Dzień powszedni

Mieczysław Braun (1902–1941)

Na zawiasach poranku do wieczornej pory,Otwarty ścieżaj, stoisz, jak wrota obory,Z której woły robocze pędzą ludzie biedni...Witaj, pachnący pracą, świeży dniu powszedni!

Już słońce, nad wysokim sufitem ukryte,Przez szybę, dzwoniąc, ranną składa ci wizytę,I po nocnej niewiedzy płynnych marzeń sennychOddaje władzę dziejom spraw żywych i cennych.

Dzień wysokim pochodem w niebios czapie chmurnej,Zaprawiony w zawodach, rankiem wszczyna turniej;Jeszcze cichej melodji szumi przyśpiew długi,Jeszcze suną po niebie przewlekłe snu smugi,Gdy dźwigasz się z pościeli i w rozumnym buncieBose stopy na twardym dumnie stawiasz gruncie,Pobudką spieszysz myśli, rozkazem gonitwy,Przebudzony i czujny, już gotów do bitwy.

Rozpoczęte zapasy. Dzień szczękiem oręża —Gwarem świata uderza, jeszcze nie zwycięża,Lecz skrada się i zdarzeń pociskami celnieNapada cię i zranić próbuje śmiertelnie,

Na wątłe bary wtłacza tęgi wór ciężarów,Pod stopami otwiera nagle ciemny parów,I w przepaść próżną spycha, lub z uśmiechem dzieckaZnienacka cię urzeka siła dnia zdradziecka!Znów deszczem siepie w oczy, albo wiatrem parzy, — —Jak na morzu burzliwem garstkę marynarzy,Gdy czoła rozpalone powiew smutku chłodzi,Bezwylądnie przepędza w obciążonej łodzi, — —Tak myśl twą w krętych wirach tłumi huk i zamętI w szumie piennym cichnie wołanie i lament...

Już pod pełnią słoneczną wypukłe południePraży blaskami bitwę, prowadzoną żmudnie,Gdy kilofem górnika rąbiesz w odłam skalny,Który stygnie i spada — czas nieodwracalny,Albo nożem rozcinasz ciężkich godzin gęstwę, —Ach, ile sił potrzeba, żeby serce męstwemI dzień uśmiechem nalać, jak winem łez czystych,I w końcu zamknąć klamrą, niby rymem dystych,Pod wieczór dobrotliwy, kiedy serce wierzy!...O, ciche niebo w oczach! ostatnia wieczerzy!...

Przez bandaże obłoków, które zwilża rosa,Gwiazd gwoździami pokłute, krwią broczą niebiosa,Dzień w samo słońce ranny stacza się i spada,Zamroczona wygląda księżyca twarz blada,

Jak popiół drzew spalonych pod ognistą kulą...Do zmierzchów zapomnienia godziny się tulą...

Zatrzaśnięto drzwi w górze. Już bitwa skończona.Pokonany przemocą ogromny dzień kona,Garściami gwiazdy sieje na zemstę swej klęsce,Szczęśliwą groźbą jutra raduje zwycięzcę,Który, wzmocniony walką, niepokorne czołoStawia dniom, zaplątanym w nieustanne koło.