Ostatnie słowa (Romanowski, 1863)

Mieczysław Romanowski (1833–1863)

Czas ucieka,Wrony koń go czeka;On padł jej do nóg i płacze:„Już cię nigdy nie obaczę!“ —Dosiadł koniaW cwał przez błoniaPoleciał, a tam grały pobudkę trębacze.

A dziewczę zostałoPod zagrodą białą;Marzy:— On tak kocha! — Nie może go kochać....Marzy, nie wie czy śmiać się, czy szlochać —Smutek potem rozlał się w jej twarzy:Dusza czułaJego los przeczuła.

A on leci, twarz mu ogniem pała....Tam — grzmią działa.„W cwał na działa!“ padło od komendy.W cwał pomknęły wojowników rzędy;Huk od kopyt głuszy szczęk oręży,Spisy błyszczą jakby żądła węży,Kule lecą jak grad, ziemie ryją,I świszczą i wyją;Trąby grzmią ze wszech stron,A co strzał to komuś zgon.

Z kłębów dymu koniem się wytoczył,Spiął go, pierwszy między działa wskoczył,Szablę we krwi zbroczył.Gdzie był sztandar na wale zatknięty,Legł u wrogów mąż przy mężu ścięty.W tem twarz mu zbielała —„Wzięte działa!“

Tak walczono na ziemiA górą leciał anioł skrzydłami czarnemi.

I zesiedli wojownicy z koni,Obstąpili towarzysza broni;On leżał na ziemi.Konał; — usty spalonemiCicho wyszeptał imięImię, co z jego duszą wraz na gwiazdach drzémie.

„Szkoda go nam!“ rota zawołała.Wieczór nad nim mogiła już stała.

Dziewczę stałoPod zagrodą białą.Ten smutek skąd u jej czoła?— Zginął w boju! — Nie mogła go kochać —Marzy smutno i poczęła szlochać —Smutek, to cień od skrzydeł anioła,Cień litości — bo wie że jej imięZ jego duszą tam na gwiazdach drzémie.