Część pierwsza — XIV
Traducido del español por Edward Boyé
Przedziwny Hidalgo Don Kichot z Manczy
Ponieważ chcesz, okrutna, aby ludzka mowaW każdym świata zakątku jawnie to głosiła,Że nieużyte serce w piersiach twoich żywię,Niech do jęków podobne staną się me słowa,Niech mi furja użyczy swej wściekłości siła,Aby głos mój się zmącił i brzmiał przeraźliwie,Nim na mego cierpienia tak wydajnej niwie,Z męki i krwi posiewu bujne wzejdą plony,A głos, co twoje czyny podaje na jaśnię,Przejdzie w szloch, lub na ustach skona bezhałaśnie,Nim tedy u stóp twoich padnę umęczony,Nakłoń ucha i słuchaj, miast wdzięcznej piosenki,Tych skarg, bijących w niebo, jak piekielne jęki,Skarg dobytych z mej piersi, przybytku goryczyPrzez spazm bólu, wieszczący o mym płonym trudzie,I o krzywdach doznanych, których nikt nie zliczy.
Ryczenie lwów i dzikich wilków straszne wycie,Jadowity syk węża, co łuskę odmienia,Przeraźne głosy bestyj, monstrów i potworów,Wieszcze kruków krakanie na niebios błękicie,
Huraganów skowyty, wichrów zawodzenia,Lecące skroś wzburzonych nad ziemią przestworów,Gniew byka, ranionego szpadą matadorów,Owdowiałych gołębi tęskliwe gruchanie,Śmiech zwiastuna nieszczęścia, smutnego puszczyka,Jęk skargi, co tenary ciemne wskroś przenika,Gdzie orszak potępieńców wieczne ma mieszkanie.Wszystkie te ryki, wycia, skargi i lamentyNa dnie duszy się wiążą w jakiś hymn przeklęty,Który zmysły przeraża i krew w żyłach ścina.Niech męka ma okrutna światu się objawi,W nowych słowach, jak nowa boleści kraina.
Tych hymnów potępieńczych nie niosą w świat fale,Ni złote piaski Tagu; echem im nie wtórząW słynnym gaiku Betis oliwkowe drzewa.Na szczytach skał samotne rozbrzmiewają żale,Lub też w głębi abisów, gdzie słów moich burząMartwy język czeredy potępieńców śpiewa....W jarach, gdzie mrok na słońce ustawnie się gniewa,W pustyniach, niedeptanych nigdy stopą ludzi,Wśród jadowitych bestyj, które piją wodyZ bagnistych łożysk Nilu... Wśród martwej przyrody,Co się nigdy na słońca promień nie obudzi —Rozgłosi się ma boleść, niesiona przez echa,I tylko ta w cierpieniu będzie mi pociecha,Że niezwykłą okrutność twą na całym świeciePoznają... Niech przynajmniej to w zysku odniosę,Nim mnie śmierć niezbłagana z tego świata zmiecie!
Wzgarda duszę zabija, cierpliwość znachodziKres, gdy podejrzenie w duszę się zakrada,Z większą siłą, niż wzgarda, zazdrość nas uśmierca.Jakże ciężko dzień za dniem w tęsknocie przechodzi,Jakże resztka nadziei walczy na dnie sercaZ przeznaczeniem, któremu na imię zagłada.Pewna, nieunikniona jest tylko śmierć blada,
A przecież ja, o dziwo, jeszcze ciągle żywię,Poniechany, samotny, zrozpaczon, wzgardzony,Wiedząc, że przeciw śmierci nie znajdę obrony,Ze serce jeno wzgardą karmisz litościwie!Wśród tych wszystkich udręczeń wzrok mój ani razuNie ujrzał nigdy w mrokach nadziei obrazu,I już nawet, zrozpaczon, nie staram się o to,By ścigać te mamidła! Gdy u kresu stanę,Przysięgam, że nadzieję pożegnam z ochotą.
Czyliż nam wolno wierzyć i drżeć jednocześniePrzed nieszczęściem?... Wszak bardziej na miejscu jest trwogaNiż nadzieja!... Czyż mogę, gdy zazdrość straszliwaPrzed wzrokiem moim staje, zamknąć oczy we śnieBy nie patrzyć, choć każda duszy rana srogaNa ten widok się jątrzy, pali i rozrywa?Któż oczu nie otworzy, gdy nielitościwaFortuna gorzką zmianę mu przynosi w darze?Ach, wówczas jasna prawda kłamstwem się nazywa,Kłamstwo prawdą się staje, a szczęścia ogniwaTargają brzydkie złości, kłamstwa i potwarze.O zazdrości, tyranko w Amora krainie,Skuj te ręce łańcuchem! Niech mi wzgarda ninieminieMocny stryczek ukręci i rzuci na szyję!Lecz oto nawet pamięć zazdrości i wzgardyZatarł ból, wśród którego ustawicznie żyję.
Dzisiaj umieram, trwając w niepoprawnym błędzieI nie czekam, aż pierzchną fantazji mamidła,Aż uderzy mnie szczęścia radosna nowina.„Do celu dojdzie każdy, kto przed się iść będzie,Wolną stanie się dusza, której pęta skrzydłaAmor i pod swe jarzmo niezbłagane zgina“.— Mówię, że jej niepamięć jest to moja wina,Że nad duszą i ciałem sprawiedliwie rządziNieprzyjaciółka moja i tyranka sroga,
Że próżno o swe krzywdy winię tego boga,Który, władzę sprawując, nigdy nie pobłądzi.Żywiąc takie mniemania, wezmę stryk do ręki,By przyspieszyć kres bólu i doczesnej męki,Przez pasterkę sprawionej sercu nielitośnie.Zginę, nie myśląc o tem, czy na mojem grobieLaur lub palma pamięci kiedykolwiek wzrośnie.
Obłędne myśli twoje wiodą do zatratyWyrok twój jawny dla mnie: mam zejść w śmierci ciemnie,Udręczony tem życiem, co karmi goryczą,Spójrz, jak rany otwarte, jak krwi mej szkarłatyPłomienią się radością, co powstała we mnieNa myśl, że wkrótce śmierci stanę się zdobyczą.Jeżeli w tę wyroczną chwilę tajemnicząZasłużę, by twych oczu promieniste niebaPowlokły się mgłą żalu i smutkiem schmurzyły,Nie czyń tak! Obojętnie zejdę do mogiłyKłamliwej twej litości wcale mi nie trzeba!Przeciwnie, niech twój uśmiech jawnie światu głosi,Że się cieszysz, gdy dla cię ktoś dziś śmierć odnosi.Lecz prawda!... niepotrzebne daję napomnienia,Wszak całe szczęście twoje na tem się zasadza,By ujrzeć jaknajprędzej kres mego istnienia.
Czas już wielki! Niech z głębi piekła się wychynieTantal ze swoją siecią, niech Syzyf przybywa,Obarczony ciężarem olbrzymach kamieni,Tytus zjawi się z sępem, Egon w tej godzinieNiech dalej toczy koło, a Parka straszliwaNa chwilę w swej ustawnej pracy się nie leni.Niech wszyscy tchną mi w serce żar swoich płomieni,I głosem przyciszonym smutne nucą pienia:Hymn należny nieszczęsnym, którym nawet truchłaOdmówiono na ciało!... Niech ta pieśń ogłuchłaJękiem bije o piekieł posępne sklepienia!Groźny strażnik podziemi o potrójnej twarzy
W kręgu monstrów, wypełzłych z piekieł kurytarzyZaśpiewa pieśń boleści... Kochanek bez duszyO żaden pogrzebowy obrzęd nie poprosi,Żadnym bardziej od pieśni owej się nie wzruszy.
Nie trap się biedna pieśni, że sama na świecieZostajesz po mej śmierci, jak sieroce dziecię.Jeśli zaś z mem nieszczęściem jej szczęśliwość wzrośnie,Wiecznie smutek zachowaj, aby nawet w grobieJęk twej skargi i bólu rozbrzmiewał żałośnie.
Leżą tu prochy i kościKochanka-pasterza owiec.Drogą nieszczęsnej miłościZbłądził na śmierci manowiec.Umarł, odtrącon ze wzgardąPrzez miłą mu okrutnicę.Tak wszystko władzą swą twardąAmor przywodzi na nice!
Ya que quieres, cruel, que se publiquede lengua en lengua y de una en otra gentedel áspero vigor tuyo la fuerza,haré que el mimo infierno communiqueal triste pecho mio un son doliente,con que el uso comun de mi voz tuerza.Y al par de mi deseo, que se esfuerzaa decir mi dolor y tus hazanasde la espantable voz irá el acentoy en el mezcladas por mayor tormentopedazos de las miseras entranas.
„Pragniesz, okrutna, aby me usta głosiły,Co mi daje wycierpieć twa srogość bez miary,Aby ten jad wyzionąć, piekielnej poczwaryWzywam; niechaj mi doda wściekłości swej siły.Wymaga tego boleść, co serce rozdzieraI przywodzi ostatnie czynić wynurzenieZbyt długo zatajone wydać udręczenieTysiąc śmierci doznając, niech zaraz umiera.
Okrutna! chcesz, bym głosił wyrazem goryczyCierpienia, których źródło w twojej niewdzięcznościChcę wylać tę truciznę, chyba mi użyczyNa chwilę furja piekieł całej swej wściekłości.Dobrze... rozpacz i boleść, sił ostatek zbieraDo czczej pociechy żalów — a więc je ogłoszę.Jad długo ukrywany ciągle pierś rozdzieraJedna śmierć... a tysięca zgonów męki znoszę.