Freski Krymskie — XI

Michał Koroway-Metelicki (1855–1891)

Do kraju, kędy słońce w swój miłosnyUścisk ujmuje niebo, morze, ziemię;Kędy natura ludzkie pieści plemię;Do kraju, kędy lasy górskiej sosnyTchną na dolinę wonią swą żywiczną;Kędy powietrze falą ustawicznąNiesie w dolinę woń ze strony drugiej,Zapachem świeżym morza nasyconą;Kędy dwie wonie wzajem siebie chłoną,Balsamicznemi płynąc potem strugi;Do kraju gęstych i rozkosznych sadów,Kraju granatów, kraju winogradów:

Dążą z nadzieją w suchotniczej piersiz twarzą śpieczoną w gorączki rumieńce,Spragnieni życia śmierci potepieńce,Dażą niestety! dażą już nie pierwsiAle nie każdy z potępionych rzeszyDo domu wróci, rodzinę pocieszy.W krainę zdrowia kto przybywa wcześnie,Ledwo uczuwszy straszliwą chorobę,Siły odzyszcze... lecz kto spóźnił dobę,Siebie i swoich zawiedzie boleśnie!Toż jest nad morzem cmentarne ustronie:Kupią się krzyże w zacieśnionem gronie,Stoją pomniki w marmurowej bieli,I — rozważając grobowców napisy —Melancholijne dumają cyprysy...Tam niemal w każdej głuchej, ziemskiej celiZłożone młodzi tajemnicze pączki,Nie rozwinięte w dojrzałości strączki —Śmiertelnym mrozem zwarzone kielichyKwiecia wonnego... Tutaj proch młodzianaSkarży się rzewnie... Tu w czas swego ranaDziewica zgasła śle jęk z grobu cichy.Młodzieńczej pełni tyle, tyle siłyWyroki straszne zaniosły w mogiły!Tyle rodzinnych pociech i nadziei,

Popędów pierwszych w sfery ideału,Tyle miłości, marzeń i zapałuZabrał ten cmentarz!... I w czasów koleiZabierze jeszcze... Śmierć ma swe kaprysyI nieraz woli młodociane rysy,Zabija tego, kto błaga o życie,Zaś kto już doznał, czem jest życia nędza,Tego omija i długo oszczędza,Zanim w grobowe położy ukrycie.Rzadki tam napis głosi stare lataPorwanych w strony nieznanego świata.I opłakują ojce, żony, siostrySwych drogich, zmarłych w pięknej tej krainie.Ale czas idzie, rozpacz ciężka minie,W smutek łagodny zmieni się ból ostry...Przejdzie i smutek... najbliżsi zapomną!...I tylko jakiś dech nieśmiertelnościWiać tutaj będzie powiewem żałości,I tylko morze piersią swą ogromną,Jako olbrzymie muzyckie narzędzie,Na srogość śmierci szemrać stale będzieI przez lat długich ciągnącą się erę,Nieraz z wieczności zlewając się echem,Westchnie na cmentarz potężnym oddechem...Nieraz zanuci smętne miserere...

I nieraz ryknie strasznych głosów gamą,Chcąc zmarłych zbudzić, śmierć przerazić samą,Na wiek ją przegnać z ziemi tej oblicza...Lecz raz tysiączny przekona się morze,Iż śmierci groźnej nigdy nie przemoże,Iż źle swe siły niezmierne oblicza...I zadrży wtedy na myśl onej chwili,Gdy się z gwiazdami w nicestwo rozpyli.