeptem prosi:— „Pójdź signore, pójdź!“ „Andiamo!“...
Więc płyniemy.... SybarytkaŁódź na falach się kołysze,A mój Charon tajemniczeHieroglify wiosłem pisze.
Niepytany opowiada,Że urodził się w gondoli,
Że w gondoli pewnie umrze,Że nad świat Wenecyą woli!...
I wskazuje mi pałace:To Vendramin, to Foscari,Tu San Paulo e GiovanneKościół, a to znowu Frari....
A ten most to zwie się Rialto,Za nim kanał w łuk się zwija.Tu stragany z jarzynami —Targ ten zwie się Hebreria.
I tak łódź po falach płynie,A czas spływa na gawędzie:— „Żonę masz?“ — „A mam“: — „I dzieci?“:...— „Z pół tuzina tego będzie.“
Oczy mu się przytém śmieją,Aż mu lica pokraśniały,Jakby wiedział, że bon DioDa bambinów tuzin cały.
A gdy bębnów cały tuzinDomek jego uszczęśliwi —Dobre morze wykołysze,Dobre morze je wyżywi....
Dobre morze, jak piastunkaWynajęta do olbrzyma,Cały gród, Wenecyą całą —Dziecię swe — przy piersi trzyma....
Jak za karę na łańcuchuUwięzione trzy potwory,Stoją w porcie nieruchomoNa kotwicach monitory.
Czarne cielska grube, gładkieLiże woda z boków, z przodu —Potwór czasem gwizdnie, warknie,Lub zasyczy bez powodu.
Nad pokładem masztów mnóztwo,Liny plączą się, po linieMajtek łazi, niby komarPo zwieszonéj pajęczynie.
Groźnie świecą dział wylotyNa tych twierdz ruchomych szańcu,
Te śpiżowe lwy na czatach....Dzisiaj mają pysk w kagańcu.
Wioślarz wstrzymał łódź przy statku,— Ecco! — mówi jego mina,Bo z potwornéj bestyi wnętrzaPłynie wdzięczny głos pianina....
Poruczniczek pewnie jakiśSkraca sobie czas w kajucie —Marzy, kocha, lub ma.... długi,Poznać to po smętnéj nucie.
Dziwny kontrast ta gra tworzyRozmarzona, w pieśń rozlana....Zapisałem w notesiku:„Słowik w brzuchu Lewiatana.“
— „ Oto, panie, Campo Santo„Na téj wyspie tu przed nami,„Mnichy mają przy niém klasztór„I straż mają nad grobami“...
Dziwny cmentarz, jak cegielnia —Ani krzyży, ni pomnika,Na kamiennym klocku numerZnaczy miejsce nieboszczyka.
W ziemi zmarli rzędem stoją,Jak pod linją pułk żołnierzy,W pogotowiu do wymarszu,Kiedy sądu dzwon uderzy.
Stoją ramię przy ramieniu —Ciasno, tłoczno między niemi....Tak chce miejsca ekonomja,Bo dla zmarłych brak tu ziemi.
Gdzie za wielki ścisk pod darnią,Potworzyły się pagórki.Na nich grobów powiernice,W słońcu grzeją się jaszczurki.
Kędy nogą stąpisz tylko,Wypłoszony kłąb się rusza —Mógłbyś myśléć, że w jaszczurkęZmienia się tu ludzka dusza....
Nie chcę znać metampsychozy,Wiem, gdzie kości moje złożę:— „Mój Battisto, gdybym umarł,„To mnie każcie wrzucić w morze.
„Jam nie lubił nigdy tłoku,„Nie chcę w nim po śmierci zginąć —„Zamiast stać na Campo santo,„Wolę w morzu się rozpłynąć.
„Słońce się mnie ulituje,„Słońcu się pod nogi rzucę —„Z morza kiedyś wyparuję„I do swoich — chmurką wrócę“...
— „ Co?... to zbyt sentymentalne„Chciéć po śmierci wzlatać chmurką?...„Mój Battisto, proszę ciebie:„Nie daj zostać mi jaszczurką!...
„Ja mam bowiem do jaszczurek„Wstręt wrodzony od powicia —„Słuchaj, powiem ci na ucho:„Miałem ja ich dość za życia!“...
Mendelsona gra sąsiadka,A przez okna księżyc wpada,Z fali dźwięków, z fali światełWspólna toczy się kaskada....
Cuda czyni taka spółka,W dziwny czar obleka wszystko —Stary księżyc jest poetą,A sąsiadka jest artystką.
Pieśń bez słów w powietrzu płynieI po nocy się rozlewa —Zadumany siedzę, słucham,A fortepian bajki śpiewa.
Stare dziecko jeszcze ze mnie,Bajkom chętnie daję ucha.Głowa dawno im nie wierzy,Lecz naiwne serce słucha....
Jakiś czar mi owiał zmysłyI przysłonił oczy moje —W księżycowym widzę blaskuZlatujące elfów roje.
Widzę, jak w namiętnych pląsachMknie przedemną tłum mamideł,Słyszę szepty, pocałunki,Pod osłoną złotych skrzydeł....
I rozkoszne słyszę śmiechy,I miłosnych zaklęć słowa; —Ciebie piękna i wyniosłaZnam, — tyś elfów jest królowa!...
Ciebiem widział gdzieś na jawie,Czym w snach moich widział ciebie?...Byłaś gwiazdą tu na ziemi,Czy téż kwiatem rosłaś w niebie?...
Coraz ciszéj a namiętniéjSzepczą usta, dźwięczą tonyI wiruje przed oczymaWianek elfów rozpleciony....
Coraz ciszéj a namiętniéjW księżycowych blasków toniKrążą elfy za królową,Pierś przy piersi, skroń przy skroni....
Coraz ciszéj a namiętniéjPocałunków słyszę echa,Z za wachlarza barwnych skrzydełElfów pani się uśmiecha....
Coraz ciszéj a namiętniéjPieśń miłosnych żądz się snuje —Mgłę mam w oczach, a na ustachCzyjeś drugie usta czuję....
Mendelsona gra sąsiadka,A przez okno księżyc wpada —Śnię na jawie.... psotnych elfówOtoczyła mnie gromada....
Czar muzyki mnie opętał,Księżyc śmieje się wybladłyI natrząsa z marzyciela,Że mu elfy serce skradły.
Zniknął cały świat na jawie,Znikły z oczu widm tysiące,Nic nie czuję, nic nie pomnę —Tylko usta płomieniące....
W pocałunku elfów paniJakieś cudne czary były,Bo mi po nim z snów roskosznychDo zbudzenia zbrakło siły....
Gra umilkła.... pieśń skończona,Wszystko znów podobne snowi....Ach, sąsiadko — kto to widziałPsuć tak spokój sąsiadowi!...
W staroświeckim fotelu staruszeczka drzemie....Z rąk jéj wypadły druty, kłębek się potoczył,Książka z okularami upadła na ziemię —Śpi babcia.... sen ją zwolna niby mgła omroczył.Na pomarszczonéj twarzy — jak na zwiędłym kwieciePromyk słońca jesienną pogodą złocony —Drży uśmiech, — odblask słonka w marzeń cudnym świecie,Gdzie przeszłość się wychyla z za wspomnień zasłony.Śpi babcia.... lat pięćdziesiąt w snach się zapodziało....Rozkwitły pierwszéj wiosny dawno zwiędłe róże —Ona.... on.... jak lilijka wystrojona biało....Wszelki duch!.. przed nią młodzian w ułańskim mundurze...O, poznają go oczy, bo serce pamięta!...Ta chwila, jak pierwiosnek wśród wiosennéj runiZakwitła w młodych duszach piękna, błoga, święta....Mówili o miłości....Nie budźcie babuni!
Ty nieodstępny mój druhu,Przy sercu noszę cię przecie —Jak wierny pies na łańcuchuWłóczysz się ze mną po świecie, —I szepczesz chude: „Memento!„Chwila za chwilą mknie, ginie —„Ta tylko trwa, co zaklętą„Przez wolę została — w czynie!...“Mądre twe słowa, mój stary —A jednak, jednak w podzięce,Byś moje liczył.... zamiary,Codzień — za ucho cię kręcę!...
Co tu gadać, — ot bajdurzą,Że na pokój się zanosi: —Kwestya wschodnia grozi burzą,Choć pogodę Bismark głosi.Wschód, jak dach poszyty słomą,Jedną iskrą spłonie cały....To im panie sprawią wały!...— Lecz kto komu?— Niewiadomo!...
Bismark, ho ho!... kręta sztuka,W Friedrichsruhe nie próżnujeI nie darmo w palce puka;Jak pajączek siatkę snuje,Capnie znowu rzecz łakomą,„Szach — mat“, znagła wrzaśnie silnie;
Zagiął parol nieomylnie!— Lecz na kogo?— Niewiadomo!...
Gladstone niby robi fiascoA — hm!... figlarz to nielada,Tylko tak się skrył pod maską,Bo udawać mu wypada.Mądry stary, jak Salomo —Jeśli tylko się ustoiTo torysom kurtę skroi!...— A nuż padnie?— Niewiadomo!...
Austrya w biedzie.... wielkie rzeczy!Stara piosnka się nie zmienia,Steuerzuschlag ją wyleczyZ krytycznego przesilenia.Pieniądz — rzeczą jest znikomą!Spłaci — (projekt już gotowy) —Stare długi.... kredyt nowy.— Któż da grosze?— Niewiadomo!...
Francya stoi na wulkanie; —Ten Gambetta łepak tęgi,Niechno raz u steru stanie,Toż to panie wezmą cięgi!...Plan kampanii już rzekomoLeoś w biurku ma u siebie:Wezmą w skórę, jak Bóg w niebie!...— Kto od kogo?— Niewiadomo!...
Zresztą czekać, — tylko czekać!Stan dziś niezdecydowany —Zima zwykła wszystko zwlekać,Za to z wiosną przyjdą zmiany.Trzeba obejść się oskomąZanim przyszłość nas pokrzepi; —Poczekajcie, będzie lepiéj!...— Ale kiedy?!...— Niewiadomo!...
Za motylami biegałaCalutki dzień —Każda różyczka ją znała,Każda ją mile witałaWonią swych tchnień.
Drzewa szumiały radośniéj,Gdy weszła w gaj —Ptaszę nuciło żałośniéj,Echa wtórzyły mu głośniéj,Istny był raj!...
I wszędzie w koło dziewczynyTajemny gwar
Wznosiły kwiaty, krzewiny,Jakby jéj ustek malinyRzucały czar.
Aż raz zerwała malutkiWyroczni kwiat;— „Nie kocha!...“ rzekł liść stokrótkiI zasiał w sercu jéj smutki,Zachmurzył jéj świat....
Odtąd po gaju już rzadkoBiegała w dzień —Umknęło motyli stadko,A między kwiatów gromadkąSnuł się jéj cień.
Kiedy wśród smutnéj zadumySchylała skroń —Listki głuszyły swe szumy,A kwiatów tęczowe tłumyWstrzymały woń.
I milkły ptaszęta śpiewne,Gdy weszła w gaj,Wciąż powtarzając to rzewne:— „Nie kocha, och nie — zapewne...“Rozwiał się raj!
A patrząc na takie skutkiTéj wróżby złéj —Powiędły wszystkie stokrótki,Dzieląc królewny swéj smutkiI troskę jéj!....
Z księżycem znamy się chyba,Pół kopy lat z okładem,Znał się z mym ojcem, matką,Znał nawet z moim dziadem.
Z tych względów nasz stosunekJest wielce poufały, —Nazywam go: „jegomość“;On do mnie mówi: „mały“.
— „Jegomość taki blady“ —Mówię mu, — „wielka szkoda“,„Czy to tak z niewyspania,„Czy taka już uroda?“.
— „Mój mały“ — rzecze do mnie —„To widzisz z innéj racyi;„Patrząc na świat wasz w dole,„Pobladłem z irrytacyi“.
„Gdybym się nie odwracał„I wrażeń nie odmieniał,„Byłbym już miał żółtaczkę,„Lub dawno pozieleniał“.
Z księżycem znam się chybaPół kopy lat, a przecieTak źle jegomość nigdyNie mówił mi o świecie!
Coś jest, co mu tak humorPsuje i chmurzy lica,Lecz co?.. zkąd ja mam wiedziéć!...Spytajcie się księżyca.
Pustelniku, wśród gęstwinySpędzający smutne dnie,Zapatrzony w wód głębiny —Zimorodku, żal mi cięŻal mi ciebie, biedny ptaku,Zadumany stróżu fal,Ty skrzydlaty mój prostaku,Żal mi ciebie, żal!...Szuwarami wiatr kołysze —Tyś zasłuchał się w ich szmer,Ani piosnką przerwiesz ciszę,Ni do wyższych wzlecisz sfer.W twéj pustelni smutek gości,Tyś ascetą, ptaku mój,Na posłaniu sypiasz z ości,Czysty ciebie żywi zdrój.
Powiedz, czemu gwar radosnyLeśnych braci razi cię?...
— Bracia moi — dziećmi wiosny,Zima — urodziła mnie!...
Żegnajcie jaskółki!.. czas blizki rozstania,Daleko do celu, daleko —Już jesień was z letniéj gościny wygania,Więc lećcie pod Bożą opieką!...
Przed wami pustynie, i morza, i góry —Spoczynek nie rychło was czeka.
Żegnajcie jaskółki, pieszczochy natury,Skrzydlata ty dróżbo człowieka!
Tu zima wnet spadnie, i śniegi, i grudnie,I ciężkie się chmury przywloką —Tam niebo jaśniejsze, cieplejsze południeI słońce weselsze ma oko....
Tu jakby wpatrzone wciąż w ziemską niedolę,Pod rzęsą łzę miało rok cały,I chmurę zadumy posępnéj na czole —A uśmiech, jak z musu, niestały....
Wy lećcie swobodne! — nam strzecha rodzimaWystarcza za nieba lazury —U ognisk domowych nie straszy nas zima,Ni wicher z północy ponury.
I chociaż się niebo nad nami zachmurzy,Choć śniegi świat w koło zawieją —
My strzechy pilnujem od wichru i burzy —I krzepim się wiosny nadzieją.
Więc lećcie spokojne o gniazda tu wasze —Z powrotem będziemy wam radzi,Gdy, wiosnę przynosząc, spadniecie w poddasze —A teraz.... niech Pan Bóg prowadzi!
Z ruchów była wiewiórką, a z twarzy aniołkiem,Dołek miała na buzi, a pieprzyk nad dołkiem,Kiedy się uśmiechnęła ustami z szkarłatu —Jéj wdzięków przybywało, a pogody światu.
Gdy szczebiotać zaczęła byle jakie słówko,Wydawała się ptaszkiem z przechyloną główką —W oczach miała fijołki, co pachniały wiosną,Cała była jak z kwiatów, które w Maju rosną....
Bywało, gdy mi rączki zarzuci na szyję —Z ustek jéj pocałunków słodki nektar pijęI na piersiach mych zwisłą całém ciałem noszę,W pieszczotach nieustannych znajdując rozkosze.
Kochałem się na zabój w téj mojéj panience!...Boginką mi się zdała w błękitnéj sukience.
Mówiła mi: „ty“ krótko, zamiast „proszę pana“ —I z naiwną prostotą szła mi na kolana.
Mówiliśmy o rzeczach prozaicznych bardzo,Któremi wielcy ludzie pospolicie gardzą —Dla mnie jednak czar dziwny miała ta rozmowa,Gdy z jéj ustek najprostsze wychodziły słowa.
Byłbym słuchał i słuchał, gawędząc bez końca,W najdłuższe dnie od wschodu do zachodu słońca,I gdyby jéj sen czasem nie był przy mnie zmorzył,Byłbym z moją panienką do świtu gaworzył....
Z ruchów była wiewiórką, a z twarzy aniołkiem,Dołek miała na buzi, a pieprzyk nad dołkiem,Kochałem ją na zabój!... wiernie, jestem szczery —Miała latek... szesnaście?... ach, nie! — tylko cztery.
Za mur klasztorny słońce się chowało —Szumiały liściem starych lip koronyI Anioł Pański rozkołysał dzwony,I pieśń wieczorną echo niebu słało.
Rozkosznym słońca upojon nektarem,Dyszący wonią raju, wiosny, życia —Kwiat pośród liści zielonych powicia,Do snu kładł głowę rozmarzoną czarem.
Nad kwiatem mniszka stała pochylona,A ciężki smutek ćmił jéj blade lica....I rozmawiali: kwiat i zakonnica —On wonią wiosny, — łzą i smutkiem ona.
— „Czemu na jednéj Bóg nas stawia drodze?“ —Tęskne jéj myśli do kwiatu mówiły.
— „Tyś taki piękny i dla ludzi miły,„A ja tą drogą, jak umarła chodzę“...
— „Nie skarż się siostro, — szepnął kwiat — potrzeba„Bogu zostawić jego tajemnicę,„Mnie chciał miéć kwiatem, z ciebie zakonnicę,„Więc ja dla ziemi, ty — kwitniesz dla nieba!nieba!“
Na górze księżyc czuwa w obłoku,I srebrną siatkę plącze z promieni —W dole las ciemny we śnie zimowymO swéj rozwianéj marzy zieleni....
I o tém słońcu, co go w koronęZłotą, od wieków, co lato stroiI o tych burzach, co go obalićChciały od wieków; on, jak stał — stoi....
A drzewa smutne, jak senne duchySterczą, zaklęte niby przez czary —Jak przez sen czasem wzdychając głucho,Gdy wiatr w ich nagie trąci konary.
Smutno las marzy.... A w jego głębiNoc się przed jasnym księżycem kryje....Mgła, otulając drzewa skostniałe —Chyłkiem u stóp ich, jak wąż się wije....
A wtém z południa na senne drzewaWiatr powiał z lekka cieplejszą strugą —Zadrżał las cały przeczuciem wiosny —Zadrżał i znowu usnął.... Na długo?...
Teatr był pełny....Sztukę po raz pierwszy granoI sztuka padła strasznie — nie z autora winy....Bohaterem był aktor, z talentu jedyny,Lecz psuł, jakby z umysłu swą rolę. —Sykano....Kurtyna spadła wreszcie, a w téj saméj chwiliNa scenę blady, drżący wpadł autor spieniony —Dyszał gniewem, jak wulkan, a twarz miał Gorgony.Reżyser umknął, inni w kąty się pokryli.Straszny poeta z miną zjawił się zbójecką
Przed aktorem, co nędznym był mordercą dzieła;Po malowanych licach świeża łza płynęła....Wstrzymał go gestem:— Panie.... umarło mi dziecko.
Słuchajcie! — wiersze mówi z przejęciem głębokiémI zdaje się, że w słowo wlewa duszę całą —Na paradyzie młodych aż sto serc zadrżało,A drugie tyle w krzesłach, gdy rzuciła okiem— Ach skończyła!...Okrzyki rozbrzmiewają wszędzie,Drą się gardła i ręce puchną od klaskania —Patrzcie, jak się przymila, jak się wdzięcznie kłania —Publiczności?...— Nie, temu ot tam, w pierwszym rzędzie.Szczęśliwy!... wstaje dumny z licem uśmiechniętémI tryumfu wzrok rzuca po wzburzonéj fali —On jeden tu wybrany wśród tych, co klaskali....— Ba!... ona jest aktorką!, a on.... recenzentem.
Wędrowna trupa nową sztukę wystawiałaW szopie, co się świątynią Melpomeny stała;Małomiejska śmietanka już obsiadła ławy,A parter po złotówce zajął tłum ciekawy.Orkiestra z pięciu grajków dudliła siarczystąPolkę, w któréj się puzon kłócił z klarnecistą....Od godziny czekano na dzwonek suflera —Kurtyna nie szła w górę mimo głośne krzykiI tupania znudzonéj czekaniem publiki....
— „Pierwszy komik — mówiono — jeszcze się ubiera“...Za sceną, na podłodze, w ciasnéj garderobieLeżał mężczyzna.... kostium błazna miał na sobie,Łysa peruka zwisłą nakrywała głowę.Nos przyprawny i lica były karminowe.Nad nim klęczał z lancetem w drżacéj ręce lekarzI dyrektor stał blady z miną skłopotaną....
— Cóż?...— Finis, serce pękło.— A pił jeszcze rano!...Potém ku drzwiom się rzucił:— Franek, czegóż czekasz?Brać kostyum i na scenę, w sali pełno osób,Zastąpisz go.... spektaklu odkładać nie sposób..................W dziesięć minut zasłona pomknęła do góry,Klarnet ostatnie takty dudlił uwertury,Śmiech się rozległ na scenie, a oklaski w sali....
Aktorzy z tajemniczą grozą w kąt zerkali,Gdzie leżał pod firanką zimny trup ich brata....
Tak się tragedya życia z farsą sztuki splata.
W muślinach i atłasie, w złotym szychu cała,Jak brylantowy motyl po scenie fruwała,Fałszywe jéj klejnoty dodawały blasku —Śliczną była, jak anioł na świętym obrazku.A kiedy sztuczne słońce światłem ją oblało —Zdawała się być gwiazdą, albo lilją białą.I jako pani elfów z cudowném obliczem,Zapominała biedna, że w życiu jest.... niczém,Że wszechwładna królowa na scenie, w balecie —Jest tylko córką praczki ubogiéj na świecieI kiedy zrzuci z siebie strój kąpany w złocie —Musi wracać w łatanych bucikach po błocieI z ułudnych ją marzeń rychło głód ocuci,Gdy do zimnéj izdebki pod strychem powróci....
A kiedy zmruży oczy tańcem roziskrzone,Zły duch pokuszeń przed nią odchyla zasłonę
I zda się jéj, że świat jest teatralną salą,W któréj się same słońca, jak kinkiety palą —Pełno lóż dookoła, a jak sala długa,W każdéj hrabia lub gruby bankier na nią mrugaI wabi, jak Małgosię uśmiechem Mefista.....................Dziś uśnie jeszcze głodna, zmęczona i czysta.
Scena ten raz w wspaniałą salę się zmieniła —Pod marmurowych sklepień pyszne kolumnadyCisnął się tłum.... od stropu fala świateł biła,Tetrarcha galilejski siadał do biesiady....Skinął.... drużyna grajków w dzwonki uderzyłaI do tańca stanęła.... córa Herodyady.
Wśród widzów szmer się rozszedł —Kto miał oczu dwoje,Rzucił je tam na scenę, kędy tanecznicaW wyzywający uśmiech ustroiwszy lica,Zdała się mówić tłumom: „Patrzcie, oto stoję„Dumna swych świeżych wdzięków czarem i urodą„Na wasze pokuszenie, jak rozkosz wcielona!...„Piękną jestem, jak słońce, jak jutrzenka młoda,„Podziwiajcie te oczy, ten blask, te ramiona!“...
I tłum podziwiał wszystko w zmysłowym zachwycie,Z kielicha sztuki sącząc słodkie upojenie....W plastyczny kształt poezya tchnęła nowe życie,Tłum dyszał....Herodyada pląsała po scenie,Kostym ją zmieniał raczéj w jakąś Frynę grecką,Odkrywając posągu pół-nagość klasyczną —Szał tańca roznamiętniał ją: bachantkę-dzieckoI nadawał jéj czaru siłę demoniczną....
Przyparta do kulisy w najciemniejszym kątku,Stała kobieta blada z zaciętemi usty....Słuchając sztuki, drżała, jak liść, od początkuAż do ostatniéj sceny szału i rozpusty.Z pod łuków brwi ściągniętych wzrok padał, jak strzałaNa półnagą tancerkę w pląsach, a w tym wzrokuBoleść, smutek, wstyd jakiś, przygnębienie miałaI dziki często płomień przemknął w suchém oku.Jak blade widmo smutku stała tam ponura....Skończono wreszcie sztukę....Wśród zachwytów krzykuPowracała na scenę Herodyady córa,Za grę, taniec i kostium, wzywana bez liku.
Tłum, jak potwór łakomy, i nienasycony,Chciał ją pożréć oczyma, i oklaskiem wabił....Dyrektor nie dał więcéj podnosić zasłonyI tém resztkę zapału krzykaczy osłabił.W kulisie na uboczu przed kobietą bladąStała tryumfatorka z twarzą rozpalonąI pękiem kwiatów chłodząc rozpalone łono,Pytała: „Jest-żeś dumna swoją Herodyadą?...“Lecz tamta bólem matki rozpacznie załkała— „Po com ja cię dziewczyno na scenę oddała!...“
U wejścia za kulisy, po ciemnych podsieniachSnuł się wyrostek blady.... kaszkiet wypłowiałyNa bakier, kołnierz w górę, ręce miał w kieszeniach;Było chłodno.... kolana pod biedakiem drżały.
Skrzypnęły drzwi i wyszedł płaszczem otulonyMężczyzna bohaterskim Koryolanów krokiem....— Ah, to pan!... szepnął młodzik.Hamlet rzucił okiemI niecierpliwie wstrząsnął głową i ramiony.— Czego?... przecież dostałeś za wieczór dwa złote....Jeszcze mało?...— Aj panie, rubla daćby warto,Piekielną miałem dzisiaj przez pana robotę —Ot, bomble są na dłoniach, połę mi oddarto,Ale téż brawko było w każdéj scenie prawie!
— Nie dam więcéj!— Ej panie....— Dam.... po benefisie!I poszedł.... chłopak splunął, zmrużył oczy lisieI mruknął:— Tfu, i wartoż służyć dzisiaj sławie.
Mówi mama, ojciec, ciotka.W całym domu jedna plotkaŻem kapryśna — to i cóż?...Kapryśnica jestem sobie —Może z czasem się przerobię,Jestem, jakam jest — i już.
Czasem mi się na śmiech zbierze,To się śmieję głośno, szczerze,Psocę, broję, że aż strach!...Potém nagle coś się stanie,Śmiech się urwie, w nowéj zmianieMilczę, wzdycham, oczy w łzach.
Zkąd to wszystko, czyja wina,Żem tak dziwna jest dziewczyna —Ani o to pytać śmiem —Przyjdzie, pójdzie, znów powróci,Raz weseli, raz zasmuci,Ale czemu? — czy ja wiem!...
Czasem piosnka się przyczepi,Od słowika śpiewam lepiéj....Lepiéj — nie, lecz głośniéj — tak:Niechże tylko kto pochwaliOho, ani tonu dalej —Milknę, jak spłoszony ptak.
Wszytko chciałabym na opak,By się każdy kochał chłopakI w miłosny popadł szał —Tylko gdy niebaczny powie:„Kocham“, — klątwa jest w tém słowie,Cały urok jakby zwiał.
Błąka mi się myśl bezbożna:Gdyby można, co nie można —Tożbym miała radość w tém!Lecz gdyby znów wolno było,Pewnieby mnie nie kusiło —Tak i tak źle.... czy ja wiem?!...
Czasem to się tak zachmurzę,Jakbym w sobie niosła burzęNa calutki boży świat —Lecz za chwilkę w chmurném łonieNajjaśniejsze słonko płonie —Serce, jak na wiosnę kwiat....
I nuciłabym piosenkę,I pobiegła ręka w rękęZ kimś na kwietny dywan łąkSzukać szczęścia, bujać mile,Aby.... rzucić go za chwilęAch i wyrwać mu się z rąk.
Taki kaprys, żal się Boże —Ludziom życie zatruć może,Wszystko to jest, wszystko złem....Kiedy miłość raz uczujęTo się pewno ustatkuję. —Powiadają.... czy ja wiem!...
Zasnąłem kiedyś przy wilji....Było to dawno już, dawno,Świat mi się wówczas wydawałSzopką nadzwyczaj zabawną.
Nosiłem krótkie sukienki,Miałem zabawek bez likuI harcowałem na lasceDnie całe, jak na koniku.
Kochałem wszystkich zarówno,Jak to w tym wieku się zdarza,Niczegom nie bał się w świecie,Prócz rózgi i kominiarza....
Ach, odtąd w szkole żywota,Do rózg przywykłem powoli,
Brzydzę się tylko, jak dawniéjWszystkiém, co czerni i smoli.
Otóż zasnąłem przy wiljiZ głową opartą na ręceI śniło mi się, że stojęGdzieś w Betlejemskiéj stajence.
Wszystko, jak w szopce tu było,Wół, osioł, żłobek i sianko —Mały Jezusek pastuszkomCałować dawał kolanko....
Anioły, siedząc nad strzechą,Śliczne kolędy śpiewały,Pachniało wschodnie kadzidło,Multanki pastusze grały....
I trzéj królowie ze WschoduStali z darami u proguW tłumie prostaczków, małemuPragnąc pokłonić się Bogu.
W stajence pełno, jak w ulu,Rojno, i gwarno, i ludno,
Że aż do Bożéj dziecinyDocisnąć było się trudno.
Każdy jak z bratem się witał,Całował, ściskał za ręce,Jakby tu święto miłościObchodzić przyszedł w stajence.
Jedna rodzina pod strzechą,Jedna w gromadzie czeladka —W miłości cichéj a prostéj,Cudu leażłależała zagadka....
Chrystus dłoń drobną na głowęKładł wszystkim, śmiejąc się błogo —Nikt się nie deptał, nie trącał,Nie spychał łokciem i nogą.
Głosy, i serca, i duszeW jeden się akord zlewałyI nawet w zgodnéj harmoniiBydlątka przy żłobku ryczały....
Sny trwają krótko niestety!...I mój sen prysnął uroczy,
W mgłach się rozwiała stajenka,Inny świat stanął przed oczy.
Wszystko inaczéj, niż we śnie —Wznowić go — niéma sposobu.Tłum rwie się, ciśnie, szamoce —Nie do Chrystusa — do żłobu!...
Chóry aniołów umilkłyW niesfornéj ciżby chaosie,Co obie drogę toruje,Rżnąc pięścią po cudzym nosie.
Harmonii szukać daremno,Każdy chce krzyczéć donośniéj,Pod strzechą duszną i ciemną —Wół z osłem ryczą najgłośniéj.
Murowano dom nowy....Wysoko u dachu,Gdzie z przyszłą wiosną miały gnieździć się jaskółkiDwóch ludzi pracowało — a przy ścianie gmachuMiędzy niebem a ziemią, deska nakształt półkiDźwigała ich — i na tém rusztowaniu kruchémStali obaj, pracując, razem, w czoła pocie.Młody był silnym, zdrowym jak dąb, tęgim zuchemzuchem,Robił za trzech i gwizdał głośno przy robocie,Starszy milczał i w myślach smutnych zatopionyDumał....Ot, rano wrócił dziś z pogrzebu żony,A teraz znów przy pracy, choć los dotknął srogo,I na kęs chleba niéma zarabiać dla kogo....Ciężkie życie, gdy człeka i dzieci odbiegły,I żona i dom pusty na tym ludnym świecie —
Nie warte garści piasku, ni złamanéj cegły....Psi los! ale cóż robić!... żyć potrzeba przecie....
Młody gwizdał i kielnią śmigał tak wesoło,Jakby mu znój strugami nie spływał na czoło.Wtém.... deska zatrzeszczała pod nogami obu,Słoje spruchniałe pękły.... chwila, oka mgnienie,A obaj na dół spadną razem, w przepaść grobu,Co się pod nimi rozwarł!Śmierci cienieMignęły nieszczęśliwym obu przed oczyma.Deska na pół złamana dwóch już nie utrzyma —Ratuj Trójco Najświętsza!...Młodszy zrozpaczonyNagą ścianę pochwycił silnemi ramionyJakby szukał ratunku, zanim w przepaść zleci....Starszy spojrzał na niego, krzyż zrobił na czoleI skacząc z deski, szepnął:— Zostań!... ty masz dzieci!U góry zawisł człowiek — trup leżał na dole.
Wysokie czoło ukrył w kapturze,Skrzyżował ręce i bladyW gotyckiém oknie stanął na chórze —W oczach tęsknoty miał ślady.
Chłodne, jak grobu klasztorne mury,Pleśnią pokryte wiekowąCień mu rzucały na twarz ponury,Gdy z pochyloną stał głową.
I patrzał cichy, jak widmo senneW świat, co tak blisko za kratąStroił się w słońca blaski promienneW zieloność, kwiaty i lato....
W dole srebrzyste szemrały zdroje,A u strumyka na łące
Młodych podróżnych śmiało się dwoje,Zbierając fjołki kwitnące.
A szczęścia tyle było w ich śmiechu! —Ona, jak psotny aniołekFiglarnie piosnkę rzucała echu,Lubemu każdy fijołek.
Mnich patrzał długo w żywe widziadła,Myślą się wymknął za kraty,Głowa mu ciężéj na piersi spadła....I jemu rosły gdzieś kwiaty!...
I jemu niegdyś, dawno tak szczerzeSerce się śmiało do świata....Jęknął ponury dzwon na pacierze —W oknie zamknęła się krata.
Rozstawiono placówki, noc zapadła wcześnie,U ognisk odpoczywa cały obóz we śnie,A na czatach przy krzyżu u smukłych topoliStoi żołnierz i duma o wojackiéj doli.
Jutro słotny dzień wstanie, bo pod chmur zasłonąUtonął księżyc cały i gwiazdy nie płoną, —Jedna tylko żołnierza towarzyszka bladaCzasami się do niego z pod chmury wykrada.
Niekiedy wiatr zajęczy i bez echa skona,Suchy liść zaszeleści, broń szczęknie trącona,Lub z tajemniczém hasłem przemkną jakieś cienie —To ront czaty odwiedza.... Głucha noc, milczenie....
Pod krzyżem na placówce żołnierz tęskno marzy,Zapomniał, że mu czuwać kazano na straży,Wpatrzył się w dal, gdzie z okien czyjéjś chaty błyskaPośród nocy wesoły promień u ogniska.
Smutno mu.... Ach, on również tam w dalekiéj stronieMa chatę, w któréj także ciepły ogień płonie,A w chacie żonę młodą, co gdzieś u kominaPłacze sama, kołysząc do snu jego syna....
I narzeka, że wojna jest światu potrzebą,I o téj saméj porze patrzy może w nieboI u téj saméj gwiazdy pyta trwożne serce:Jaki mu los przeznaczył Pan Bóg na żołnierce.
Ej, ty gwiazdo zdradliwa, lepiéj cię nie badać,Jeżeli masz w odpowiedź z nieba w bezdeń spadać!...
Jutro zagrzmi zwycięztwem ta cisza złowroga,Kto ciebie smutna wieszczko strącił?...— Palec Boga.
Tam gondola fale muskaKsiężyc srebrzy po niéj ślady,W ciszy tylko wiosło pluska,Lub z pod ciemnéj kolumnadyJakiś szept się ozwie głośniéj,To namiętniéj, tu żałośniéjI zapada w noc, i tonie....
Echo niesie barkarolę —A w pałacu na balkonieDziewczę smutek ma na czoleA tęsknotę kryje w łonie —I w toń ciemną zapatrzonaZwiędłe kwiaty zrywa z łonaI po listku rzuca w fale....
Cicho, ani wiatr szeleśnie....Po błękitnym wód krysztale
Rozsypane echem pieśnieWpadły w głuche morza fale.Chyba dziś on nie przypłynieŻyczyć miłych snowsnów dziewczynie,Chyba darmo dziś go czeka?...
Już przed balkon dobrze znanaNie przybiegnie łódź zdalekaNajmilszego snów jéj pana....A tak szybko noc ucieka!...Za ostatnim kwiatem z łonaW toń łza spadła uroniona,Księżyc stoczył się na morze....
Słońca kinkietów u saméj powałyZłotawe blaski do okoła siały,Z zielonych krzewów wychyliwszy głowę,Zda się — pląsały gracye marmurowe,A dźwięki walca rozlewając czary,W wir porywały taneczników pary.
Złączeni z sobą w objęciu, po sali,Jak dwa tęczowe motyle fruwali —Lica ich ogniem rozkoszy pałały,Na ustach szeptem jakieś słowa drżały....I pierś do piersi zbliżona namiętnaDwojga serc jedne powtarzała tętna....
Widziałem potém, jak pod wpływem czaruSzeptali z sobą w głębi buduaru....On do ust cisnął jéj wachlarz, a onaSkubała listki z kamelii u łona,Potém z bukietu niechcący, nieśmiałoWyrwała drobną konwalijkę białą.
A potém, zwykły balowy podatek,Za wachlarz w zamian oddała mu kwiatek —Lecz kryjąc oczy, dziwnie pomięszanaOdpowiadała: „Nie rozumiem pana!“...I ząbków perły na koral ust kładła,Tamując słowa.... i drżała.... i bladła...
I niby w same obojętne słowaPlotła się cicho tych dwojga rozmowa.Lecz kiedy hasło znów do tańca dali,Frunęli razem z westchnieniem do sali;Ot, jedno więcéj marzenie na świecie —I konwalijka jedna mniéj w bukiecie!...
Wiecznie to samo!... kwiaty wybujałe,W snach i marzeniach, i konwalje białe,I te illuzye barwione tęczowoWiędną najczęściéj w jednę noc balową,A późniéj tylko ochłodzone skronieJakaś wspomnienia woń czasem owionie....
... Nie, matko, ty się nie ciesz tą syna zasługą!Ten krzyż na piersiach cięży, choć jest męztwa znakiem,Weź go, matko, weź — proszę... i schowaj na długo!Ja go nosić nie będę.Przed samym atakiemMarzyłem tylko o tém, by na krzyż zarobićI zyskać sobie sławę w bohaterskim czynie —I młodą pierś odznaką męztwa przyozdobić.Dziś — on mi się spuścizną zdaje po Kainie...
O matko moja, czemuż tak wąziutka miedzaDzieli szczęście od troski i czemu wyprzedzaRadość — łzy gorzkie nieraz, co bez naszéj winyGaszą nam często w życiu dzień szczęścia jedyny!Dziwnie się w pasmie życia wiążą nitki długie —Jasne i ciemne razem... a jedne i drugieZ ręki Boga się snują; toż snać, on wié o tém,Dlaczego czarną przędzę mięsza współ ze złotem!
Ot, widzisz, matko, ze mną to rzecz tak się miała:Było to w dniu ostatnim już naszego boju,Właśnie co grać zaczęły piorunami działa,Świt budząc, bo noc jakoś przeszła nam w spokoju,Lecz skoro blask jutrzenki rozlał się po łące —Huknęło paszcz armatnich ku wschodowi tysiąc,Jakby chciały odstraszyć nadchodzące słońce.Dym i mgła się szarpały... Można było przysiądz,Że nad ziemią, co ludzką krwią się oblewała,Piekielnych mar i duchów druga walka wrzała.Mieliśmy zdobyć szańce.Ja z moim plutonemStałem na samym flanku; mój kapitan staryKlął i spoglądał czegoś okiem zasmuconém,Jakby przeczuwał w duszy swoje przyszłe losy —A wpatrując się w szańców dalekich pas szary,Powtarzał nam raz po raz: „Trzymać się młokosy!“
Wreszcie trąbka zagrała, krótkie dając hasło,„Do ataku!“... „Marsz!“... „Hurra!“ tysiąc głosów wrzasło.I... matko, na to słów mych nie starczą okruchy,By te chwilę opisać straszną i złowrogą!
Ci, co na szańcach stali, tęgie zuchy,Bronili się zajadle.Już... już jedną nogąByliśmy na okopach, dla skończenia dziełaBrakło chwili, lecz w niéj się noga powinęła.Odparli nas... Idziemy po raz drugi wałem!
Krzyk, wrzask, jakby się piekło rwało na wierzch ziemi —A przecież, gdym się spinał na szańce z innemi,Zdało mi się, że własne swe serce słyszałem...Udało się tym razem.Zwycięztwem pijanyŻołnierz chciałby wytaczać krwi czerwonéj strugi!Wpadliśmy na okopy, jak wściekłe szatany —I zaczął się bój krwawy, rozpaczliwy, długi...Wtedy to syn twój matko, w wojennym zapaleZdobył sztandar, zwycięztwa przeważając szalę.Pamiętam, jakby wczora najdaléj to było...Dwóch nas tak oko w oko, pierś o pierś walczyło:On, chorąży... młodzieniec w moim wieku prawie,Z twarzą piękną, choć w oczach miał rozpacz i trwogę —O, téj twarzy, tych oczu we śnie, ni na jawie,Wpatrzonych we mnie strasznie zapomniéć nie mogę,Bo mi wszędzie, jak krwawe ogniki migocą!..
Chciałem mu sztandar jego odebrać przemocą.Nie puścił: wiedział dobrze co za klejnot trzyma;Aż kiedym mu bagnetem całą pierś otworzył,Rzucił mi jakby wyrzut smutnemi oczyma —Padł, lecz drzewca nie puścił, na nim się położyłI na nim skonał z jękiem... Serce krwią broczyło.
Musiałem sztandar z ręki trupa wyrwać siłą!
— „Zwycięztwo!...“ buchnął nagle okrzyk z naszéj strony.Nie widziałem nic, nigdzie; szałem upojonyPodniosłem moję zdobycz; w oczach było ciemno,
Więc pędziłem na oślep... Sztandar postrzępionyOd kul i w boju zdarty szeleścił nademną,Jakby ożył i w sępa zamienił się nagleI ogromne swe skrzydła roztoczył, jak żagle,Co się nad moją głową tłukły rozpaczliwie,By się wyrwać z niewoli...Dziś — ja się sam dziwię,Jakim cudem przez walki straszliwą kurzawę,Wśród trupów, kul i zgiełku, dostałem się całoDo wodza; ręce miałem poranione, krwawe,Lecz na czole mém dumne zwycięztwo jaśniało!Po dniu spieki, wieczorne rozlały się chłody.W małéj garstce — z plutonu, szliśmy do apelu,Brakło nam kapitana, jak i innych wielu,Ja — dostałem te szlify i krzyż dla nagrody.
Tak skończyła się wojna. — „Czas wracać do domu,„Hydra buntu zdławiona, — mówił wódz naczelny —„Pokój znów ustalony, chyba pokryjomu„Zechcą wichrzéć, to wtedy drugi taki dzielny,„Jak dzisiaj, szturm przypuścim i wytniem do nogi —„No, a teraz marsz chłopcy, do drogi, do drogi!...“
I zdarzyło się jakoś, że przez kraj ponuryWracaliśmy zwycięzko w pierwszych dniach jesieni;Zdawało się, że wszystkie pola, łąki, góry,Posmutniały i szatę zrzuciły z zieleni,I ogólnéj radości jakoś nie dzieliły,
Lecz przywdziały jesienny, wdowi strój żałoby...Po nocach z wiatrem smutne jakieś głosy wyły,Gór podnóża, jak wielkie wznosiły się groby!
Chociaż żołnierz, nie mogłem oprzéć się tęsknocie,Co mi się tu, pod serce ciągle podkradała —Bóg wie czemu!... dniem, nocą, po deszczu i słocieArmia nasza do domu zwolna powracała.Ja, z kompanią bocznemi wysłany drogami,Musiałem się gdzieś błąkać między wąwozami.
Raz pod noc, gdy nas wicher porządnie wysmagał,Stanęliśmy wśród wioski, każdy nieba błagał,Aby mógł jak najrychléj spocząć u ogniska.Wioska była rozległa, w dole po kamieniachPotok się rzucał, w górze ruiny zamczyskaSterczały, jakby upiór, skryty w nocy cieniach.
Dano mi gdzieś kwaterę pod lasem; „u wdowy“,Jak powiadali ludzie. Moja gospodyniPowitała mnie w domu pochyleniem głowy,Lecz smutno, zimno, ot, jak zwykle czyniTen, co musi brać gościa pod dach mimo woli...Czujesz, jak ta gościna oboje was boli.
W domku, zda się — nie było żywéj duszy prawieOprócz starej i wnuka; chłopiec ośmiolatek,
Gdym wchodził, smutny siedział u okna na ławieI patrzał w dal, a oczy miał niby bławatekI włoski kędzierzawe, a bujne i płowe,Jakby mu jaki anioł darował swą głowę.
Spojrzał na mnie, zpochmurniał i zsunął się z ławyNa ziemię, potém — zwykle jak dziecko, ciekawyŻołnierza, stał i patrzał tak sobie, pomrukując z cicha.Widziałem, że coś chłopca nęci i odpycha,Więc kiedyśmy zostali sam na sam w alkowie,Zbliżyłem się do malca i głaszczę po głowie,A on mi się z pod ręki wysunął, jak żmija,I mówi: „Nie, pan taki, co naszych zabija,„Ja pana niechcę!...“ przytém wzrok mi taki rzucił,Jakby starą nienawiść miał w piersi dziecięcéj,I z dumą jasną główkę odemnie odwrócił,Stanął w progu i nawet nie popatrzał więcéj.
Smutno mi było w duszy; to chłopię naiwneSwemi słowy zbudziło we mnie czucia dziwne...Zwiesiłem głowę jakby pod myśli ciężaremI tak na ławie długom siedział zadumany,Aż mnie z marzeń kukułka nad starym zegaremObudziła, kukając... wtém, słyszę z za ścianyGłos znany. Tak, poznałem... w przyległym alkierzuChłopak mówił modlitwę do snu...Po pacierzuTo słowa dodał ciszéj: „Dobry Panie w niebie!„Polecam téż wszechmocnéj twéj opiece Boskiéj
„Wszystkich, co pod chorągwią wyszli z naszéj wioski,„Prowadź ich i ochraniaj tych, co wierzą w Ciebie!“
Zadrżałem czegoś...„Amen!“ — szepnęli we dwoje.„Amen“, ja mimowoli wraz z nimi szepnąłem.Lecz jakichś strasznych przeczuć opadły mnie roje.I jakieś widma wspomnień stanęły tuż kołemPrzy mnie... wtém słyszę znowu, jak chłopak za ścianąPyta: „Babciu, czy jutro wyjdziemy znów rano —„Tak, jak codzień na drogę, czekać ojca w lesie?“— Pójdziemy, głos kobiety odrzekł mu z czułością.— „A czy ojciec tę piękną chorągiew przyniesie,„Co wtedy zabrał z sobą?...“— Przyniesie.— „Z pewnością?...“Matko!... grom byłby we mnie krwi nie spalił tyle,Jak to straszne, téj nocy zrobione odkrycie —Czy mógł mi boleśniejszą los zgotować chwilęZa to, żem jedno tylko w boju zabrał życie!Ach, odtąd myśl się ciągle szarpie niespokojna.Czém téż w obliczu Boga właściwie jest wojna?Kiedyś, gdy mego życia wszystkie winy zliczą,Dowiem się...Lecz tam w górach z żałobą sierocąPłacze matka i nie wie, że ów gość co nocąJak szalony z jéj chaty wybiegł tajemniczo,Ten żołnierz, co z kwatery uciekł, Bóg wie czemu,Był syna jéj zabójcą, i dziwi się jemu,
Że się tak nagle porwał, jak zbrodzień z pod ściany,I wybiegł, wyrzutami zlękłéj duszy gnany.A może w macierzyńskiéj domyślności zgadła,Kto pod jéj dachem gościł, krwią splamiony syna —I twarz jéj w łzach skąpana od troski pobladła,I nie mogąc przebaczyć swéj krzywdy — przeklina!...
Niechże Pan Bóg już sądzi, jak chce!.. ludzie skarzą,Krew za krew, tak... za córkę stracą matkę biedną,Tak trzeba... już jak ścięta szłam tutaj pod strażą...Zdejmą głowę, czy w lochy wrzucą — wszystko jedno.Stało się, co musiało. Gdyby mnie tak byłaMoja matka siekierą głowę rozwaliła,Kiedym do niéj wróciła pierwszy raz zhańbiona,I to dziecko, tę żmiję przyniosła u łona,Gdyby była zadała trutki mnie i jemu,Byłby odrazu koniec niedoli i złemu: —A tak wszystko musiało paść na ręce moje,Więc padło i dziś we krwi, ot — zbrodniarka stoję,I kończę życie nędzne, jakem je zaczęła.Kogo winić i kogo potępiać? — co mi tam!Nie pora rozumować po spełnieniu dzieła.
Kto był z nas najwinniejszy — Bóg wié, ja nie pytam;W grobie się pogodzimy.Biedna matka prochemDziś już w mogile swojéj; lepiéj, że umarła,Niżby miała zanosić się płaczem i szlochem;Resztę-by siwych włosów z głowy swéj wydarła,Jak wówczas, kiedy córki swéj hańbę spostrzegła....Jęknęła... pięść podniosła ku niebu i ległaJak pień podcięty toporem, jak kłoda...To i lepiéj.Ja byłam wówczas jeszcze młodaI głupia, a po głowie snuły się dziewczęcéjMrzonki.... twarz gładką miałam na mą biédę —Oj, ta gładka twarz dziewcząt zgubiła najwięcéjI czyste młode dusze wtrąciła w ohydę.Ha, no cóż?... przyszedł, szeptał, śpiewał, bałamucił,Przysięgał miłość wieczną, uwiódł i porzucił....Zawsze to samo, zawsze, kiedy djabeł stręczy,A serce dopomaga... na nitce pajęczéjZaprowadzi dziewczynę aż na brzeg otchłani.Kochałam, raz jedyny — Bogu przysięgać mogęI ta miłość mię właśnie zwiodła na złą drogę,I siebie, matkę, życie poświęciłam dla niéj,A za to wzięłam hańbę w zamian dla pokuty,
I łzy, sieroctwo, i wstyd, i wyrzuty,Które mi gryzły serce, jak robaki ciało:Upadłam, a los kopał, i lata to trwało!...Świat palcami wytykał, wyrzekli się swoi,On, jak inni... lecz co tam! przed Bogiem już stoi,Niech się Bogu wykręca i z winy tłómaczy —Magdalenie przebaczył Pan — jemu przebaczy.Zostałam sama z dzieckiem...Prawda, płacić chcieli,Dla dziecka nawet przyszłość zabezpieczyć mieli;Ale mi je kazali niby szczenię rzucić,I pójść sobie w świat saméj, gdzie oczy poniosą,Wyjechać z miasta, z kraju i nie wrócić,Jeżeli nie chcę chodzić i głodno, i boso...Wolałam to... ja matka, to psie prawo mojeByć przy dziecku, przy mojéj hańbie, czy też chlubie,Wszystko jedno, — ja matka, przy tém prawie stoję!...Próbowali przymusić — ulegli po próbie,I sami odstąpili; — rzuciłam im w oczyJałmużnę, tak — bom ja się sprzedawać nie chciała,Jak ta wyrodna!...O! serce krwią broczy....Upadłam — prawda, Boże, alem ja kochała!...Co tam, złe zawsze złem i czeka kary,Przyszła, przyszła, a lata ciągnęła się całe...
Zwiędło, wyschło, pożółkło moje liczko białe:Młoda jeszcze, a byłam podobna do mary,Co się po bożym świecie wśród ludzi kołaczeI ugina pod klątwą, a nawet nie płacze,Bo Bóg łzy zabrał dla większéj pokuty.Zacięłam usta, gryząc ten żywot zatruty,I jedną tylko myślą krzepiłam się jeszcze:Że ja to moje dziecko wyniańczę, wypieszczę.Wychucham i wychowam z duszą kryształową,I że w niém się oczyszczę, odrodzę na nowo.Więc strzegłam, pilnowałam jako oka w głowie...Oj, na dużo się zdało!Bóg dał krasę, zdrowie:Jak jabłuszko dziewczyna dojrzała, jak kwiatek,Świeża — mogła być chlubą najuczciwszych matek,Ale djabeł na zdobycz czyhał, bo to jego.Zatrute soki widać — są w owocach złego!Nie pomogły starania, trudy i opieka —Złe zawsze złem i kary zasłużonéj czeka.Wyrosła mi, jak drzewko, wysmukła i wiotka,Oczy czarne, jak tarki, usta, jak maliny,A łasić się umiała układnie, jak kotka,Choć serce było zimne, jak stal... u dziewczyny —To najgorsze.Płakałam, modliłam się Bogu,
Żeby mi ją odmienił, przy kościelnym proguKolanami wytłukłam dół... na nic się zdało!Czart musiał wziąć na końcu, co mu przypadało.Myślałam, że się znajdzie jaki człek uczciwy,Choćby z prostego stanu, zakocha, pokłoniI weźmie ją i będzie przy pracy szczęśliwy.Gdzie tam!... co który lepszy przybliży się do niéj,Ta z góry, lub przez ramię patrzy, fochy stroi! —Nieraz mówię: „Dziewczyno, co się tobie roi!„Gładką buzią nie zwabisz grafa, ani księcia. —„Dla mnie, to i rzemieślnik za dobry na zięcia!...“Ale ona przed lustrem mizdrzy się, bywało,I milczy zachmurzona, albo tak odpowie,Że mi dreszcz wstrząśnie całe zimne ciało,A rozpalone węgle uczuwam na głowie.Więc przekładam i proszę, i błagam, i łaję,Trzymam, jak na uwięzi, do księdza prowadzę —Nareszcie wstyd rzuciwszy, z siebie przykład daję —Nic i nic... już jak siostra, nie jak matka radzę,Nic nie pomogła moja prośba, ani rada:Na wszystko „mam swój rozum“ — hardo odpowiada;A mnie rozpacz porywa, bo widzę i czuje,Jak mi się z rąk wysuwa cała ma nadzieja:Ten mój klejnot, którego lat tyle pilnuję —
Zgubić trzeba!...A jeszcze to miasto, jak kniejaDla dziéwcząt; jak na sarny ciągnie się obława.Przyplątał się do niéj... chudy jak żyrafa,Jakiś hrabicz.... do domu podchodzi i stawa, —Wieczorami pod oknem widzę pana grafa;Serce mi drży, — wiem, czuję, na co się zanosi.Przejęłam bileciki, cukierki, bukiety..Myślę, niechajby sam wszedł, miotła go wyprosi —Ale lis sprytny, dobrze szczwany bybył niestety!Raz w gorączce zbolała i troską znękana,Ja matka, padłam przed nią, ot tak — na kolanaI błagam ją: „Dziewczyno miéj litość nad sobą,„Nie idź na oślep, nie leć w przepaść ciemną —„Dwadzieścia lat się wiłam pod moją żałobą,„Słuchaj — mówię — źle będzie i z tobą i ze mną!„Nie igraj z pokuszeniem, słuchaj!...“Żal się, Boże!Wzruszyła ramionami, jak zwykle.... ot żmija.Prędzéj ja cię do trumny, dziewczyno — ułożę!...I położyłam w końcu, bo rozpacz zabijaA we mnie cała dusza spłonęła téj nocy,Gdy....W piersiach mi zapiera, mówić nie mam mocy,Ale powiem, jak było — powiem, nie zataję.
Był czwartek — święto.... wyszła pokryjomu....Godzina, dwie, zmierzch zapadł, a jéj niéma w domu;Chodzę, wyglądam oknem, we drzwiach staję....Jakiś bies mnie opętał....Dobrze się ściemniło,Już noc... w ulicach zcichło... jéj jeszcze nie było.Zarzuciłam na głowę chustkę i stanęłam w sieni....Czekam... Może nic — myślę gdzieś ją zatrzymali —„Wróci... głupstwo!“ — lecz w głowie mam piekło płomienne.Wreszcie — słucham... turkot dał się szłyszéć w dali,A mnie czegoś po sercu przeszło, jakby kołem...Bliżéj... bliżéj wychylam głowę z kamienicy,Patrzę... włosy mi dęba stanęły nad czołem....Tam kareta stanęła na rogu ulicy,A z karety ktoś wypadł jak kraska spłoszona,I biegł ku bramie...Poznałam, to ona!Tchu mi brakło, krew młotem uderzyła w skronie,Chwilę tylko....Przy kłodzie u wejścia z podwórzaBłysnęło coś... siekiera! nie wiem czyja? stróża,Czy djabła, co ją matce szalonéj pokazał —Tego, który mi córkę pierwéj hańbą zmazał.
Biegła... woalkę odgiął wiatr przy kapeluszu,Weszła w bramę... spojrzałam, światło na nią padło...Zatrzymała się chwilę i rękę do uszuPodniosła... serce moje jéj hańbę odgadło:W uszach zaświécił brylant... za cześć jéj zapłata!...Pamiętam... kólczyk z ucha wydarłam jak wściekła: —Trysnęła krew....Ach czemuż wówczas nie uciekła,Czemuż dała się matce swéj zamienić w kata!„Nędznico!...“ głos mi w krtani uwiązł, tak mi spłacasz„Moję miłość i pracę! mów, mów — skąd powracasz?...„Stamtąd... gdzieś się sprzedała? w piekło idź zhańbioną!“Kto mi podał siekierę do rąk, kto ją rzuciłNa głowę mego dziecka — Bóg jeden wié pono,Ja omdlałam...Gdzie, kiedy i kto mnie ocucił —Nie wiem, ale do niego mam żal — nie do Boga....
Widziałem kiedyś zakutą w marmurzeMyśl, — ręką mistrza dziwnie wyrzeźbioną, —Więc na pociechę braciom ją powtórzę,Co łzawo patrzą w Polskę powalonąI szepcą nad nią lękliwe pytanie:Czy choć tak ciężko upadła — powstanie?...
O, pocóż pytać, gdy nam wierzyć trzeba,Kiedy zwątpienie śmierci niesie zaród?My siłę wiary wymódlmy u nieba,Że chociaż upadł, to nie umárł naród,I że go podniéść potrzeba nie wskrzesić,By mu na barki purpurę zawiesić....
Na poszczerbionéj broni, wśród wawrzynów,Co się z jéj sławy wieńca rozsypały,
Jako nagroda bohaterskich czynów,Które u nóg jéj naskładał świat cały, —Przykryta kiru ciężkiego zasłonąPadła niewiasta.... martwą? — nie, zemdloną!...Z pod kiru ręka zakuta w okowySterczy ku niebu. — Czy o pomstę woła,Czy resztką siły chce koronę z głowyZrzuconą, jeszcze zatrzymać u czoła?
O ty, coś w chwili upadku gotowaUmrzéć, lecz wielka, jak ludów królowa!Choć powalona, w kostniejące dłonieChwytasz koronę, by skonać w koronie —O, po téj dumie Chrystusa przed zbiremPoznaję ciebie Polsko — choć pod kirem!...
Obok niewiasty, jak dziecię przy matceUklękło chłopię małe, długowłose, —Istny aniołek, a w konfederatce —Krzyż ma na piersiach, ubogie a bose.Rękę przyłożył do niewiasty łona,Tam, gdzie pod kirem serce, resztka ducha,Życia iskierka tli, choć przytłumiona, —Głowę przechylił, jak ptaszę — i słucha....
Cyt, cyt! téj świętéj niech nie mąci ciszyNi płacz niewieści, ni zawiść zdradziecka —Tętno jéj serca chłopiec sam usłyszyI uchem dziecka, i przeczuciem dziecka,I serca matki sam zapyta o to,Czy zostać przy niéj, — czy iść w świat siérotą!...Lecz patrzcie! z chłopca rozjaśnionéj twarzyOdblask radości, łuna szczęścia bije,W oczach się dziwny jakiś zapał żarzy,Na ustach jeden tylko wyraz: żyje!Toż miecz szczerbaty drobną chwyta dłoniąI sztandar matki z orłem i pogonią!...Żyje! to słowo krwią trysło w kamieniuI z oczu chłopca płomieniami bucha;Żyje! — słyszycie! w słowa tego brzmieniuCzar, co w marmurze gotów zbudzić ducha. —O bracia moi, z tém chłopięciem małémU łona matki klęknijmy, jak dzieciSłuchać jéj serca; wiarą i zapałemNiech młode oko, jak jemu zaświeci!Niech z głębi piersi, z strumieniem miłości,Co w sercach dzielnéj jeszcze młodzi bije,Jako pobudka i hasło przyszłościZagrzmi nadziei pełen okrzyk: żyje!
Takim okrzykiem niech brat wita brata,Rozbudza lud nasz pod słomianą strzechą.Strapionym ojcom niech płynie pociechąOd młodzi polskiéj — po granice świata! —Z takim okrzykiem w przyszłość śmiało idźmy,W ufności, w myślach i czuciu jednacy,I jak to chłopię w zapale pochwyćmy....Czy znów za oręż? — nie, za młoty pracy!Wszak nam już miejsca nie stało na blizny; —Toż nie krwią dzisiaj, ani krwawym potemMamy okupić zbawienie ojczyzny....Miecz nawet pryska pod żelaznym młotem! —Więc młodzi bracia, na kowadle pracy,Z pieśnią na ustach, przy ogniu miłości,Ufnością, myślą, uczuciem jednacy,Wspólnie kuć trzeba.... klucze do przyszłości.A kiedy ciężki znój popłynie z czoła,I wszyscy staniem w pracowników rzędzie,Wówczas Bóg zeszle pociechy anioła,Co nam na „żyje“ powie: „i żyć będzie!“
W posły do Ciebie, — het w kraj daleki,Z za siódméj góry, z za siódméj rzekiPiosenkę biedną szlę —Smutna posłanka w te obce światyZ kurhanów zwiędłe zebrała kwiatyZ serc gorzką wzięła łzę.
Wybacz jéj Ojcze, że niewesoła,Że ma zadumę i żal u czoła,Taka uroda jéj....Ona ci tylko szeptem rozpaczyPowié, że dzisiaj wszystko inaczéjW biednéj ojczyźnie twéj.
Że się musiała dziś pokryjomuChyłkiem wymykać z Twojego domu,By jéj nie zdradził dźwięk.
Że zamiast uczuć gorących słowa,Jak niewolnica i jak niemowaMa tylko łzę i jęk.
Lecz za nią inny posłaniec, białyRozwinął skrzydła, piękny, wspaniały —Leci pozdrowić Cię....Słowiku lepszych czasów jedyny,W żałobie Anioł Twéj UkrainyZ nad głuchych stepów mknie.
I nad Twą głową, siwy BojanieZ błogosławieństwem cichém przystanieTwéj ziemi Anioł-Stróż,A Ty ostatni piewco, w podzięceDrogą spuściznę na jego ręce:Śpiewną swą lirę złóż!...
Za górami, za cudzemi,Płakał, tęsknił do swéj ziemi —A na lirę, na jedyną,Łzy tułacza rzewnie płyną...Niby nic mu już nie trzebaZa górami, za cudzemi —Tylko chciałby krzynkę niebaI wietrzyka z swojej ziemiNiby nic mu już nie trzeba...Ale sercu czegoś braknie,Ale dusza czegoś łaknie —Bo choć cudne cudze nieba,To tęsknoty nie ukojąZa tą ziemią polską, swoją!
Polakowi daj pół świata,Daj mu skarby, złota bryłę —To on jeszcze zakołataO piędź ziemi — na mogiłę! —Tużył, kwilił słowiczeńkoDo tych wikli nadwiślanych —I słał piosnkę za piosenkąDo ojczystych stron kochanych;Bo nie ciągle nam potrzebaIść za chlebem i dla chleba,I nie pełzać wciąż przy ziemiZe skrzydłami zwieszonemi...Więc piosenka gońcem leciI do bratnich serc przypada,I nam tutaj wśród zamieciGwiazdką błyśnie i zaświeci,Ptakiem zlata, kwiatem spadaI z tęsknoty się spowiada...
Kołatało serce złote, —Wtórowała lira w dłoni:— Do macierzy na pieszczotę —Ej, powlokę się ja do niéj!...Na te kwietne łąki, pola.
Pójdę rozwiać ból mój wszystek;Niechby chwilę... szczęsna dola! —Kalinowy niechby listekZerwać pośród mych ustroni;Choćby tylko okiem zmierzyćTę Ojczyznę, — paść i nie żyć...Ej, powlokę się ja do niéj! —
I porzucił włoskie słońce,A po latach, kędy ptakiemPieśń latała odeń w gońce —Wyglądanym wracał szlakiemZ lirą — w ręku kij tułaczy...A wytężał wzrok strudzony,Rychłoż, rychło raz obaczyPrzez mgłę łzawą swoje strony,Gdzie się dzielił polskiém sercem,Dzielił polskiém słowem; —Oj, tęsknoż mu za tą Polską,W Polsce za Krakowem...
Toż dziś na krakowskiéj ziemiWita macierz syna —
Ze słowami serdecznemiPrzybiegła drużyna:Piewco naszych pól i chat!Kiedyś wrócił w nasze strony —Więc Ci każdy sercem rad,Po staremu, i po BoguNa ojczystym wita progu:„Niechaj będzie pochwalony!“
By Cię przyjąć uroczyście,Z polskich dębów niesiem liście —Nieraz w nich Twa pieśń szemrzała,Polskich dziewic dłoń je rwała...Głosząć one wieść radosną,Jakie jeszcze dęby rosną, —Że nietylko nam na trumnęWznoszą swoje czoło dumne, —Lecz, że starczą ich ostatkiJeszcze i na tron dla Matki!...
Wiochny Twoje i kaliny,Z pod rodzinnéj drogiéj strzechySzlą ci róże i wawrzyny —Dla czci Twojéj i pociechy.
Póty Polski, póki jeszczeStara wiara, wielcy wieszcze —Wielka miłość w synach PiastaI nasz anioł stróż, — niewiasta!
Kiedyś przecie Bóg pozwoliSzczęsnéj znów zabłysnąć doli...Dawny zwyczaj wróci może, —I znów, jak przed laty wielu —Lirnik będzie na WaweluMiał gościnę... co daj Boże! —
Popłynęło dzwonów łkanie,Niby ludzkie łzy —Na ostatnie pożegnanieTłumy ludu szły....
Wiódł go naród do mogiły,Jakby wiódł na tron —Wszystkie serca rzewnie biły,Jak pogrzebu dzwon....
Nowy grobgrób, jak nową bliznęDał Bóg ziemi téj,Panie — łzy te na ojczyznę,Jako balsam zléj!...
Uśpionemu w cichym grobie,Stary mistrzu, pokłon tobie!Wieczna sława, cześć!...Braknie kwiatów świeżéj wiosnyW twego zgonu dzień żałosny,By ci wieńce nieść.
SnieżnoŚnieżno, pusto przed oczyma,W świecie zima, w duszach zima,Szron dokoła lśni;Macierz twoja, ziemia całaSmutna, głucha i skostniałaPod całunem śpi.
Nim skowrończe ją hejnałyBędą ze snu rozbudzały.Śnieżna zniknie pleśń.Zanim wiosna ją odsłoni, —Zamiast kwiatów z bratniéj dłoni,Posyłamy pieśń.
A gdy pękną lodów zwały,Gdy przeminie długotrwałyCzas zimowych prób,Kwieciem z twoich łąk barwionych,Liściem z twoich drzew zielonychZasypiemy grób!...
Otwórzcie serca, pieśń posełamposyłam w gości....Mrokami chmurne rozpogódźcie lice,Pogasłych blasków wczorajszych dziedzice —Witam was hasłem przyszłości!...
Nowy dzień nocy rozerwie okowy,W nowy dzień idźmy z podniesioném czołemPrzez ciemne zmierzchy, równo, zgodnie, społemJutra powitać świt nowy.
Do światła naprzód — sokoły, orlęta,Ku słońcu zwróćcie lot śmiały i chyży!...Chwila, co z słońcem po nocy was zbliżyBłogosławiona i święta.
Po światło naprzód, otrząśmy się z mroków!...Ze wszystkich więzów narodu — helotyNajsroższą zawsze niewola ciemnotyZesłana z piekła wyroków.
Do światła naprzód!... W blaskach nowéj zorzyPrędzej dłoń bratnia bratnie znajdzie dłonie,Zmartwiałe serca odżyją znów w łonie,Znowu się niebo otworzy....
Miłość niech w drogę młody hufiec wiedzie,Z czcią dla wszystkiego, co dla serca święte,Co w ludzkiéj duszy na wieki zaklęte —Z sztandarem prawdy na przedzie.
Prawda, jak światło, lecz miłość — jak ciepło,Słoneczny promień jedno z drugiém zlewa....Naprzód do światła, co świecąc, rozgrzewaWśród chłodu duszę zakrzepłą!...
Przed wami jutro w złotych blaskach staje —Idźcie ku niemu przez ojców zagony,Na okup niosąc własnéj pracy plony —Przyszłość nic darmo nie daje....
Miłość, i pracę, i trud, i wytrwaniePobłogosławi synom dłoń macierzy....Jutro do młodych należy szermierzy,Gdy ich na straży zastanie.
Jutro!... nadziejinadziei hasło i przyszłości;Wierzcie mu, wiarą krzepiąc własne siły;Słońce otworzy pradziadów mogiłyI wstanie mściciel ich kości....
Do światła, naprzód!... z pieśnią ptaki młode,Skrzydła do lotu szerszego rozwinąć —Nie wam orlętom bez gniazda zaginąć:Na słońce i na swobodę!...