Natręty — całość

Molière (1622–1673)

Traducido del francés por Tadeusz Boy-Żeleński

By ujrzeć największego z królów w tej ustroni,Wynurzyłam się oto z wod przejrzystej toni.By go zabawić, trzebaż by ziemia i wody,W nowych się dlań igraszkach ścigały w zawody?Niech mówi, niech rozkaże usty wszechmocnemi:Czyż on sam nie jest cudem widomym na ziemi?Jego rządy, obfite w cudów wielość mnogą,Czyż nowych dziwów blaskiem olśnić nas nie mogą?Młody, roztropny, dzielny, dostojny, szczęśliwy,Łagodny mimo hartu, władny, sprawiedliwy:Dbać i o państwa dobro i o własną sławę,Z szlachetnym trudem łączyć szlachetną zabawę,Do słusznych celów umieć zdążać nienagannie,Wszystko widzieć i słyszeć, działać bezustannie,Kto to może, na wszystko waży się w swej dumie,I niebo mu się samo przeciwić nie umie.Te posągi ożywią się, gdy LUDWIK każe,Te drzewa nucić będą w powabnym rozgwarze.Mieszkanki pniów, dryjady, nimfy: oto ninieLUDWIK wam rozkazuje; wychodźcie, boginie.

Nauczę was, jak swojej roli macie sprostać:Porzućcie na chwil parę zwykłą waszą postać,I stwórzmy widowisko wraz przed Nim najrzadsze,Jak prawdziwi aktorzy w tym nowym teatrze.

Ty, myśli o poddanych tej duszy ojcowskiej,Wy, plany bohatera, wy, królewskie troski,Pozwólcie mu odpocząć i ścierpcie na chwilą,Że wielki duch w rozrywce wytchnie sobie mile.Ujrzycie go nazajutrz, jak znów, z siłą nową,Podźwignie was, jak znowu będzie jego słowoDyktować prawa, czynić dobrze bez wytchnienia,Chęcią swoją poddanych wyprzedzać życzenia,Świat cały w bezpieczeństwie trzymać swoim znojem,I pokój ludów własnym kupować spokojem.Niech dziś wszystko go cieszy, niech wszystko się splataBy rozrywką napełnić serce władcy świata!Znikajcie stąd, Natręty, lub, gdy was tu zoczy,To jeno, by ubawić swe królewskie oczy.

ERAST: Za jakie grzechy Bóg mnie ściga taką karą,Abym wiecznie natrętów stawał się ofiarą!Gdzie stąpię, na kark zsyła mi ich los surowy,I codziennie poznaję jakiś rodzaj nowy!Lecz, w śród wszystkich tych figur, prym dzisiejsza trzymaMyślałem że już zginę, że już rady niema,I stokroć przeklinałem, w tej okrutnej biedzie.Chęć, co mnie na teatrum zwiodła po obiedzie.Snać za to, żem w rozrywce czas chciał spędzić marnie,Niebo zesłało na mnie tak srogie męczarnie.Siadam zatem na scenie, pragnąc z szczerej chęci,Słuchać sztuki, co takie dziś tryumfy święci;Aktorzy zaczynają, cisza w śród słuchaczy,Gdy wtem, z impetem owym co na nic nie baczy,Fircyk jakiś się wciska i, z wrzawą straszliwą,Krzyczy: „Hej! hola! krzesło dawajcie, a żywo!“I tyle wśród aktorów sprawił zamieszania,Że w najpiękniejszem miejscu urwali w pół zdania —Mój Boże, pomyślałem, czyliż nigdy wreszcieFrancuzi nie nauczą się statku w tem mieście;Czyliż my już doprawdy spadliśmy tak nisko,By sami z siebie światu chcieć dawać igrzysko,I raz jeszcze potwierdzać w dobitnym sposobie,To, co sąsiedzi nasi o nas bają sobie?

Podczas gdy ja kiwałem nad tem smutnie głową,Aktorzy role swoje chcieli wszcząć na nowo,Gdy ten drab znów sadowić zaczyna się hucznie,I, jeszcze raz przez scenę przechodząc buńczucznie,Miast z boku sobie przysiąść z największym spokojem,Na sam front wieść się każe razem z krzesłem swojem,Gdzie jego grzbiet szeroki i kudłata grzywaTrzem czwartym widzów zgoła aktorów przykrywa.Szmer się wszczyna; innegoby zawstydził może;Lecz ten, nieporuszony, w najlepszym humorze,Byłby przetrwał wiek cały, tak zasiadłszy pole,Gdyby mnie nie był zoczył, na moją niedolę.„Witaj, markizie, mówi, siadając koło mnie,Pozwól że cię uściskam; cieszę się ogromnie“.Słysząc to, czuję jak się rumienię wyraźnie,Tak mi wstyd paradować było przy tym błaźnie;Ledwie go znałem zresztą; lecz czyż dzisiaj małoTych ludzi, co chcą znać cię więcej niż przystało,Których całusom człek się napróżno wymyka,I z których każdy zaraz jak brata cię tyka.Odrazu głupich pytań sto kładzie mi w uszy,Krzycząc tak, że aktorów mało nie zagłuszy.Każdy się zżyma; ja zaś, gnębion tak natrętnie,Powiadam mu, że sztuki wysłuchałbym chętnie.„Co! nie znasz jej, markizie? owszem, słuchaj zatem.O, niezła, wcale niezła; ja-bo znam się na tem;Znam prawidła, o które w sztuki tworach chodzi,A Kornel mnie pierwszemu czyta to co spłodzi“.Zaczem, calutką sztukę na miejscu mi streszcza,Co dziać się w której scenie ma, z góry obwieszcza,Ba, wiersze nawet, które spamiętał przypadkiem,Wprzód od aktora krzyczy mi z zapałem rzadkim.Próżno się kręcę, spraszam; któż mu się wyprosi!Wreszcie, wcześnie przed końcem, z krzesła się podnosi,Tak bowiem rozumieją modne szlifibruki,Że hańbą jest wysłuchać zakończenia sztuki.

Ja do niebios zaniosłem w duchu korne dzięki,Ze, wraz z końcem komedji, koniec mojej męki;Lecz inaczej pisane snać było u góry:Na drugi zawód wpadam w szpony tej figury!Plecie mi o swych czynach, swych rzadkich zaletach,Opowiada o swoich koniach, psach, kobietach,O znaczeniu u dworu, dziedzicznem już w rodzie,Swem poparciem mnie darzy w wszelakiej przygodzie;Ja głową ciągle kiwam, dziękując serdecznie,A patrząc, jakby z dłoni wymknąć mu się grzecznie;Lecz on, ruch mój najlżejszy wciąż mając na oku:„Chodźmy, powiada na to, wszak niema już tłoku“.Wychodzimy; on dalej w uszy mi klekoce:„Pójdź, markizie, pokażę ci swoją karocę,Nowiutka: wedle mego pomysłu poczęta;Wszędzie mi za nią sypią same komplementa“.Wymawiam się jak umiem, wręcz rozpacz mnie bierze;Powiadam, żem proszony gdzieś jest na wieczerzę,„Na honor! idę z tobą; to mnie bardzo cieszy:Miałem być u marszałka, lecz on mnie rozgrzeszy.— To dom zbyt skromny, rzekę pełen niepokoju,By prosić doń osobę pańskiego pokroju.— Właśnie, mówi, w swobodzie mile chwile lecą,Wszak idę tam by z tobą pogawędzić nieco;Tych wspaniałych kolacyj, wierzaj, mam po uszy.— Lecz pana tam czekają, rzekłem, i, choć z duszy...— Kpisz, markizie, jesteśmy wszakże w swojem kole,Niech mówi kto co zechce, a ja z tobą wolę“.Kląłem w duchu i siebie i kłamstwo niewinne,Dzięki którem u wpadłem jak z deszczu pod rynnę,I zgoła już nareszcie nie wiedziałem co tuCzynić, aby się wydrwić z srogiego kłopotu,Gdy wtem, pyszna kareta tuż przed nami staje:Sypią się, z przodu, z tyłu, herbowni lokaje,Wszystko z trzaskiem i szumem prosto na nas wpada;Z karocy młodzian pysznie odziany wysiada,

I dalej z mym natrętem pozdrawiać się modnie:Zdumieni tym widokiem stanęli przechodnie;A gdy ci dwaj w objęciach swych, niepomni na nic,Miotali się w konwulsjach grzeczności bez granic,Ja wymknąłem się cicho zwrotem niespodzianym,Wściekły, żem czas tak długi strawił z tym bałwanem,I klnąc nudziarza, co swem natręctwem niemiłem,Zbawił mnie może schadzki, na którą spieszyłem.GORKA:To są troski, co życia przyćmiewają radość.Nie wszystko, panie, chęciom naszym czyni zadość.Każdy swego natręta z woli niebios spotka,Inaczej dola ludzi byłaby zbyt słodka.ERAST:Lecz kto nad wszystkie mierzi mnie natręty one,To ów Damis, opiekun tej dla której płonę;On, co nadziejom moim wszystkim w poprzek stawaI widzenia jej nawet chce mi wzbronić prawa.Lękam się, że już przeszła umówiona pora:Wszak tu Orfiza bawić przyrzekła mi wczora.GORKA:Pora schadzki nie liczy się wszak na minuty,Zawcześnie więc pan sobie chce czynić wyrzuty.ERAST:To prawda; lecz cóż, skoro me tkliwe zapałyZbrodnię względem niej widzą w lada fraszce małej.GORKA:Lecz, jeśli w pańskich oczach Amora igraszki,Zbrodnię względem twej lubej czynią z lada fraszki,Ona znowu, wzajemność chcąc okazać godnie,Za fraszki ci poczyta znów te wszystkie zbrodnie.ERAST:Lecz czy sądzisz w istocie, że ona mnie kocha?GORKA:Co? jeszcze w głowie pańskiej wątpliwość tak płocha...

ERAST:Cóż chcesz? im serce nasze samo płonie szczerzej,Tem trudniej w własne szczęście tak wielkie uwierzy;Lęka się iż się łudzi i nieraz przez chwilęWątpi zbyt łacno o tem czego pragnie tyle.Lecz spieszmy bóstwa mego szukać w tym ogrodzie,GORKA:Panie, kołnierz się pański przekrzywił na przodzie.ERAST:Mniejsza z tem.GORKA:  Ja poprawię, to niewielkie trudy.ERAST:Uf! udusisz mnie, durniu! zostaw jak był wprzódy.GORKA: Przyczeszę pana trochę.ERAST:  A, to boska kara!Grzebieniem ledwie ucha nie urwał niezdara.GORKA: Krezki u pludrów nieco...ERAST:  Zostaw, na Bóg miły.GORKA: Ale strasznie pomięte.ERAST:  Chcę, by takie były,GORKA:Niechże pan bodaj łaski użyczy mi tyle,Bym otrzepał kapelusz; wszak cały jest w pyle.ERAST:Otrzep więc, otrzep, niechże ci się zadość stanie.GORKA:Czyżby go pan chciał nosić w tak żałosnym stanie?ERAST:Prędzej, mój Boże!GORKA:  Z stroju wszak sądzim człowieka.ERAST odczekawszy:Dość już.GORKA: Niechże pan chwilę cierpliwie zaczeka.ERAST: Dobije mnie!GORKA:  Gdzieś go pan wytarł należycie.

ERAST:Czyż mi go już zagarnąć chcesz na cale życie?GORKA: Gotowe.ERAST:  Dawaj zatem.GORKA upuszczając kapelusz: Aj!ERAST:  Niech febra ściśnieTego bałwana; puszcza, jak gdyby umyślnie.GORKA: Pozwól pan: raz-dwa zetrę..ERAST:  Idźże już do licha!Do djabła ze sługusem co wciąż mi się wpycha,Dręczy swojego pana i tylko go nuży,Chcąc mu ciągle okazać, jak gorliwie służy.

ERAST:Wszak to Orfiza? wzrok mnie w tej mierze me zdradzi;Lecz gdzież dąży tak spiesznie i kto ją prowadzi?

ERAST:Jakto! gdy w umówionem miejscu przed mą staję,Ona przechodzi mimo, niby nie poznaje!Jak to pojąć? co sądzić? mów, powiedz swe zdanie?GORKA:Boję się być natrętnym, milczę zatem, panie.ERAST:Bardziej nim jesteś, stercząc mi nakształt bałwana,Gdy dusza ma wzburzeniem jest srogiem miotana!Pokrzepże moje serce w tak ciężkiej udręce;

Co mam mniemać? Odpowiedz! Przypatrz się mej męce!Powiedz mi sąd swój o tem.GORKA:  Ej, panie, prawdziwie,Wolę milczeć, niż służyć panu zbyt gorliwie.ERAST:Niechże kat porwie trutnia! Leć, miej ich na oku,Bacz gdzie pójdą, co robią, nie odstąp ni kroku.GORKA wracając:Mam ich zdaleka tropić?ERAST:  Tak.GORKA wracając:  By nie poznali,Że niby na przeszpiegi tak kroczę w oddali?ERAST:Nie, pewnie lepiej zrobisz, mówiąc im wyraźnie,Że z mojego rozkazu śledzisz ich, ty błaźnie!GÓRKA wracając:Czy tu pana zastanę?ERAST:  Niech cię nieb o skarze,Ty natręcie, nudziarzu nad wszystkie nudziarze!

Och! jakiż me nadzieje cień przysłonił smutny!Czemum raczej nie chybił tej schadzki okrutnej!Mniemałem iż w niej szczęście znajdzie moja dusza;Szczęście pierzchło, została zwątpienia katusza.

LIZANDER:Poznałem cię markizie, w tych drzew pięknym cieniu,I wraz pędzę ku tobie w szczęścia uniesieniu.

Chcę ci zanucić (szukam cię już od objadu)Małego kurancika własnego układu,Co wszystkich znawców budzi zachwyty najszczerszeI pod który z dwudziestu już podkłada wiersze.Wiesz, żem jest nie ubogi, z niezgorszego rodu,Na losów dary żalić się nie mam powodu,Jednak za wszystko co mi niebiosy zesłały,Nie zgodziłbym się oddać tej aryjki małej.La, la, hem, hem; preludjuje: posłuchaj, proszę, mój kochany.Prześpiewuje kuranta:Czy nie ładny?ERAST:  Och!LIZANDER:  Koniec jest zwłaszcza udany.Prześpiewuje koniec kilka razy z rzędu.Jakże ci się wydaje?ERAST:  Owszem, bardzo ładny.LIZANDER:Krok, którego użyłem, też nie mniej jest składny,A najlepiej wypadła zwłaszcza grupa sama.

Patrz; on tędy przechodzi; tu go mija dama;Obrót; potem go puszcza i ona tu staje.Rozumiesz? jakże ci się ta sztuczka wydaje?Niby zwodzony: ona to w lewo, to w prawo,On za nią: tyłem, przodem, wykwintnie a żwawo.

I cóż powiesz, markizie?ERAST:  Och, cudo najczystsze!LIZANDER:Co mi tam wszyscy wasi uczeni tancmistrze!ERAST: Tak!LIZANDER: Zatem taniec...ERAST:  Istną rozkosz sprawia oku.

LIZANDER:Jeśli chcesz, po przyjaźni nauczę cię kroku.ERAST:Najchętniej, lecz w tej chwili nader pilne sprawy...LIZANDER:Dobrze, więc kiedyindziej, jeżeliś łaskawy.Przejrzymy tez i wiersze: ty ocenisz snadnie,Który do mej melodji najlepiej przypadnie.ERAST: Innym razem najchętniej.LIZANDER:  Żegnaj więc. BaptystaNic nie wie jeszcze: toż dlań radość oczywista!On również do melodji ma dziwny dar boży:Poproszę go, niech głosy do tego podłoży.Odchodzi, ciągle nucąc.

Nieba! czyż zacna ranga do tego ma służyć,Aby, kto ją posiada, mógł nudzić nas, bzdurzyć,My zaś, byśmy musieli, na domiar męczeństwa,Oklaskiem te wielmożne nagradzać błazeństwa?

GORKA: Panie, Orfiza sama i spieszy w tę stronę.ERAST: Ha! zdołamże me serce ukoić wzburzone!Czuję, że kocham jeszcze, kocham duszą całą,Choć raczej nienawidzićby mi ją przystało.GORKA:Coby panu przystało, pan sam dobrze nie wie:

To pewna, że nie długo snać wytrwasz w tym gniewie;Choćby doń przyczyn było niewiedzieć tam ile,Wszystko pierzchnie, gdy dama oczkiem rzuci mile.ERAST:Ach, niestety, masz słuszność; sam widok ten luby,Zawziętość mą wystawia na najcięższe próby.

ORFIZA: Na twej twarzy, Eraście, jakiś cień ponuryCzyżby mój widok miał być przyczyną tej chmury?Cóż ci jest? co się stało? i co jest powodem,Że pierwszy raz, mnie witasz z tak szczególnym chłodem?ERAST:Ach, czyliż możesz nawet pytać się, okrutna,Czemu w mem sercu żałość zaległa tak smutna?Udawać, czyniąc sobie zabawkę złośliwą,Że nie wiesz co je dzisiaj zraniło tak żywo?Czyż ten, z którym, w rozmowie zatopiona cała,Przeszłaś...ORFIZA śmiejąc się:Co, tyle tylko? No, to Bogu chwała!ERAST:Tak, urągaj, niewdzięczna, jeszcze mej niedoli:Możesz się znęcać nad nią, wyszydzać dowoli;Depcz to serce, zbyt ufna, że, w każdej potrzebie.Zwycięży w niem ta słabość, którą mam dla ciebie.ORFIZA:Ależ trudno się nie śmiać wszak, gdy rozum zdrowySłyszy te urojenia twej szalonej głowy.Więc ta postać przyczyną twej udręki była!Toż to natręt, którego ledwiem się pozbyła;Jeden z tych pustych gapiów, zbyt licznych, niestety.Co nie ścierpią widoku samotnej kobiety,I choć ta na natręctwo zżyma się i wzbrania,Zawsze gotowi zawieść swe czułe gruchania.

By się go pozbyć rychło, pomknęłam jak z procy;Zaczem mnie odprowadził do same] karocy,Ja zaś, żem się nudziarza pozbyła, szczęśliwa,Pędzę tu drugą bramą, z pośpiechu wpół żywa.ERAST:Mogęż wierzyć, Orfizo, żeś ze mną jest szczera,I że prawdę-li każde twe słowo zawiera?ORFIZA:To pytanie jest dla mnie niespodziane wcale:Za to, że odpowiadam na twe śmieszne żale,Że, w mej głupiej dobroci, zamiast nie rzec słowa...ERAST:Ach, nie gniewaj się dłużej, piękności surowa;Wierzę już ślepo, skoro nie mogę inaczej,We wszystko, co twa dobroć obwieścić mi raczy.Zwódź mnie, jeżeli pragniesz, kraj serce na ćwierci:Ja korną cześć dla ciebie zachowam do śmierci.Depcz moją miłość, odbierz mi wzajemność swoją,Niechaj w mych oczach inni tryumfem się poją;Tak, wszystko ścierpię w mojej miłości zapale:Umrę, być może; lecz się pewnie nie użalę.ORFIZA:Cenię tę chęć, i nie chcąc byś się zawiódł na niej,Ja, ze swej strony...

ALKANDER: Słówko, mój markizie. Pani,Chciej mi zuchwalstwo moje wybaczyć łaskawie,Lecz muszę z nim pomówić w nader ważnej sprawie.

ALKANDER:Z przykrością mi, markizie, ta prośba przychodzi,

Lecz przed chwilą obraził mnie pewien dobrodziej,I pragnąłbym natychmiast, nie chcąc odwlec sprawy,Byś go wyzwać odemnie był tyle łaskawy.Wiesz, że, gdybyś nawzajem kiedy prosił o to,Oddam ci tą przysługą z największą ochotą.ERAST po chwili milczenia:Nie chcą się czynić w słowach odważnym junakiem;Ale byłem żołnierzem wprzódy niż dworakiem,Służyłem lat czternaście i, jak sam rozumiem,Z takich spraw się wywiązać należycie umiem;Mogą się też nie lękać, by ktoś z tej odmowyUjmą dla mej odwagi wysnuć był gotowy.Lecz to krok nazbyt śliski, jak uczą przykłady,A nasz król nie jest zgoła królem od parady,W najwyższych posłuch wzbudzić umie on gdy trzeba,I godnie spełnia urząd, dany mu od nieba.Kiedy przyjdzie mu służyć, mam serce potemu,Lecz brak mi go, gdy trzeba się przeciwić jemu;Rozkaz jego jest dla mnie prawem bez apelu:By go łamać, gdzieindziej zwrócić się, przyjacielu.Szczerzą ci mówią, hrabio, jak rzecz cała stoi;We wszystkiem innem, pewny bądź przyjaźni mojej.Bądź zdrów.

ERAST: Ha! Tych natrętów przeklęta zakała!Gdzież znikła moja pani? dokąd się udała?GORKA:Nie wiem.ERAST:Znów z oczum stracił przedmiot mych nadziei;Pędź, szukaj wszędzie; będę czekał w tej alei.

Ach, te natręty czyliż raz przepadną wreszcie?Zda się, jak deszcz z niebiosów spadają w tem mieście.Umykam im, są znowu; plączą mi się w drogę:W zamian tej, której szukam, odnaleźć nie mogę.Nazbyt rychło przeminął deszcz i groźne grzmoty,By gapiom do przechadzek zabrakło ochoty;Obyż niebo, co wszystkie prośby nasze waży,Wygnało z tej ustroni wszelakich nudziarzy!Słońce już na zachodzie, zniknie lada chwilę:Gdzież ten sługus, u licha, siedzi czasu tyle?

ALCYP: Dzień dobry.ERAST na stronie:Znowu! Czyliż nie wyjdę stąd żywy!ALCYP:Pocieszże mnie, markizie, po klęsce straszliwejW pikietę z Saint-Bouvainem. Zrozum moją mękę:Daję mu zwykle punktów piętnaście i rękę;Tymczasem wczoraj karta jakgdyby się wściekła;Los djabelski — a bodajby nie wyjrzał z piekła! —Zsyła mi grę, co niszczy najlepsze początki.Brak mi dwóch punktów; jemu całej sześćdziesiątki:

Daję; on sześć kart zmienia i chce brać na nowo;Ja nie pozwalam; tożbym chyba podrwił głową!Mam asa żołędnego (patrz, co za zrządzenie):Asa, króla, chłopaczka, ośm, dyskę w czerwienie;Składam (by grać na pewne, będąc końca blisko)Marjasza dzwonkowego, winną damę z dyską.Do mych czerwieni jeszcze dama mi dochodzi,I czyni mi kwintmajor; pojmujesz dobrodziej?Tymczasem ten przy asie — fatalność prawdziwa! —W dzwonkach sekwens szesnasty z młódek mi odkrywa.Jam marjasza odrzucił, jak ci już mówiłem,Lecz wnet ocknę się po tem zdziwieniu niemiłem,Pewny swoich dwóch punktów bodaj. Djabli biorą!Patrz: on, przy siedmiu dzwonkach chował wina czworo,I zadaje ostatnie: ja już ledwo żyję;Zrzucić asa: ba! zgadnij Jezu, kto cię bije.H a! zrzucam czerwiennego, wedle wszelkiej szansy;Cóż! kiedy ten poskładał cztery trefeljansy,I najniższą czerwienią kapotę mi wali.Nie pisnąłem ni słowa, choć czarci mnie brali.Cóż, za traf! powiedz: straszny, niepojęty zgoła;Kto nie widział, czyż bodaj weń uwierzyć zdoła?ERAST:W grze najłacniej los umie stawać nam na zdradzie.ALCYP: Do kata! sam osądzisz lepiej na przykładzie,Czy nie można oszaleć; o, przypatrz się, proszę,Oto karty: umyślnie je przy sobie noszę.Patrz, to ja miałem z ręki, o, a tem się chwalę;To zaś on...ERAST: Z opowieścim pojął doskonale;Prawda, nic słuszniejszego nad twoje wzburzenie.Lecz daruj... ważna spraw a pewna... posiedzenie...Bądź zdrów. Pociesz się, radzę, po swojej niedoli.ALCYP: Co, ja? nigdy, przenigdy, zanadto mnie boli.Rzekłbyś, piorun, co wyrżnąłby mi w łeb z łoskotem.Całemu światu muszę opowiedzieć o tem.

Młódka w czerwień! dwa punkty!ERAST sam:  A niechże go kaci!To straszna rzecz! gdzie stąpię, sami waryjaci.

ERAST: Ha! ty z mej cierpliwości stroisz chyba żarty!GORKA:Panie, wciąż mi na zdradzie stawał los uparty;Już...ERAST: Czy przynosisz wreszcie nowinę jakową?GORKA: Zapewne; mam powiedzieć panu to i owoOd tej, co uczuć pańskich jest słodkim przedmiotem.ERAST: Cóż tedy? serce w piersi bije mi jak młotem!Mówże więc.GORKA: Odpowiedzi zatem pan ciekawy?ERAST:Tak, mów prędko.GORKA: Chwileczkę, panie mój łaskawy;Tak pędziłem tu z wieścią, że mnie kolka sparła.ERAST:Czy pragniesz, abym słowa ci wyciągał z gardła?GORKA: Skoro pan zatem życzy usłyszeć w te pędyRozkaz którym otrzymał, więc, już bez gawędy,Powiem, że... Daję słowo, nie żeby się chwalić,Lecz nimem pannę dognał, tegom musiał smalić;I gdyby...ERAST: Do pioruna! gadajże najprościej!GORKA: Panie, hamować trzeba swoje namiętności;Sam Seneka...ERAST: Jest głupcem i cicho ma siedzieć,Albo gadać mi o tem, o czem ja chcę wiedzieć.Mów co za rozkaz, prędko.GORKA:  Po takiej nauce,Natychmiast... Owad panu chodzi po peruce.

ERAST: Zostaw.GORKA: Orfiza rzekła... dobrze słuchać proszę...ERAST: Co?GORKA: Niech pan zgadnie.ERAST: Ejże! ja żartów nie znoszę.GORKA: By tutaj pan zaczekał, panna więc kazała,I rzekła, iż nadejdzie za chwilę bez mała,Skoro tylko się wyrwie krewniaczkom z zaścianka,Co ją obiegły dzisiaj od samego ranka.ERAST:Zatem w wskazanem miejscu czekam bez szemrania;Ze zaś z swobody nic mi korzystać nie wzbrania,Zostaw mnie teraz. Górka odchodzi.Chciałbym złożyć przez tę chwilęParę wierszy pod nutę, którą lubi tyle.

Przechadza się w zamyśleniu.

SCENA CZWARTA.ORANTA, KLIMENA, ERAST niepostrzeżony w głębi sceny.<poem>ORANTA:Cały świat się z pewnością z mojem zdaniem zgodzi.KLIMENA:Mniemasz, iż upór wszelkie sprzeczności łagodzi?ORANTA:Mniemam tylko, iż słuszność mam w każdym sposobie.KLIMENA:Pragnęłabym, by ktoś mógł wysłuchać nas obie.ORANTA spostrzegając Erasta:Oto człowiek, co może mieć niezgorsze zdanie:Niechże on naszym sędzią w tej mierze zostanie.Słówko, markizie, tylko: zezwolisz nam może,Że za rozjemcę weźmiem cię w niezwykłym sporze.Chodzi o to, czy ja mam słuszność, czy też onaW tem, jakie są prawdziwych kochanków znamiona.

ERAST:Kwestję tak trudną rozciąć pragnąłbym daremnie,I radzę szukać sędziów bieglejszych odemnie.ORANTA:Nie, nie; taką wymówką się nie zaspokoim;Wiedzą w świecie, co mniemać o dowcipie twoim:Twą udaną skromnością my się nie zastraszym.ERAST:Przez litość...ORANTA: Krótko mówiąc, będziesz sędzią naszym;Dwie minuty, nie więcej, zajmie ci rzecz cała.KLIMENA do Oranty:Na swojąś zgubę sobie sędziego obrała.Albo się łudzę w sposób niepojęty wcale,Albo na moją stronę przeważy pan szalę.ERAST na stronie:Czemu mego hultaja niema tu gdzie blisko:Możeby mnie wybawił czem, sprytne chłopczysko!ORANTA do Klimeny:Mam zbyt dobre mniemanie o rozsądku pana,By wierzyć, iż ma sprawa może być przegrana.

Słowem, spór się zacięty wiedzie tutaj o tem,Czy zazdrość jest kochanka wadą, czy przymiotem,KLIMENA:Lub, aby sprzeczkę naszą wyłożyć najprościej,Czy ufny, czy zazdrosny bardziej wart miłości.ORANTA:Ja za pierwszym oświadczam się tu bez wahania.KLIMENA:Raczej drugi w mych czuciach godzien jest uznania.

ORANTA: Mniemam, iż rozum tego wyżej stawić każe,Kto nam więcej szacunku, więcej czci okaże.KLIMENA: Ja znów sądzę, iż serce tego wyżej ceni,Kto w swych chęciach objawia nam więcej płomieni.ORANTA:To prawda, ale zapał, który w sercu gości,W szacunku może lepiej błyszczeć niż w zazdrości.KLIMENA:Ja zaś mniemam, że nie jest to gawęda płocha,Ze, im kto zazdrośniejszy, tem i więcej kocha.ORANTA:Ach, fe! i jakież z takich kochanków korzyści,Co swą miłość podobną czynią nienawiści,Co, za wszystkie usługi swe, wszystkie zapały,Potrafią nam się tylko naprzykrzać dzień cały;Których dusza, niezdolna snać już czuć łagodniej,W każdym naszym postępku chce dopatrzyć zbrodni,Najniewinniejsze czucia na zdrożne przemieniaI porachunku żąda z każdego spojrzenia;Którzy, widząc cień smutku w sercu naszem młodem,Żalą się, iż obecność ich tego powodem,A kiedy znów wesołość w oczach się zapala,Krzyczą, że jej przyczyną jest widok rywala;Którzy wreszcie, w miłości dowody rozrzutni,Nie odezwą się do nas bez jakowejś kłótni,Co do serc naszych przystęp każdemu zagrodząI tej, co jest im panią, tyrańsko przewodzą.Ja chcę kochanka, co się korzy przed swą lubą,I którem u pokora, cześć, największą chlubą.KLIMENA:Fe! nie mów nawet o tem, nie chcę słyszeć zgołaO tych ludziach, co nic ich poruszyć nie zdoła;O tych mdłych wielbicielach, których serce chłodneDufa w miłości naszej trwanie niezawodne;Co nie boją się stracić nas, i najspokojniejZasypiają codziennie, wiarą swoją zbrojni;

Co z rywalem swym żyją w najczulszej przyjaźni,I których serc, zbyt gnuśnych, nic w świecie nie drażni.Gniewa mnie miłość taka z jej spokojną pychą;Nie być zazdrosnym, znaczy kochać bardzo licho;Chcą, ażeby kochanek, w swych uczuć rozterce,W niepewności ustawnej dręczył własne serce,I by dowiódł w potrzebie wybuchem namiętnym,Że na względy swej miłej nie jest obojętnym.Małymż tryumfem dla nas są takie ofiary?A jeśli naw et czasem i przebierze miary,Rozkosz, której doznajem, gdy pod stopy lubejZnów się ściele, by zmazać błąd swój nazbyt gruby,Jego płacze, zaklęcia, wybuchy rozpaczy,Sprawią, iż winę każda chętnie mu przebaczy.ORANTA:Gdy porywczością serce twoje się zdobywa,Już wiem, z kimby cię rozkosz czekała prawdziwa;I niejeden w Paryżu (do kogo to piję,Każdy zgadnie) tak kocha, że z miłości bije.KLIMENA: Jeżeli brak zazdrości dla ciebie zaletą,Znam ludzi, co umieją zgodnie żyć z kobietą;Ludzi miłych, cierpliwych, co, bez trosk i żalów,Znieśliby cię w objęciach trzydziestu rywalów.ORANTA:Chciej nas zatem rozsądzić i rzec, z łaski swojej,Jaka miłość, z tych obu, wyżej dla cię stoi.

ERAST: Dobrze więc, woli waszej niech się zadość stanie;Wyrok mój zadowolić zdoła obie panie,I sądu mego żadna stronność nie zaślepi:Zazdrosny kocha więcej, ufny kocha lepiej.KLIMENA:Dowcipny wyrok, ale...ERAST:  Nie, tu niema ale;Rzekłem, teraz wybaczcie mi że się oddalę.

ERAST spostrzegając Orfizę i spiesząc ku niej:Jakże późno przybywasz i ileż obawy...ORFIZA:Nie, nie, nie chciej porzucać tak miłej zabawy;Daremnie mi wyrzucasz tak późne zjawienie;Wskazując za odchodzącą Orantą i Klimeną:Dzięki paniom, mój widok spadł zapewne w cenie.ERAST:Chcesz mnie swym gniewem jeszcze karać bez przyczynyI winić za to, co tu cierpię od godziny?Wstrzymaj się, pani, pozwól...ORFIZA:  Zostaw mnie pan, proszę;Spiesz za temi paniami po żywsze rozkosze.

O nieba! wiecznież będzie mi zadawał klęskiTłum Natrętów w postaci niewieściej czy męskiej!Ale pospieszmy za nią: może w sposób innyZdołam jej wreszcie dowieść, że byłem niewinny.

DORANT:Ach, markizie! to trzeba cierpliwości świętej,Jak dziś wszędzie wciskają się jakieś natręty!Wściekam się, jak mnie widzisz! polowanie całe,Jeden błazen... Ot, słuchaj! doprawdy wspaniałe!ERAST:Szukam kogoś i muszę już odejść, albowiem...

DORANT przytrzymując go:Nic nie szkodzi; po drodze całą rzecz opowiem.W kilku zatem (kompanja mała, lecz dobrana)Mieliśmy za jeleniem dziś gonić od rana;Już więc wczoraj, by zacząć całą rzecz zawczasu,Wybraliśmy się na noc, aż gdzieś het w głąb lasuWiesz, że za polowaniem poprostu szaleję;Toż, wstawszy przed innymi, przestrząsnąłem knieje,I razem ułożyliśmy się mieć na okuJelenia, co miał pono być w dziesiątym roku;Choć ja, po pierwszym śladzie, rzecz dla mnie nie rzdka,Przeciwnie oceniłem go jako dwulatka.Rozdzieliliśmy sfory pięknie, jak należy,I śniadamy naprędce (ot, chleb, nabiał świeży),Gdy wtem, jakiś szlachciura, z rusznicą na grzbiecieI dumnie się niosący na swojej chabecie,Której, ha! „tęgiej klaczy“ szumne dawał miano,Przybliża się z przemową z głupia wyszukaną,Przedstawiając nam jeszcze, nieproszony wcale,Swego synka, nielepszą od ojca mądralę.Obaj wielcy myśliwi niby jacyś; anoProszą, aby pogonić mogli z nami rano.Straszne są te figury do myślistwa skore,Zawsze w róg dąć gotowe, a zawsze w złą porę,Te wygi, co parszywych psów dziesiątek mając,O „swojej sforze“ prawią wciąż, nieprzymierzając!Cóż tu ro bić? grzeczności pierwszy obowiązek.Ruszamy, znacząc drogę śladami gałązek,Wtem, na trzy smycze, wyczha! Bożeż ty mój miły.Jeleń: puszczamy pieski, ja dmę co mam siły,Jeleń wypada z gąszczu i gna przez polanę:Moje pieseczki za nim, lecz tak dobrze zgraneIdą kupą, że przykryłbyś je rzutem płaszcza.

Spuszczam i starszą sforę: on znów w las się wtaszcza:Ja przesiadam się, dając bez przerwy baczenie,Na gniadosza. Znasz wszakże?ERAST:  Zdaje mi się, że nie.DORANT:Jakto? ba, to mi konik! szkapa nad szkapami;Kupiłem go u Gaveau, właśnie temi dniami.Pomyśl tedy (z innymi to mu się tam zdarza),Czy śmiałby mnie oszukać, on, co mnie poważa?Lepszego też nie pragnę i klnę się bez sromu,Ze pełniejszej krwi konia nie sprzedał nikomu.Główka jak u Araba, ot, rzekłbyś, panienka,Szyja jak u łabędzia, wysmukła i cienka,Pęciny zwinne, mocne, lśniąca sierć na brzuchu,Żywość, mówię ci, widna w każdziuteńkim ruchu,Nogi, u kata! nogi! krzyż tęgi (rzecz dziwna,Mnie jednemu ta szkapa nie była przeciwna;Nawet Jasiek od Gaveau, chociaż zucha kawał,Gdy miał jej dosiąść, dziwnie nieswój się wydawał),Zad, co do szerokości, istny dziw nad dziwy,A uda, Bóg wie jeden! słowem, cud prawdziwy;Storn pistolów odrzucił zań — byłbym szalony!Wraz z koniem, co dla króla był tu przywiedziony.Dosiadam więc gniadosza, niby piorun wali;Spostrzegam pieski, równią pędzące w oddali;Popędzam i, przeciąwszy dobry kawał jarem,Tuż za psiarnią sam jeden zostaję z Drekarem.Jeleń w gąszcz: już z godzinę tropią pieski nasze;Zagrzewam je, w róg dmucham, co mogę hałaszę,Rad i wesół, okazja bo w istocie rzadka.Wykurzam go z gęstwiny — rzecz idzie jak z płatka,Wtem, przy starszym, wyrywa się spiczak dość spory:Część moich psów oddziela się od reszty sfory,

I w mych oczach, markizie, cóż ty na to? haha!Mięszają cię już, płoszą, sam Chytroś się waha!W tem znalazł się: chwileczkę się pokręcił jeszcze,I pędzi dobrym śladem; ja trąbię i wrzeszczę:„Za Chytrosiem! hej! pieski!“ sam widzę też śladyNa kretowisku, dmę więc w róg nie od parady,Psy zwracają, gdy nagie, zrozum mą torturę,Młody spiczak wypada na mego szlachciurę:Dalejże cymbał trąbić — psy już za nim walą; —I krzyczeć na głos cały: „Hallo! hallo! hallo!“Psy, jak powiadam, za nim; ja, z wzruszenia bladyTeż pędzę, wciąż po drodze widząc jeszcze ślady;Ale ledwie uważniej raz rzuciłem okiem,Widzę omyłkę: w smutku stanąłem głębokim.Napróżno mu tłómaczę, wbijam w mózgownicę,Między jego a memi śladami różnicę,On ciągle się upiera, ot, widzicie trutnia,Ze to właśnie nasz jeleń. Ciągnie się ta kłótnia,A przez ten czas psy gonią. Mnie w oczach aż ciemno,I klnąc tego cymbała i zwłokę daremną,Spinam mego gniadosza; ten mknie bez wytchnienia,Gnie gałęzie grubości dobrego ramienia —Sprowadzam psy nareszcie na właściwą drogę,Pełen radości pędzę, gram, robię co mogę,Nasz jeleń znów spłoszony pomyka przez knieje,Psy tuż za nim: hyc, hyc, hyc; lecz cóż się nie dzieje?Słuchaj tylko, to można wyskoczyć ze skóry:Jeleń poszczuty myga tuż koło szlachciury,A ten, myśląc iż spełnia tem czyn znamienity,Chwyta pistolet, co miał u łęku nabity,I celnym strzałem kulę w sam łeb mu wymierza,Krzycząc mi jeszcze zdala: „Ha! ubiłem zwierza!“Słyszał o pistoletach kto kiedy, przez Boga!Na jelenia! Więc złość mnie chwyciła tak sroga,Postępek ten tak wydał mi się niesłychany,Że tylko konia spiąłem wściekłością miotany,

I prościutko do domu jednym tchem pognałem,Nie chcąc ni słowa więcej mówić z tym cymbałem.ERAST:Nie mógł pan lepiej zrobić, niechaj mi pan wierzy;W ten sposób z natrętami poczynać należy.Do widzenia.DORANT: Gdy zechcesz, urządzimy łowyGdzieś, gdzie nas nie wytropi myśliwiec takowy.ERAST:I owszem. Sam: Już myślałem, że się nie odczepi.Teraz myślmy, jakby ją przebłagać najlepiej.

ERAST:To prawda, poszczęściło mi się w jednym względzie,Gniew mej pięknej bogini osłabł w swym zapędzie;Lecz skądinąd niełaska spotyka mnie świeża,I przeciw mej miłości znów los się sprzymierza.Tak, Damis, jej opiekun, ma najcięższa plaga,Bym wyrzekł się Orfizy, gwałtem się domaga;Widzieć ją wzbrania: aby zdusić rzecz w zawiązku,Jutro pragnie ją zmusić do innego związku.Orfiza jednak, mimo że wuj chce inaczej,Dziś wieczór jeszcze schadzki mi udzielić raczy,I ufność bezgraniczną pokładając we mnie,Pozwala się odwiedzić w domu potajemnie.Miłość lubi nad wszystko tajemnicy mroki,W zwalczaniu przeszkód widzi najsłodsze uroki;I najbłahszej rozmowy chwile z ukochanąGdy wzbronione, wraz szczęściem najżywszem się staną.Spieszę zatem na schadzkę: nie pora się bawić!Wolę zaczekać trochę, niż późno się stawić.GORKA:Mam iść z panem?ERAST:  Nie, zostań; gdyż o to się boję,Że mogłoby mnie zdradzić towarzystwo twoje.GORKA:Ale...ERAST: Nie, nie chcę.GORKA:  Rozkaz pański dla mnie święty,Lecz przynajmniej zdaleka...

ERAST:  Nudziarzu przeklęty!Nigdy się nie rozstaniesz więc ze swym zwyczajem,By wiecznie być nieznośnym, natrętnym lokajem?

KARYTYDES:Pan wybaczy, że z taką śmiałością nagannąŚmiem go trudzić w tej chwili, miasto porą ranną,Lecz nazbyt pana trudno jest przydybać w domu:To sypiasz, to wymknąłeś się gdzieś pokryjomu,Tak przynajmniej twa służba ręczy, zacny panie;Proszę więc, racz choć tutaj dać mi posłuchanie.Żem cię pochwycił, wdzięczność losom jestem dłużny,Chwileczka opóźnienia a trud byłby próżny.ERAST:Chciej pan rzec zatem zwięźle, do czego pan kroi.KARYTYDES:Pozwól mi wprzód dopełnić powinności mojej,I przyjmij... Moją śmiałość niech mi pan wybaczyERAST:Krótko mówiąc, cóż pan życzyć sobie raczy?KARYTYDES:Twe stanowisko, cnoty, rozum niezgłębiony,Które wszyscy tak wielbią...ERAST:  Tak, bardzom wielbiony.Jedźmy dalej.KARYTYDES: Ach, panie, w jak przykrej potrzebieJest człowiek, który musi zalecać sam siebie,I przed oczyma możnych tego świata stawaBez poparcia, co wzbudza do ufności prawa,I co może, przez słów swych wagę niezawodną,Wesprzeć skutecznie naszą zasługę niegodną.Wolałbym tedy, gdyby ktoś z braci uczonej,Kim jestem, mógł powiedzieć panu ze swej strony.

ERAST:Kim pan być możesz, widzę od pierwszego słowa,Dokładnie mi objaśnia to pańska przemowa.KARYTYDES:Uczonym jest twój sługa w tej skromnej opończy,Lecz nie z tych, których imię dźwiękiem us się kończyNic dziś pospolitszego, jak łacińskie miano:Toż mnie greckie wyróżnia zaszczytną odmianą;I, chcąc tych łacinników pogrążyć z kretesem,Na es się kończę: zowię się Karytydesem.ERAST:Pan Karytydes, zgoda. Cóż więc powiesz, panie...KARYTYDES:Chciałbym panu odczytać maleńkie podanie,I błagać o poparcie, aby jak najprościejMogło się dostać do rąk Króla Jegomości.ERAST:Wszak sam możesz je oddać, bez żadnej obawy.KARYTYDES:To prawda, że monarcha nasz wielce łaskawy;Lecz właśnie przez tę dobroć króla nieskończoną,Tyle próśb niedorzecznych doń napływa pono,Że słusznie giną w tłumie; toż prosiłbym pana,By ta prośba osobno mogła być oddana.ERAST: Wszakże i to ci wolno, o stosownej porze.KARYTYDES:Ach, panie, tych odźwiernych któż ubłagać może!Cóż są dla nich uczeni? ot, durnie, nudziarze:Ledwiem dotarł do sali gdzie czuwają straże;I to, com ścierpiał z ujmą dla swego honoru,Nazawsze odstraszyłoby mnie już od dworu,Gdybym nie miał nadziei, że, w losów odmianie,Ty mecenasem moim zechcesz zostać, panie.Twoje poparcie wszystko, jak słyszę, stanowi...ERAST:Dobrze więc! daj pan prośbę: oddam ją królowi.

KARYTYDES:Oto jest, lecz wysłuchać pierwej niech pan raczy.ERAST: Nie...KARYTYDES:Koniecznie; nie śmiałbym prosić go inaczej.

ERAST:Prośba nieco przydługa i, gdybym był szczery...KARYTYDES:Panie, nie można ująć z niej jednej litery.

ERAST przerywając:Wybornie. Oddaj prośbę do mych rąk, i kwita:Możesz pan iść. Bądź pewien, że król ją przeczyta.KARYTYDES:Panie, niczego więcej nie żądam od pana:Jeśli król ją przeczyta, już sprawa wygrana;Bo, iż sprawiedliwością on we wszystkiem stoi,Nie zdołałby odmówić słusznej prośbie mojej.A teraz, byś mą wdzięczność poznał oczywistą,Chciej mi pełne swe miano wypisać na czysto;Poemacik zeń złożę w formie okrostychu,Po obu końcach wiersza i w pół hemistychu.ERAST:Dobrze, jutro je panu przyszlę bez ochyby.Sam. Boże, cóż to za osły, te uczone grzyby.W innym czasiebym uśmiał się z tego niezdary.

ORMIN:Choć nader ważne wiodą mnie tutaj zamiary,Wolałem aby odszedł, nim z panem pogadam.ERAST:Dobrze; lecz proszę spiesznie; mym czasem nie władam..ORMIN:Zgaduję, że ten cymbał, od słowa do słowa,Wynudzić musiał pana, że niech Bóg zachowa.To stary warjat, znam go, brak mu piątej klepki,I jak ognia unikam z nim wszelkiej zaczepki.W Tuillerjach, w Luksemburgu, w publicznym ogrodzie,Każdemu on swojemi bredniami dobodzie;

Dla pana też zbliżenie pewnie nie łakome,Tych uczeńców, co we łbie mają pustą słomą.Mojej rozmowy pana mnie utrudzi wątek,Bo oto chcę ci w ręce dać los i majątek.ERAST pocichu, na stronie:Pewnie alchemik jakiś, co, sam bez trzech groszy,Obietnicami siebie i drugich panoszy.Głośno: Czyżby ci się ów kamień odnaleść udało,Za który można kupić bodaj ziemię całą?ORMIN:Ech, cóż znowu! pan liczysz mnie do tego bractwa?Niechże Bóg od takiego chroni mnie warjactwa!Nie jest w moim zwyczaju snuć takie pomysły;To, co przynoszę, to jest pewien, bardzo ścisły,Projekt, który królowi chcę poddać przez pana.Cała rzecz jest o, tutaj, zapieczętowana:Nie z tych głupich projektów, konceptów od święta,Któremi suszą biedne uszy intendenta;Nie z tych nędznych pomysłów, co to, całych plonów.Mogą dać głupie dziesięć, dwadzieścia miljonów,Ale coś, co rokrocznie, sprawa gładka, czysta,Królowi miljoników przysporzy z czterysta;Z łatwością, bez ryzyka, bez ludów ucisku,Jako rzekłem, miljonów czterykroć da w zysku.Słowem, koncept wspaniały, co się zowie walny,I co ważniejsza, zaraz, z miejsca wykonalny.Tak, o ile pan tylko swą pomoc mi raczy...ERAST:Owszem; pomówim o tem. Teraz, pan wybaczy...ORMIN:Jeśli mi pan zaręczysz milczenie najświętsze,Gotów mu jestem zdradzić tajemnicy wnętrze.ERAST:Nie, nie, cudzych sekretów nie słucham z zasady.ORMIN:Panie, zbyt panu ufam, by lękać się zdrady.

W dwóch słowach mu najszczerzej całą rzecz opowiem.Trzeba wprzód spojrzeć, czy kto ni słucha, albowiem...

Ten projekt wiekopomny, co tak niesłychanieMógłby się...ERAST: Nieco z dalsza mów pan, dobry panie.ORMIN:Wszyscy ogromne zyski wszak widzim naocznie,Jakie król z morskich portów swych ciągnie rokrocznie.Otóż tedy, mój projekt — myśl, jak sądzę, świeża —Jest, aby całe Francji naokół wybrzeżaZabudować portami, tak, wdłuż całej wody:Pomyśl pan, jakie z tego byłyby dochody.Ja...ERAST: Myśl dobra i króla ucieszy z pewnością —Do zobaczenia.ORMIN:  Racz choć z królem jegomościąPomówić nieco o tem, by otworzyć pole...ERAST: Tak, tak.ORMIN: Gdybyś użyczyć chciał mi dwa pistole,Które ściągniesz z mojego wynalazcy prawa...ERAST dając mu dwie sztuki złota:Owszem, chętnie.sam: Przynajmniej niedroga zabawa.Gdybym wszystkich natrętów po tak miernej cenieMógł się pozbyć! Czy djabeł mi ich na kark żenie?Myślę, że może w końcu stąd się wydobędę;Czy też znów mnie kto wplącze w przeklętą gawędę?

FILINT: Już słyszałem, markizie, tę nowinę sławną.

ERAST:Cóż takiego?FILINT: Żeś się z kimś posprzeczał niedawno.ERAST: Ja?FILINT: I po cóż przedemną kryć się, mój kochany?Wiem z najlepszego źródła, że jesteś wyzwany,I, jak o twój przyjaciel w jakiejbądź potrzebie,Oświadczam ci, żem gotów stanąć obok ciebie.ERAST:Bardzom wdzięczen, lecz wierzaj, że z twojej pomocy...FILINT:Zaprzesz się; lecz bez służby przemykasz się w nocy.Zostań w mieście, lub skryj się by w najdalszą puszczę,Możesz być pewny, że cię na krok nie opuszczę.ERAST na stronie;Oszaleję!FILINT: I pocóż przeczyć tak uparcie?ERAST:Przysięgam ci, markizie, że chyba ktoś w żarcie...FILINT: Napróżno się zapierasz.ERAST:  Mówię ci najszczerzej,Że z nikim nic...FILINT:  I myślisz, że ci ktoś uwierzy?ERAST:Ech, mój Boże, powtarzam, niech mnie piorun spali,Jeśli...FILINT: Znamy się na tem; nikt, nic, i tam dalej.ERAST:Chcesz być grzecznym?FILINT:  Nie.ERAST:  Idź stąd mój najdroższy panie.FILINT: Nie, markizie, nic z tego.ERAST:  Maleńkie spotkanieW sprawie tkliwej natury...FILINT:  W tej, czy innej sprawie,Uadaj co chcesz, a ja cię na krok nie zostawię.

ERAST:Do kata, skoro gwałtem sprzeczkę wmawiasz we mnie,Będę ją miał, twe trudy nie spełzną daremnie,Będę ją miał, lecz z tobą, co mi włazisz w drogę,I którego dobrocią pozbyć się nie mogę.FILINT: Nie tak usługi druha przyjmować się godzi;Lecz, skoro mnie tak nierad widzi pan dobrodziej,Żegnam; jak na tem wyjdziesz, sam wkrótce obaczysz,ERAST:Będziesz mym druhem, jeśli zostawić mnie raczysz.

Jeden za drugim, ciągle! Ha, to istna zmora!Przez nich gotowa minąć umówiona pora.

DAMIS na stronie.Jakto! chce ją ten zdrajca dostać wbrew mej chęci?Szczęście, że jam nie ślepy i wiem co się święci.ERAST na stronie:Znowu w progu Orfizy jakiś człowiek stoi!Wszystkoż przeciw miłości spiknęło się mojej?DAMIS do Kolki:Tak, wiem, że, wbrew zakazom, w moim własnym domu,Erasta ma dziś w nocy widzieć pokryjomu.RZECZKA do swych towarzyszy:Co oni zamierzają zrobić z naszym panem?Podsuńmy się pocichu, by nie być poznanym.DAMIS do Kolki:Lecz, nim ta czarna zdrada zostanie spełnioną,Raczej niech tysiąc ciosów rozedrze mu łono.Zgromadź ludzi, niech przyjdą z uzbrojeniem całemUstawić się w zasadzce tak jak im kazałem,I, na imię Erasta, niech będą gotowi

Pomścić cios, który zadać chce memu domowi;Udaremnić spotkanie tej występnej pary,I w krwi jego utopić zbrodnicze zamiary.RZECZKA uderzając na Damisa wraz z towarzyszami:Nim ci się uda spełnić te podstępne plany,Zdrajco, wpród z naszej ręki będziesz ukarany.ERAST dobywając szpady przeciw Rzeczce i jego towarzyszom, których rozpędza:Chociaż pragnął mnie zgubić, muszę stanąć w szranki,By ocalić od śmierci wuja mej bogdanki.Służę panu.DAMIS po ucieczce tamtych:O nieba! Z czyjejż dłoni śmiałej,Sprawiedliwą wziął pomstę ten napad zuchwały?Któż odwrócił odemnie to zabójcze ostrze?ERAST wracając:Broniąc cię, obowiązki spełniłem najprostsze.DAMIS:Nieba! czyż mogę wierzyć? czy słuch mój nie kłamie?Czy to ręka Erasta?...ERAST:  Tak jest, moje ramię.Szczęśliwym, żem na twoją obronę go użył,Nieszczęsny, żem na twoją nienawiść zasłużył.DAMIS: Jakto, ten, na którego dziś czyhałem zgubę,W mem ocaleniu kładzie swą najwyższą chlubę?Ach! to już nadto: w sercu cały gniew już mięknie,Choć dziś ze mną postąpić chciałeś niezbyt pięknie,Czyn twój, tak szlachetności pełen, już na zawszeZapewnia ci uczucia moje najłaskawsze;Rumienią się me lica wspomnieniem niemiłem,Iż tak długo niechęcią swoją cię krzywdziłem;I, chcąc wszelki ślad sporów tych zmazać z pamięci,Dziś wieczór cię połączę z przedmiotem twych chęci.

ORFIZA wychodząc z domu ze świecznikiem:Cóż za hałas, mój wuju? moje przerażenie...DAMIS: Miłem tylko dla ciebie będzie to zdarzenie,Skoro ono mój upór zacięty zwycięża,I twojego Erasta daje ci za męża.Ramię, co mnie od śmierci zbawia niezawodnej,W twojej dłoni niech znajdzie upominek godny.ORFIZA:Jeśli tą ręką spłacić wdzięczność twoją mogę,Z radością chcę mu podać ją na życia drogę.ERAST:Wierzyć nie śmiem w me szczęście, i dotąd w obawieJestem, czy się to we śnie dzieje, czy na jawie.DAMIS:Weselmy się więc losem, co spad a jak z bajki,I dla większej uciechy skrzyknijcie tu grajki.

ERAST:Hej tam, kto puka?KOLKA:  Barwnych masek tłum stugębny:Niosą z sobą grzechotki i baskijskie bębny.Maski wchodzą, zajmując całą scenę.ERAST:Co! znów natręty! jeszcze! Hej! hola! szwajcarzy!Wygnać mi stąd co żywo przeklętych nudziarzy.