Na czarnej górze (Romanowski, 1913)
Na złomach skał, śród śniegów błyszczących od słońca,Wstrzymałem krok, gdzie wicher nagim szczytom śpiewa.W przepaściach noc; przedemną widnokrąg bez końcaBłękitnieje i w błękit sklepienia się zlewa.W prawo — w lewo — gór pasma, borów ciemne szmaty;U stóp moich obłoki, płynące z daleka,Stają i zdziwione patrzą na człowieka,Który się wdarł bez zaklęć w ich powietrzne światy.
Cicho — ten złoty obłok, co płynie jak fala,W białej Wiśle pił wodę, z Wisły niesie wieści.Zbliża się — od promieni słońca się zapala —Słychać szemranie... westchnął... nie, to wiatr szeleści...A obłok już daleko... płynie drugi, trzeci...Jasna dal z białych osłon oczom się odsłania,
Jak świat cudów mędrcowi w godzinie dumania.Kiedy w nim Bóg pochodnię natchnienia roznieci.
Lotna dziatwo błękitów! witaj mi na szczycie!Oczy i myśli puszczam za tobą w przegony —Lećmy! serce me czuje podwojone życie,Gdzie spojrzę — wszystko moje — mój ten świat zielony!Tam — poznaję — migoce Dniestr, jak srebrna wstęga...Kędyż chaty człowieka? gdzie sławne cmentarze?Zniknęły roztopione w zielonym obszarze:Ni chat, ni grobów sławy oko stąd nie sięga.
Och smutne to! przeczuwam: — i my w czasów daliRozpłyniem się tak samo w nic i w zapomnienie.Nikt nie wspomni, że żylim tu — żeśmy kochali —I wędrowiec stąd kiedyś rzuci tak spojrzenie,A nie dostrzegłszy okiem ni chat, ni cmentarzy,O tem, że wszystko niknie, posępnie zamarzy.