Laik klasztorny
Traducido por Ludwik Kondratowicz
Kędy Aragwa i Kura, dwie rzeki,Jakby dwie siostry, na gruzińskiej niwieŁączą się z sobą i płyną burzliwie,Był stary klasztor niedawnemi wieki.I dotąd jeszcze wędrownik postrzeżeJakieś zwaliska czerniejące zdala,
Cerkiewne ściany, i wysokie wieże,I szkielet bramy, co w gruz się obala.Lecz pod sklepieniem cerkiewnej zaciszyPieśni na jutrznię już nikt nie posłyszy,Już dym kadzidła wśród Pańskiej ofiaryNie bucha wonnym kłębem z trybularzy;Jeno pustelnik, dziad siwy i stary,W pustem zwalisku pozostał na straży.Starzec już dawno zapomnian od świata,Śmierć zapomniała wziąć go do mogiły;A ów z nagrobków staroświeckie pyłyI mech odwieczny otrząsa i zmiata.A na grobowcach przedstawia się okuPamięć i napis chwały o minionej:Że jakiś mocarz, któregoś tam roku,Znużon ciężarem swej pańskiej korony,Oddał ją Rusi...
A Bóg od tej chwiliBłogosławieństwa na Gruzińców spuszcza,W cieniu rozkosznych ogrodów odżyli,Nie straszna dla nich nieprzyjaciół tłuszcza,Bo żyją pewni, że ich zabezpieczyNiezłomna ściana przyjacielskich mieczy.
II.Tędy na Tyflis jednego coś razuJechał wódz ruski od gór Kaukazu,Z nim było dziecię zabrane w niewolę.W długiej podróży zasłabło pacholę.Chłopczyna mały i wątłej naturyLiczył sześć latek, gdy zapadł w niezdrowie.A był lękliwy, jako sarna z góry,Cienki i giętki, jak wodne sitowie.Lecz w piersiach dziecka w bolesnej chorobieDuch jego ojców rozwinął się pięknie:Nie budził skargą litości ku sobie,
Ani się skrzywi, nie płacze, nie jęknie;Przeczącym znakiem pokarmy odpycha,I kona hardo, dogorywa z cicha.Przez litość jeden z monasternych braciPrzyjął chorego do zakonnej celi,Leczył, doglądał, dni i noce traci;Powstało dziecko z śmiertelnej pościeli.Lecz w niem do zabaw chętka się nie budzi:Z początku stroni, ucieka od ludzi,Błąka się jeden, słowa nie przemówi,I na wysokie pagórki się wspina,Tęskni do kraju, gdzie jego rodzina;Potem do swojej niewoli przywyka,Uczy się dźwięków cudzego języka,Chrzci się, powolny zakonniczym radom,I tak się wgłębia w klasztorne zacisze,Że w kwiecie wieku, burz ziemskich nieświadom,Chciał już wykonać poświęcenie mnisze;Gdy jednej nocy w jesiennym tumanieZ murów klasztornych zniknął niespodzianie.Wokoło były pagórki i skały,Na górach puszcza ciągnęła się ciemna;Trzy dni, trzy noce mnichy go szukały,Ale ślad zginął i praca daremna.Nareszcie w stepie, na bezludnej głuszy,Znaleźli zbiega prawie już bez duszy.Znów pod sklepienie ciemnych kurytarzyWnieśli młodzieńca miłosierni ludzie.Trupią miał bladość na znędzniałej twarzy,A tak był słaby, jak po ciężkim trudzie,Jakby po głodzie lub długiej chorobie.Codzień pierś słabsza i twarz bardziej blada,Na zapytania nic nie odpowiada;Snadź mu już rychło zasklepić się w grobie.Wtedy mnich przyszedł nad boleści łożeSpełnić nad chorem tajemnice Boże.Chory wysłuchał modły i namowę,
A choć bezsilny, zaledwie oddycha,Podniósł z posłania swoją hardą głowęI słabym głosem tak mówił do mnicha:
III.Mojej spowiedzi, posłanniku Boży,Przyszedłeś słuchać — dobra twoja rada:Jakoś lżej sercu, kiedy się otworzy,Gdy przed kimkolwiek swą boleść wygada.Dziękuję... słuchaj... lecz żyjąc na świecie,Chodziłem z ludźmi drogą nieobłudną,Z życia nie wiele czego się dowiecie,A całej duszy wygadać za trudno.Ja krótko żyłem, w niewoli, w klasztorze,A takie życie to pożal się Boże!Dwa takie życia spokojne, za kratą,Dałbym za jedno życie pełne wrażeń.Nie miałem uczuć — oprócz sennych marzeń, —Jedną namiętność — lecz ognistą za to:Zawładła sercem — jej zabójcza siłaWgryzła się w piersi — i duszę spaliła.Ona, gdy w celi modlę się do Boga,W oczach i myślach stawi i promieniZamglone góry, kędy rzeź i trwoga,Gdzie ludzie wolni, jak orły w przestrzeni.Jam tę namiętność, co dziś w sercu noszę,Karmił tęsknotą i łzami gorzkiemi;Mówię to wobec i Niebios, i ziemi,I przebaczenia za mój grzech nie proszę.
IV.Starcze! słyszałem, żeś mi zbawił życie;Pocoś to czynił? — by trzymać w uwięzi?Liść z macierzystej oderwan gałęziDlaczego jeszcze do ziemi szczepicie?Co miało uschnąć, niech marnie usycha
Raczej, niż zwolna ma zawiędnąć w głuszy!Ocalić dziecię i skazać na mnicha,Czyż to nie znaczy zabić je na duszy?Nikogo tutaj nie mogłem, nikogoNazywać ojcem albo matką drogą,Sądziłeś, starcze, że wśród obcej stronyI niedostępnej celi pustelnikaCzłowiek od świętych wyrazów odwyka,Zapomni uczuć, z któremi zrodzony...Próżno! bom widział, jako drudzy mieliKrewnych, ojczyznę, domowy zakątek;Jam nie miał nawet — grobowych pamiątek.Z któremi serce bliżej się podzieli!Więc zaniechawszy płakać bezkorzystnie,Przysiągłem sobie w głębi mego łona,Że pierś samotna, tęskna, rozogniona,Do bratniej piersi kiedyś się przyciśnie...Choćby do piersi nieznanego człeka,Byleby rodem z daleka... z daleka,Gdzie moja ziemia, rodzice i bliźnie...Biada mi! biada! — urojenie znika,Umrę, jak żyłem na cudzej ojczyźnie,Jako sierota — w pętach niewolnika.
V.Myślisz, że może przez bo jaźń niegodnąLękam się trumny — ej, baśnie to, baśnie!Tam uroczyście, spokojnie i chłodno,Tam — ludzie mówią, że cierpienie zaśnie.Lecz moje serce... lecz krew moja młoda —Nie chcę umierać — bo mi życia szkoda!Wir młodych marzeń szalony, skrzydlaty,Któremi dusza tak żywo przejęta...Możeś ich nie znał? lub zapomniał z laty,Co jest nienawiść? co jest miłość święta?Możeś z wysokiej monasterskiej wieży
Zadrżał, patrzając na słońca oblicze,Na widok pola, kędy wietrzyk świeżyOrzeźwił twoje piersi zakonnicze?Widziałeś może w potrzaskanym murze,Jak młody gołąb, cudzy i nieznany,Z dalekiej strony zapędzon przez burze,Trzepiąc w skrzydełka tuli się do ściany?To cóż, że świata rozkoszne powabyDziś twego serca skrzepłego nie wzruszą?Ty dzisiaj siwy, zgrzybiały i słabyOdwykłeś pragnąć i pożądać duszą.To cóż, żeś martwy? — lecz żyłeś na świecie,Masz coś pamiętać, coś zapomnieć przecie...I ja żyć mogłem — a umieram w kwiecie.
VI.Ty chciałbyś wiedzieć me wrażenia młode,Gdym się nareszcie wyrwał na swobodę:Widziałem niwę szeroką, wesołą,Widziałem góry, a na górach drzewa,Co się zebrawszy w przyjacielskie koło,Szumią pieśń bratnią, kiedy wiatr powiewa.Widziałem czarną, chropowatą skałę,Co wrzący potok rozerwał na dwoje —Czy wierzysz, starcze, że marzenia mojeOdgadły smutki i myśli jej całe?Bóg mi objawił ich tajnię z wysoka,Całą ich żądzę i modlitwę biedną:Oto rozdarta na dwoje opokaZlaćby się chciała i zespolić w jedno.Tęskne kamienie na każdem urwiskuPodają sobie ręce do uścisku.Płyną dni, lata, — lecz z dwojga wybrzeży,Skała ze skałą nigdy się nie zbieży.Widziałem głazy i pieczary górne,Dymiące nakształt ofiarnych ołtarzy,
A pogarbione w kształty tak potworne,Jak myśl człowieka, kiedy się rozmarzy.A nad ich głową, w rozigranym bieguBiałe obłoki ciągną się uroczo,Z tajemniczego powstawszy noclegu,W długich się kłębach ku wschodowi toczą,Na sinem niebie jakby biała ściana,Jakby wędrownych ptasząt karawana.Dalej widziałem przez zasłony mglisteGór kaukaskich osiwiałe czoło.Tam wpajam oczy... i czuję zaiste,Że sercu jakoś lekko i wesoło!...Głos tajemniczy wciąż mi przypomina,Że to znajoma... znajoma kraina,Że ja tam żyłem w ominionej dobie.Jak senne widmo, jako mglista baśnia,Przeszłość się żywiej a żywiej wyjaśnia...I tak począłem przypominać sobie.
VII.I przypomniałem mego ojca chatę,Rodzinny auł, rozrzucony w jarze.Zdaje się, słyszę: wąwozy garbateZawrzały życiem w wieczornym rozgwarze;W wiosce gromada psów znajomych szczeka,Tabun powraca i tętni z daleka,A pasterz stado do pośpiechu nagli.Zdaje się, widzę naszej chaty wnijście.Kędy na dworze staruszkowie smagliW noc księżycową gwarzą uroczyście;Czytać odwagę na zgrzybiałem licu,Pochwy kindżałów błyszczą przy księżycu,Wszystko to, wszystko, jakby senne dziwy,Snuje się w mojej wyobraźni świeżej...I widzę ojca, bohater, jak żywy,Zbliża się do mnie w bojowej odzieży;
Błyszczy wspaniale jego strzelba długa,Brzęczy na piersiach druciana kolczuga,A harde oko iskrami się żarzy.Widzę drużynę, memu sercu blizką:Siostry ze słodkim uśmiechem na twarzyŚpiewają pieśni nad moją kołyską.A tam się kręcił i spadał z opokiStrumień gwałtowny, ale nie głęboki.Tam z piaskiem żółtym i czystym, jak złoto,Chodzę bywało bawić się w południe;Śledzę, jak czarne jaskółki przed słotąPonad strumykiem przelatują cudnie;Jak się ptaszyna nad wodą kołycha,Szybuje lotem — że aż piersi zmoczy...I znowu widzę, nasza chatka cicha,A w chacie ogień pali się uroczy.A przy ognisku o wieczornej chwiliSłyszę rozhowor i piosenki wieszcze:Co to bywało? jak to ludzie żyli?Kiedy świat stary dzielniejszy był jeszcze.
VIII.Ty chciałbyś wiedzieć, jako czas mój wiodę,Gdym się nareszcie wyrwał na swobodę:Ja trzy dni — żyłem... i trzech dni to dzieło,Żem poznał świata pięknego powaby;Bez nichby życie smutniej upłynęło,Niż twoja starość, samotniku słaby!Dawno już, dawno mój zamiar się tworzyWybiedz, obaczyć, czy piękny świat Boży?W czas grzmiącej burzy zręczność się nadarza:Kiedy noc czarna zdawała się piekłem,Gdyście leżeli w cerkwi u ołtarza,Modląc się trwożnie, ja wtedy uciekłem.Czułem, że żyję — na braterskie łonoChciałbym przytulić chmurę rozognioną;
Śledziłem drogi tajemniczej chmury,By złowić piorun, wyciągałem pięście...Powiedz mi, starcze: wasz klasztor ponuryCzemby mi takie wynagrodził szczęście,Gdy się zespoli przyjaznym łańcuchemSzalona burza z niespokojnym duchem?
IX.I biegłem... biegłem... lecz dokąd, sam nie wiem;Ani mi gwiazdka życzliwem żarzewiemDróg nie oświeca, nieba nie ozłoci.Byłem czemś lekkiem, wesołem, skrzydlatem,Gdy pierś, schorzała w klasztornej wilgoci,Mogła się poić leśnym aromatem.Biegłem... czy długo? i dokąd? nie zgadnę.Ustałem — bieg mój obezsilniał rychły.Słucham, — i w trawę wysoką się kładnę,Nikt mnie nie goni — grzmoty już ucichły;Tylko jutrzenka szeroko i długoBladą na wschodzie rozciąga się smugą,Tylko przy brzasku świeżego poranka,Z pomiędzy ziemi i nieba sklepiska,Jak czarne zęby, jak wzorzysta tkanka,Widnieją góry z daleka i z blizka.Ja w trawie leżę — a rozkosz jedynaSłuchać, jak szakal odzywa się dziki,Patrzeć, jak z zielska błyszcząca gadzina,Sycząc, przepełza pomiędzy kamyki.Patrzę i słucham — lecz strach mię nie bierze,Bo wiodę z niemi wspólne obyczaje:Sam jak gadzina, sam jak dzikie zwierzę,Obcy dla świata, ozołgam się i czaję.
X.Pode mną potok, wezbrany w ulewie,Szumiał, warkotał i bił się o skały,
Jakby sto głosów w nieprzyjaznym gniewieSłowa złorzeczeń i groźby miotały.Ja zrozumiałem te potoku świstyI jego walkę ze stosem kamieni, —Bój niedołężny, a jednak wieczysty,To srogo ryknie, to się w jęk zamieni;Choć się rozpryska i ginie w swej pianie,Tłuc i podmywać skały nie przestanie.A już we mglistej nad mą głową chmurzeChór rannych ptasząt szczebioce i śpiewa,Błysnęła jutrznia w złocie i purpurze,I wiatr w przemokłe zaszeleścił drzewa,Jam witał dzionek wśród wysokiej trawy,Podniosłem głowę, spojrzałem dokoła...I poco taić? — zadrżałem z obawy.Jam był nad brzegiem straszliwej czeluści,W niej czarne fale szumiały okropnie,Po skałach wejście; lecz któż się tam spuści?Jeden snadź szatan przechodził te stopnie,Gdy walczył z Bogiem, gdy go Boża siłaZ niebios w podziemne przepaści strąciła.
XI.Wkoło zapuszczam wzrok cichy, młodzieńczy:Kwitnie las, piękny jakby ogród Boży,Liście migocą kolorami tęczy,Którą na rosie blask słoneczny tworzy.Owdzie latorośl kędzierzawa winaPo blizkich drzewach wije się i wspina.Gałąź, w zielone ustrojona liścieI winogronem soczystem bogata,Ku samej ziemi zwisa uroczyścieI nęci ptastwo, co na żer przylata.Czułem, że w raju, że w Niebiosach jestem;Padłem na ziemię — słuch natężam całyKu drzewom, krzakom, co z cichym szelestem
Coś tajemniczo szeptać się zdawały,Jak gdyby gwarząc wyrazy dziwnemiO tajemnicach Niebiosów i ziemi.Wszystko się Panu na modlitwę sili,Gdzie jeno oko, gdzie ucho otworzę.Tylko, niestety! w uroczystej chwiliGłosu człowieka nie stawało w chorze.Com jeno marzył, co czułem w tej dobie.Zbiegło z pamięci, jak woda ze strugi;A chciałbym wszystko wypowiedzieć tobie,Aby choć myślą odżyć po raz drugi.Niebiosa były tak czyste dokoła,Że mógłbyś na nich śledzić lot anioła.Któż tę pogodę lazuru określi?Ten blask, po ziemi roztoczony cudnie?Pasłem urokiem i oczy, i myśli,Aż nim nadeszło gorące południe.Wtedy, strącony z mych dumań obłoku,Czując pragnienie, biegłem do potoku.
XII.Ze stromej góry, jako dziecię małe,Czepiać się krzaków, choć praca mozolna,Albo stąpając ze skały na skałę,Począłem w przepaść zapuszczać się zwolna.I czułem więcej rozkoszy, niż trwogi,Kiedy mi kamień wymknie się z pod nogi,I ryje ziemię, i kurzawę nieci,I warczy, skacze, nim się na dół spuści;Patrzę ciekawie, kiedy już doleci,Buchnie z łoskotem do wodnej czeluści.I ja swawolnie wisiałem nad wodą.Gdy giętkich krzewów czepiała się ręka:Tęcz męstwo grzało moją duszę młodą,A młoda dusza śmierci się nie lęka.Ledwiem się spuścił po urwistej ścianie,
Świeżość wód górnych orzeźwia mię żywo,Wiatr chłodny wionął na moje spotkanie,I piłem wodę piersią pożądliwą.Wtem głos... i szelest — w pustej rozpadlinie...Ja w mgnieniu oka skryłem się w gęstwinie.Dreszcz mię przebiegnął od stóp aż do głowy,Podniosłem w górę bojaźliwe oczy,I słucham pilno — to głos ludzkiej mowy...Zbliża się... zbliża... dźwięczny i uroczy.To głos Gruzinki, żywy, nieuczony,Co jeno w słodkie rozlewa się tony,Co jakby insze nieznane mu dźwięki,Oprócz wyrazów miłości, przyjaźni.Był to głos prostej gruzińskiej piosenki, —Lecz tak się wpoił do mej wyobraźni,Że go aż dotąd, gdy szara godzina,Duch niewidomy wciąż mi przypomina.
XIII.Z konwią na głowie, po wązkiej drożynieGruzinka z góry szła nad brzeg potoku;Zbiegając na dół, gdy się krok powinie,Pustą wesołość czytałem w jej oku.Sute wyloty swej biednej czamaryW tył odrzuciwszy, szła lekko i śmiało.Jej twarz, jej piersi barwą ogorzałąPowlokły słońca upalnego skwary,A ogień życia promieni się w twarzy,Z jej ust oddycha, na oczach się żarzy;A w czarnych oczach taka głąb i siła,Tak wznieca miłość gorącą, tajemną,Że moje dumki dziecinne spłoszyła.Jam zadrżał, zdrętwiał — i co było ze mną,Nie wiem... nie pomnę... tylko słuch pamięta,Jak brzękła woda konwią zaczerpnięta,I szelest kroków... Gdym ochłonął z szału,
Gdy krew ostygła, co mi serce pali,Już jej nie było... widziałem z oddali,Jak wraca w góry lekko, choć pomału,I choć pod konwią schylona jej głowa,Wzniosła jak topól, tych lasów królowa.Widzę za mgłami dwie chatnie mieściny,Jakby przyrosłe do skalistej bryły,Jednym się dachem bratersko pokryły;Z pod płaskiej strzechy dym sączy się siny,I w jednej chacie ponad skałą krętąDrzwi się otwarły... znowu je zamknięto...Lecz czego tęsknię i o czem ja roję,Przed tobą, starcze, i mówić daremno;Ty nie zrozumiesz... O, wspomnienia moje!Niech one raczej umierają ze mną!
XIV.Po nocnych trudach sen zamknął mi oczy,I Bóg mi cudne marzenia przysyła:Widziałem obraz Gruzinki uroczy;Znowu pierś moja słodko zatęskniła.Chciałem westchnieniem zwalić kamień z siebie,Alem się ocknął, wytężając płuca.Noc była jasna, a gwiazdy na niebie,Księżyc już dzienne łożysko porzuca;Za nim widziałem chmurkę tajemniczą,Pędzi się, skrada... jakby za zdobyczą.Ciemność i cisza władały na ziemi,Tylko śnieg błyszczał, co na górach leży,I tylko potok takty mierzonemiUderzał silnie o skałę wybrzeży;Tylko w znajomej chacie ogień pała,Iskrzy się... bucha... gaśnie przytajony...Chciałbym wejść do niej — lecz dusza nieśmiała,Mój cel — uciekać na rodzinne strony.Cierpienia głodu przemagam, jak mogę,
I biegnę prosto, gdzie noga poniesie;Ale, po górach miarkując mą drogę,Gdym stracił góry, zabłądziłem w lesie.
XV.Napróżno moja ręka rozpaczliwaRwie krzaki cierniów i splątanych bluszczy —Nic się nie przedrze, nic się nie odkrywa,Oprócz głębokiej, wiekuistej puszczy.Za każdym krokiem ścieżka mi się węzi;Ze strachu nogi chwieją się pode mną,Milionem oczu z za każdej gałęziPogląda na mnie nieprzedarte ciemno.Chcę zbadać drogę, czepiam się na drzewa,Patrzę daleko... aż do krańców świata:Za mną, przede mną, na prawo, na lewo,Leśnych wierzchołków powierzchnia zębata.Więc krzycząc wściekle, zrozpaczonem czołemPadłem na ziemię i gryźć ją począłem.Lecz z moich oczu — nawet łzy się leją,Spadają bujną i gorącą rosą.Możem się krzepił tajemną nadzieją,Że ludzie przyjdą, pomoc mi przyniosą?O! nie... nie, starcze... ja nie chciałem ludzi,Ja, obcy dla nich, jak stepowe zwierzę...A gdybym wiedział, że to litość wzbudzi,Anibym jęknął, — przysięgam ci szczerze;A gdybym jęknął, to w tej samej dobiePieszczony język wyrwałbym sam sobie.
XVI.Kiedym był dzieckiem, to mnie nic nie wzruszy, —Wszak nie pamiętasz mych łez ni rozpaczy;A teraz mogłem pofolgować duszy:Płakałem rzewnie, bo któż mię obaczy?Las ciemny świadkiem moim był jedynie,
I jasny księżyc, co po niebie płynie.Przede mną była polanka wśród dziczy,Drzew niebotycznych ogrodzona ścianą;Nieco oświecił księżyc tajemniczyJej ziemię, piaskiem i mchem zasypaną.Cień po niej mignął... z daleka coś błyska,Jakby dwie iskry, jakby dwa ogniska:Straszny rosomak wyskoczył z gęstwini,Tarza się w piasku... niegłodzien już pono,Bo wesół mruczy i zabawkę czyni,Trzymając w paszczy kość niedogryzioną;To włos najeży, to znowu podskoczy,To wlepia w księżyc swoje krwawe oczy.Ja, kij sękaty ująwszy jak włócznię,Czekam, by mężnem postawić się czołem;Krew moich przodków zadrgała widocznie...Gorącej bitwy i krwi zapragnąłem!Choć życie moje niedołężnie płynie,Lecz się pasując ze zwierzęciem dzikiem,Poczułem, starcze, żem w ojców krainieMógł nieostatnim zostać bojownikiem.
XVII.Czekam... rosomak zawietrzył po niwie,I odkrył wroga, i zawył płaczliwie,I ryje piasek gniewnemi pazury,I krwawem okiem iskrzy nieprzytomnie;Przyległ do ziemi, podniósł się do góry,I znowu przyległ, i poskoczył do mnie.I jużbym zginął, lecz przytomność skoraUprzedza wroga: żwawe ręce moje,Mój kij sękaty, jak ostrze topora,Łeb napastniczy roztrzaskał na dwoje...Jęknął jak człowiek... i padł — lecz za chwilę,Choć zakrwawiony i z rozbitą głową,Zwierz powstał, skoczył, i wzniósł się na sile,I bój śmiertelny zakipiał na nowo.
Padł mi na piersi, ale mu do pyskaWpycham mój oszczep i przebijam gardło.Rzucił się, zawył... i nigdy w uściskuDwóch się przyjaciół tak szczerze nie zwarło,Jakeśmy z wrogiem, obadwaj, zajadli,Walcząc w ciemności, na ziemię upadli,Ja straszny byłem w morderczym zapasie,Jakby rosomak dziki i zawzięty,Gryzłem, piszczałem, jakby wilczę zda się,Wyhodowane z wilczemi szczenięty.I głos zwierzęcy na puszczy jałowejWstąpił w me piersi — tak straszliwie wrzeszczę,Zda się, że ludzkiej nie umiałem mowy,Żem jej nie słyszał od kolebki jeszcze.Lecz wróg mój słabnie, choć rzuca się do mnie...Oddycha wolniej... walczy nieprzytomnie...Zdławił mię jeszcze... przytoczył ogromemI raz się zachwiał i na nowo ożył...Groźnie zabłysnął okiem nieruchomem...Potem je zamknął i już nie otworzył...Lecz chrobrze walczył i mężnie umiera,Jako przystało na zgon bohatera.
XIX.Czy widzisz ślady? patrz na piersi mojej!Ta rana świadczy o zwierzęcej sile:Szarpnięcie krwawe — ale to w mogile,W surowej ziemi, łacno się zagoi.Śmierć ranę sklepi, jak lekarz, jak matka, —O niej pamiętać nie było mi czasu;Ja wątłej siły dobywszy ostatka,Wlokłem się w gęstwie niedostępne lasu.Daremnie z dolą walczyłem, daremnie!Zła moja dola urąga się ze mnie.
XX.Wyszedłem z lasu — już dzionek zabłyska,Gwiazdy pogasły, wiatr jęknął po ziemi,
Góralskie chaty i noclegowiskaJuż wybuchnęły dymy porannemi.Puszcza szumiała swój rozhowor stary.Usiadłem słuchać — i ścieliły jej gwary.Ciekawem okiem spojrzałem dokoła...Strona znajoma, czy mi się wydaje?Tutaj monaster... nie pojmuję zgoła,Jakim sposobem wróciłem w te kraje?Jakbym chciał uledz przed mej doli władzą,Wrócić, gdzie znowu w ciemnicy osadzą.Tylem dni sterał w pustyni i borze,Tylem przecierpiał, przemarzył radośnie!Poco to wszystko? aby w życia wiośnieWrócić w niewolę, gdzie głowę położę?Pierś rozognioną złożyć w grób ponury,Kiedy ku światu ledwie oczy wznoszę,Kiedy na łonie swobodnej naturyZdołałem poznać swobody rozkosze?Czyż to na zawsze nadzieja mi zginieI moja tęskna dumka po rodzinie...Jeszczem nie wierzył, roiłem z pociechą,Że to nieprawda, że to sen mnie straszy,Że się obudzę, — gdy spiżowe echo,Jak grom, z dzwonnicy ozwało się waszej.Obrazy śmierci już mi w oczach stoją,Ten dzwon już nieraz był torturą moją,Ten dźwięk bywało, moje szczęście płoszy:Oczy dziecinne gdy do snu zasklepię,Marzę o braciach i w błogiej rozkoszyHasam w swobodnym macierzystym stepie,Lub widzę piękne wśród skał bojowiska,Gdziem ja zwycięzcą, gdzie mój miecz połyskaNad wszystkie miecze... Do innego świataTen dzwon mię strącał, — i teraz w pomroceZda się z mej piersi to echo wylata,Zda się żelazem ktoś mi w piersi grzmoce,
I jasno prawda stanęła złowroga,Że do rodziny — zamknięta już droga!
XXI.Tak! jam zasłużył na cios, co mię boli:Bo weź rumaka ze stepu, z daleka,Zdaj go na ręce cudzego człowieka,A zwierz potarga trenzle swej niewoli,I zrzuci jeźdźca, otrząśnie się z siodła,Puści się cwałem przez błonia, zagony,I nie pytając, gdzie droga powiodła,Trafi do swoich — na swój step rodzony.Ja, niedołężny, cóż ja przed nim znaczę?W mem sercu żądze i tęskne rozpacze,Ogień bezsilny, zapał chorowity,Igraszka marzeń i upadek duszy,Stempel niewoli, na czole wybity,Co myśli chrobre smutnemi zagłuszy.Jak kwiat, co w murach, od światła z daleka,Między kamieńmi i cegły wyrośnie,Nie puszcza liści, poblednie żałośnie,I ciągle słońca, jak zbawienia, czeka;Tymczasem długie, długie dni ubiegły,A kwiatek więdnął od ciemna i chłodu,Nim ktoś go wyjął z rumowiska cegłyI między róże zaniósł do ogrodu;Zewsząd go życie owionęło nowe,Ale na słońca południowym skwarzeWkrótce opuścił i liście, i głowę, —Spalił się kwiatek, chowany w pieczarze...
XXII.I ja... gdym wybiegł za klasztorne wrota,I mnie spaliła słoneczna spiekota.Napróżno czoło tuliłem do trawy,By mnie przytulić chciała miłosiernie,
Bo trawa zwiędła — liść szorstki, chropawyWpijał mi w głowę swe kolce i ciernie.Nawet od ziemi, gdy do niej przypadnę,Czuję gorąco i płomienie zdradne.Skała wyziewy zabój czerni bucha,Świat snem rozpaczy zasnął nieudolny;Choćby dla ulgi, dla pociechy ducha,Ozwał się chróściei albo konik polny,Choć gdyby rybka plusnęła w zatoce!O, gdzie tam! straszno pośród skał urwiska,Po suchym łomie żmija się szamoce,Żółtemi pręgi zdradziecko połyska,Jak gdyby na nich był napis złowrogi;Pełznie ukradkiem i straszy sykaniem,I żółty piasek rozsypując z drogi,Wije się w skręty, przewala się na nim.Pieści się, igra... ale jednym razem,Gdym ją chciał witać mową przyjacielską,Jakby dotknięta gorącem żelazem,Rzuca się ukryć w niedostępne zielsko.
XXIII.Jasny i cichy był widnokrąg cały:Z za mgły... daleko... dwie góry czerniały.Jedna z nich dobrze znajoma mi góra:Na niej nasz klasztor z basztami i wieże,U dołu rzeki Aragwa i Kura,Srebrzystem pasmem obwiwszy wybrzeżeI na swych wyspach podmywając krzaki,Biegły wesołe ku mecie jednakiej.Daleko od nich — powstać niemasz mocy!Wszystko się kręci przed memi oczyma.Chciałem zakrzyczeć, zawołać pomocy,Lecz w piersiach zaschło, i głosu już niema,Język oniemiał, głowa mi opadła,Czułem przedśmiertnej gorączki widziadła.
Zdaje się, leżę próżen opiekiNa dnie wilgotnem głębokiej rzeki,A mgła tajemna krąży w oddali,Me piersi wieczne pragnienie pali,A jak lód zimna i czysta wodaLeje się z piersi, szeleści, syczy.Nie chciałem zasnąć, bo była szkodaTakiej rozkoszy, takiej słodyczy.A nad mem czołem wśród błogiej ciszyFala po fali wciąż się kołyszy;Przez kryształ wody, przez fali drganieWidziałem słońca lube świtanie.Z jego promieńmi rybkom zabawa,W świetle igraszkę mają przyjemną;A jedna rybka, nad inne żwawa,Jakże uprzejmie pieści się ze mną!Na niej się błyszczy złocista łuska,Ona me czoło z pieszczotą muska;W zielonych oczkach widziałem pewnoGłęboki smutek i czułość rzewną.A miała głosik słodki, człowieczy;Dźwięczniej od srebra, dźwięczniej od złota,Szeptała dziwne, dziwne mi rzeczy!To się uciszy, to znów szczebiota:
Tu, dziecino, zostań, młoda,A zamieszkaj głębię wodną,Tutaj szczęście, tu swoboda,Tak spokojnie, tak tu chłodno!
Zbiorę rybek wiele, wiele,Pląsać będziem na przemiany,Ja twe oczy rozweselę,Uspokoję duch znękany.
Zaśnij! — miękkie twoje łoże,Przezroczyste twe przykrycie,
Wpośród marzeń śpij, niebożę,Lata, wieki, cale życie.
Ty, mój luby, nie wiesz wcale,Że o tobie tylko roję:Kocham, jak swobodną falę,Jako własne życie moje.
Ja słucham, słucham, wciąż mi się marzy,Że do mnie mówi przyroda cała,Że dźwięczna fala to samo gwarzy,Co mi złocista rybka szeptała.Alem odrętwiał: jak pustka głucha,Świat Boży ściemniał, urwał rozmowę,I już w bezsilnem znużeniu duchaZamarły moje sny gorączkowe.
XXIV.Jakeście zbiega z klasztoru szukali?Jak mię znaleźli? i co było dalej?Ty sam wiesz, starcze. Skończyłem me dzieje;Wierz mi lub powiedz, że zmyślam widocznie,Mało się troszczę. Nad jednem boleję,Że trup mój w ziemi rodzinnej nie spocznie,Że smutna powieść męczarni mej duszyTu od kamiennej odbija się ściany,Żadnego serca współczuciem nie wzruszy,Zginie nieznana — jak i ja nieznany.
XXV.A teraz żegnaj! daj mi rękę, stary!Czujesz, jak ogniem moja ręka pała?Wiedz, że ten ogień, te straszne pożaryJa w mojej piersi taiłem od mała.Teraz, gdy iskrze żywiołu nie dano.Przepala swoją ciemnicę kościaną.
A wybuchnąwszy w ostatnim pożarze,Kiedy śmiertelna pokrzepia go siła,Wraca do Boga, co w słusznym wymiarzeLudziom cierpienia i spokój przysyła.
XXVI.Kiedy ja będę umierał zbolały,(Niedługo, starcze, doczekasz tej chwili),Niechby mię wtedy w ogrodzie złożyli,Kędy dwa krzewy akacyi białej.Jeszcze na gęstą popatrzałbym trawę,Gdzie świeży wietrzyk, gdzie liście złotaweIgra ze słońcem... Raz ostatni jeszczeNiech mię tam niosą z twojego rozkazu,Niechaj się dzionkiem słonecznym popieszczę,A stamtąd widzę góry Kaukazu!A może kraj mój z gór swoich wyżyniZnak pożegnalny sierocie uczyni,I ze swym wiatrem w tutejsze zaciszePrzyśle ostatnie pożegnalne słowo;Rodzinne słowo przed śmiercią usłyszę,I pełnem życiem odetchnę na nowo.Pomyślę sobie, że to ludzie swoi,Że tu przyjaciel, że tu brat mój stoi,Liczy ostatnie mego serca bicie,Ściera pot zimny, co mi z czoła płynie,I głosem cichym, że nie posłyszycie,Śpiewa piosenkę o mojej rodzinie...Wtedy ja umrę... ja usnę tak błogo,Nie przeklinając nikogo... nikogo!...Październik, 1852. Załucze.